Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

K. zaciekle czyścił wacikiem do uszu kratkę wywietrznika nad piecem w kuchni. Wydłubywał kłęby sadzy i klął pod nosem. Nigdy by na to nie wpadł, lecz ostatnio sytuacja zmuszała go do nadludzkiej kreatywności. Co dnia po powrocie z pracy musiał szukać sobie zajęcia między 18.00 a 21.00, bo żonka z koleżanką namiętnie oglądały „Miodowe lata”, potem „Samo życie” i na deser „M jak miłość”.
Akurat szły „Mostowiaki”. Serial był tak przebiegle skonstruowany, że każdą scenę zamykał jakiś dramatyczny akcent – ucięcie rozmowy, zła wiadomość, radosny telefon itp. Po każdej mógł nastąpić koniec, ale wciąż pojawiała się następna i następna. Szlag mógł człowieka trafić. K. zrobił już wszelkie, nawet najgłupsze rzeczy. Wyszedł z psem, wyrzucił śmieci i wymienił worek. Zrobił pranie i ładnie wszystko wywiesił. Wypastował buty na jutro. Zdarł pajęczynę w łazience. Wymienił żarówkę. Odkamienił czajnik. Umył liście fikusa... A serial trwał i trwał. Żonka z sąsiadką z przejęciem komentowały aktualne wydarzenia, a na „jedynce” już na pewno na murawę Stamford Bridge wybiegali piłkarze Barcelony. K. pocieszał się, że jutro mecz będzie na „dwójce” i żonka pójdzie z rewizytą oglądać inną durnotę na Polsacie.
Dopadł pilota, gdy tylko Gąsowski zaczął nucić swoją smętną balladę. Zaklął w duchu. Od 3 minuty Chelsea prowadziła 1:0. Obie panie spojrzały na niego zniesmaczone.
- Jeszcze „Kulisy serialu” – powiedziała żonka jak do niegrzecznego dziecka – Bądź dżentelmenem, misiu.
Dżentelmena od skończonego „pantofla” dzieliła bardzo subtelna granica. Dlatego K. tylko pokręcił głową.
- Oj, Krzysiu. Poszedłbyś do Marka – odezwała się sąsiadka – „Kiepscy” lecą. Pośmiejecie się i w ogóle.
- Mam mecz – odparł kategorycznie, odkładając pilota jak najdalej od nich.
Sąsiadka wyszła, a żonka ku jego satysfakcji zaczęła szukać sobie zajęcia. Teoretycznie wszystko było zrobione, lecz nie byłaby sobą, gdyby czegoś nie wymyśliła. Z obrażoną miną wzięła się za prasowanie mokrego jeszcze prania. Korzystając z okazji, skoczył do lodówki po piwo. Udawał, że nie widzi karcącego spojrzenia, jakim odprowadziła go do salonu. Lekki bełkot, smrodek, obsikane kafelki. I co z tego? Trzeba mieć coś z życia.
Zanim zdążył porządnie rozsiąść się na sofie, było już 3:0 dla Chelsea. Cała frajda przepadła. Kupiona za setki milionów euro maszyna do wygrywania łatwo rozprawiała się z geniuszem Ronaldinho, Deco i Eto'o. Patrzył mimo to, bo w jego mniemaniu był to finał i wiedział, że taki mecz w tej edycji Ligi Mistrzów już się nie zdarzy. I nastąpił cud. Jeszcze przed przerwą Barca strzeliła dwa gole. Znów wszystko się mogło zdarzyć.
W przerwie otworzył drugie piwo. Zerknął przez szparę w drzwiach sypialni i uśmiechnął się tęsknie do ukrytego pod cienkim szlafrokiem ciała żonki. Nagle zgasło światło i powabne ciało okrył mrok. Wrócił na sofę, licząc na sensacyjne rozstrzygnięcia w drugiej połowie. Ale tak się nie stało. Mecz był emocjonujący, jednak to Chelsea wygrała 4:2 i przeszła dalej. Niepocieszony K. wstąpił do kibelka, umył zęby i przebrał się w piżamę. Niedługo miały być skróty pozostałych spotkań. Interesowało go wyłącznie to, czy Manchester poradził sobie z Milanem, resztę wyników miał daleko i głęboko.
Długo nie mógł zasnąć, rozmyślając nad stanem swojego małżeństwa. Tam, gdzie kończyły się seriale i mecze, zaczynało się prawdziwe życie. Poślubił piękną zgrabną i miłą dziewczynę, która po kilku latach była już tylko piękna i zgrabna. Ciągle wiele wymagała, nic nie dając w zamian. Koleżanki były ważniejsze, seks przestał ją cieszyć, codzienne obcowanie zmieniło się w stek docinków, pretensji, aluzji. K. próbował rozmawiać, jednak albo udawała głupią, albo naprawdę nie wiedziała co się dzieje. Coraz częściej więc obrażał się i zamykał w sobie. Spała w sypialni, on w salonie, bo tam był telewizor, który pomagał zasnąć.
Tata zawsze mawiał, parafrazując Nicholasa Blake’a: ożeń się młodo, będziesz długo żałował. Żart niepostrzeżenie stał się rzeczywistością. Zawodowo K. też nie bardzo się spełniał. Był „witryniarzem”, lecz po kilku latach tłustych, kiedy zaprojektował strony www dla setki klientów, planował rozbrat z tą profesją. Złożył nawet kilka aplikacji na admina, ale póki co korporacje milczały. Kiedyś marzył o dziecku. Oczami wyobraźni widział blond maleństwo o niebieskich oczach i niezwykłej inteligencji – predystynowane do najważniejszych życiowych nagród. Teraz, z taką żoną i lichą pracą, żal mu było sprowadzać potomstwo na świat.
Wił się w pościeli osrebrzonej blaskiem telewizora. Czuł się jeszcze w pełni sił, a już trafił w objęcia pustki. Wiedział, że jeśli czegoś nie zrobi, depresja wkrótce zaprosi go do ciemnego pokoju, zamknie drzwi i wyrzuci klucz. Nagle zmroziła go myśl, że może żona ma kochanka. Nigdy nie znalazł nawet śladu czyjejś obecności w domu, nigdy nie miał powodów do podejrzeń. Coś jednak było na rzeczy. A jeśli tak, to dlaczego? Nie widziały gały co brały? Oświadczyny przyjęła bez mrugnięcia powieką, zamieszkali w ślicznym mieszkanku, na nic się nie skarżyła, mieli wspólne plany, kochali się...
Bawił się pilotem, raz po raz zmieniając kanały. Nic go nie cieszyło, niczym nie umiał się zainteresować na tyle, żeby potem zasnąć. Panienki z satelitarnych sekstelefonów dla emigrantów wyginały się na ekranie, udając niesłychanie podniecone. Ze wstrętem odwrócił się bokiem do telewizora. Niech tańczą, i tak to, co najważniejsze zasłania wielki numer telefonu. K. sięgnął ręką za plecy, włączając kanał na chybił trafił.
- ... wiatrówka i zestaw nabojów za jedyne 299 zł + koszty przesyłki. Kup już teraz. Dzwoń!
Przekręcił się na łóżku z szerokim uśmiechem. Może to było jakieś wyjście. „Telezakupy” przeszły teraz na zestaw naczyń żaroodpornych, które wychwalała pod niebiosa etatowa ekspertka, późnej pan udający lekarza specjalistę a’ la Lew Starowicz zaproponował zestaw feromonów w sprayu dla przedstawicieli obu płci. I to też był jakiś pomysł. K. machnął jednak ręką, przekonany, że nigdy w życiu nie kupi w ten sposób żadnego wynalazku. Gdyby to wszystko naprawdę działało, byłoby na półkach normalnych sklepów.
Obraz nagle zafalował, jak gdyby jedna rzeczywistość wizualna chciała nałożyć się na drugą, i na ekranie pojawił się młody przystojniak z małym czarnym przedmiotem w ręce.
- Jesteś niezadowolony ze współżycia? Mamy na to sposób. Supernowoczesny chip w kolczykach pozwoli ci odzyskać harmonię w związku.
K. słuchał jak zahipnotyzowany.
- Sygnał wysyłany przez zdalnego pilota sprawia, że twoja żona robi tylko to, co zechcesz. Seks, proszę bardzo. Wspólne oglądanie meczu przy piwku, wystarczy kliknąć. Liczba zestawów promocyjnych ograniczona. Dzwoń teraz. Nie zawiedziesz się.
Bez namysłu zerwał się z łóżka i sięgnął po telefon. Sympatyczny głos kobiecy poinformował go o dodatkowym rabacie za szybką reakcję i poprosił o adres, pod który ma dotrzeć przesyłka. Nie kosztowało to K. aż tak wiele. Te parę stów był skłonny zaryzykować dla dobra sprawy. Wkrótce potem zasnął.
Tydzień później odebrał w biurze przesyłkę. Poczekał aż wszyscy wyjdą i z wypiekami na twarzy zajrzał do środka. Trochę się zaniepokoił, gdy na dnie pudełka zobaczył malutkiego pilota w folii i etui z kolczykami. W instrukcji wyczytał, że w kolczykach umieszczono mikrochip, który perswazyjnie oddziałuje na mózg. Wystarczy założyć je żonie i skorzystać z pilota. Na koniec sprawdził, co oznaczają poszczególne przyciski. 1. Seks. 2. Gotowanie. 3. Prace domowe. 4. Zakupy. 5. Sport. 6. Piwo. 7. Spacer. 8. Koleżanki. 9. Rodzice. 10. Sen. 0 natomiast oznaczało słodką bezczynność. Bardzo użyteczny wydawał się też przycisk z ikonką przedstawiającą przekreślony głośnik.
Wrócił z pracy w wyjątkowo dobrym humorze. Spóźnił się na kolację, która czekała w kuchence mikrofalowej, ale wcale nie czuł głodu. Zamiast codziennym zwyczajem przez kwadrans zdejmować kurtkę i buty, od razu wparował do pokoju. Siedziały z sąsiadką przy ciasteczkach i kawie, oglądając „Miodowe lata”.
- Misiu, nie zdjąłeś butków – zaszczebiotała żonka.
- Bo mam prezent.
Popatrzyły na niego zdziwione. Wręczył jej pudełko i spokojnie poszedł się rozebrać. Szeptały, chichotały, cmokały – znaczy nie było źle. Jak gdyby nigdy nic wrócił do pokoju i usiadł na pufie w kącie. Żonka założyła kolczyki, a sąsiadka przystawiła jej spryskane od wyciskania pryszczy lusterko. Podziękowała i wróciła do podziwiania serialu. Czekał niecierpliwie. W przerwie na reklamy sąsiadka pobiegła poluzować pęcherz. Zdenerwowany jak chłopak przed zrobieniem psikusa K. ukradkiem kliknął przycisk aktywujący chip. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło, ale oczy żonki zrobiły się jakby szklane. Dał na „1”. Poruszyła się miękko i spojrzała na niego takim wzrokiem, że w pierwszej chwili nieludzko się przeraził. Sąsiadka wróciła z łazienki.
- Hanka, idź do siebie.
- A nasz serial?
- Proszę...
Niepocieszona sąsiadka cicho zamknęła drzwi. Czerwony jak cegła K. został brutalnie powalony i obdarty z ubrania. Godzinę później rozpaczliwie szukał pilota, który wypadł mu z ręki podczas manewrów miłosnych. Na czworakach, z zamglonymi oczami macał podłogę, a omroczona działaniem chipa żonka lała go pantoflem w najbardziej wypięte miejsca. Ty cholero! – myślał zadowolony – Następnym razem ci pokażę. Wreszcie znalazł pilota i szybko kliknął „0”. Nagusieńka żonka rozłożyła się na sofie. Przetarł spocone czoło i rozmasował purpurowe pośladki.
- Jasny gwint, to działa!
- Co działa, misiu?
- A nic takiego – mruknął i kliknął wyciszenie.
Odetchnął z ulgą. Dziś zamiast serialu miał być film science-fiction, a zamiast: „misiu, zrób sobie jeść”, „wyprasuj sobie sam” czy „zmyj po sobie”, wylegiwanie się na sofie. Życie zrobiło się piękne. Po raz pierwszy od wielu lat spał z żonką w sypialni i to nie pupa w pupę, tylko w czułym uścisku. Przez kolejne tygodnie przywoływał z pamięci wszystkie stare przyzwyczajenia, których tak mu brakowało. Mógł od czasu do czasu odpuścić kąpiel, wyskoczyć z kumplami na bilard, nie myć przeklętych naczyń od razu po jedzeniu, zamawiać pizzę i pikantne skrzydełka, pić piwo i puszczać bąki. Rzadko dezaktywował chip, bo ilekroć to robił, dawna żonka od razu dawała mu popalić.
Mijały tygodnie. Pewnego dnia sąsiadka Hanka napadła na niego w windzie.
- Coś ty jej zrobił, potworze?!
- Nie rozumiem – odparł z chytrym uśmieszkiem – Złościsz się, bo spędza ze mną więcej czasu?
- Ty dobrze wiesz! – pogroziła mu różowym tipsem – Pytam ją ostatnio co ma zrobić Marysia Mostowiakowa, a ona nawet nie pamięta kto to jest! Ze mną też rozmawia inaczej. Szprycujesz ją czymś?
- Zwariowałaś. Ta rozmowa zaczyna być męcząca.
Na szczęście winda dojechała na parter i mógł dać nogę między bloki.
- Już ja się dowiem! – wrzasnęła za nim Hanka.
Postanowił, że będzie używał pilota tylko w razie palącej potrzeby. I tak już mu się znudziło, bo do dyspozycji miał tylko jedenaście wariantów. Gdyby to od niego zależało, wymyśliłby jeszcze ze czterdzieści. Jakość znosił fanaberie, szczebioty, chłód sypialni i gorąco żelazka tym bardziej, że coraz częściej przesiadywały u Hanki. Nawet jeśli coś razem knuły, był przekonany o swojej przebiegłości i miał niezbitą pewność, że sprawa się nie wyda.
Kiedy zaczynał tęsknić za bliskością żonki, po prostu klikał. Aż któregoś dnia idealny - zdawać by się mogło – mechanizm zawiódł. Odprężeni po seksie, oglądali razem mecz i popijali piwo. Żonka ambitnie dyskutowała z nim na temat niuansów taktyki, poziomu wyszkolenia czy techniki poszczególnych piłkarzy.
- Ale wolej!!! I patrz, poprzeczka. U nas mało który młotek by tak potrafił.
- Fakt – przyznał zachwycony i wyskoczył do kibelka.
- Fuj!!!
Wybiegł przestraszony z łazienki. Żonka wypluła piwo i zgorszona popatrzyła na ekran, a potem na niego.
- Co jest grane, misiu? – zapytała zdezorientowana.
- Nic, kochanie. Siedzimy sobie przy meczu – odparł przerażony, klikając pilotem, który odmówił posłuszeństwa.
Wstała i z wyniosłą miną poszła do Hanki. Spanikowany K. przez resztę wieczoru gmerał przy pilocie, ale niewiele wskórał. Doszedł do wniosku, że padły baterie. Tylko jak takie zdobyć? Były nietypowe, nigdy takich nie widział. W końcu umęczony zasnął na sofie. Rano okazało się, że żonka nie wróciła na noc. Zadzwonił do sąsiadów, ale Marek tylko odburknął: wróci, kiedy będzie chciała.
Wziął wolne i przez cały dzień biegał po sklepach, wypytując o baterie. Nikt takich nie miał. Zdruzgotany łaził po mieście, bijąc się z ponurymi myślami. Sprawa od początku była ryzykowna. Przecież wystarczyło, żeby raz zdjęła kolczyki, gdy był poza domem lub przestała je nosić, a cały misterny plan wziąłby w łeb. A teraz nie dość, że wyładowały się baterie, to jeszcze sąsiedzi nie chcieli oddać mu żony.
Późnym wieczorem wsunął klucz do zamka, ale drzwi nie dawały się otworzyć. Klucz nie pasował! K. nacisnął dwonek, potem zaczął donośnie pukać. Usłyszał ciężkie kroki. W drzwiach stanął zwalisty przystojniak ze złotym łańcuchem na szyi. Zza jego barów wychyliła się uśmiechnięta żonka.
- To jest Stefan – powiedziała zimno i kliknęła pilotem.
Bydlak podał mu czarny worek z rzeczami i wyciągnął pięści jak do bójki. K. cofał się bledszy od ściany, którą miał za plecami. Napastnik ruszył za nim, więc jedyne co pozostało K., to zwiewać po schodach. Sadził wielkie susy, a z worka sypały się pojedyncze skarpetki i majtki.
- Durniu! Wystarczyło kupić drugi telewizor – usłyszał.
Nie miał czasu odpowiadać, bo ze Stefana był sprinter nie od parady.

Opublikowano

Nie będę się powtarzać. Pomysłów mi już brakuje na komentarze. To co zwykle, czyli super. Przegrzebywała ja ten gąszcz liter z nadzieją na znalezienie chociaż jakiegoś maciupeńkiego "błądzika". No i klapa na całej linii :-))))))), ciekawam, co tam jeszcze masz w tej Torbie?? Pozdro/B.

Opublikowano

Poprawki zrobione. Dzięki :) Pomysły na "Szorty" powoli się kończą, więc biorę się za poważniejsze sprawy. Będzie jeszcze o spotkaniu absolwentów i okaże się, że wszyscy są przedstawicielami handlowymi :) i jeszcze parę metafizycznych pomyłek :)

Żałuję, że nie posłałem do Pilcha jakiejś zabawki. Teraz piszą, że na 33 opowiadania wydane w tym tomie ledwie jeden jest radosny. I wyszła kicha o babciach i dziadkach. Polecam dziś recenzję w Wyborczej...

  • 3 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Czas  I zagubione sny    W naszych głowach  Dyktują nam prawdę    Bo tam gdzie prawda  Tam życie    Jak dotyk anioła  Który nie boli   Przecież każdy  Tak dobrze   Odnajduje się  W swojej roli     Tu na ziemi...
    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...