Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

- Tak, słucham? - wybełkotał, wpatrując się w peta, którego właśnie wdeptał w chodnik.
- Pan Krystian Tymon? - oficjalny, obcy głos sprawił, że raptownie wytrzeźwiał - Marian Schwab, Krajowa Korporacja Marketingowa. Dzwonię, ponieważ moich zwierzchników niepokoi milczenie ze strony pana firmy. Czy zaszło coś nieprzewidzianego, o czym powinniśmy wiedzieć?
Krystian oparł się o mur i wolną ręką przetarł twarz. Żałował, że nie wyłączył telefonu.
- A, tak - mruknął, ciężko wypuszczając powietrze - Zdarzyło się parę rzeczy, ale nie sądzę, aby to w jakikolwiek sposób mogło zakłócić naszą współpracę. Kampania, którą dla państwa przygotowujemy jest w trakcie dopracowywania ostatecznych szczegółów. Niebawem jeden z moich pracowników dostarczy państwu gotowy projekt. Przypuszczam, że nastąpi to na początku przyszłego tygodnia.
W miarę, jak mówił, jego głos dochodził do dawnego szlifu. Poczuł się zawstydzony faktem, że jeden z jego klientów, mógłby powziąć podejrzenie, że brak mu kompetencji. Po chwili nieznośnej ciszy pracownik Korporacji skwitował jego pokrętne tłumaczenia jednym zdaniem:
- W takim razie oczekujemy na kontakt...
- Gówno - burknął Krystian, gdy tamten się rozłączył - Gówno gówniane w zaprawie gównianej.
Ruszył środkiem deptaka, zataczając się niemiłosiernie. Skórzana kurtka luźno zwisała mu na ramieniu, pomięta koszulka z logo Kongresu Trzeźwych Alkoholików wystawała ze spodni, kurz na butach lepił się do licznych plam po piwie. Nie miał w sobie nic z dawnej klasy, którą wzbudzał zachwyt kobiet i zazdrość mężczyzn. Potrafił być najlepiej ubranym człowiekiem w towarzystwie, uwielbiał się wyróżniać, robić wrażenie. W ten sposób rekompensował sobie kompleks niskiego wzrostu: nikt nie śmiał przejść obok niego obojętnie albo patrzeć na niego z góry. Teraz był nikim i czuł się nikim.
Ludzie na deptaku ustępowali mu drogi. Z daleka widzieli, że się chwieje, zaś z bliska dostrzegali agresywnie przygarbione ramiona i ogniste, gniewne spojrzenie. Sprawiał wrażenie, jakby miał nagle skoczyć komuś do gardła i wyrwać mu krtań.
Na moment przystanął i opuścił głowę, zbierając siły do dalszej wędrówki. Splunął ciężko, pokiwał głową własnym myślom i wyjął papierosy. Zapalił, ale od strony filtra. Cisnął go i przydeptał, po czym zapalił jeszcze jednego, tylko poprawnie. Kiedy ponownie uniósł głowę, świat zakołysał się, niczym okręt pośród sztormowych fal. Kształty uległy rozmazaniu, twarze zdały się szyderczo wykrzywione. Potrząsnął gwałtownie głową i wszystko wróciło do normy.
- Mógłbym was pozabijać, okraść i nikt by wam nie przyszedł z pomocą - mruczał do mijanych przechodniów - W tym rejonie policja ma dwie ekipy, lecz obie są zajęte. I co wy na to? Nic się nie boicie?
Ludzie mijali go łagodnym łukiem i przyspieszali kroku. Starał się uchwycić wzrok któregoś z nich, ale nikt nie miał odwagi spojrzeć mu w twarz. Machnął na to ręką i znów opuścił ciężką głowę. Nie mógł już nawet palić. Cisnął papierosa za siebie i zaśpiewał pod nosem strofy piosenki, którą napisał dawno temu ku pokrzepieniu serca: przez ciernie do gwiazd, przez ciernie do gwiazd...
Siedzący pod murem żebrak - jedyny, jak ulica długa i szeroka, ośmielił się spojrzeć mu w oczy. Krystian zatrzymał się zaskoczony. Upojenie sprawiło, że przechyliło go w tył i musiał cofnąć się o krok, żeby z powrotem złapać równowagę. Podszedł do podpierającego ścianę człowieka i niezdarnie usiadł obok niego. Był to trzydziestoletni mężczyzna, lecz tryb życia lub choroba, na którą cierpiał, czyniły go przynajmniej dziesięć lat starszym. Na zapadniętej, szarej twarzy miał wypisany autentyczny ból, w jego ciemnych oczach kotłowała się desperacja. Krystian znał takie twarze i był w stanie określić, co się za nimi kryło. W kartonowym pudełku żebrak miał trochę drobnych, jednak nie tyle, by miał powody do zadowolenia. Krystian zajrzał do środka, a potem skierował mętny wzrok na przestraszonego już nieco właściciela pudełka.
- Dasz mi na piwo?
Biedak pociemniał na twarzy. Minęła dłuższa chwila, zanim zdołał przemówić.
- Idź se jaja robić z kogoś innego - warknął i przycisnął pudełko do siebie.
- Mówię poważnie - Krystian pokiwał gorliwie głową - Rozumiem chłopaków, jak ty. Często dawałem im jakiś grosz. Dzisiaj straciłem dużo pieniędzy. Nie mam nic.
Żebrak był coraz bardziej zdezorientowany. Zerkał niespokojnie: to w prawo, to w lewo, jednak nikt nie zwracał na niego uwagi. Wreszcie nastroszył się i hardo podniósł głowę.
- Ja tu nie siedzę po to, by mieć na piwo. Muszę jakoś żyć. Bez pracy, domu, rodziny człowiek jest nikim - mówił szybko i nieskładnie, oczy biegały mu, jak szalone - Nie mam żadnych nałogów, chcę tylko coś zjeść. Nie mogę postawić ci piwa, bo pozbawię się kolacji. Chyba, że poczekasz aż zjawi się ktoś z gestem: starsza pani o miękkim sercu albo cudzoziemiec.
Zawstydzony Krystian odwrócił oczy, w których pojawiły się łzy. Kiedy dygotał spazmatycznie, żebrak przyglądał mu się, nie kryjąc zdziwienia.
- Przepraszam. Zgrywałem się - jęknął Krystian - Tkwi we mnie dzieciak. Ten dzieciak to niezły urwis. Mogę tu trochę posiedzieć?
- Pewnie - włóczęga uśmiechnął się ciepło - Razem odstraszymy nawet największych dobroczyńców.
Wybuchnęli radosnym śmiechem. Przechodnie zaczęli przyglądać im się bacznie, niektórzy ze wstrętem odwracali wzrok.
- Czym się zajmowałeś wcześniej? - zapytał Krystian.
- Skończyłem podstawówkę. Nic właściwie nie umiem. Pracowałem tu i tam. Potem przyszła choroba.
Krystian zapalczywie pokiwał głową. Czknęło mu się ogromnie, toteż sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyciągnął dość dobrze napoczętą butelkę.
- Walniesz? - zagadnął żebraka.
- Nie piję - odparł tamten - To przyspiesza chorobę. Nawet nie wiesz, jak bardzo chce się żyć, kiedy masz świadomość, ze koniec jest blisko.
Krystian złapał się za głowę i potrząsnął nią potężnie.
- Jezu, co ja zrobiłem ze swoim życiem! - wypił do dna, zaś butelkę cisnął pod mur - Też byłem na dnie, ale pozbierałem się i wyszedłem na szczyty. Pożyczyłem parę groszy, wziąłem niewielki kredyt. Zrezygnowałem z własnych potrzeb, liczyła się tylko firma. I uczciwość.
Głos mu się załamał. Przerwał. Z trudem powstrzymał łkanie, które po raz kolejny tego dnia cisnęło mu się przez gardło. Żebrak przypatrywał mu się ze zrozumieniem, chociaż niewiele z tego rwanego słowotoku rozumiał. Krystian zapalił kolejnego papierosa.
- Kiedy ostatni raz widziałeś policjanta? - zapytał.
- Bo ja wiem. Może wczoraj.
- No, to kto ma bronić mojej uczciwości?
- Na mój rozum, ty sam.
Rozpromieniony Krystian klepnął go przyjaźnie w ramię.
- To najlepsza rada, jaka dzisiaj słyszałem - mówiąc to, wyprostował jedną nogę i zaczął grzebać w kieszeni spodni. Wręczył pierwszy napotkany banknot żebrakowi i uśmiechnął się z iście pijacką serdecznością.
- Przeżyj jeden dzień z godnością.
- Człowieku! To stówa! - wykrzyknął żebrak.
- I co z tego? - roześmiał się Krystian - Straciłem dziś dwieście tysięcy.
Miał zamiar ruszyć przed siebie, ale zawahał się i odwrócił ku swemu rozmówcy jeszcze raz. Uniósł palec, aby nadać rangę słowom, które zamierzał wypowiedzieć.
- Coś ci powiem. Kiedy spotkasz uratowanego alkoholika, masz przed sobą bohatera. Czyha w nim bowiem uśpiony wróg śmiertelny. On zaś obciążony swą słabością kontynuuje mozolną swą drogę poprzez ten świat, w którym panuje kult picia. Wśród otoczenia, które go nie rozumie. W społeczeństwie, które sądzi, że ma prawo z żałosną nienawiścią spoglądać na niego z góry jako na człowieka pośledniejszego gatunku, ponieważ ośmiela się on płynąć pod prąd alkoholowej rzeki. Kiedy spotkasz takiego człowieka - wiedz, że jest to człowiek w bardzo dobrym gatunku...
Po tych słowach ruszył ostro przed siebie, rozpędzając grupkę przechodniów, których zaskoczył swoim wtargnięciem.
- To dlaczego pijesz?! - krzyknął za nim żebrak.
- Właśnie! - Krystian odwrócił się i pomachał mu ręką.
Po chwili skręcił w inną ulicę, gdzie panował jeszcze większy tłok i mógł robić jeszcze większe zamieszanie. Niespodziewanie zadzwonił telefon.
- Tak?
- Krystian Marek z tej strony. Chyba mamy jednego.
- Gdzie jesteście?
- Na Pradze.
- Przywieźcie go nad Wisłę. Pamiętasz, tam, gdzie kiedyś urzędowaliśmy.
- Jasne. Będziemy do pół godziny.
Krystian schował telefon i rozejrzał się triumfalnie po twarzach przechodzących obok niego ludzi. Nadchodził czas rewanżu, nadchodził czas bezpardonowej zemsty. Stracił dzisiaj wszystko - dorobek życia, szacunek i dobre imię. A teraz miał jednego z tych, którzy się do tego sytuacji przyczynili.
Poczuł w ustach smak nadchodzącej nagrody. Niewiele myśląc, zadzwonił po taksówkę i kazał wieźć się na Wisłę. Na miejscu okazało się, że ma jeszcze bardzo dużo czasu. Żałował, że nie kupił sobie przynajmniej piwa, ale było już za późno, by mógł cokolwiek w tej sprawie zrobić. Nie był w stanie ani stać, ani siedzieć, więc spacerował nerwowo, uderzając pięścią w otwartą dłoń. Pałał morderczą chęcią zemsty, myślał jedynie o tym. Jakaś mroczna zasłona spadła na tę część jego świadomości, której zawdzięczał to, kim teraz był. Nie myślał jednak o tym, zdawał się na instynkt. Lekki wiatr owiewał jego spoconą twarz, przynosząc mu nieznaczną ochłodę. W mieście panowała koszmarna duchota, nad rzeką było dużo przyjemniej, lecz nie miał w tej chwili na tyle wrażliwości, by ten fakt docenić.
Znowu ktoś chciał rozmawiać. Krystian niechętnie sięgnął po telefon.
- Słucham?
- Cześć - usłyszał znajomy głos i skrzywił się niemiłosiernie. W tej chwili była ostatnią osobą, z którą miał ochotę rozmawiać.
- Cześć, Krysiu - powiedział niesłychanie łagodnym głosem - Nie mogę w tej chwili rozmawiać. Odezwę się później.
- Posłuchaj, tylko chwilę. Mama znów się napiła. Zabierz ją na mityng. Razem sobie tak dobrze radzicie.
- Później. Najpierw sam się napiję.
- Dlaczego???
- Bo mam ochotę!!! Pa..
Dał jej pięć sekund. Kiedy zadzwoniła po raz kolejny, po prostu wyłączył telefon. Nie chciał rozmawiać o problemach innych ludzi. Ten jeden raz chciał rozmawiać tylko o sobie. Czekanie zdawało mu się być najgorszą torturą. Mógł jedynie chodzić tam i z powrotem i wypalać papierosy jeden po drugim.
Dostrzegł ich z daleka. Marek i Tomek, kumple z lat bardzo dawnych, wlekli delikwenta za włosy z taką siłą, że ledwie był w stanie za nimi nadążyć.
Krystian ruszył im naprzeciw. Po chwili zaczął biec. Z rozpędu powalił chłopaka na ziemię i spojrzał mu w twarz. Nie mógł mieć więcej niż 20 lat. W wykrzywionych strachem ustach brakował już kilku zębów, skrzep zwisał mu z nosa, niczym krwawy sopel, pod lewym okiem widniał wielki, fioletowy obrzęk. Krystian usiadł mu na klatce piersiowej i ścisnął go za gardło.
- Gadaj, bo cię zakopię w piasku! - wrzasnął dziko.
- Ja nic nie wiem! - okrzyknął przerażony chłopak.
Krystian obejrzał się. Starzy kumple obserwowali każdy jego ruch.
- Miał dwa komputery i fax - wyjaśnił Marek - Był sam. Sprzęt jest u pasera na Pradze. Nie mogliśmy go odzyskać bez wojny.
Rozumiał ich. Żyli tu na co dzień. Nie mogli likwidować meliny pasera tylko dlatego, że spotkali starego kumpla. Musiał zapłacić. Dużo zapłacić. Więcej, niż wydałby na zakup nowego sprzętu, a wchodziły w grę również koszty, których nie dało się wyrazić w pieniądzach. Jeszcze raz wbił płonący wzrok w powalonego chłopaka.
- Kto to zaplanował?! Myśl szybko.
W oczach chłopaka pojawiły się oznaki paniki.
- Nie mogę powiedzieć!
Krystian z całej siły uderzył łokciem w ziemię, tuż obok jego twarzy. Purpurowy ze złości stanowił zupełne przeciwieństwo bladego ze strachu chłopaka.
- No gadaj, kurwa!!! - wrzasnął Krystian - Nie jesteś na policji!!!
Chłopak jednak zawziął się i milczał. Zdezorientowany i bezradny Krystian złapał go za nogę, jakby miał zamiar złamać ją w kolanie.
- Raz!
- Nie wiem! Jezu! Nie wiem!
- Dwa!!
- Nie mogę! Nie wiem!
- Trzy!!!
- Rafał...
Krystianowi krew odpłynęła z twarzy. Chciał stłumić szok, jakiego doznał, słysząc to imię, ale nie umiał już niczego ukryć. Prawie płakał.
- Co Rafał?!
Chłopak zaczął szybko kręcić głową. Płakał i kwilił. Był w szoku. Ze strachu tak się zawziął, że tylko najbardziej wyszukane tortury, mogły go teraz złamać. Zdesperowany Krystian ponownie zacisnął dłonie na jego kolanie i natarł na nie z całych sił.
- Raz! Dwa!! Trzy!!!
Wszyscy wstrzymali oddech. W oczach Marka i Tomka pojawiło się coś na kształt złośliwej satysfakcji, chłopak zacisnął powieki i czekał na powitanie bólu. Krystian jednak puścił jego nogę i ukrył twarz w dłoniach. Kiedy odczuł działanie ciszy, jaka nastąpiła, od razu się opamiętał, ale było już za późno: wynajęci pomocnicy zdążyli zauważyć, że się załamał. Wstał pośpiesznie i odciągnął ich na bok.
- Wypuście go za pół godziny - poprosił, wręczając im stosowny zwitek banknotów.
- Puszczasz go? - nie dowierzali.
- Nie powie.
- My się nim zajmiemy - zaoferowali się, ale pokręcił głową.
- Dzięki. Puśćcie go.
Opuścił głowę i powlókł się pustą plażą. Dopiero, kiedy znikł im z oczu, upadł na kolana i zapłakał głośno. Szloch był tak gwałtowny, że zaparło mu dech w piersiach. Trwało to długo, bardzo długo. Marność wszystkiego i potworna bezsilność paliły jego duszę do żywego. Gdyby złamał tę nogę, chłopak śpiewałby, jak na spowiedzi. Ale jak mógł to zrobić? Teraz nie mieściło mu się już w głowie, że w ogóle był zdolny o tym pomyśleć. Gniew i rozpacz przesłoniły cały bezmiar osiągnięć, jakich dokonał na przestrzeni ostatnich lat. Na szczęście opamiętał się po krótkiej chwili. Zabrakło mu łez i poczuł nieoczekiwaną ulgę. Minęła jednak, zanim zdążył się nią nacieszyć. Teraz przewagę osiągnął nastrój rezygnacji. Zdał sobie sprawę, że zrobił wszystko, co było w jego mocy. Mimo niechęci, zwrócił się do policji, potem działając na własną rękę, osiągnął więcej, ale skapitulował przed samym sobą. Żadna poniesiona strata finansowa nie była warta sprzeniewierzenia się zasadom. Kiedyś może nie miałby litości dla człowieka, który doprowadził go do ruiny, obecnie przemoc była jedynie mglistym wspomnieniem z innego świata.

Opublikowano

Jak zwykle świetne. I jak przeważnie przygnębiające. Po prostu kacza dupa.
Kilka uwag:
dopracowania ostatecznych szczegółów- ostatecznego dopracowania szczegółów, lub dopracowania ostatnich szczegółów
jeszcze jednego, tylko poprawnie- może "tym razem poprawnie"
Ludzie mijali go- omijali chyba brzmi lepiej
jednak nie tyle, by miał powody do zadowolenia- może"mieć"?
głowę i potrząsnął nią potężnie- czy "potężnie" nie jest przesadzone?
okrzyknął przerażony - odkrzyknął

Opublikowano

Dzięki, Leszku.

Nie martw się.

To nie będzie przygnębiające. Opowiałem Ci kiedyś, żę nęci mnie historia o półświatku.
No i jest. Chlopaki po przejściach chcieli sporządnieć, ale nie wyszło. To założą agencję towarzyską w Krakowie, gdzie działa mafia. Etos kryminalistów już nie wystarczy. teraz liczy się byczy kark, fura i znajomości. Będzie też wesoło :)

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

dopracowywania ostatecznych szczegółów = ostateczne szczegóły?

oczekujemy na kontakt= nie bardzo mi brzmi, ale nie wiem jak to zamienić :)

zapalił jeszcze jednego, tylko poprawnie= "tylko" chyba nawet zbędne

skierował mętny wzrok na przestraszonego już nieco właściciela pudełka. = proponuję tak: skierował mętny wzrok na nieco przestraszonego właściciela pudełka.

świadomość, ze koniec = że

złapał się za głowę i potrząsnął nią potężnie = a może... złapał się za głowę i silnie sią potrząsnął?

kontynuuje mozolną swą drogę = albo "swą mozolną"

ruszył ostro przed siebie =hm, ostro? może stanowczo?

Krystian Marek z tej strony= a tu nie brakuje przecinka? znaku zapytania po "Krystian"?

Nadchodził czas rewanżu, nadchodził czas = myślę, ża powtórzenie samego "czas" wystarczy, bez nadchodzenia

wieźć się na Wisłę. = a nie "nad"?

Krystian z całej siły uderzył łokciem w ziemię= hm, ja w sprawie technicznej, Krystian był cniski tak? siedział chłopakowi na klatce, tak? i jeszcze potrafił z siłą uderzyć w ziemię obok glowy leżącego? pięść nie wystarczyłaby? przynajmniej realniejsza.... moim zdaniem, ale mogę się mylić :)

........
super, lecę dalej.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Czas  I zagubione sny    W naszych głowach  Dyktują nam prawdę    Bo tam gdzie prawda  Tam życie    Jak dotyk anioła  Który nie boli   Przecież każdy  Tak dobrze   Odnajduje się  W swojej roli     Tu na ziemi...
    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...