Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*
Inek przewracał się na łóżku w przepoconej piżamie. Zegar tykał, noc mijała, sen nie zamierzał jednak przychodzić. Tym razem uczucia nie były tak złe, jak trzy miesiące temu, kiedy się to wszystko zaczęło, ale i tak na spanie mogli pozwolić sobie inni. Przeszło 240 000 nazwisk – katów, ofiar, ludzi całkiem niewinnych i podejrzanych. Igrzyska czas zacząć!
- Same zera – śmiał się sąsiad, lecz Inkowi wcale nie było do śmiechu. Inocenty Pacynek widniał tam tylko jeden. Niemal od razu zaczęły się telefony.
- Stary, przykre to. Chciałem, żebyś wiedział pierwszy.
- Inek, to nic takiego. Cała Agencja jest z tobą.
- Kochanie, Dzidzia cię przytuli jak tylko przyjdziesz.
Miłe słowa, a w tle wina – tylko chwilowo domniemana. Ale tłumaczą się winni. Lecą do mediów i skamlą. Reszta siedzi w swoich mieszkankach, grzebiąc do późnej nocy w zachowanych dokumentach i zakamarkach pamięci. Przyszło mu do głowy, że musi pojechać do IPN-u, zanim utworzą się gigantyczne kolejki. Kiedyś stał za pralką Wiatką i sznurówkami, teraz ogonki widywał jedynie na filmach Barei. I wolał, żeby tak zostało.
O świcie wypił na czczo dwie kawy, które powaliłyby konia i pojechał gdzie trzeba. Mimo wczesnej pory, był w kolejce dziewiąty. Na szczęście, do obsługi interesantów wyznaczono aż trzech nieskazitelnych, pewnych siebie, młodych urzędników. Wypełnił formularz i w asyście podejrzliwych spojrzeń wrócił do samochodu. Szefa nie było na liście, więc wspaniałomyślnie dał mu dwa dni wolnego. W końcu Agencja Celna nie mogła się zawalić z powodu jego nieobecności.
I zaczął czekać. Cierpliwie odbierał telefony, odpisywał na maile, kłaniał się znajomym, choć szlag go trafiał na widok skwapliwie okazywanego mu miłosierdzia. Wczoraj otrzymał pismo, że ma stawić się w celu weryfikacji i nadzieja na rychły koniec kłopotów odebrała mu ochotę na sen.
W pokoiku na piętrze czekał na niego chuderlawy okularnik – zapewne prymus po historii na UJ, który ślęczenie w czytelni zamienił na grzebanie w archiwach państwowych. Inek, nie mogąc znieść jego litościwego spojrzenia, uniósł ponaglająco ręce.
- Jest problem – usłyszał i krew uderzyła mu w skronie – Nie mogę nadać panu statusu osoby pokrzywdzonej.
- Jak to? Chce pan ze mnie zrobić obywatela Esbekistanu?!
- Ładnie pan to ujął, hehe – archiwista uśmiechnął się blado – Oczywiście, że nie. Powiem tak: na podstawie materiałów, którymi dysponujemy, nie sposób niczego jednoznacznie określić.
- Nie rozumiem.
Historyk poprawił okulary i sięgnął do szuflady po wypłowiałą teczkę.
- Z reguły tego nie robimy, ale pana przypadek jest wyjątkowy – przesunął materiały w jego kierunku – Proszę zobaczyć samemu.
Inek z walącym sercem otworzył teczkę. Nie chciał dłużej czekać, choćby dokumenty skazywały go na wiekuistą hańbę. Spodziewał się najgorszego, ale w żadnym wypadku nie tego, co ujrzał. Wysypał na biurko kilka kolorowych kartek i wbił bezradne spojrzenie w urzędnika.
- Pan ze mnie nie kpi?
- Jestem urzędnikiem bardzo poważnej instytucji państwowej.
Domek, nad nim słońce i koślawe chmury. Drzewa, a pomiędzy nimi jakieś zwierze – chyba wilk. Dwójka dorosłych trzymających za ręce uśmiechnięte dziecko. Wszystko to namalowane farbkami przez dziecko. Poza tym w teczce nie było nic. Inek ponuro pokiwał głową.
- Pamiętam człowieka, który mi to zrobił – wyszeptał – Miał koszmarne poczucie humoru.
Archiwista znów poprawił swoje przeklęte okulary.
- Moja rada. Dobry adwokat i sąd lustracyjny, jeżeli bardzo panu zależy na opinii społecznej. W przeciwnym razie lepiej zapomnieć o sprawie.
Inek wybiegł na korytarz. Niby się nie przejmował, jednak organizm był innego zdania. Dostał gwałtownego rozwolnienia i zaczął panicznie szukać toalety. Kiedy ją znalazł, okazało się, że chętnych jest więcej. Postał chwilę w kolejce, po czym pognał do samochodu. Ulżył sobie dopiero na najbliższej stacji benzynowej.
Roman Tuzinek. Kapitan. Wąsaty brunet, postawna budowa, szklane oczy. Inek pamiętał dobrze, jakby to było wczoraj. Rozprowadzał bibułę po uczelni, gdy urządzono obławę. Podczas przesłuchania Tuzinek ciągle szydził z treści ulotek, z naiwnej wiary w Zachód, z Papieża. A jechało od niego gorzałą na kilometr. Inek spokojnie odpowiadał na pytania i odmawiał podpisania czegokolwiek. Po 48 godzinach puścili go do domu i więcej rechoczącego kapitana nie widział na oczy.
Kupił na stacji benzynowej flaszkę Smirnoffa i wrócił do domu. Walnął w spód tak mocno, że butelka omal nie pękła. Nalał sobie pół szklanki, rozłożył się w fotelu i zaczął wertować książkę telefoniczną. Znalazł tylko jednego abonenta o tym imieniu i nazwisku. Bez namysłu wykręcił numer. Po trzech sygnałach odezwał się słaby głos wystraszonej kobiety.
- Dzień dobry – silił się na serdeczność, choć wszystko bulgotało się w nim, jak w kraterze wulkanu – Jest Romek?
- Oj, nie ma. Na działkę pojechał.
- A wiem, byłem tam kiedyś. Jaki to był numer...
- 46.
- No właśnie. Ogródki „Zgoda”.
- „Przyjaźń”...
Wszystkie nazywały się podobnie głupio – „Radość”, „Przyszłość”, „Przygoda”. Prawie trafił.
- Mam cię! – klasnął w dłonie.
Ogródki, o których była mowa, leżały między Elektrociepłownią a Parkiem Wodnym. Z tłukącym o żebra sercem ruszył trawiastą alejką. Drewniany budynek z numerem 46 skrywały pnącza winorośli. Piękny trawnik ozdabiało oczko wodne pełne wyszukanych kamieni, na jego brzegu siedziała plastikowa syrena. Nieco dalej kiełbaski dymiły na grillu.
Inek przystanął. Złość go opuściła. Chciał już tylko wiedzieć po co to wszystko. Zerknął przez krzaki, by upewnić się, że znalazł właściwego człowieka. Postura pasowała, lecz twarz byłą dużo starsza, a czarne włosy zbielały przez lata. Splunął pod nogi i ruszył do furtki. Kapitan odwrócił się przestraszony.
- Pan Tuzinek?
- A kto pyta?
- Pana ofiara.
Twarz esbeka stężała, wzrok stał się czujny.
- Sorry, Winnetou – rzekł po chwili – Może trudno w to uwierzyć, ale nie zrobiłem nikomu żadnej krzywdy. Nie stosowałem przemocy.
Nie czekając na zaproszenie, Inek minął bramkę i podszedł do Tuzinka. Mierzyli się spojrzeniami. Oczy tamtego wcale się nie zmieniły.
- Jest pan na liście?
- Jak jasna cholera! Inocenty Pacynek. Mówi panu to coś?
- Śmiesznie się pan nazywa. Na pewno się uśmiałem. Myśmy wtedy dużo pili, żeby zapomnieć. Niech pan klapnie. Zrobiłem niezłe winko.
- Dziękuję – mruknął Inek - Co pan sobie myślał, zakładając mi teczkę?
- Pewnie niewiele – Tuzinek wzruszył ciężkimi ramionami – Nie pamiętam.
- Jak to, pan nie pamięta?! Włożył pan tam jakieś dziecięce bazgroły, a ja teraz nie mogę się oczyścić!
Kapitan uśmiechnął się do własnych myśli.
- Mój syn nieźle malował. Musiałem pochlać i narobić głupot. Naprawdę nie pamiętam.
Inek złapał go za kraciastą koszulę.
- Dlaczegoś mi to zrobił?!
Tuzinek wyszarpnął się gniewnie i zrobił krok do tyłu.
- Jestem na emeryturze. Pielę i smażę kiełbaski. Niech pan już idzie.
Inek wpatrywał się w niego, zaciskają bezsilnie pięści.
- Piekło cię pochłonie!
- Niech tak będzie. Ale wcześniej zadzwonię po policję.
Zrozpaczony Inek wybiegł przez furtkę. Na placu zabaw między działkami bawiły się dzieci. Z niepokojem przyglądały się człowiekowi, który padł na kolana i coś krzyczał do trawy. Huśtawka skrzypiała niemiłosiernie.

Opublikowano

Temat IPN-u przewija się ostatnio dość często, szczerze mówiąc polityką się nie interesuję tyle co obejrzę sobie jakiś serwis informacyjny ze dwa razy w tygodniu. A Twoje opowiadanie po prostu w pełni wyśmiało całe to zamieszanie chociaż niektórym ono nie wyszło na zdrowie z całą pewnością. Tak swoją drogą ile namieszać mógł taki rysuneczek... biedny Inek, spodziewałem się nawet, że w środku znajdzie jakiś niezły kwiatek, ale że aż taki. Podobało mi się. Pozdrawiam +++

Opublikowano

Cóż by tu rzec... Nie mam pod ręką słownika, by znaleźć odpowiednie określenie, więc powtórzę to, co pisałem już nieraz. Znakomite.
Jest mały błąd w zdaniu: Z jechało od niego...- to "z" chyba wstawiłeś przez pomyłkę.
Niezbyt mi się podoba sam początek: Inek przewracał się na łóżku w przepoconej piżamie. Może przydałaby się mała zmiana szyku?- Inek w przepoconej piżamie przewracał się na łóżku.

Opublikowano

sen nie zamierzał jednak przychodzić - bo przychodzi raz i jest, może zatem "przyjść"?

ale i tak na spanie mogli pozwolić sobie inni. - jak to się ma do początku zdania?

Inocenty Pacynek - Innocenty

I zaczął czekać. - a to co?!

twarz byłą dużo - była
......................

całkiem niezłe :) cieszę się, że przeczytałam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • „Największym luksusem śmiertelności jest tworzyć coś, co również umrze.”   Czas płynie nieubłaganie. Przypominacie mi o tym ciągle, niczym natrętne mechaniczne zegary, prędkie stopery  czy piaskowe, szklane klepsydry. Macie obsesję na jego punkcie, ponieważ jesteście ostatnim pokoleniem. Cywilizacją końca. Za dnia wyrzymacie każdą sekundę, z mokrych od niewolniczego potu koszul. Nocami patrzycie bezsennie  na cienie sufitowe w sypialni. I wracacie utrudzonymi myślami  do czasów błogiego dzieciństwa, nie przynosi Wam to ulgi a strach. Obłęd nieuniknionego widma śmierci, która w każdej chwili może wyjść z szafy  i zabrać Was do siebie. Znacie dobrze smak,  depresyjnej niemocy. Porażki planów i zawodu otoczenia. Kto chciałby brać udział w walce o byt, gdyby wiedział, że zawsze kolejka jest równa długości ludzkiego istnienia. A jedynym wolnym miejscem  jest to w ogonie stawki. Na samym jej końcu.   Czas odliczam w gonitwie gwiazd. W koniunkcjach i przesileniach. W miesiącach winy. W latach kary. W wiekach przekleństwa. W erach prędkich i jasnych jak błysk świetlny. W galaktykach zimnych i martwych  jak bezdenne oczy czarnych dziur. Jestem poza horyzontem czasu i zdarzeń. Nie podlegam prawom natury. Jestem wolną cząstką. Rzucaną na linię zdarzeń. Czasami wydaję mi się,  że pędzę naprzód a potem okazuję się, że nigdy nie ruszyłem się z punktu zero. Lub przytomnieje w dalekiej przeszłości, otoczony gotyckimi aniołami, wiktoriańskimi balami i przepychem śmietanki salonu.   Mówicie, że straciłem już wszystko. Nie zyskałem nic. Bo w życiu nie można nic zyskać. Mam swoją samotną planetę  i różę o którą pieczołowicie dbam. Ona nawet nie kwitnie. Rośnie z każdym rokiem mocniej. Nie rozmawiam z nią bo ona nie potrzebuję  moich słów by mnie zrozumieć.  Wie wszystko. Jest najcenniejsza. Choć dla każdego innego  nie ma żadnej wartości. Tylko ja widzę jej piękno i powab. Inni gorszą się jej osobliwym wyglądem. Jej ciernie ranią duszę do głębi, korzenie nie pozwalają zapomnieć, łodygi zniewalają przeguby  i więżą w okowach szaleństwa. Gnilny swąd otępia zmysły. Blizny krwawią trucizną nektaru. Liście opadają zanim się w pełni rozwiną. Ta róża będzie strażnikiem mojego grobu. Ostatnimi słowami poety. Króla ulicy i nędzy. Wyklętego karalucha, literackiego ścieku.   Planeta leżała daleko  poza najodlejszymi rubieżami. Tam naprawdę kończył się świat. A zaczynały zaświaty. Już z wysoka widział wszystko jak na dłoni. Poeta leżał bez życia na wznak. Rażony gromem nagłego zgonu. Oczy miał czarne i duże, lico spokojne, przypominało maskę. Na planecie nie miał kompletnie niczego. Schronienia, jedzenia czy wody. Była na niej jedynie usypana rękoma mogiła. A na jej kopczyku krzak dzikiej róży. Kruk wylądował zaraz obok niej. Wiedział, że była ona jedyną miłością poety. Jego całym skarbem i dorobkiem. Lecz nikt nigdy  nie uważał ją za piękna ani nawet właściwą. Przeżyła twórcę i to było jego celem. Lecz teraz jej los był przesądzony. Nie mogła liczyć na innego opiekuna. Kruk wyrwał krzak z mogiły i uniósł się z nim w przestwór kosmosu. Leciał tak przez świetlne eony. Bez odpoczynku i przystanku. Wleciał wreszcie do jednej z czarnych dziur, Jej tunel zaprowadził go do innego wymiaru. Wypuścił z dzioba krzak róży  z ukrytą w nim duszą poety. Poza horyzont czasu, przestrzeni i wszelkich, przeszłych i przyszłych zdarzeń  
    • @Rafael Marius Tak dlatego się ich nieco znieufuje żeby poszli w skrzyknięcie się...
    • @Jacek_Suchowicz szara piechota
    • @Berenika97 Dobra, dobra, tyle teoria, piękna i poetycka w istocie, ale realia trzeba na ogół zaplanować, ba, wyrachować nawet bo inaczej nie wychodzi :))
    • Dziękuję @Łukasz Wiesław Jasiński Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...