Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Każdego dnia tuż przed świtem L. wstawał ze swojego barłogu i ruszał na obchód. Musiał się zrywać, ponieważ chłód był trudny do zniesienia. Pod tym względem wcale się nie różniliśmy. Jako gospodarz bloku też wstawałem bardzo wcześnie, by zimą odśnieżyć, a przez resztę roku pozamiatać chodnik jaśniepaństwu lokatorom. Co rano widywałem więc melancholijną, przygarbioną sylwetkę L. znikającą za drzwiami śmietnika. Zawsze miał na sobie to samo ubranie - czerwoną czapeczkę z daszkiem, która, jak sądził, dodawała mu wigoru, granatowy płaszcz ortalionowy, workowane spodnie i połatane trepy. Do tego ściskał w dłoni popielatą siatkę na zakupy z urwanym uchem. Podobno miał ją już wtedy, gdy żona wyprosiła go za drzwi.
Paradował z nią codziennie ulicami i raz po raz zaglądał do kubłów na śmieci, wkładając w to całe serce. Cierpliwie przeczesywał stosy odpadów, po czym segregował butelki, puszki, złom i makulaturę. Czasem proponowałem mu kawę. Popijaliśmy ją przed blokiem, rozprawiając o zepsuciu społeczeństwa, które pozbywało się całkiem zdatnych jeszcze do użytku przedmiotów i za diabła nie chciało się nauczyć zasad ekologii. L. był ich bardziej świadom, niż niejeden z ludzi, odjeżdżających na naszych oczach niesamowitymi autami. Zauważyłem, że polubił rolę, jaką przeznaczył mu los i przyjmował ją z pokorą godną podziwu. Był na samym końcu łańcucha pokarmowego, a jego zadaniem było czyścić i utylizować.
Znajdując coś, co wydawało mu się przydatne, natychmiast zapominał o otaczającym go świecie i bezgranicznie oddawał się kontemplacji znalezionego skarbu. Najczęściej trafiały mu się rzeczy do oddania w punkcie skupu, ale też całkiem świeże jeszcze gazety, części garderoby, sprzęt gospodarstwa domowego i inne porzucone drobiazgi. Te, które do czegoś się nadawały, z nabożną czcią chował do siatki, niepotrzebne od razu odkładał na swoje miejsce. Nigdy nie wracał z pustymi rękami.
Razu pewnego znalazł w ulicznym kuble coś dziwnego. Podparłem się miotłą i z daleka obserwowałem jego zachowanie. Miał w ręce coś, owiniętego w gazetę. Po chwili wyrzucił ją, więc musiała być przestarzała nawet dla niego. Trzymał w dłoni coś podłużnego, w czym odbijały się promienie słońca, ale nie widziałem dokładnie. Usiadł na ławce i długo to coś oglądał. Nie wydawał się być zachwycony odkryciem, a jednak nie mógł oderwać oczu.
- Panie Ludwiku, co pan tam ma? – krzyknąłem uprzejmie.
Obejrzał się przestraszony. Machnął ręką, żebym mu dał spokój. Wzruszyłem ramionami i zostawiłem go przy tym fascynującym zajęciu. Zerknąłem jeszcze z głębi klatki schodowej, bo sprawa nie dawała mi spokoju. Nagle L. zerwał się z ławki i powlókł zgrabiony przed siebie.
Od tej pory widywałem go rzadko. Za każdym razem mamrotał coś do siebie i chichotał po cichu, jak gdyby ktoś bez przerwy szeptał mu do ucha doskonałe dowcipy. Kilka tygodni później znaleziono go w rzece, gdzie przywarł do dna z wielką złotą sztabą u szyi.

Opublikowano

Aj, aj... Zakończenie przewidywalne, lecz widze w nim trochę niekonsekwencji.
1. Cięzko przywiązać sobie sztabę złota do szyi.
2. Najprawdopodobniej denat jest bezdomnym, więc nikłe są szanse, że ktos go będzie szukał i dlatego zostanie znaleziony w rzece. Na przypadek też bym nie liczył, bo komu bez sensu chce się przeszukiwać dno rzeki i przy okazji wyciągać trupy na powierzchnię? Chyba, że pogłębiali koryto.
A gdyby tak "pan segregator", zamiast popadać w obłęd i skakać do zimnej wody, za uzyskane niespodziewanie środki finansowe kupił sobie śmieciarę i segregował odpady w sposób łatwy, szybki i przyjemny?
Nie proponuję przekazania całej sumy na schronisko dla bezdomnych zwierząt, bo to dopiero byłoby przewidywalne w sposób przykry.

Opublikowano

Cóż za zbieżność. (Moje ostatnie opowiadanie na ten sam temat -"Starzec w krześle"). Czyta się lekko. Styl-super. Zakończenie z finezją. Może nie jest tak zaskakujące, ale z lekko podczernionym humorem. Nigdy nie gram w toto-lotka, właśnie z tego powodu, by nie mieć tej sztaby. Do rzeki mam zbyt blisko. Naprawdę.

Opublikowano

Mnie zakończenie zaskoczyło, muszę przyznać. Ogólnie mam takie wrażenie, że fajnie ci wychodzi, kiedy rezygnujesz z wszechwiedzącego narratora i oddajesz głos jakiejś postaci, takiemu zwykłemu człowiekowi. Pamiętam, że słynny "harnaś" tez był tak pisany.
Mały błąd:
"Miał w ręce coś, owiniętego w gazetę." - "Miał w ręce coś owinięte w gazetę"
Poza tym nie podoba mi się to "przywarł do dna" - może niech go woda na brzeg wyrzuci? Albo jeszcze lepiej niech go znajdą w jakimś starym basenie, tam woda jest bardziej przezroczysta, i nie będzie kłopotu, że nikt by takiego staruszka nie szukał (komen. M. Serockiego)

Opublikowano

Nie trzeba szukać realistycznego podejścia, bo nie pomaga w odbiorze. Nie mam ambicji realisty i o to nie zabiegam. Reszta będzie domysłem albo milczeniem. Gdyby pan w łachmanach sprzedał sztabę i zaczął szukać zbożnego celu, ja musiałbym mieszkać w L.A. i tworzyć kolejny dolarodajny scenariusz. Jak wiecie, tak nie jest. Dzięki za czytelnictwo i garść budujących uwag.

Opublikowano

Nie zrozumieliśmy się. Nie chodziło o to, żeby sprzedawał sztabe i na zbożny cel przeznaczał. Niech żyje, tak jak żył do tej pory, ale śmieciara to jest coś. Szybciej można swoje schronienie zagracić i utonąć w surowcach wtórnych. Topiąc się ze sztabą w gruncie (sic!) rzeczy potwierdza istnienie pewnego nurtu w literaturze polskiej, a przez to staje się schematyczny. Polacy podobno tak mają, że kawałek szczęścia jest dla nich największym nieszczęściem i tutaj nie oderwałeś się od schematu. Różnica jest taka, że zamiast do hamerykańskiego, jest to szkic scenariusza do filmu polskiego w całej swojej okazałości.
Chodzi tylko o to, że zakończenie tematycznie mi nie leży i to wszystko.

Opublikowano

jakże to tak? ja bardzo poważnie podchodzę do swojego "talentu":)))hehehe. Poważnie to poważność zostawmy politykom( oj to chyba zły przykład:))) albo innym takim co to niewiadomoco:))) Zawsze zachowuje powaga.POWAGA!!!!:)))pozdrawiam wszystkich radosnych!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @violetta on by się rozpadł gdyby tak myślał
    • @Omagamoga   Ten krótki tekst to lingwistyczne badanie samej tkanki istnienia - o „czystym fakcie bycia”. Bawisz się rdzeniem „by-”, odmieniając go przez wszystkie możliwe stany i przypadki. Najbardziej podoba mi się „bytuję w jestem” - to genialne sformułowanie. Sugeruje, że „jestem” (czyli świadomość własnego istnienia) jest przestrzenią, w której się mieszka, „być może też mojego bytu będzie”- tu pojawia się lęk egzystencjalny, „a co by tu istnieć”- to zdanie brzmi niemal kolokwialnie, jak wzruszenie ramionami - „po co właściwie tu istnieć?” lub skoro już tu jestem, to po prostu istnieję (i co z tego?).
    • @Berenika97 niedługo się zacznie sakura:)
    • rumuńskie skrzypce nie rozbrzmiewają zwykłą muzyką do siarczystych przytupów ich dźwięk kładzie się wonnym dywanem na wzgórzach i ziemiach niczyich wplata wiejskim chatom słoneczne wstążki w czupryny dachów   dziewczęta biegają boso po łąkach zbierają przytulie na sen o dobrym chłopcu jeśli się zjawi nocą zaczną suszyć zioła w płóciennych woreczkach i bielić prześcieradła   Sânzienele otoczyły tanecznymi kręgami jak wiankami ogniste gniazda wśród uroczysk   skrzypce zawodzą beczeniem owiec kwileniem kosa ostatnie iskry przepadają w śmiechu nie wiadomo czyim gdzieś za kudłatym grzbietem lasu      
    • wiersz na potępienie ogarnia wesołość, bo zdałem sobie sprawę, że cały bagaż doświadczeń, przeżyte chwile, to coś na kształt woru pełnego jajeczek karaczana. i czuję, że on właśnie pęka, z mętnin wydostają się... kwiatki. samobieżne, ze szczękoczułkami (wyobraźnia je wykoślawia, że ho ho!). rozpełzają się we wszystkich kierunkach. wołam, głos zostaje zwielokrotniony. echo nie patyczkuje się, pustka nie ma zamiaru brać jeńców. krzyk niemal dudni w lodowaciejącym pokoju. aż wstyd! niby żaden ze mnie wytworniś, ale żeby do tego stopnia spaskudnieć w środku, by czuć się jak szkielet leżący w grobie sznurowym (znaczy: coraz niżej, niżej)? daleko mi do jakiegoś tam wykwintnisia, mimo to – nie przypuszczałem! takie ustrojstwa mieścić w sobie? przezabawne!  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...