Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

K.S.RUTKOWSKI

WARIAT


Młody, murzyński chłopak, leżał na chodniku. Dostał nożem w ulicznej bójce. Jęcząc ,przywoływał matkę.

- Czy on tu gdzieś mieszka?- zapytał mój ojciec. Zgromadzeni ludzie zaczęli spoglądać na siebie. - Czy ktoś go zna?

- Ja go znam - odpowiedział ktoś żujący gumę. Krótko obcięty, młody latynos z wąsem i spiczastą bródką - Ten gość mieszka na sąsiedniej ulicy.

- Wiesz gdzie? - zapytał ojciec.

- Chyba tak - odparł chłopak. Szczęki pracowały mu nieprzerwanie. - Chyba wiem w którym domu.

- Pojedziemy tam - powiedział do niego mój ojciec - On umiera. Trzeba zawiadomić jego rodzinę.

Chłopak wzruszył obojętnie ramionami. Spojrzał na konającego na chodniku i jeszcze raz wzruszył ramionami.

- To nie mój interes - burknął - Ten czarnuch dostał pewnie to ,na co sobie zasłużył.

- A gdybyś to był ty? - zapytał ojciec.

- Umierałbym z godnością - odparł z dumą chłopak - Należę do ANIOŁÓW PIEKŁA , a to sami twardziele. Na pewno nie jęczałbym ,jak ten żałosny skurwiel.

- Jesteś pewien, że nie wzywałbyś matki?

- Nie mam matki. Nie żyje.

- Ale gdyby żyła, nie chciałbyś, żeby w takiej chwili była przy tobie? - nie ustępował mój stary.

- To i tak na nic. Ten gość odwali kitę, zanim ją tu przywieziemy.

- Ale możemy spróbować. To tylko jedna ulica. Bóg podziękuje ci za to w niebie.

- Jest pan księdzem, czy co?

- Byłem pastorem - odparł ojciec

- Kurwa. Nic mnie już na tej ulicy nie zdziwi. Niedługo się okażę, że te wszystkie dziwki, które się tu kręcą wieczorami, to byłe zakonnice.

- Więc jak?

- Prowadź pan do swojej gabloty, panie ksiądz.

- Byłem pastorem.

- Wszystko mi tam jedno.

Wsiedliśmy do samochodu. Ja z tyłu, jak zwykle.

- Wierzysz w Boga? - zapytał mój ojciec chłopaka, uruchamiając silnik. Lubił zadawać ludziom to pytanie. Myślę, że w ten sposób już na samym początku dowiadywał się o nich najwięcej i zależnie od ich odpowiedzi, wiedział jak postępować z nimi dalej.

Latynos uśmiechnął się kpiąco.

- Tutaj wierzy się w dolary. Zresztą nie ma tu nawet kościoła. Widać nawet Bóg ma w dupie tę część miasta.

Przejechaliśmy spory kawałek, gdy zapytał mojego starego:

- A pan w niego wierzy?

- Wierzę. Byłem jego sługą.

- To dlaczego przestał pan nim być?

- Miałem powody. - odparł ojciec.

- Ktoś panu umarł? - zapytał chłopak. Trafił w sedno. Ojciec nie odpowiedział.

- Tak myślałem - powiedział chłopak po chwili, nie patrząc na ojca. - Ludzie najczęściej tracą wiarę, gdy ktoś im umrze. Ktoś bliski... Ktoś najbliższy...

- Nie utraciłem wiary , jedynie powołanie - odparł ojciec. - Nie czułem się już na siłach, głosić słowo boże.

- To znaczy, nie chciał pan już być księdzem?

- Pastorem - poprawił go ojciec.

- Wszystko mi tam jedno. Ksiądz, pastor. Ubrani na czarno wyglądają tak samo.

- Księża noszą sutanny - powiedziałem cicho.

Chłopak łypnął na mnie okiem. Jakby dopiero teraz uświadomił sobie moje istnienie. A potem znów spojrzał na ojca.

- A więc można was rozróżnić po ubraniu. Jak motocyklowe gangi?

- Można tak powiedzieć - odparł ojciec. - Byłeś kiedyś w kościele?

- Byłem. Parę lat temu. Z babcią.

- Modliłeś się?

- Babka się modliła. Ja przez całą mszę kombinowałem, jak buchnąć portfel facetowi, który siedział przed nami. Śmierdział szmalem. Miał wypchaną , okrąglutką kieszeń drogiego płaszcza. Przez całą godzinę rozpalała moją wyobraźnię. Obrobiłem go, gdy wychodziliśmy z kościoła. Nikt się nie połapał. Czysta robota.

- Okradłeś człowieka w domu bożym - zapytał mój ojciec gromkim głosem. Wiedziałem, że w co jak w co , ale w to nie mógł uwierzyć.

- Dla wprawnego kieszonkowca, każde miejsce jest dobre - odparł mu chłopak, wzruszając ramionami - Kościół, metro, czy supermarket... Co za różnica.

Wjechaliśmy n a ulice z której pochodził murzyn.

- To tu - chłopak wskazał zniszczoną, obskurną kamienicę - Tu go kiedyś widywałem. Tam miałem laskę - wskazał palcem dom na przeciw tego , przed którym się zatrzymaliśmy.- Zdrową, czarną dupę z cyckami jak balony i cipką soczystą jak arbuz. Ale musiałem sobie dać z nią spokój. Te wszystkie wszawe , czarne typki zaczęły się przypierdalać. To była naprawdę klawa lala i wkurwiało ich to, że dmuchał ją portorykaniec, a nie oni. Więc razu pewnego zaczaili się na mnie , ale uciekłem. No to wkurwili się jeszcze bardziej i za karę wybili tej mojej lali zęby. Zawsze mnie potem zastanawiało jak bez nich wygląda. W sumie - dodał jeszcze w drzwiach budynku - lacha powinna wychodzić jej teraz znacznie lepiej. Te jej przednie zęby były trochę za duże i choć miało to swój urok, gdy już się zabierała do rzeczy, czasami zahaczyły o małego. Nie powiem, żeby to było przyjemne.

Ojciec, choć szedłem z nimi i słuchałem tego, nic mu nie powiedział.

Zapukaliśmy do pierwszych drzwi. Otworzyła murzyńska matrona i obrzuciła nas nieprzyjemnym spojrzeniem.

Ojciec w miarę dokładnie opisał jej konającego na naszej ulicy chłopaka, mówiąc, że koniecznie musimy odszukać jego rodzinę.

- Mówiono nam ,że mieszka w tym domu - powiedział na koniec.

Kobieta oglądała nas podejrzliwie. Na mnie zatrzymała wzrok na dłużej. I może właśnie ze względu na mnie, na pewno nie wyglądającego na policyjnego tajniaka, nie zatrzasnęła nam drzwi przed nosem.

- A co, znowu narozrabiał? - zapytała.

- A więc zna go pani? - odparł pytaniem ojciec.

- Może i znam.

- On odwala w kalendarz, stara! - wykrzyknął latynowski chłopak niecierpliwie - Odwala kitę ulicę dalej! Wiec nie pierdol, tylko gadaj czy go znasz , czy nie?!!

- O boże ... - wyjęczała kobieta, zakrywając usta dłonią.

- Czy to pani syn? - zapytał ojciec.

- Nie. Jego matka mieszka piętro wyżej.

Zaprowadziła nas do niej. Drzwi otworzyła całkiem jeszcze młoda kobieta. Była to matka tego murzyna , więc ojciec najdelikatniej jak umiał powiedział jej co i jak, umiejętnie ukrywając faktyczny stan jej syna. To , że może nawet już nie żyje... Latynos, na szczęście, nie odezwał się ani słowem. Może w końcu zrozumiał powagę sytuacji. Może uszanował święty statut matki. Może samo słowo matka, przemówiło mu do rozumu. Nie wiem. W każdym razie jego wulgarna pewność siebie przygasła. I, na szczęście , trwała w takim stanie , gdy wieźliśmy tę przerażoną, biedną , powstrzymującą łzy kobietę na naszą ulicę.

Tłum gapiów wokół umierającego zgęstniał. Wyglądał jak żywy kolorowy mur. Żywy , kolorowy mur, miotający przekleństwa, złorzeczenia i śmiechy.

Przepchaliśmy się do tego murzyńskiego chłopaka, ale było już za późno. Leżał w wielkiej, wsiąkającej w beton kałuży krwi. ściskając w ręku swoje własne flaki. Z szeroko otwartymi oczami wpatrującymi się w niebo. W słońce, które dla niego już zgasło.

Murzynka na ten widok stanęła jak wryta i kręcąc głową przez chwilę wyglądała tak, jakby dawała nam do zrozumienia, że nie, to nie jest jej syn. W końcu jednak upadła na kolana i przeraźliwie wyjąc, uniosła jego głowę i przytuliła do swoich piersi.

- Dlaczego jeszcze nie ma ambulansu? - zapytał ojciec wszechobecnego tłumu. - Już dawno tu powinien być.

- Już czarnuchowi nie potrzebny - rzucił ktoś w odpowiedzi.

- Pętał się po nieswoim rewirze, to tera przejedzie się karawanem - dodał ktoś inny.

- Gdyby ambulans przyjechał wcześniej, można by go było jeszcze uratować - powiedział ojciec raczej do siebie niż do kogoś. Wiedziałem, że nie wierzył w to co mówił.- Lekarz mógł mu jeszcze pomóc.

Nagle podniósł wysoko głowę, rozejrzał się dookoła i zatrzymał na kimś spojrzenie.

- Panie Martinez - odezwał się do wysokiego , chudego człowieka , stojącego w tłumie gapiów, właściciela sklepu przed którym rozgrywało się to wszystko. - Dawno zadzwonił pan po ambulans?

Ojciec znał pana Martineza od lat. Robił zakupy w jego sklepie. Zawsze mówił, że to poczciwy, dobry człowiek Pan Martinez spuścił wzrok i pokręcił głową.

- To nie moja sprawa - wybełkotał i zawstydzony odszedł.

- Czy ktoś zadzwonił po pogotowie?! - wykrzyknął ojciec, obracając się na wszystkie strony. Nikt mu nie odpowiedział. Ludzie szeptali miedzy sobą i kręcili głowami. Z jakiegoś okna dochodziła głośna, rytmiczna muzyka.

- A po policję?! Czy ktoś zadzwonił po gliny?! - dopytywał się dalej mój ojciec.

Odpowiedział mu głośny, pojedynczy śmiech.

- Nikt? Nikt nie zadzwonił? - wyszeptał niedowierzająco - Naprawdę nikt nie zadzwonił?

Ludzie zaczęli się rozchodzić. Ktoś machnął na mojego ojca ręką. Ktoś inny się zaśmiał. Z którejś strony usłyszałem : WARIAT.

Opublikowano

pretensjonalne trochę mi się to zdało, choć napisane bardzo sprawnie.
Śmierć na ulicy, znieczulica ludzi, nawet tych, których uważamy za pożądnych, no i jeden sprawiedliwy i do tego ksiądz- to już chyba było.
Sposób narracji zbyt faktograficzny- za mały ciężar gatunkowy, lub za słabo to czuć, by fakty mówiły same za siebie.
( piszę to co mi się nie podoba, bo to co mi przypadło do gustu powiedzieli już inni, poza tym ważniejsza jest chyba krytyka )

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Abi wyciągnęła list ze skrzynki pocztowej, a delikatna faktura koperty w dłoniach przywołała uczucie czegoś niemal sakralnego – przesyłka była starannie przygotowana, a pismo tak piękne i precyzyjne, że od razu można było wyczuć w nim emocje nadawcy. List zaadresowano do Noela.

      – Ciekawe, od kogo…? – mruknęła do siebie, obracając kopertę w dłoniach z lekką nutą zazdrości. „Może od koleżanki? A może od kogoś, kogo kocha?” – zastanawiała się.

      Przez głowę przemknęła jej nieoczekiwana myśl: „Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo polubiłam Noela…”

      Łączyła ich niewidzialna więź. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie, by wszystko zrozumieć. Takie milczące porozumienie, które nie potrzebowało słów.

      Po powrocie do domu położyła list na stoliku w holu, ale ciekawość nie dawała jej spokoju. Postanowiła jak najszybciej przekazać go adresatowi.

      – Pójdziemy na spacer, co? – zwróciła się do Lisy, a ona natychmiast podniosła głowę, merdając ogonem w odpowiedzi.

      Już od dawna planowała założyć tę piękną błękitną sukienkę kupioną razem z Zoe, ale jakoś nigdy nie nadarzyła się odpowiednia okazja. Spotkanie z Noelem wywoływało lekkie drżenie jej serca i zdawało się doskonałym powodem do założenia kreacji.

      Przyjaciółki niedawno były na zakupach i kiedy Zoe dostrzegła w oknie wystawowym to cudo, wykrzyknęła z zachwytem:

      – Koniecznie musisz ją mieć! Gdy Noel cię w niej zobaczy, oszaleje z zachwytu!

      Abi uśmiechnęła się lekko, przeglądając się w lustrze. Już sama świadomość, że Noel zobaczy ją w zwiewnej sukience, a nie w szpitalnym uniformie, sprawiała, że jej serce podskakiwało z radości. Czuła w sobie coś więcej niż zwykłą radość – subtelny dreszcz sugerujący, że zaczyna jej zależeć na tym, by spodobać się właśnie jemu.

      Postrzegała Noela jako sympatycznego, ciepłego i wesołego chłopaka. Nie mogła dokładnie określić, co najbardziej przyciągało ją do niego – czy była to jego aura, dostrzegała podczas procesu zdrowienia i nabierająca powoli pięknych, delikatnych odcieni, czy może po prostu rodząca się między nimi więź. Każde spojrzenie, każdy drobny gest Noela sprawiały, że serce Abi zaczynało bić szybciej, a w jej głowie rodziły się ciche pragnienia.

      Zoe żartowała z typową dla siebie lekkością: „Właśnie tak jest, kiedy się kogoś kocha”. Abi uśmiechnęła się pod nosem, wiedząc, że jeszcze nie jest gotowa przyznać się do swoich uczuć, nawet przed sobą. Przecież nigdy wcześniej nie kochała w ten sposób – oprócz rodziców, ale to zupełnie coś innego. Klark był dla niej bardziej jak przyjaciel i opiekun, dawał poczucie bezpieczeństwa. Z Noelem czuła delikatną iskrę sympatii, może nawet pierwszy płomyczek miłości, której jeszcze nie odważyła się w sobie odkryć.

      Szła teraz dumnie ulicą, trzymając Lisę na smyczy, a w jej wnętrzu tliło się ciche podekscytowanie. Czy naprawdę zauważał jej drobne gesty? Czy dostrzegał radość, którą emanowała, czy to tylko jej wyobraźnia, podsycana ciepłem emocji? Wszystko wydawało się możliwe, a ona pozwalała sobie na tę subtelną euforię.

      Promieniowała szczęściem i spokojem, każdy krok niósł poczucie harmonii i nadziei. 

      „Tak mogłoby być wiecznie” – pomyślała, pozwalając sobie na krótkie, słodkie marzenie o tym, że świat wokół niej zawsze będzie tak pełen ciepła i drobnych radości.

      Kiedy dotarły do kliniki, Abi poczuła lekkie mrowienie w brzuchu. 

      Pewnym krokiem weszła do pokoju Noela, a jej serce przyspieszyło rytm. Lisa podskoczyła radośnie, witając się z chłopakiem, a potem spokojnie usiadła, obserwując panią z uważnością typową dla swojego wrażliwego charakteru.

      – Cześć, Noel – powiedziała cicho, uśmiechając się, choć nie mogła powstrzymać lekkiego drżenia w głosie. – Mam coś dla ciebie…

      Noel nie mógł powstrzymać zachwytu, kiedy ją zobaczył:

      – Dzień dobry, księżniczko! Co zrobiłaś z moją przyjaciółką?

      – Wariat! Halo, to ja, ta sama Abi – odparła radośnie, siadając przy łóżku.

      – Niby ta sama, a jednak inna… – Uśmiechnął się rozbrajająco.

      Uśmiech Noela był pełen zachwytu, niemal nieziemski. W jego oczach pojawiła się czułość i podziw, jakby zobaczył coś najpiękniejszego na świecie.

      Abi podała mu przesyłkę

      – Zobacz, to może być coś ważnego.

      Patrzyła, jak powoli chwyta kopertę, jak wpatruje się w jej oczy, szukając wyjaśnienia, zanim jeszcze przeczyta słowa adresowane do niego.

      Noel zaczął powoli czytać list, jego wzrok ślizgał się po starannym, pełnym emocji piśmie. Abi stała tuż obok, widziała, jak na jego twarzy pojawia się kalejdoskop uczuć: zaskoczenie, wzruszenie, a gdzieś w tle – delikatna nuta radości i ulgi. Dawno tłumione emocje zaczęły przebijać się na zewnątrz, a każda z nich potwierdzała wagę tego, co trzymał w dłoniach.

      Kiedy przeczytał ostatnie słowa, jego ręka opadła bezwładnie na łóżko, a oczy zaszkliły się. Spod powiek powoli spływały łzy, które łagodnie sunąc po policzkach. Nie był przygotowany na taką wiadomość – wyznanie łączące w sobie skruchę, miłość i nadzieję.

      Widząc jego wzruszenie, Abi pochyliła się nieco, delikatnie obejmując jego dłoń swoimi palcami. 

      Poczuła nie tylko współczucie, lecz także coś głębszego, ciepłego – sympatię, która zaczynała przekształcać się w subtelną bliskość. W tej chwili nie musiała wypowiadać słów, bo wszystko, co czuła, było wyraźnie obecne w jej spojrzeniu, w delikatnym uśmiechu, w sposobie, w jaki delikatnie trzymała jego rękę.

      Noel spojrzał na nią i odnalazł w jej oczach bezpieczeństwo, zrozumienie i ciepło, którego brakowało mu przez całe życie. I choć dopiero odkrywał własne emocje, to Abi poczuła, że ta chwila – ich wspólna, cicha bliskość – staje się początkiem czegoś niezwykłego.

      – Wszystko dobrze? – zapytała łagodnie, a w jej głosie pobrzmiewała troska i subtelna nuta ciepła.

      – Tak… – odpowiedział, ocierając łzy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo dobrze… – Zawahał się, a potem spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem. – Przeczytaj to, proszę.

      Kochany Syneczku.

      Bardzo długo zbierałam się na odwagę, żeby napisać ten list. 

      Nawet nie wiem, czy będziesz w ogóle chciał go przeczytać. Masz pełne prawo podrzeć go i wyrzucić już teraz. Żywię jednak cichą nadzieję, że zrobisz to dopiero po doczytaniu do końca. 

      Tak trudno mi ubrać w słowa to, co czuję. Pragnę tylko, żebyś wiedział, jak bardzo mi przykro. Nawet nie mogę sobie wyobrazić jak mocno zraniłam Cię swoim nagłym odejściem. Wtedy postrzegałam tę kwestię zupełnie inaczej i najważniejsze było dla mnie moje szczęście. 

      Dzisiaj już wiem, jak bardzo byłam samolubna i obojętna na uczucia innych. Odchodząc od Was popełniłam największy błąd mojego życia, ale czasu już nie cofnę i muszę żyć z tą świadomością do końca moich dni. 

      Nie proszę o przebaczenie, bo na nie nie zasługuję. Chcę tylko, żebyś wiedział, że cały ten czas byłeś zawsze w moim sercu, jako jedyna i prawdziwa miłość mojego życia. Brak kontaktu z mojej strony podyktowany był olbrzymim wstydem za czyn, którego się dopuściłam. Przez te wszystkie lata czułam się niegodna Twojej miłości, ale nosząc Cię w sercu żywiłam nadzieję, że wiedzie Ci się dobrze i że jesteś zdrowy. 

      Już od dawna zbierałam się na odwagę, by nawiązać z Tobą kontakt i pomógł mi w tym sen, który bardzo mnie zaniepokoił. Nie mogłam już dłużej zwlekać. 

      Nie wiem nawet, czy jeszcze mieszkasz z tatą, czy się przeprowadziłeś... 

      Ja nie jestem już z tym mężczyzną. Wynajmuję teraz mieszkanie w kamienicy mojej przyjaciółki Mai, zapewne ją pamiętasz. 

      Jest jeszcze coś bardzo ważnego, co powinnam powiedzieć Ci już dawno temu. Masz przyrodnią siostrę Karin, ona wie o Twoim istnieniu i często pyta o Ciebie. Moim jedynym marzeniem jest, żebyście mogli się kiedyś spotkać, poznać i porozmawiać. Odebrałam Wam tyle pięknych i szczęśliwych lat razem, ale może nie wszystko jeszcze stracone…

      Kocham Cię bardzo

      Mama

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Leszczym @Leszczym @Leszczym @Leszczym @Leszczym @Poet Ka No więc właśnie. Dlatego trzeba o tym mówić mocno i komunikatywnie. Bez emocji, ale konkretnie. W ostatnich latach, na całym świecie robi się to i są świetne rezultaty. Ja walczę z tym, a szczególny nacisk kładę na wędkowanie sportowe i rekreacyjne. Poniżej mój felieton na ten temat.   ZOSTAWCIE RYBY W SPOKOJU Felieton Nie tylko w Polsce wędkuje się „sportowo”, czyli dla rozrywki. Stosuje się technikę „złap i wypuść”, co ma uczynić tę zabawę bardziej humanitarną. Ale czy czyni? Łowienie na wędkę polega na nadzianiu ryby na haczyk. Haczyk ten wbija się w ciało, często uszkadzając skrzela, a nawet wnętrzności ryby. Później jest wyjmowany, a ponieważ ma specjalny zadzior, by ryba sama się nie uwolniła, jest po prostu wyrywany. Zdarza się, że z wnętrznościami. Zadaje się tym samym zwierzęciu niewyobrażalny ból. Ale są też badania naukowe, które pokazują, że ryba pod wpływem łowienia na haczyk, z powodu stresu, dostaje zawału serca, a wiele z nich z tego powodu ginie. Okaleczane ryby krzyczą z bólu. My tego nie słyszymy, bo ryby emitują ultradźwięki, czyli dźwięki w paśmie poza naszą słyszalnością. I to właśnie wprowadza nas w błąd. Ergo: Fakt, że milczy nie oznacza, że nie czuje bólu. Świat się rozwija. Jeszcze nie tak dawno popularne były tzw. kożuchy, czyli kurtki wykonane ze skóry owiec. Popularne były kołnierze z lisów, torebki z młodych fok, wyroby z kłów słoni. Padały z wycieńczenia zwierzęta w cyrkach, a hodowlane trzymane były w barbarzyńskich warunkach. Polowania na wieloryby są sukcesywnie zakazywane. Na całym świecie ogranicza się łowiectwo zwierzyny leśnej, eksperymenty medyczne i ubój rytualny. Wprowadza się coraz skuteczniejsze prawa zwierząt, również domowych, rozwija się wegetarianizm. Powstają wciąż nowe organizacje zajmujące się prawami zwierząt. Czyli pole do krzywdzenia stale się kurczy. I kiedyś ten rytuał zostanie całkowicie zakazany. Już dzisiaj krzywdzenie zwierząt jest w Polsce zagrożone więzieniem nawet do 5. lat. A wyroki są coraz częstsze. Łowić zadając ból, a potem zważyć i wypuścić z powrotem do wody jedynie dla satysfakcji? Trochę wysoka cena za tę przyjemność. Czy zatem nie czas, byśmy sobie dali spokój? Przecież są tysiące różnych hobby, które mogą dawać nam radość, a nie krzywdzą nikogo. @Zbigniew Polit @Leszczym @Leszczym Oczywiście tak. Też żrę mięso i noszę skórzane rękawiczki. Ale chodzi o to, by nie katować i nie zabijać dla rozrywki. Pozdrawiam. 
    • Bobra likier żre i Kilar Bob
    • Anna ma nad opata kata. Podana manna
    • @wierszyki Przedziwne rzeczy są w Tajemniczym Ogrodzie.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...