Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Kręciła się po kuchni, niczym cień poruszany refleksami światła. Była niska, bardzo zaniedbana i źle ubrana.; jej okrągła niegdyś twarz zrobiła się opuchnięta, a cera sucha jak pergamin. Smutne, ciemne oczy pogrążone w ciągłym bezruchu, trzymała wpatrzone w podłogę, siwe, włókniste włosy spięła w mały kucyk, osłaniając zmarszczone czoło i małe uszy.
Kuchnia była mała i niezwykle czysta. Wypełniał ją wiekowy kredens z grubego drewna dębowego, masywny stół nakryty pociętą ceratą, kuchenka gazowa i lekko pordzewiały zlew. Na oknie, za wzorzystą zasłoną stała doniczka ze świetnie rozwijającym się kaktusem.
Kobieta miała na imię Maria. Żyła tylko dlatego, że uznawała śmierć za coś skrajnie okropnego, za najpodlejsze dopełnienie cudownego Dzieła Stworzenia, jakiego dopuścił się Bóg, a jednocześnie bardzo pragnęła śmierci, znicestwienia samej siebie, odłączenia świadomości, uśpienia. Ten stan zawieszenia przeciągał się w nieskończoność.
Na kolację wzięła kromkę razowego chleba z białym serem, który posypała świeżym szczypiorkiem. W kubku z urwanym uchem zaparzyła zioła: melisa dobrze wpływała na sen. Wzięła to wszystko i zaniosła do pokoju, jednak zanim zabrała się do jedzenia, nakarmiła Negro - owczarka niemieckiego o błyszczącej sierści i demonicznych oczach. Był doskonałym obrońcą i łagodnym opiekunem.
Włączyła telewizor i zabrała się do jedzenia. Musiała kroić chleb na małe kawałeczki i przeżuwać bardzo powoli, żeby nie uszkodzić protezy. Nie było jej stać na następną. Akurat telewizja nadawała serial kryminalny z nieodzownym trupem oraz inspektorem, który powinien jego zagadkę rozwiązać. Uwielbiała wprost ten schemat. Łotr-morderca musiał zostać schwytany i zamknięty w więzieniu na resztę życia albo lepiej - do czasu rychłej egzekucji. Przynajmniej na ekranie za każdym razem się to udawało. Radość graniczyła wtedy z rozkoszą, działając jak balsam na rozterki skołatanej duszy. Po filmie wpadła w nostalgiczny nastrój. Pod wpływem bolesnych wspomnień poszła posiedzieć do pokoju Zbyszka. Pomieszczenie pozostawało od wielu lat w niezmienionym kształcie, bo specjalnie o to dbała. Przeszklone meble, pełen stonowanych barw dywan, zaścielone kocem łóżko, stare biurko i pochylona nad nim nocna lampka - wszystko takie same, nienaruszone, pokryte wiekowym kurzem. Na półkach, za szybą zgromadzone były perełki dzieciństwa Zbyszka - deska do krojenia zrobiona na zajęciach ZPT, maskotka otrzymana w dniu ukończenia szkoły podstawowej, wielkie serce z czekolady owinięte w złotą folię, które dostał od pierwszej i największej sympatii. Bardziej z tyłu ustawione były pamiątki z podróży: dzbaneczki, muszelki, kamienie.
Maria przykucnęła i wyjęła z szuflady pudełko z listami oraz pocztówkami od niego. Zaczęła czytać, choć znała je na pamięć.
Ból. Gniew. Bezradność.
To miało nigdy nie mieć końca. Był przecież taki silny! Żadna moc nie była w stanie mu zagrozić. Żadna!
W dzieciństwie strasznie zachorował. Jeździł zimą na łyżwach po zamarzniętym stawie. W pewnym momencie lodowa tafla pękła i wylądował w przeraźliwie zimnej wodzie. W drodze do domu nabawił się tak silnej gorączki, że trudno było go dotknąć. Parzył jak piec. Kiedy umęczona nocnym czuwaniem Maria przysnęła na fotelu, podniósł się i na czworakach wyszedł przed dom. Zastygła z przerażenia, widząc, że nie ma go w łóżku, a potem omal nie dostała zawału, gdy zaczął łapczywie jeść świeży śnieg. Przez resztę nocy myślała, że oszaleje, lecz nazajutrz nastąpiła nieoczekiwana poprawa. Po dwóch dniach wrócił do szkoły. Zrozumiała wtedy, że jest nieludzko twardy. Prawie nie chodził do lekarzy, nigdy nie skarżył się na ból, nie chciał przyjmować lekarstw. Ból musiał zostać stłamszony albo samoistnie odejść. Wydawał się być człowiekiem niezniszczalnym. Dopóki ktoś go nie zabił.
Prawdopodobnie napastników było kilku. Wywiązała się bójka, bo ekspertyza wykazała, że na ubraniu miał czyjąś krew i obcy materiał pod paznokciami. Bronił się, trzymał życia do samego końca. Przypłacił to wybitymi zębami, połamanymi żebrami i pękniętą w kilku miejscach czaszką. Nawet nie zabrał ze sobą portfela.
Życie Marii zatrzymało się gwałtownie, po czym zostało porwane na strzępy i rozrzucone byle gdzie. Tej zapaści nie zapowiadała żadna arytmia, żaden symptom nie pozwalał zawczasu uzbroić psychiki na przyjęcie ciosu.
Zbieranie okruchów zabrało wiele czasu, a i tak, po ułożeniu ich w całość, okazało się, że jest niekompletna. Brakowało nadziei, zaufania do ludzi, oparcia. Zbyszek zabrał ze sobą do grobu resztki jej radości z życia, pozostawiając dogłębną pustkę i samotność. Kiedy umierał jej mąż, zejście było od dawna łatwe do przewidzenia i zdążyła przyzwyczaić się do tej przykrej konieczności. Nawroty choroby i rezygnacja z walki z jego strony przekonały ją, że zgon to tylko kwestia czasu. Uczucia żałobne ograniczyły się do pełnych żalu wspomnień okraszanych kieliszkami wódki i łzami. Było inaczej, zgodnie z naturalnym biegiem rzeczy. Zbyszek nie uronił ani jednej łzy i nie wypił ani kieliszka. Ten bezruch, pełen kamiennego milczenia, był dla niej gorszy niż własne cierpienie.
Dziś wszyscy mężczyźni zgromadzeni na stypie Gustawa leżeli w szeregu pod szorstkim kocem ziemi, a ich dusze wracały do źródeł. Gustaw odszedł, ogłaszając to wszem i wobec, Zbyszek wyszedł wieczorem po papierosy i już nie wrócił. Przeklęty nałóg! Gdyby wiedziała, zabroniłaby mu palenia. Na pewno by jej nie odmówił. Z miłości, z szacunku, z jakiegokolwiek powodu. Gdyby, gdyby... Gdyby można było wszystko przewidzieć, losowi trudniej byłoby ludzi zaskoczyć.
Skulonej na podłodze Marii zrobiło się duszno. Jakiś ucisk w mostku tamował przepływ powietrza, powodując występowanie na karku zimnego potu.
Wkrótce miał przyjść także czas na nią, a ona nie wiedziała, jak się do tego przygotować. Słyszała i czytała, że tracąc bliskich, ludzie sami pragną śmierci.
Z nią było zupełnie inaczej. Kurczowo trzymała się życia - nawet takiego - i nie zamierzała się poddawać.
Przeszła fala gorąca, świat zawirował i wszystko wróciło do normy. Tego rodzaju napady duszności i uderzenia krwi do mózgu nawiedzały ją kilka razy dziennie, niby złe duchy. Później odchodziły równie łatwo, jak się pojawiały.
Postanowiła skończyć przeglądanie pamiątek jutro. Schowała pudełko z korespondencją na swoje miejsce i wróciła do siebie. Negro zamerdał dostojnie ogonem, gdy zobaczył ją w drzwiach. Położyła się do łóżka, a on posłusznie zaległ na podłodze, kładąc pysk na wyciągniętych łapach. Przyjrzała mu się z miłością. Czujne oczy śledziły każdy jej ruch, na pysku miał wyraz zamyślenia - zupełnie jak u człowieka. Zgasiła światło, ale jego ślepia nadal jarzyły się w ciemności. Dzięki niemu mogła spać spokojnie.
Nazajutrz wraz ze słońcem nastała niedziela. Zaraz po przebudzeniu Maria wyprowadziła Negro na spacer, po czym nakarmiła go sumiennie. Kiedy zajęła się własnym śniadaniem - mieszanką płatków i nasion zalewanych mlekiem - ostro zabrzęczał dzwonek u drzwi. Podskoczyła przestraszona i musiało minąć kilka sekund, zanim doszła do siebie. Dawno już powinnam zmienić dzwonek - pomyślała z bijącym głucho sercem.
Cicho podeszła i wyjrzała przez wizjer. Twarz. Wielka. Rozlana. Jedno straszne oko wpatrujące się prosto w nią.
- Kto tam jest? - wystękała przez ściśnięte gardło.
Twarz wróciła do normalnych rozmiarów. Była przyjazna. Znajoma.
- To ja.
- Dlaczego bez przerwy mnie nachodzisz? - jęknęła z ulgą i uchyliła drzwi.
- Jesteś dla mnie zbyt surowa. Martwię się.
- Dziękuję. Coś jeszcze?
- Nie odpychaj mnie.
- Wcale tego nie robię. Lubię być sama. To wszystko.
- Ale tak nie można. Porozmawiaj ze mną.
- Zaraz wychodzę do kościoła, a potem wybieram się na działkę. Przyjdź wieczorem na ciastka i herbatę. Teraz daj mi spokój.
- Dziękuję.
Nie odchodził, więc mu pomogła, delikatnie zamykając drzwi. Tadeusz. Miły, starszy pan, równie samotny jak ona, ale słabiej to znoszący, nieporadny. A może inaczej - czujący niepotrzebną litość dla niej, co w połączeniu z poczuciem osamotnienia, popychało go do szukania jej towarzystwa. Lubiła go, lecz nie uważała, aby był to czas na bliższą znajomość, nie mówiąc już o czymkolwiek więcej. Nie miała nikomu nic do zaoferowania, oprócz smutku i promieniujących zewsząd pamiątek. Zbyszka mógł zabić każdy, nawet jej sąsiad, nawet listonosz przynoszący jej rentę, nawet miejscowy proboszcz. Nie ufała nikomu, podejrzewała każdego. Tadeusz przez blisko rok próbował się do niej zbliżyć, jednak dopiero po osiemnastu miesiącach znajomości, wpuściła go do mieszkania po raz pierwszy. Czuła się wyobcowana, wystraszona i w dziecinny sposób nieśmiała, jak gdyby nieustannie cofała się. Tadeusz stanowił dla niej tylko niepotrzebny ciężar, więc bez problemu wyrzuciła go z myśli i wyszła z domu.
W kościele nawiedził ją spokój. Skupiła się na modlitwach, chóralnych śpiewach i słowach kapłana. Niestety, i tam dopadły ją w końcu zmory przeszłości. W pewnym momencie w uliczkę między ławkami weszła niska, koścista kobieta w czarnym ubraniu i czarnej woalce zakrywającej całą twarz. W drżącej dłoni ściskała Biblię.
- Boże, oddaj, co zabrałeś!!!
Ksiądz raptownie zamilkł, ministranci poruszyli się, szepcząc między sobą gorączkowo. Skrzeczący głos przeszył gładką powierzchnię spokoju, budząc zgromadzonych z religijnego letargu.
- Chcę ich z powrotem!!!
Kobieta podeszła do prezbiterium krokiem lunatyczki. Odprowadzały ją pełne konsternacji spojrzenia. Młody ksiądz stał wyraźnie zakłopotany i odruchowo gładził szaty. Kobieta padła na kolana z wzrokiem utkwionym w wielki krzyż nad ołtarzem, a potem położyła się policzkiem do posadzki i rozstawiła ręce na boki.
- Boże, Ty Nasz Ojcze... - zaczął ksiądz.
- Oddaj, co zabrałeś!!! - zawtórowała mu kobieta.
Ksiądz odwrócił się i zniknął w zakrystii. Po chwili dwóch innych księży pojawiło się po obu stronach ołtarza, jak gdyby wyruszali na zbiórkę ofiary. Ujęli kobietę pod pachy i delikatnie wyprowadzili ją na zewnątrz.
Maria odwróciła się z twarzą bladą, jak chłodny poranek. Księża rozmawiali z tamtą kobietą na dziedzińcu, ale ona nie reagowała. Maria znała ją trochę, podobnie jak wszyscy w miasteczku. Któregoś dnia granica pomiędzy głębokim życiem duchowym a rzeczywistością zatarła się i w jej głowie narodził się obłęd. Parę lat temu jej córka wyskoczyła z okna na czwartym piętrze i tylko rosnący poniżej żywopłot uratował ją przed natychmiastową śmiercią. Odtąd była sparaliżowana od pasa w dół i musiała poruszać się na wózku. Lekarzom nie udało się przywrócić jej do normalnego stanu psychicznego. Miesiąc po wypadku zawinęła pętlę na szyi, drugą pętlę zawiązała na klamce i zeskoczyła z wózka. Powodem jej udręki było maltretowanie przez ojca, zapijaczonego kuternogi, który niemal każdego dnia potrafił znaleźć dla niej jakąś wyszukaną torturę. On sam, wkrótce potem powiesił się w łazience.
Od tej pory samotna kobieta zamieszkała u siostry. Niewiele jadła, stała się kościstą, zmiętą kukłą na sznurkach obłędu. Siostra sprzątała koło niej, żywiła ją i myła, ona zaś chadzała gdzie chciała. Nie była społecznie niebezpieczna, toteż nie umieszczono jej w szpitalu. Nie odróżniała ludzi ani zjawisk, z nikim nie rozmawiała. Nikt jej nie przeszkadzał, gdy spacerowała z różańcem w dłoni, recytując na ulicach psalmy albo improwizując błagalne skargi. Młodzi naśmiewali się z niej, starsi kręcili głowami i zanosili się niemym współczuciem.
Przypomniawszy sobie to wszystko, nie powstrzymała się przed pośpiesznym wyjściem z kościoła. Musiała znaleźć się na wolnej przestrzeni i nabrać powietrza. Nie wyobrażała sobie kogoś bardziej cierpiącego od ograbionych z dzieci matek. Ta szalona kobieta była jeszcze bardziej zgnębiona od niej - to w dziwny sposób ją pocieszało. Zbyszkowi ktoś odebrał życie i sprawa eschatologicznie nabierała pozytywnego w sumie znaczenia. Na pewno zaopiekował się nim Bóg, który - jak ją uczono od najmłodszych lat - dobrze wie co robi. Córka i mąż tamtej kobiety zabili się sami, bluźniąc przeciwko życiu, nawet nie wiedząc, co ich za to czeka. Nie. Na świecie nie było sprawiedliwości.
Wróciła do domu po Negro i razem poszli na działkę. Na terenie ogródków działkowych było jak zwykle, spokojnie i sielsko. Nawet gwar czyniony przez kąpiących się w rzece urlopowiczów był przyjemny. Tylko przejeżdżające nieopodal pociągi przypominały, że gdzieś tam, za drzewami jest jednak cywilizacja.
Młodą jeszcze marchewkę, buraki, krzewy malin i agrestu poturbował niedawny żywioł - burza gradowa. Zupełnie tak samo, jak wojna, która spadła nagle na dzieciństwo Marii i wywróciła wszystko do góry nogami. Oczami sześcioletniego dziecka oglądała to, co ludzkość miała w sobie najgorszego, ale wkrótce o tym zapomniała. Tak, jak te rośliny wkrótce zapomną, że przeszła tędy burza. Istniały jednak rzeczy nie do zapomnienia.
Spuściła Negro ze smyczy i zabrała się do plewienia chwastów. Ich wola życia, upór w walce o swoje miejsce na świecie budził jej podziw. Kilka minut później przed altaną naprzeciwko jej działki usiadło przy stole trzech starszych panów. Byli tam chyba zawsze, umilając sobie życie na emeryturze uprawianiem płodów rolnych i rekreacją. Przez cały tydzień pracowali między grządkami, zaś w niedzielę grywali w karty, popijali wino własnej produkcji i toczyli burzliwe dyskusje polityczne.
- Jasiek, i co? - śmiał się Władek - Odprawili mszę za Wałęsę?
- No jasne!
- Widzisz, Marian. A jak dzwoniłem na plebanię, że chcę mszę za Kwaśniewskiego, to odłożyli słuchawkę.
Maria uniosła głowę znad grządek i uśmiechnęła się leciutko. Potrafili ją rozbawić swadą, beztroską, pogodą ducha.
- Jasiek - rzekł Władek rubasznym głosem - Taki silny z ciebie chłop, a bierzesz rentę. Stale wyszukujesz potknięcia rządu, węszysz korupcję, mówisz, że wszyscy kradną, a sam oszukujesz państwo. Ej, nieładnie.
- Przecież choruję! - oburzył się Jasiek, tasując karty.
- Ale siłę do roboty masz wielką. Sami widzieliśmy - włączył się Marian.
- To co innego. Ja tak odpoczywam.
Jego adwersarze wybuchli śmiechem. Karty poszły w ruch. Jasiek był fanatykiem prawicy, lokalnym działaczem politycznym i ofiarą kolejnych wyborów samorządowych. Mimo, że otrzymywał najmniej głosów ze wszystkich startujących, nie chciał zrozumieć przyczyn porażki i startował od nowa, z tym samym mizernym kapitałem. Ludzie śmiali się, że nie umie nawet zarządzać własną działką, a za kolegów ma samych meneli. Robił doskonałe wino z owoców, ale że sam nie mógł pić, chętnie częstował innych. Nie narzekał na brak znajomości, lecz ciągle nie mógł pojąć, czemu nikt nie chce oddać na niego głosu. Marian od wielu lat przebywał na emeryturze i był absolutnie obojętny na politykę. Potrafił skutecznie bronić racji obu stron, ale nie optował za żadną z nich. Był także majsterkowiczem z rękami nie od parady, jednak podczas roboty lubił zaglądać do kieliszka. Gdyby nie to, Maria chętnie poprosiłaby go o pomoc przy remoncie altany. Władek jeszcze pracował, zaś pracę na działce traktował jako hobby i sposób realizacji swoich marzeń. Z zawodu był ogrodnikiem, lecz pracował w kotłowni, bo z tego dało się wyżyć. Ogródek należący do niego należał do najlepiej utrzymanych w okolicy. Często całą trójką spędzali tam czas. Wspólnie postawili ogrodzenie, remontowali altany i wprowadzali racjonalizację technik uprawiania. Robili sobie też nieszkodliwe kawały. Maria bardzo się uśmiała, widząc złość Jaśka, gdy w miejscu własnych plakatów wyborczych, znajdywał plakaty konkurenta.
- Każdy w tym kraju działa na niekorzyść narodu polskiego - wściekał się Jasiek, bo nie szła mu karta - Tylko my mamy czyste konto.
- Jasiu, ty chyba nie chcesz widzieć co się dzieje - westchnął żałobnie Władek - Przecież u was też nastąpił rozłam. Zwalczacie się publicznie, obrzucacie kalumniami.
- To przejściowe.
- Oby - włączył się Marian z petem w kąciku ust - Trwonicie z trudem wypracowaną tradycję, zrażacie do siebie ludzi.
- A tam! Gadanie! - Jasiek poprawił okulary, za którymi ukrywał lekkiego, acz znaczącego zeza - Z chamstwem trzeba po chamsku! To prawda stara jak świat!
Wyplewiła grządki i rozprostowała kręgosłup. Coś tam chrupnęło, przynosząc ulgę. Usiadła przed altaną i zapatrzyła się w niebo. Gdzieś tam był Zbyszek. I Gustaw. Czekali na nią, a ona, na przekór wszystkiemu, chciała ich mieć tutaj. Wiatr gnał chmury, niczym stado baranów, słońce to wychodziło, to chowało się. Dzień powoli tonął w szarości wieczoru. Panowie odłożyli karty i wzięli się za rozpalanie ogniska. Nagle zaroiło się od różnych ludzi: przyszły ich żony, rodziny, znajomi. Wszyscy rozsiedli się na trawniku, popłynęła skoczna muzyka. Tłumek ludzi tętnił życiem i z radością wkraczał w piękny, niedzielny wieczór.
Bała się tych ludzi. Było ich za dużo. Nie znała ich. Nie ufała im. Przyglądała się, jak pieką kiełbaski i jak Jasiek częstuje wszystkich swoim słynnym winem, ale też cieszyła się, że jest daleko od nich.
- Pani Mario, dla pani też upiekłem! - krzyknął nagle Władek.
- Nie. Dziękuję. Naprawdę.
Wyrwana z zamyślenia, przez chwilę nie wiedziała co robić. Chciała jak najprędzej uciec.
- Ależ proszę nie odmawiać. Tyle się napracowałem.
Wszyscy patrzyli w jej stronę, uśmiechali się życzliwie. Dotknęło ją dziwne przeczucie, że ludzie zawsze są mili na samym początku i dopiero potem wychodzi z nich cały brud, który na tę krótką chwilę ukryli. Nie mogła odmówić. Przeszła przez alejkę i zajęła miejsce obok żony Władka, przysłuchując się prowadzonym rozmowom. Nie zamierzała się odzywać.
- Takie na przykład malowanie na murach - perorował w uniesieniu Władek - Zastanawiam się, czy to sztuka, czy tylko bazgroły.
- Z tym, co to robią, trzeba postępować zdecydowanie - orzekł radykalny jak zwykle Jasiek - Działają na szkodę państwa, nie?
- Czasem wypisują całkiem mądre rzeczy - wtrącił się Marian.
- Jak ”Katolicy do gazu”, co? - oburzył się Jasiek.
- Masz rację. To był szczyt kretynizmu. Tak przed kościołem - wycofał się Marian i zmieszany spojrzał w ogień.
- Zmyślna prowokacja małolatów - machnął ręką Władek - Zresztą już to zamalowali.
- Ale przez parę tygodni raziło w oczy! - upierał się po swojemu Jasiek.
- Kto wie - Marian pokiwał ze smutkiem głową - Może proboszcz zostawił nam to jako pokutę. W końcu to my wychowujemy potencjalnych sprayowców.
Jasiek poruszył się niespokojnie, obowiązkowo poprawiając okulary.
- Gdybym wiedział, że moje dziecko robi coś takiego...
Zapadło milczenie. Podmuch wiatru potrząsnął płomieniami.
- To po łyczku - zaproponował Marian.
Maria też dostała szklaneczkę. Nawet nie protestowała. Później z przyjemnością wypiła jeszcze jedną i wpadła w błogi nastrój.
- Znowu mają zwalniać z zakładów - westchnął Władek - I co ludzie mają robić? Dokonano rewolucji za nas.
- Nikogo to już nie obchodzi - mruknął Jasiek - Wybory były, wybraliśmy. Teraz musimy podjąć odpowiedzialność za swój wybór.
- Ludzie chyba wyobrażali sobie to wszystko inaczej - rzekł posępnie Marian.
Żona Władka nachyliła się ku Marii z nieśmiałym uśmiechem.
- Oni stale o tym samym.
- Nie znam się na polityce - powiedziała cicho Maria - Raz w miesiącu wypatruję listonosza i tyle od państwa oczekuję.
- Emerytura?
- Tak.
- Ja też się doczekałam. Mogłam jeszcze długo pracować, ale gwałtownie zapadłam na zdrowiu.
- To tak, jak ja. Zabili mi syna...
Dlaczego to powiedziała? Po raz pierwszy od bardzo dawna powiedziała to otwarcie. Przestraszyła się własnego zachowania i skuliła się w sobie. Niepotrzebnie dała się zaprosić na kiełbaskę. I wino. To była wina alkoholu. Na twarzy jej rozmówczyni wykwitł wstydliwy rumieniec, jak przez mgłę dotarł do nich głos Mariana, że może wnuki będą żyły w lepszych czasach.
- Nadal ich nie złapali? - zapytała odważnie żona Władka.
- Nie. To mógł zrobić każdy - odparła Maria, patrząc ponuro w ogień.
- Co mówiła policja?
- Śledztwo utknęło w martwym punkcie. Już nie wierzę w cud.
Nic więcej nie dało się powiedzieć. Maria poczuła nieodpartą potrzebę samotności. Podniosła się ciężko i podziękowała za gościnę. Była głucha na protesty, więc po chwili dali jej spokój. Determinacją nie mógł się z nią równać nikt z obecnych. Zabrała Negro i ruszyła ciemną ścieżką wzdłuż rzeki. Sama nigdy by nie szła tędy w nocy, ale z takim obrońcą czuła się najbezpieczniejszą osobą na ziemi. Szła wolno. Przez kilka minut słyszała jeszcze odgłosy toczonej na działce Władka rozmowy.
- Wiecie, że proboszcz rozsyła imienne prośby o datki na kościół - wściekał się Władek - Chce wiedzieć, kto daje, a kto nie. Cwaniak jeden.
Wkrótce głosy rozmyły się, zlały z szumem liści i szemraniem wody. Maria szła przez miasto jak zwykle, nie podnosząc wzroku. Zawsze postępowała tak samo. Nie chciała widzieć znajomych i nieznajomych. Nikogo.
Tamtej nocy było słychać krzyki i odgłosy bójki. Nikt nie zawiadomił policji, nikt nie wyjrzał oficjalnie przez okno, nikt nie ośmielił się interweniować. Wszyscy byli winni. Ona ofiarnie pilnowała mieszkań sąsiadów, reagowała na cudzą krzywdę, nie była obojętna. Teraz wydawało jej się, że to nigdy nie miało miejsca, że nie byłaby zdolna do żadnych obywatelskich odruchów.
Na schodach czekał Tadeusz. Sfatygowany, źle ubrany, ale rozsiewający wokół przyjacielską aurę.
- Jesteś.
- Tadeusz, wybacz - uniosła ręce w obronnym geście - Jestem rozstrojona. Jutro, dobrze? Przyjdź jutro.
- Nie rób mi tego - poprosił, jak zakochany chłopiec.
- Przykro mi. Naprawdę.
Wyminęła go i zaczęła grzebać w torebce w poszukiwaniu kluczy. Tadeusz nagle złapał ją z tyłu za ramiona i gwałtownie odwrócił.
- Tak się nie postępuje z przyjaciółmi!
W jej oczach pojawił się błysk wściekłości. Przez chwilę nie była w stanie wydusić z siebie głosu. Gdyby można było nokautować spojrzeniem, Tadeusz padłby teraz, jak rażony piorunem.
- Daj spokój, dobrze? - wyszeptała wreszcie.
- Musisz się w końcu pozbierać!
- Nic nie muszę! Puść mnie.
Odepchnęła go lekko, ale zdecydowanie. Spuścił głowę. Jego zaciśnięte usta drgały nerwowo. Zamknęła mu drzwi przed nosem, zostawiając na korytarzu, pośród nękających go cieni. Ona jednak miała swoje, dużo potężniejsze, drapieżne, pełzające za nią krok w krok i tylko to ją w tej chwili interesowało.
- I co, niedobry psie? - rzekła do Negro z pretensją - Wcale nie chciałeś mnie bronić.
Owczarek pochylił łeb ku ziemi, rozumiejąc reprymendę. Uśmiechnęła się i podrapała go za uszami.
- Już dobrze. Sama nauczyłam cię, że to przyjaciel.
Od razu poszła do pokoju Zbyszka. Tam czuła się bezpiecznie. Wyjęła pudełko z listami oraz gruby album ze zdjęciami. Kolejne fotografie wprowadziły ją w świat, którego tak pożądała. Mały Zbyszek w podartych spodenkach wchodzący na pochyłe drzewo... Cała rodzina z plecakami idąca górską ścieżką... Zbyszek tuż po obronie pracy dyplomowej w Technikum Budowlanym... Zbyszek stojący pod ścianą pokoju i gmerający przy rozporku... To było w dwudziestą rocznicę ślubu z Gustawem. Zbyszek upił się po raz pierwszy w życiu i zaczął mylić ścianę z ubikacją. Ile było śmiechu, zanim Gustaw odprowadził go do prawdziwej toalety! Dwa lata później odszedł, a po kilku następnych zabito Zbyszka. Nastrój Marii przeszedł szybką metamorfozę. Kąciki jej ust opadły w dół, w oczach pojawił się wyraz niezgody na ten świat i rozdarcia między nim, a światem umarłych. Później zabrała się do oglądania zdjęcia z pogrzebów i styp. Nagle przypomniała sobie, że od tygodnia nie była na cmentarzu. Jak mogła ich tak zaniedbać!? Na pewno płyta nagrobkowa pełna była plam z błota, kwiaty uschły, a pozłacane litery uległy zabrudzeniu. Postanowiła zajrzeć tam nazajutrz, posprzątać i pobyć trochę ze swoimi mężczyznami.
Z szafy wyleciał mol. Natychmiast ożywiła się. Złapała gazetę i przygwoździła owada do drzwi szafy. Chyba skończyły się tabletki naftaliny i te wstrętne szkodniki znów zabrały się do ubrań albo książek Zbyszka. Przestraszona otwarła szafę. Garnitury, kurtki, koszule pachniały stęchlizną. Musiała je chronić.
Wyraźnie już zmęczona wydarzeniami całego dnia powlokła się do swojego pokoju. Dała Negro suchej karmy i wymieniła mu wodę w misce. Podlała też kwiaty. Sama nie miała ochoty na jedzenie. Żołądek nie chciał przyjąć kiełbaski zjedzonej na działkach, czuła nieprzyjemne mdłości. Na wszelki wypadek jednak wyjęła z barku paczkę słonych paluszków i położyła je na stoliku obok łóżka.
W telewizji nadawano serial kryminalny. Było pewne, że dzielny inspektor dopadnie złoczyńcę i zbrodnia zostanie ukarana. Wpatrzona w ekran Maria mogła wreszcie zacząć żyć naprawdę.

Opublikowano

Treść interesująca, dlatego warto co nieco poprawić.
Mnie się "rzucają" powtórzenia zupełnie zbędne.
Np." wzięła sobie kromkę .... zaparzyła sobie zioła....
zaparzyła sobie zioła: melisa ....wzięła sobie kromkę....Wzięła to wszystko i ....
na rozterki jej skołatanej duszy.....ponieważ specjalnie o to dbała.... itp.

wzięła sobie kromkę .... zaparzyła zioła....(z opisu wynika, że sobie),
zaparzyła sobie zioła: melisa - można napisać zaparzyła "melisę",
wzięła sobie kromkę. - np. ukroiła , odkroiła - kromkę
na rozterki jej skołatanej - na rozterki skołatanej lepiej brzmi (wiadomo, że jej)

ponieważ, oraz ... - warto zastąpić w niektórych miejscach innym wyrazem,
by czytający nie miał odczucia , że wgłębia się w dobre wypracowanie szkolne.

Piszesz tak jak lubię, dlatego pokusiłem się o te parę słów. Warto przejrzeć
cały tekst i wyłapać to, co zbędne. Tak mi się wydaje i to wyłącznie moje
zdanie. Jeśli nie będą Ci odpowiadały moje opinie, napisz proszę a więcej
nie skomentuję. Pozdrawiam serdecznie.:) NN

Opublikowano

To dość stary tekst. Dlatego dzięki za miłe słowa. Poprawki kopiuje i biore do worda. Juz niedługo zmienię klimat na mniej duszny, ale ten zbiorek muszę skończyć. Wszelka krytyka jest mile widziana jako pomoc. Po to wrzucam teksty :)

Opublikowano

jej okrągła niegdyś twarz zrobiła się owalna = tzn? bo nie rozumiem tej zmiany

czas skierowane w podłogę, siwe, = ej ej, nowe zdanie

Kuchnia była mała niezwykle = albo i albo przecinek, lub też mała kuchnia była niezwykle czysta

żyła przy minimum wysiłku= jakoś to brzmi.... może minimalnym wysiłkiem?

Żyła tylko dlatego, że śmierć uznawała = że uznawała śmierć, bo ja myslałam już, że śmierć tak źle o tej Marii mówiła :) proponuję to odwrócenie

Negro, wielkiego, czarnego owczarka = heh samo "owczarka, Negro", mówi nam, że on i wielki i czarny :) ale może tylko mi się tak kojarzy...

powoli zabrała się(...)i i przeżuwać bardzo powoli =skoro kolega Napolion o powtórzeniach, to i ja

stare biurko i zgarbiona nad nim = jeny przeraziłam się, że czyjaś sylwetka! przyznaję, ciekawy moment :)

Zaczęła czytać od nowa ze ściśniętym gardłem. = to od nowa zabrzmiało jakby przed momentem je czytała, tak miało być?

losowi trudniej byłoby ludzi zaskoczyć. = zaskakiwać chyba

swoje miejsce i wróciła do swojego - powtórzenie

cofała się w tył = Jacek! a potrafisz się cofać do przodu?

Skulonej na podłodze Marii = a jakże ona się na tej podłodze znalazła?

Maria spuściła Negro ze smyczy = to już trzeci czy czwarty (pod rząd) akapit zaczynający się od słów Maria, no wiadomo, że ona a nie kto inny spuszcza Negro ze smyczy

Dlatego nie narzekał na brak znajomości ciągle nie mógł pojąć, czemu nikt nie chce oddać na niego głosu.= przed tym ciągle to chociaż przecinek by się przydał, ale jakieś słowo najlepiej, np jednak, ale, choć

zakłopotana przez chwilę nie wiedział = a

Jak mogła ich tak zaniedbać! = i jeszcze "?" proponuję

zrezygnowałabym z ostatniego zdania.
..............................


hmmm, pomysł na opowiadanko całkiem niezły, ale nie wiem, fragmentami trochę ciężko się czytało, momentami słowa dawały do myślenia, miejscami wplecione liryczne opisy wprowadzały pewien klimat; to opowiadanie wydaje mi się duszne, jak i zapewne nie raz czuła się Maria, czyli chyba próba ukazania i zrozumienia jej życia wypadła pozytywnie. Nie wiem, tak to odbieram.

Opublikowano

Dobrze odbierasz, Nata. Dlatego ciężko się czyta. Dzięki Wam za wskazówki. Zabieram je do poprawiania. Dla ostatniego zdania to pisałem, więc jak ma odpaść to razem z całością :)

Opublikowano

naprawdę?
jakoś ostatnie zdanie wydaje mi się niewiele sobą wnosić a zdań podsumowujących przy takim opowiadaniu nie odbieram dobrze...
ale ono jest Twoje :) cieszę się, że chociaż resztę odebrałam zgodnie z zamysłem autora

  • 3 tygodnie później...
Opublikowano

Jak zwykle interesująca historia, jednakowoż ilość uwag jakie mi się nasunęły jest wprost proporcjonalna do długości tekstu.
znicestwienia samej siebie- unicestwienia
podniósł się i na czworakach wyszedł przed dom- skąd wiedziała, że na czworakach?
Nawet nie zabrał ze sobą portfela- rozumiem związek z bezinteresownym zadaniem śmieci, ale tym układzie akapitu owa informacja nie wydaje się być istotna
nawiedzały ją kilka razy dziennie, niby złe duchy.- szyk zdania budzi moje wątpliwości
Negro zamerdał dostojnie ogonem,-dostojnie?
zanosili się niemym współczuciem- zanosili się współczuciem?
Nie. Na świecie nie było sprawiedliwości- może lepiej: Nie, na świecie nie było sprawiedliwości
wybuchli śmiechem? - może wybuchnęli
Bardzo podoba mi się poetyckie"pod szorstkim kocem ziemi"

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Czas  I zagubione sny    W naszych głowach  Dyktują nam prawdę    Bo tam gdzie prawda  Tam życie    Jak dotyk anioła  Który nie boli   Przecież każdy  Tak dobrze   Odnajduje się  W swojej roli     Tu na ziemi...
    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...