Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 
Z PAMIĘTNIKA BOGA - PRZYJAŹŃ LICZONA W LATACH ŚWIETLNYCH (CZ.III)
 
Zawsze chciałem mieć przyjaciela. Mimo, że miałem wielu kolegów i koleżanek w Niebie, którymi byli święci i święte oraz anioły, to wydawało mi się, że ludzkość, ten zlepek genów, odruchów i szaleństwa, to takie harpaganowe stworzenie surwiwalowe, niezwykle silne istoty i prowadzące swoje prawdziwe życia - to bardzo intrygująca grupa, dlatego zapragnąłem mieć w człowieku przyjaciela. W pewien sposób im tego zazdrościłem, że są tacy wolni, że iskrzą jak ogień, że ulegają namiętnościom i mierzą się z konsekwencjami. Są takim statkiem, który dobrze czuje się w sztormie i celowo bujają nim biegając z lewa na prawo - ciesząc się strachem, że morze może ich przewrócić. W niebie było bezpiecznie, wręcz zbyt bezpiecznie. Czysta pościel, anielskie śpiewy i dyskusje o zasadności dekalogu, uczty, kiedy nikt nie upija się i nie ryczy do księżyca - nie, to nie dla mnie - pachnie to nudą.
To wtedy, gdy sobie to uświadomiłem - postanowiłem zrobić coś, co będzie na poziomie mojej siły i wielkości, ale jednocześnie ukaże, że człowiek jest mi bliski, bliski do każdej kropli krwi, do każdej rany, które miały być dowodem tej bliskości. Po naukach Ojca Niebieskiego i sielance istnienia tam, postanowiłem zrobić coś skrajnie niemożliwego. Postanowiłem umrzeć. Umrzeć prawdziwie i uczynić prawdę śmierci - misterium. Ostatecznym aktem miłości, której bliski jest akt przyjaźni i oddania. Gdy miłość jest alfą to śmierć jest omegą, ale tak jak ziemia kręci się w koło wokół słońca, podobnie jest z cyklem życia i śmierci, początku i końca i między alfą a omegą. Wieczność to bezkres czasu, a cykle pozwalają czuć się bezpiecznie, bo gwarantują przewidywalność, pozwalają mieć los pod kontrolą. Zanim jednak urodziłem się na Ziemi, zanim dokonałem ostatecznego aktu przymierza z ludźmi, obserwowałem.
Z gwiazd patrzyłem na Ziemię i Izrael, na lud wybrany. Wiedziałem, że samotnie misji nie wykonam, a jedynie w towarzystwie ludzi mi oddanych. Miało być ich dwunastu. Ładna liczba, bardzo ostateczna i kosmiczna. Jest symbolem ważnym. O ile ma się udać, to muszę znaleźć taką materię istot, które uniosą ciężar filarów nowego kościoła, nowej a jakże oddanej starej - wiary. Wielu było potencjalnych kandydatów, ostatecznie znalazłem wszystkich. Byli niemal stworzeni do tego zadania. Ludzie szanujący wiarę, pracowici o dobrych sercach, ale też o sile charakteru. Spodobał mi się Judasz. Człowiek o pewnej tajemnicy, która w nim była jak róża, ale taka skryta w mroku cmentarza nocą, róża z kolcami - ściskana dłonią, która wyraża miłość do krwi. Był jak piorun, który wydaje się przypadkowy, a przecież na świecie nie ma przypadków, przynajmniej nie dla mnie... Mistyka jego istoty była ukryta w kubraku chwiejności i słabości. Tak, on udawał ofiarę, ale to pobudza ludzką dobroć, pozwala na dostęp i wsparcie - co zasadniczo przybliża ludzi. Judasz miał bliskich przyjaciół, jednak trudno mu było zaufać. To prawda. Miałem dla niego zadanie, którego nikt nie zrozumie, przynajmniej niezbyt prędko. Miałem dla niego misję tragiczną i przeklętą. TAK! To ZDRADA. Któż mógłby wbić gwóźdź do trumny, jak nie najbliższy, najukochańszy - a tylko on stał się taki dla mnie. Brzemię, jakie podniósł mogło równać się niemal z tym, co sam miałem dokonać. Różniło nas tylko to, że ja byłem Bogiem, a on człowiekiem. Ale brzemię i jego konsekwencję poniósł i dziś, gdy na to patrzę oczami przeszłości - jest dla mnie tym, kogo szukałem. Jest dla mnie prawdziwym przyjacielem.
Długo siedziałem nad planami mojego poświęcenia człowieczeństwu. Wiedziałem, że nie będzie łatwo, ale przecież żadne wielkie dzieło nie jest łatwe, musiałem zachować poziom.
Betlejem - tak, tam będzie początek. To będzie małą alfą mojego życia. Koniec na Golgocie - to będzie omega mojego życia ziemskiego. Długo się zastanawiałem, kogo wybrać do zdrady. Judasz był wielkim kandydatem, ale kochałem go mocno i bałem się bólu, jaki wywoła we mnie jego zdrada i ciężar, jaki historycznie będzie na niego zrzucony, bałem się, że mogę nie unieść ciężaru wybaczenia. Kiedyś odwiedzałem Judasza i spędzałem z nim czas, jako przypadkowi ludzie, których poznawał na swojej drodze. Graliśmy razem w gry i chodziliśmy do Synagogi modlić się. Pamiętam, jak śmialiśmy się razem patrząc jak mewy kołują nad jeziorem Genezaret i polują na małe skaczące ryby ponad taflą wody. Gdy graliśmy w gry, zawsze przegrywał, bo biedak nie potrafił oszukiwać. Dawało mi to coś, czego nie sposób opisać. Odnalazłem bratnią duszę. Ostatecznie pomyślałem, że skoro ja mam być wiecznie uniesiony do rangi Boga wśród ludzi, to on jak przeciwwagą będzie potępiony, a w moich oczach będzie jedynym prawdziwym przyjacielem, bo cóż się nie robi dla najbardziej ukochanych, jak nie niesie najgorsze ciężary, jak nie robi rzeczy wielkie. Ciężar zdrady, ba! Za czterdzieści srebrników - cóż za kwota..., był ogromny i czas przeklęcia też przeogromny, ale na końcu, gdy nastanie ostateczne Niebo na ziemi, zaraz po końcu świata, karty odwrócę i z najbardziej poniżonego, stanie się numerem jeden.
Wydaje mi się, że mierząc latami świetlnymi, Judasz stał się najbliższy mi, najjaśniejszy, mi będącym w kosmosie i poza nim - jednocześnie, mi będącym - królem Izraela i Bogiem jego.
Ta miłość powinna mieć kontynuację. Może już miała, skoro rzeczy już się wydarzyły, nie wydarzyły się nigdy i dopiero się wydarzą.
Gdy czas istnieje, gdy jesteśmy jego świadomi, a nie ma go, kiedy nie będziemy o nim wiedzieć. W świadomości Judasza trud zadania niemal go pozbawił rozumu, wiedziałem, że zrozumie, jak posłuszna owieczka, ale dojrzeje do zadania dopiero po fakcie. Tak też było. Jednak zdrada, na którą miłość nie pozwala i która generuje ogromny ból - były cementem naszej wieczności. Judasz stał się gwiazdą krążącą między alfą i omegą mojego jestestwa. Najczulej odczuwał puls mojego serca. Jeszcze chwilę poczekamy na jego chwałę, ale jest to punkt główny mojego porządku nowego świata.
 
Autor:

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Waldemar_Talar_Talar Dziękuję za szczery komentarz, bo to wszystko prawda. Cóź mogę powiedzieć.. Trzeba nieustannie dbać o to, żeby w merytoryczny i przystępny sposób przekazywać wiedzę kolejnym pokoleniom, żeby wiedziały więcej.. żeby np. rozumiały PRAKTYCZNĄ część zastosowania "nudnej" historii, a mianowicie, iż historia to dziennik zdarzeń, który wykorzystany w odpowiedni sposób pozwoli oszacować przyszłość. Najciekawsze w tym jest to, że pisze to człowiek, który raczej ukochał przedmioty ścisłe: matematykę, fizykę, chemię, biologię, etc. ;) Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński   @Poet Ka Jest mi bardzo miło, że mój skromny wierszyk się Tobie spodobał Poet Ko :) Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński   @Berenika97 Mam dokładnie to samo zdanie. Uważam, że jako Polacy posiadamy na tyle intelektu i sprytu, że powinniśmy to wykorzystać. Nie na darmo słowo wywiad i kontrwywiad po angielsku to odpowiednio: inteligence i counterinteligence. ;) Dziekuję za przepiękny, rymowany komentarz, który mógłby być doskonałym uzupełnieniem tegoż wiersza. Bardzo to doceniam Bereniko. Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński      
    • porwane w ry- trzepot lekkich skrzydeł w wietrze nawzajem przycią- wpadają w quasi-śnieżny puch w impecie zaginają sobie skrzydła skra, rzucona w ogień zapalniczka słońce najcieplejszego dnia w tym roku smugi jak opatrzność bo- stęk połyka jej sapiący oddech pot to rosa miłości skraplana z trudnej do wdechu, ach, pa- pary, pary.. w powietrzu... smuga jego cienia ledwo widoczna z zniknęła jacy oni muszą być czer- jej skrzydło muska jego skrzydło tracą na chwilkę swe impety on ucieka, od tego, że goni ona goni, za tym by uciekać gorący wiatr po- porywa ziarnka piasku na rzęskach osiada więcej puchu za słabe skrzydła by je złamać trzeba by je zmiąć, czy podrzeć wir..zakręcił        ...nie nie widzę nie widzę cię a wiszę, wiszę kiedy ćmy wskakują w ognie wskaż mi dro- gi, drogę, drogi, drogi zderzenie samymi paliczkami odrywa z obu część energii aż padną oboje na ziemię   ============ dla najlepszego efektu sugeruje się, aby osoba recytująca wykonywała w międzyczasie deskę.
    • Zamknięty na pustej łące. Uwierzył. Ma przy sobie śniadanie, lecz usłyszał, że odczuwa głód. Uwierzył i opada z sił. Cisną go buty, chociaż idzie na bosaka. Też uwierzył. Pada deszcz, lecz nie może zwilżyć ust. Kolejny raz uwierzył. Ma dziesięć centymetrów wysoka, a trawa cholernie wysoka. Tak rzekł Głos.   –– A on uwierzył? –– Skąd wiedziałeś? Prorokiem jesteś? –– Jestem mówiącą małpą. Wierzysz? –– Wierzę. –– Akurat… zwierciadłem. Wierzysz? –– Wierzę. –– Cholera jasna. Czy jest coś, w co nie wierzysz? –– Tak. –– Co? –– Nie wierzę, że mógłbym w coś nie uwierzyć. –– To jest sprzeczność. –– Wierzę, że nie jest. –– Hmm… a zatem nic dziwnego, że jesteś... kim jestem.   ***   –– A kim jesteś? –– Tym, w co wierzysz. –– A w co wierzę? –– Skąd mi wiedzieć, konkretnie w co? Jestem wszystkim. –– Jak to wszystkim? –– Skoro wierzysz we wszystko, a ja jestem tym w co wierzysz, to jestem wszystkim.   –– Nie chce wierzysz we wszystko. Chce mieć wybór. –– Trudna sprawa. Szczególnie dla ciebie. Kolejna sprzeczność. –– A wiesz, że zawsze kłamię? –– Skoro powiedziałeś prawdę, że zawsze kłamiesz, to nie zawsze, bo przed chwilą nie skłamałeś. A jeżeli skłamałeś, że zawsze kłamiesz, to też nie zawsze kłamiesz. –– Ale wierzę, że kłamię. –– Czyli nie we wszystko wierzysz, bo w niektórych kwestiach mogłeś mnie okłamać? To ja już nie wiem, kim jestem. –– Wierzę, ale to nie zmienia faktu, że przez to zmienię realny świat. Pozostanie takim jakim jest faktycznie. Moje wierzenie lub nie, tego nie zmieni. –– Zatem dla każdego innym, w zależności od kontekstu, związanego z jego pojmowaniem świata. Czyli każdy ma swoje małe światki, z którymi się boryka w jednym dużym, takim samym dla wszystkich, w sensie niezmiennych zasad. –– Niezmiennych? Czy aby na pewno? Wierzę, że nie.   –– Skoro wierzysz, że potrafisz kłamać, to nie wiem, czy mogę ci zaufać? –– Nie możesz. A wiesz dlaczego? –– Wiem. Bo ty sam sobie nie ufasz? –– A ty? –– Nie można do końca ufać teatrowi, w którym gra się główną rolę. Kurtyna może być podniesiona za wcześnie. –– Lub za późno zasłonić nasze przedstawienie, przed publicznością. –– Chyba, że jej nie będzie. –– Ważne, by mieć dystans do samego siebie i wciąż ten dystans pokonywać, czasami na bieżni autoironii, co daje zupełnie inna perspektywę, spojrzenia na bliźniego swego i świat wokół. –– Jest jeszcze sufler. –– A co ma sufler do tego? Wierzysz, że jest i zawsze słusznie podpowie? –– Wierzę, że trzeba nam skończyć przynudzać, bo żaden rozumny tego nie przeczyta, ze zrozumieniem.   –– Rozumny w jakim zrozumieniu? W porównaniu, do jakich umysłów? Racjonalnych, zwariowanych, roztropnych, praktycznych, szalonych, abstrakcyjnych, stąpających twardo po ziemi lub kompilacji tego wszystkiego, co wymieniłem i nieskończonej reszty możliwości –– Wierzę, że umysł nie może stąpać twardo po ziemi. –– Ale jego transporter szarych fałd, już tak. –– Chyba, że się poślizgnę na własnej pewności, bo za gładko. –– Pewności czego? –– Wszystkiego w co wierzę, że uznaję za pewne. –– Na przykład życia po tym, jak zwalisz… –– Kupę? –– Nie. Kopnę nogą w kalendarz, a kołek w ścianie, za bardzo przerdzewiały? –– To akurat nie jest pewne, to całe: po tym, aczkolwiek możliwe. Na to nie mamy żadnego wpływu. Pozostaje jedynie cierpliwie czekać i tu akurat jest pewność, że każdy doczeka swój rozkład jazdy. –– Dokąd?   –– A skąd mam to wiedzieć? Nie byłem, nie wróciłem, a jak będę, to nie wrócę. Można jedynie domniemać, że jeżeli nic tam nie ma i znikniemy zupełnie absolutnie, razem z tym wszystkim, cośmy dokonali jako rasa ludzka, to można takie założenie, bardzo skrótowo przyrównać do sytuacji, kiedy człowiek przeżywa wiele wspaniałych przygód i nagle doznaje totalnej amnezji i nic nie pamięta, z tego co przeżył. To równie dobrze, mógłby tego wszystkiego nie zaznać i wyszło by na to samo. Szczęście nie pamiętane w nas umiera. Przestaje być szczęściem. –– Zło nie pamiętane, też przestaje nas męczyć jak diabli. Bo ta cała rasa, taka święta nie jest. I my razem z nią. Tfu! –– Ale jest czasami potrzebne w sensie porównawczym, by wiedzieć, co nas dobrego spotkało i co nam się udało uniknąć, gdyż czasami o tym zapominamy. Niezapominajki mają lepiej. Rosną i wszystko pamiętają. –– Nie wiem czy lepiej, skoro tak. No dobra. Kończmy, bo zgłodniałem. –– Chcesz mnie zjeść? A może wszystkie rozumy? –– Zgadnij w jakim zrozumieniu, jestem rozumny? –– Tak głupkowato skończymy naszą wspaniałą, jakże nowotarską dysputę? Jak tak można? Czterema razami o rozumach?   –– No przecież jesteśmy aż i tylko ludźmi. Potrafimy równie mocno miłować lub przeciwnie. Taki kogel mogel, cały czas przez los, lub nas samych mieszany. Mamy rozum, ale nie całą wiedzę, by pojąć chociażby własny umysł i nie podcinać gałęzi, na której siedzimy, od strony pnia. Już nie wspomnę o tym, co poza naszym pojmowaniem.   –– A o czym nie wspomnisz? –– Co? Długo tak będziemy siedzieć i wspólnie milczeć. Nawiążmy wreszcie jakąś sensowną rozmowę. –– A o czym nie wspomnisz? –– Co? Długo tak będziemy siedzieć i wspólnie milczeć. Nawiążmy wreszcie jakąś sensowną rozmowę. –– A o czym nie wspomnisz?...        
    • @Na liniach czasu   lato z miodem   niebo z konstelacjami gwiazd   łąka złocista od kwiatów    lgną i tak przenikają się   jak miód na tej kromce chleba     dając smak ciepłych miesięcy   i kwiatów w słońcu stopionych
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...