Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Stał przez chwilę w zamyśleniu i nie wiedząc, co dalej uczynić z listem po prostu zostawił go na stole. Od tej chwili, choć nie podniósł go ani razu, list nie opuszczał jego myśli. Przypominał sobie wszystkie dotychczasowe znajomości, szczególnie z kobietami. I choć nie było wiadome, że list ten pochodzi od kobiety, utwierdzał się w coraz większym przekonaniu, że to musi być kobieta. Zaczął myśleć o niej coraz bardziej intensywnie i jednocześnie starał się, żeby nie zagłębiać się w myślenie nad żądaniem, które stawiała, bo choć wyrażone w formie polecenia, jednak brzmiało jak żądanie, a raczej wołanie o pomoc. Z góry ustalił, że to musi być jakiś dziwny żart, ale ten adres? Kto pisałby adres. Takie listy zazwyczaj są bez podpisu, a tym bardziej adresu. Kiedyś nawet dostał taki . Z zapytaniem, kiedy wyprowadza się do nory, bo już czas. Potem parę niemiłych zdarzeń. Kurczak z piórami pod drzwiami, bez głowy. Z przytroczoną kartką o treści:”My lisów nie lubimy.Chcesz zachować głowę, to się wynoś”. Nie sposób było zgadnąć, kto mógł być jego prześladowcą. Tyle ludzi mieszkało w bloku. Nikogo nie zagadywał i nikogo nie znał. Mijał nieraz te same twarze, ale wydawały się być obojętne. Po paru podobnych incydentach nagle ucichło. Nigdy nie dowiedział się dlaczego, ale długi czas musiał minąć zanim przestał podświadomie czekać na następną wiadomość pod drzwiami. W końcu zapomniał, a raczej uspokoił się uznając, że osoba ta z pewnością wyprowadziła się. A teraz ten list. Nie, to nie może być on. To musi być kobieta. Bezwiednie zaczął się zastanawiać nad jej wyglądem. Czy jest młoda? Czy ładna. I jak tylko uświadamiał sobie swoje myśli, szybko się wycofywał ganiąc się za niepotrzebne zainteresowanie. Przecież nie miał zamiaru zareagować na tę prośbę. To może być jakaś nieprzyjemna pułapka. Nic nie wiadomo. Ktoś znów może się na niego uwziął, tyle, że jest bardziej przebiegły i sprytniejszy. Liczy na to, że ciekawość weźmie górę i wtedy zgłosi się pod podany adres i o to własnie mu chodzi. Ale dlaczego? Nie, absolutnie nie może zrobić żadnego kroku. Najlepiej wyrzucić list do kosza. Podrzeć, nie zapisywać adresu. Wiedział jednak, że to na nic się zda, miał przecież doskonałą pamięć , która już od razu zarejestrowała dane i już tam zostały. Nie wyrzuci tego z pamięci, chociażby nawet chciał. Już to wszystko zaczęło go drażnić, szczególnie fakt zapamiętania adresu i ciągłe drążenie myślami w poszukiwaniu wizerunku tej kobiety. Zaczęło to robić się coraz bardziej męczące. Już nawet w nocy zaczął budzić się czasem z chęcią podejścia do stołu, wysunięcia ponownie listu z koperty i czytania go po raz trzeci, bo raz już zajrzał, by znów się przkonać, że to wszystko się zgadza z pamięcią. Nie czynił tego jednak, wiedząc, że im mniej okaże zainteresowania tą sprawą tym większe szanse, że ta ciekawość w końcu go opuści. I jeszcze dołączyło się coś jak poczucie winy, że coś musi się stać z jego winy. Ktoś woła o pomoc, on nic nie robi, tylko stara się zapomnieć. A pamięć stoi przy człowieku jak anioł stróż. Nie jest to pomocny anioł w tym wypadku, i nie opuszcza go ani na chwilę. Tak więc, godziny mijały powoli i już w jego codzienną rutynę zaczęły się wkradać małe pomyłki. Działało mu to na nerwy. Nie cierpiał pomyłek, kosztowały nieraz dużo. Jednakże ciekawość narastała i tliła się już nieugaszonym płomieniem, cicho, jednostajnie, i dawała się we znaki. W końcu nawet w pracy zauważyli, że zaczął się zachowywać dziwnie. Kobiety już zaczęły na niego zerkać inaczej . Nie było w tym spojrzeniu zainteresowania, raczej ciekawość zjawiska. Widziały, że coś się z nim dzieje, ale nikt nie śmiał pytać. I tak prawdopodobnie odpowiedziałby zdawkowo. Coraz bardziej myślał nad tym, że czas mija, a ona czeka na pomoc. I nie wiedział co jej grozi. Czuł, że poczucie winy narasta w nim powoli, ale tak systematycznie, jak narasta warstwa kurzu na meblach. To zaczęło być coraz bardziej nie do zniesienia. Żadna ze znanych kobiet chyba nie zwróciłaby się do niego o pomoc. Te znajomości dawno wygasły i do tego kończyły się chłodno. I właśnie z powodu jego zobojętnienia, więc coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że to nie może być żadna z nich. Denerwował się, że list ten leży na stole, a on nie jest w stanie pozbyć się go. Ale nie mógł. Tym bardziej, że i tak nie miałoby to żadnego znaczenia, jedynie może jako dowód rzeczowy. Czego? Ganił się w myślach, przecież nie zamierzał brać tego wszystkiego na serio. A jednak nie dawało mu to spokoju. Zajmowało całe jego życie, niemalże. Aż wreszcie po paru dniach skierował się jak automat, krokiem prawie wojskowym, w stronę stołu i jednym zamaszystym ruchem podniósł kopertę. Ręka zadrżała, ale nie myślał o tym. Wyjął kartkę, ale już powolnym, rozmyślnym ruchem i zaczął czytać znany mu tekst. I coś rzuciło mu się w oczy, czego przedtem nie dostrzegł. W prawym górnym rogu był jakiś znaczek, coś małego, na pierwszy rzut oka niewidocznego. Przybliżył wzrok, ale było to za małe, żeby rozpoznać. Było to jednak coś, co przykuło jego uwagę, bo miało to wyraźnie jakiś kształt. Nie była to tylko plama, czy coś przypadkowego. Zainteresował się tym. Podleciał więc, co było dla niego prawie niezwykłe, bo raczej poruszał się powoli, do biurka, i wyjął z szuflady lupę. Zawsze tam leżała. Nigdy nie miał problemu ze znalezieniem rzeczy, bo trzymał wszystko we wzorowym ładzie. Nie używał jej często, choć zdarzało się, że zaciekawił go któryś ze znaczków sąsiada. Ale to zdarzało się rzadko, bo znaczkami z reguły nie interesował się i tylko ze względu na to, by zrobić sąsiadowi małą radość zajrzał do klasera i udawał, że któryś ze znaczków wzbudził jego zainteresowanie. Nie było to jednak prawdziwe zainteresowanie. Interesował się tylko telewizją. Miał wrażenie, że ktoś jest z nim w domu, spędza czas razem z nim. Sąsiad był realnym człowiekiem, którego trzeba było poczęstować nieraz kawą, czy lampką wina i co gorsza zabawić rozmową, co było najgorsze. Od razu spinał się i wychodziło to wszystko sztucznie. Sąsiad jednak nie widział, jak bardzo jest napięty i chętnie zachodził, choć szczęściem niezbyt często, jako, że miał dorosłe dzieci, które zabierały go czasem do siebie, albo wychodził do innych znajomych. A może jeszcze gdzie indziej, to go za bardzo nie obchodziło. Utrzymywał jednak tą znajomość jak motyla trzyma się w gablocie, by pokazać czasem, że nie jest samotny. Nawet samemu sobie, choć za samotnego się nie uważał, bo czynił to z własnej woli, ale czuł się trochę raźniej wśród ludzi mając świadomość, że może czasem wspomnieć o znajomym. Listonosz był jak długoletni jego pracownik, owszem, czasem nawet zamienili parę słów, ale on traktował tę relację jak pracodawca-pracownik. Listów prywatnych z reguły nie otrzymywał, lecz rachunki trzeba było dopilnować. List trzymany w rękach zaczął go interesować jeszcze bardziej niż do tej pory, głównie z powodu tego małego znaczka, któremu chciał się właśnie przyjrzeć.Przysunął lupę i wyraźnie zobaczył twarz kobiety. Aż odskoczył z wrażenia. Postał przez chwilę próbując zebrać myśli, lecz nic właściwie nie przychodziło mu do głowy. Tylko obraz zarejestrowany przez jego wspaniałą wręcz pamięć stał mu przed oczami. Miał więc rację, nie była to żadna ze znanych mu kobiet. A więc, kto to mógł być? W tym wszystkim kryje się jakaś dziwna tajemnica. Ale dlaczego trafiło to do niego? Złość go opanowała i chciał już zmiąć ten przeklęty list i wyrzucić czym prędzej do śmieci. Ale znów coś go powstrzymało. Usiadł bezradnie w fotelu i patrzył bezmyślnie na przeciwległą ścianę. Twarz kobiety formowała się na niej powoli odtwarzana z pamięci. Była to kobieta około czterdziestu lat, jak sądził, ale wyglądała młodzieńczo. Coś było w niej ujmującego. Coś w oczach. Nie mógł sobie skojarzyć gdzie ten wyraz oczu widział przedtem.Tak ujmujący, jak żaden dotychczas. Dawno nawet nie myślał o kobiecie, z wyjątkiem kobiety, która jak podejrzewał kryła się za tym listem. Na tle jej głowy rozpoznał góry, jak...i w tym momencie uświadomił sobie skąd uśmiech tej kobiety wydał się mu tak znajomy. Tak, zupełnie jak Mona Lisa. I te góry i wijąca się droga. Ale dlaczego? Dlaczego komuś zależało, żeby to skojarzenie przyszło na myśl, bo nie było to tylko w związku ze spojrzeniem tej kobiety. To mogło być osobiste odczucie, ale ten krajobraz wyraźnie ma na celu to skojarzenie wywołać. Czemu? Coraz bardziej był tym wszystkim zaciekawiony.

Opublikowano

Aniu, za dużo emfazy miejscami. Coraz więcej, coraz bardziej.... nieraz w sąsiadujących zdaniach. Spróbuj się mnie wczuwać, a więcej ekspresji szukać :)

Usiadł bezradnie i patrzył bezmyślnie - fajnie brzmi?

Bez emocji jest łatwiej, ale to trudne :)))

Opublikowano

Nie wiem tylko, czy potrafię coś zmienić. Czy ogólnie do bani? I obawiam się, że dalej może być jeszcze gorzej. Ale, co? Czy mam "wyjść i zamknąć drzwi za sobą"? Nie, bo lubię pisać. A więc biorę do serca uwagi i do roboty!I w końcu dotyczy to tego konkretnie opowiadania, a inne Ci się dość podobały. Za wiersze ostatnio także "dostaję bacikiem". Może nigdy nie wyjdę z "przedszkola"? Pozdrawiam i dzięki.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...