Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

**




Walentynie nie wiodło się najlepiej. Chociaż miała dopiero dwadziescia lat, życie jej nie rozpieszczało. Permanentne zawody miłosne, brak perspektyw - to wszystko sprawiało, że popadała w coraz to głębszą depresję.

Pewnego dnia do sklepu spożywczego, w którym pracowała wtargnął nonszalancko, dobrze zbudowany i przystojny mężczyzna około czterdziestki.
-Dzień dobry - powiedział od niechcenia zamykając z trzaskiem drewniane drzwiczki.
-Co panu podać - Walentyna spytała udając zupełną obojętność dla jego męskości.
-Dobrego browara...
-Hmm... A jaki konkretnie?
Wtedy Marian odwrócił wzrok w jej stronę, odrywając się od podziwiania jędrnych pomarańczy. Ekspedientka stała przed nim patrząc wielkimi zielonymi oczami, miała na sobie stary wyblakły i poplamiony fartuch. Jej fryzura, także nie powalała na kolana.
-Przepraszam... - powiedział wbijając wzrok w podłogę.
-Co panu jest?
-Nic - bąknął tylko i wyszedł.
-Dziwne... - pomyślała Walentyna i usiadła z powrotem za ladą na starym taborecie.

Po kilku dniach mężczyzna wrócił do sklepu. Tym razem wyglądał zupełnie inaczej. Uczesany, pachnący drogimi perfumami i z siatką pomarańczy w dłoni, spokojnym krokiem wszedł do sklepu. Ukłonił się nisko, po czym trochę zarumieniony powiedział:
-Kiedy po raz pierwszy wchodziłem do tego sklepu, nie myślałem, że tak to wszystko się potoczy. Zakochałem się w pani od pierwszego wejrzenia. Do końca życia jędrne pomarańcze będą mi przypominały to spotkanie. Czy zechciałaby pani pójść ze mną na kolację? - po tych słowach podał jej siatkę owoców, patrząc czule w oczy.
-Eee... Dobrze - odpowiedziała Walentyna.
-To kiedy po raz kolejny w blasku świec będę mógł ujrzeć pani piękne oczy?
Dziewczyna wiedziała, że nie może okazać zbytniego zainteresowania. Wietrząc okazję bogatego zamążpójścia postanowiła działać.
-Dzisiaj co mamy? - spytała.
-Poniedziałek.
-Może w piątek o osiemnastej. Widzi pan tamten trzepak przy różowym bloku?
-Tak, tak.
-Proszę tam po mnie podjechać.
-Ależ oczywiście.
Mężczyzna wyszedł. Walentyna przysiadła na swoim taborecie i z dziką przyjemnością rozerwała siatkę z pomarańczami.
-Nareszcie. Zbajeruję go trochę na kolacji. Potem szybki ślub i pławię się w luksusie do końca życia - pomyślała.

Dni do spotkania minęły beztrosko. W ferworze przygotowań czas płynął bardzo szybko. W piatek Walentyna wyglądała pieknie. Po wizycie u fryzjera, kosmetyczki i manikiurzystki czuła się boginią blokowiska. O 18.00 wyjrzała przez okno w kuchni. Pod trzepakiem stał zaparkowany czarny mercedes.
-A niech sobie trochę poczeka - powiedziała sama do siebie, drapiąc łokieć grzebieniem.
Wyszła na podwórze dopiero po trzydziestu minutach. Mężczyzna widząc ją w oddali wysiadł na powitanie.
-Och przepraszam za spóźnienie, zagadałam się z sąsiadką... - skłamała.
-Nic nie szkodzi. Czekanie na panią to sama przyjemność - odpowiedział, po czym ujął jej dłoń i całując dodał:
-Marian jestem.
-Eee... Walentyna.
Mężczyzna otworzył drzwiczki mercedesa i cały czas patrząc czule w oczy dziewczynie zaprosił do środka. Po chwili odjechali.

Na kolacji oboje czuli się świetnie. Rozmawiali kilka godzin, aż do zamknięcia restauracji. Marian opowiadał jej o swojej firmie jubilerskiej, a ona patrzyła wielkimi zielonymi oczami, powolnie przeżuwając makaron z sosem spaghetti. Jedno niezwykle udane spotkanie zaowocowało kolejnymi, coraz ciekawszymi. Wspólnie chodzili na pokazy mody, do kina, wesołego miasteczka czy eleganckich klubów. Walentyna starała się nie okazywać za bardzo swojej miłości, którą bez wątpienia czuła.

Pewnego wieczora Marian przyszedł do jej mieszkania. Pocałowali się na przywitanie i wspólnie zasiedli do stołu. Mężczyzna wyjął z kieszeni zamszowe pudełeczko w kształcie pomarańczy i uklęknął.
-Wyjdziesz za mnie? - zapytał z tęsknotą w oczach.
-Marian... Tak, tak! - krzyknęła Walentyna i rzuciła mu się na szyję.
-Nie wiem czy chcesz - Marian nieśmiało kontynuował - Może weźmiemy ślub w Hiszpanii na Ibizie?
-Co za pytanie. Pewnie, że chcę!
-W takim razie ślub odbędzie się siódmego dnia naszego pobytu.
-Dlaczego?
-Kochanie, w twojej ulubionej siatce pomarańczy jest zawsze siedem owoców - odparł z uśmiechem.
Walentyna rozpłakała się i pocałowała przyszłego męża.

Nadszedł dzień wyjazdu. Piękne, majowe słońce rozpieszczało ludzi, chodzących po ulicach. Marian trzymając za rękę swoją narzeczoną zasiadał właśnie w samolocie. Nie było mowy o przedziale turystycznym, musiała być klasa biznes, ze wszystkimi wygodami.
-Piękny dziś dzień - westchnął patrząc na Walentynę, która odpowiedziała mu szerokim uśmiechem, pomimo braku jedynki w uzębieniu.

Kiedy wylądowali, nie mogli uwierzyć. Było tak pięknie. Mijały kolejne dni, a oni bawili się na dyskotekach, pływali w ciepłym morzu i opalali się na wspaniałych plażach. Szóstego dnia Walentyna powoli, zalotnie sączyła drinka, zrobionego przez Mariana. Usnęła. Następnego dnia obudziła się wielkim różowym pokoju. Jakieś dziewczyny obok paliły papierosy.
-Co jest? - spytała, przecierając oczy.
-O kolejna Polka - odpowiedziała kobieta około trzydziestki ziewając. Inne mówiły po niemiecku. -Dałaś się zwieść, jednego dnia Hiszpania, drugiego Berlin. Dzisiaj zaczynasz.

Opublikowano

No pełne zaskoczenie. Puenta po zbóju!
Dwie uwagi: kulawo brzmi wtargnął noszalancko przystojny - zmień szyk, bo wychodzi, że gość jest nonszalancko przystojny :)
I klasa biznes samolotu...

Aleś mnie ubawił, mimo tragizmu sytuacji...

Opublikowano

Jay usmiałam się i to na głos!!!! oczywiscie znana mi u ciebie niespodziewany zwrt akcji !! i ten brak jedynki i Walentyny . wyglada prawie jak ja - hahahah
czekam na nastepne smieszne kawałki
pozdrawiam

Opublikowano

Postać Walentyny zarysowana tak karykaturalnie,że aż się uśmiać można na samo wyobrażenie.Rozwój sytuacji też zabawny.Koniec jest dosyć zaskakujący,aczkolwiek czytelnik od samego początku czegoś się spodziewa odmiennego.Bowiem sam ślub sprawiłby tyle,że opowiadanko zrobiłoby się nieco nudne. A tak ma swój (bardzo cenny uważam) morał.

Dzięki Ci Jay za uprzyjemnienie i wzbogacenie Twoim tekstem kilku chwil mego życia
Pozdrawiam
Kasia

Opublikowano

Ja dałem sie zaskoczyć. Przydługim wprowadzeniem uśpiłeś czujność i- choć nie wierzyłem w ten ślub- nie miałem żadnego pomysłu na zakoińczenie twojej historii.
Mam wątpliwości co do braku przedniego zęba- niezależnie od swoich planów, Marian powinien jej zafudować leczenie stomatologiczne. Zarówno żona, jak i towar przeznaczony na sprzedaż nie powinien mieć widocznych wad.

Opublikowano

Leszku, cieszę się, że dało się Ciebie zaskoczyć ;). Co do zęba to chciałem żeby chociaż w tym jednym momencie było trochę śmiesznie... Może w Niemczech jej zrobią ;)

Pansy, zabójstwo byłoby zbyt proste, co prawda mam skłonności do końcowego uśmiercania głównych bohaterów, ale nie tym razem...

dziękuję Wam bardzo za komenty,
pozdrawiam

  • 6 miesięcy temu...
Opublikowano

"Chociaż miała dopiero dwadziescia lat, życie jej nie rozpieszczało." - to zdanie nie ma żadnego sensu; co ma wiek do rozpieszczania przez życie?
Postać Walentyny jest mało wiarygodna. Poza tym niepotrzebnie odsłaniasz jej zamiary tak szybko. Daj tą szansę czytelnikowi.
Nie wiem ile facet mógł mieć za ściagnięcie laski do b... ale podejrzewam, że nie wydawałby tyle kasy na eleganckie kluby, kina, wesołe miasteczka, drogie restauracje itp. Małowiarygodne.
Wygląda to na baardzo długi kawał a nie opowiadanie.

  • 2 miesiące temu...
Opublikowano

Komentarz moze nie bedzie najbardziej aktualny, ale teraz tu dopiero trafilam i jedyne, co moge napisac, to to, ze kolejny raz potwierdza sie to, ze zycie jest zupelnie inne od naszych marzen. To przykre. Pomysl na tekst ciekawy. Moral - cenny. Warto prezczytac.
Pozdrawiam
gp

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...