Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

                                 graphics CC0

 

 

 

gradacja mruży ciało księżnej bibelotów

 

jej imitacja w odcieniu rzemiosła

 

efemeryda z retuszu i destylacji

z wrażeń optycznych

 

tu nie pomogą

 

niebieskie kwiatki anemonu

ustawione na stole jak katafalk

 

wszystko jest plasterkiem miodu

 

 

 

zegar z kurantem wybija dwudziestą

 

mimesis opada kroplą kruchej natury

w złocienie i tapety w kilimy huculskie

 

jacyś mężczyźni podróżują

w jamistym oddechu

 

a styl i otoczenie zieje w otchłań mahoniu

 

makieta to epicka

oderwana od marzeń w garderobie dizajnu

 

lub werset gnomiczny uszyty

z maksym i aforyzmów

 

od Skamandra lub z techno Cocktail Clubów

 

kolejnych przygodnych kolesiów

 

dopartych do ściany

pod działaniem pulsarycznych stroboskopów

 

 

 

spojrzenie od Zofii Stryjeńskiej

powabne zalotne

 

na gałce oka z wyoblonym kubizmem

pod wysoki połysk

 

spoglądam więc nieco senniej na

wazon Furstenberga w kolorze écru

 

a księżna tli się w zamian z inkrustacji z

mosiądzu lub miedzi

 

sumienie ma falliczne i płynne

w kokilach pożądliwości

 

choć w kącie pod różą z aluminium

 

zakrzepła krew na podpasce

pamięta obrazy Tamary Łempickiej

 

 

 

francuski romans w angielskim dialekcie

w kulturze dworskiej dopieszcza tajnej miłości mit

 

zapala klimat

 

abażur wypuszcza światło przez

tekstylną pończochę

 

w popiele zasypane gruszki

luki pamięci w plastyce silikonów

 

 

 

ambasady języka Dada

 

opowiadają mi nonsensy

w tym kabarecie Voltaire

 

jej nihilizm jest sztuką kolażu

 

aranżuje mnie syntaktycznie

 

jest formą znaków implikujących w treść

mojego hoodie z kapturem

 

czyli – hip hop'owego absurdu

który klasą nie pasuje tu do niczego

 

 

 

już wiem

 

jej porcelanowa natura to dramatyczny monolog

jabłko pokusy podane na graniastej dłoni

 

w zasadzie samej sobie

 

zbyt długi wiersz narracyjny

 

jak kartki kalendarza

w czekoladowej trufli w tej bajce carpe diem

 

co za sen....

 

pod oknem zielone bugatti

świruje do mnie lubieżnym pawim okiem

 

hi- men!

--

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Potrafię sobie to wyobrazić. Tu w tym aspekcie jest między nami pełna zgoda Valerio. Na pewno odrodzenie w Bogu jest rzeczą ważną i wielką. Ludzie którzy podążają Jego ścieżkami są godni. Szanuję takie osoby. Najlepiej w entourage'u katolickim, ale przecież nie tylko. Ludzie bez wiary są nieco ubożsi, ale w życiu równie drodzy i wartościowi.

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Dziękuję ci Grzegorz, że jesteś, bardzo mi miło że wrzuciłeś komentarz, wiem że na sercu ci leżą formy bardziej okazjonalne, klasyczne, jesteś w tym obyty i doświadczony. Ten akurat tekst taki akurat jest. U mnie też paskudna pogoda, leje od wczoraj, więc jak w powieściach Arthura Conan Doyle.a

Z twoimi zmysłami nie mam wątpliwości ;)) Kolor i dotyk – żywszy ornament lat dwudziestych, to są moje ulubione klimaty mentalne. Tekst to taka a'la teleportacja --> głównie poprzez bodźce wzrokowe do czasu międzywojnia.

 

Fakt, mała inwazja na zmysły, no taki to był czas ;) ;P Dziękuję Iwon ;)

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

tu nie o to chodzi, a o mądrość bożą, żeby mieć w sobie tą mądrość i nie polegać na sobie a na Bogu. mamy ducha bożego od tego. nie rozumiemy się. idę na studia, nauki tyle, już zaznaczyli mi, że muszę w tygodniu siedzieć przynajmniej 10 godzin pomiędzy jednym zjadam a drugim, żeby opanować cały materiał.  pytam siebie, czekam na ducha, aż mi pomoże :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Może ci i pomoże, ale do Boża wola. Studia? Bardzo ok! Zaliczysz pierwsze kolokwium, kolejne, sesje, semestr, rok, i voilà. Gratuluję decyzji :). Konkludując jeszcze co do Boga: --> nie jestem przekonany, że może Mu zależeć na naszej całkowitej podległości. Mamy się rozwijać, rozmnażać, a do tego potrzeba osobistej inicjatywy. Bóg to nie dyktator ;)

 

Opublikowano

robię ACCA, zaliczam moduły, jeden po drugim, już parę zaliczonych po studiach ogólnie, czyli uczę się i podchodzę od razu do egzaminu, później kolejne tematy. to są inne studia od normalnych. ja zradzam w swoim sercu a Bóg się na to zgadza, być może to telepatia, bez słów:)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

ACCA, no to Bóg ci nie musi pomagać, czesne i do przodu. Finansistka, człowiek uczy się do starości, życie mobilne i za lat 15 niektóre zawody wyjdą z obiegu, ale nie finanse. Najwyżej wszystko będzie bezgotówkowe ;))))

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

No były to "dziewczyny nieszablonowe", ja bardzo je lubię, w ogóle - art deco, widzę, czytam, że jesteś dość wyzwolona w propozycjach tekstów chociażby, więc naturalnie lubisz ten fragment. Mi też się podoba ;) Sztuka jest wolna, obraz Łempickiej poszedł za zdaje się 36 banieczek pln w NY. Jest pyszna. Dzięks. Pozdro ;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Reszta, powiadasz? :) Czyli odżegnujesz się od subiektywizmów mojej oceny co do wyzwolenia? W takim razie w jakimś sensie indywidualnie na pewno zyskujesz. Bo otwartość w czasach współczesnych jest całkiem powszechna. W tej akurat dyskusji możesz być jaka chcesz, wystarczy już mój bardziej konserwatywny punkt widzenia świata. Lubisz chociaż  II Rzeczpospolitą? ;)))

Opublikowano

@Tomasz Kucina pytanie jest niefortunnie zadane. Odpowiem tak: podziwiam wszystkich Polaków zaangażowanych w tworzenie ówczesnego państwaego, mieli nawet plany kolonizacji Afryki. Mam zapis w układzie nerwowym dźwięków i obrazów, zwłaszcza dźwięku z Archiwum Polskiego Radia.

A lubię modę i fryzury tamtych czasów

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

, ale to był szerszy trend. 

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Pytanie jest fortunne, bo jest pytaniem najprostszym z możliwych. To jest pytanie o to czy jesteś patriotką. Tu nie chodzi o patriotyzm na lewo czy prawo, chodzi ogólnie o patriotyzm. Bo po 123 latach Polska wróciła na mapę polityczną świata, na skutek dość charakterystycznych układów, które kwalifikowały się istotnie do jednej brutalnej definicji – a mianowicie – do IMPERIALIZMU, który notabene doprowadził do I Wojny Światowej. Różne państwa i nasi zaborcy byli ze sobą skonfliktowani i walczyli o imperialne wpływy w świecie, to doprowadziło do wojny a po wojnie wykorzystaliśmy sytuację i konflikt zaborców – odzyskując niepodległość. Polska sprzed czasu zaborów zawsze była krajem tolerancyjnym, aż tak bardzo, że stała się podatna na wpływy innych państw głównie ościennych. Dlatego ta sztuka o której piszesz – WYZWOLONA, i również te dźwięki, obrazy i fryzury o których też wspominasz miały w nowonarodzonej Polsce taki popyt i klasę, to był skok milowy w czasie – i w ciągu 20 lat nastąpił rozwój technologiczny, naukowy oraz artystyczny na takim aż poziomie. Tak, że nie można brać pod uwagę pewnego wycinka zdarzeń i trendów w II Rzeczpospolitej, ale całość – bo wszystko ma ścisłe powiązania. Poza tym Art deco to nie tylko Francja to np. Stany Zjednoczone, a sama Łempicka powiązana była z USA, zwłaszcza po okresie międzywojnia, w czasach totalitarnych - już. Nie ma znaczenia kto dziś i w jakim kierunku preferuje politycznie czy światopoglądowo, sztuka jest wspólna z historią i kulturą a nawet z polityką, od której ja akurat stronię i nie lubię dyskutować, ale nie cierpię gdy ludzie dokonują weryfikacji sztuki poprzez własne poglądy polityczne. Odniosłem wrażenie, że próbujesz odciąć szyk i styl ówczesnej sztuki od II Rzeczpospolitej, a to nie ma uzasadnienia. Jak widzisz międzywojenna głównie centroprawica (ale nie tylko oczywiście) miała główny wpływ na coś czym się dziś zachwycasz. Konserwatyści międzywojenni byli mega nowocześni i nie aż wcale tacy niepostępowi w sferze obyczajowej,

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Tomasz Kucina tak myślałam, że wcisnąłeś coś jeszcze w to pytanie

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

. Jeśli pytasz czy jestem patriotką, to opowiem Ci historyjkę, którą Cię rozczuli . 

Będąc dziewczęciem w pierwszej klasie Liceum usiadłam na języku polskim w pierwszej ławce,  pchnienta doświadczeniem, że jeśli ktoś dużo mówi, to oczy zachodzą mi mgłą i zasypiam. 

Pan zapytał, po długim wstępie : ,,Czy jesteś patriotą?'' i spojrzał na mnie. Odpowiedziałam ,,Tak" a następnie 35 kolejnych osób, że ,, Nie''

Opublikowano

Finansistka super zawód:) Mam inspirację, żeby się uczyć i mieć możliwości znalezienia fajniejszej pracy:) Moja koleżanka prawniczka wyjechała do Luxemburga do jakiejś tam nowoczesnej Kancelarii, opuściła Warszawę, to też sobie taką pracę zamarzyłam:)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Co do konkluzji twojego komentarza, to można skwitować, że to ty i twoje „tak” wywołało u mnie lepsze wrażenie, a 35 kolejnych osób mnie nie interesuje, bo z tobą to dyskusja - a nie z "fantomami" twojej młodości ;)

 

Ale, nie ;) nic nie wcisnąłem w to pytanie, byłem ciekawy jaki masz stosunek do II RP, bo mój tekst potraktowałaś w pierwszym komentarzu jakby wycinkowo, przyjmując jako pożywne – o czym poinformowałaś – tylko fragmenty o Stryjeńskiej i Łempickiej. Zacząłem się naturalnie zastanawiać czy może to wynika z osobistego braku aprobaty → do okresu Międzywojennego, do ideałów II Rzeczpospolitej. Chyba okazało się, że tak, bo w kolejnym komentarzu zamiast odpowiedzieć prosto na pytanie o stosunek do tej polskiej historii, już posunęłaś się dalej → wskazałaś na zapędy Polaków w okresie dwudziestolecia-trzydziestolecia do kolonializmu afrykańskiego? To już lekka złośliwość, ja chciałbym ci uzmysłowić, że Polska to był zawsze kraj tolerancyjny i również w normach obyczajowych, rasowych i humanistycznych. informuję, że w Belgii jeszcze w roku 1958 wystawiano Czarnych ludzi jako eksponaty na targach brukselskich, w ZOO, to była --> wioska kongijska, i tylko dlatego nieco dłuższa była moja druga odpowiedź.

 

Nie wciskam nigdy w odpowiedzi żadnych podtekstów, chyba, że rozmówca tworzy nieuzasadnione sugestie, a obarczanie II RP polityką kolonialną nie było → dość szczęśliwe, chociażby w obliczu tych faktów brukselskich. Ja nie słyszałem żeby w Polsce kiedykolwiek ludzie występowali w ZOO?

 

CO DO NASZEJ HISTORII WSPÓŁCZESNEJ: jestem zwolennikiem ścisłej integracji Polski z UE, i współczesnych układów w Europie nie krytykuję, polityka mnie nie interesuje!, ale historia Polski już - TAK, i szacunek do norm patriotycznych w początkach budowy wolnego państwa polskiego, → dlatego dopytywałem o poglądy co do okresu Dwudziestolecia. W ogóle do sztuki:  secesji, art deco i innych klimatów --> z tego wiersza.

 

To ty przeniosłaś dyskusję do czasów twojej młodości w liceum i całkiem naturalnych reakcji młodych ludzi – twoich kolegów, koleżanek, co licealiści z czasów twojej młodości maja wspólnego z moim wierszem? Nic. Nie pytam o nich. Ale mój tekst z okresem II Rzeczpospolitej ma wiele wspólnego – bo w tych czasach piękna odważna sztuka stała się natchnieniem i urodą dla ludzi choćby współczesnych. Nie dokonałem podziałów politycznych, Przestrzegałem przed nimi już w pierwszym komentarzu. bo w tych czasach różne odcienie światopoglądów i odmienne względem siebie tworzyły tą kulturę, i nie myślały wtedy na pewno o → kolonializmach w Afryce. Zostawmy tą chol...rą politykę i nie oceniajmy się przez te pryzmaty na portalach poetyckich. To jest uczciwa zasada.

 

Znowu dłużej, ale to twoja sprawka ;))))) I tak ciebie lubię, bo masz charakter ;) Nie ma potrzeby tego zmieniać ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @andrew   To "w codzienności ciebie nie ma" - bo właśnie ta nieobecność obok obecności jest najtrudniejsza do opisania i najtrudniejsza do zniesienia. Wiersz bardzo prawdziwy.
    • Utwór inspirowany "Modelem Pickmana" H.P.Lovecrafta, "Portretem Owalnym" E.A.Poe oraz prozą poetycką w duchu gotyckiego romantyzmu i dekadencji. Po ostatnich moich naprawdę słabych tekstach, staram się nim powrócić do równowagi i poziomu artystycznego do jakiego siebie i Was przyzwyczaiłem. Najdłuższy mój tekst od bardzo dawna. Od razu przed tym przestrzegam.   "Portret Owalny" cz.1   Kariera miejskiego urzędnika  nie pociągała mnie ani trochę, więc szybko z niej zrezygnowałem, uwalniając się tym samym  od dyktatorskiej postawy i protekcji  mojego kochanego ojca  w którego wydziale miejskim  miałem okazję zdobywać doświadczenie, lecz częściej stawałem się  niesłusznie obarczaną winą  za wszelkie niepowodzenia marionetką  niż pełnoprawnym rajcą. Zrezygnowałem w grudniu, pobierając jeszcze ostatnią należną pensję i przeznaczając ją na bilet kolejowy  do pobliskiego miasteczka i pierwszy czynsz na nowym dość dobrze usytuowanym i wyposażonym mieszkaniu. Nie chciałem spędzać świąt  w rodzinnym domu. Zresztą i ojciec  nie dał poznać po sobie  by miał jeszcze ochotę  mnie kiedykolwiek oglądać. Nie zapytał o nic. Z czego będę żył? Gdzie będę mieszkał? Z kim będę spędzał czas? Szczerze to sam nie znałem odpowiedzi. Utrzymanie mieszkania kosztowało sporo. Nie miałem w miasteczku  innych krewnych ani znajomych. Nie miałem żadnego  przydatnego fachu w ręku. Zresztą osobista duma  nie pozwoliłaby mi zniżyć się do poziomu  brudnego robotnika czy górnika. Pech a może jednak szczęśliwy traf chciał, że trafiłem pod dach,  który krył ludzi  w większości mojego pokroju i pochodzenia jak również opierających  swoje przemijające rwąco życie  na przyjemnościach związanych  z zasobnością rodzinnych kont. Kamienicę naszą nazywano dżunglą. Pełna była kolorowych ptaków  tutejszego życia elit kulturalnych. Byli i odszczepieni siłą  od konserwatywnego salonu  banici poetyccy. Byli malarze tak genialnie operujący okiem wyobraźni i przestrzeni, że ich płótna zdawały się żywymi oknami, portalami pokazującymi świat  nie dostatni i widzialny dla większości, lecz ten mroczny i splugawiony wyziewami trujących plag nocnego życia. Prostytucją, porachunkami gangów, pijaństwem, opiumową gorączką, studenckim, hedonistycznym rozpasaniem, oraz eskalacją i gloryfikacją  przemocy i zepsucia. Byli też sensualni  do granic sennych marzeń rzeźbiarze. Zakochujący się romantycznie  w ideale wykutych mięśni i talii. Kamiennych lecz spragnionych czułości ust, jak i mlecznych, pełnych piersi, błagających o zbliżenie mokrego  od rozkosznej tęsknoty języka swych twórców. Wszyscy żyliśmy tam nie tu. Trwaliśmy w narkotycznej mgle umysłu. Pijackim śnie o pochwale sztuki. Jawa była koszmarem z którego budził nas dźwięk delikatnych dzwoneczków weny. Muzy pieściły nas tak długo, aż zatapialiśmy się  na długie godziny lub całe dni, w szorstkiej fakturze papieru lub nieskazitelnie dziewiczej bieli płótna. Lecz trwało to tylko chwilę. Zbyt krótko byśmy mogli zapomnieć  o zgrzytach struktury codzienności. O nauce, pracy czy rachunkach, tych uregulowanych bądź nie. Stos tych drugich  z czasem zaczął piętrzyć się  na sekretarzyku w moim gabinecie. Widmo nędzy,  stanęło przed oczyma  trzymając w kościstych dłoniach  weksle i wezwania do zapłaty. Dług gonił dług a pożyczka poganiała kolejną, Mówią, że tonący w bezdni morskiego wiru nawet brzytwy podanej się schwyci. I podał mi takową przypadek zupełny. Ogłoszenie w dzienniku porannym o treści jakże dla mnie ciekawej. Pewien malarz o jak stało w ogłoszeniu, nienagannej kulturze i ugruntowanej pozycji, szukał modeli do swoich prac a w szczególności portretów. Wypłaty gwarantował  po każdej ukończonej sesji   a ich wysokość przedstawił jako  wysoce satysfakcjonującą. Zaznaczył przeto  że nie interesuje go płeć piękna  a młodzi mężczyźni w sile witalnej, najlepiej studenci lub uczniowie liceów. Podane były dane do kontaktu listowego. Mile połechtany w czarnej godzinie próby, postanowiłem napisać do niego, składając swe gorące zainteresowanie ofertą jak i możliwością pracy z prawdziwym artystą. Pokrótce opisałem siebie  i swój wygląd zewnętrzny. Na końcu łącząc wyrazy szacunku i uznania  z prośbą o jak najrychlejszą odpowiedź. I ta przyszła już tydzień później  o dziwo dostarczona przez  chłopca na posyłki  w samym środku nocy. W krótkim liściku  zapisanym pięknym, równym pismem, malarz zapraszał mnie  wieczorem dnia najbliższego  na spotkanie i zarazem pierwszą sesję, na pobliski cmentarz  u zbiegu ulic Traverse i Elm. Miejsce wydało mi się nie tyle podejrzane  co bezmiar dziwne i abstrakcyjne, lecz proszono mnie w liściku o natychmiastowe potwierdzenie przybycia. Napisałem więc kilka słów zapewnienia  o moim pojawieniu się  o godzinie ósmej wieczorem  pod bramą nekropolii. Włożyłem liścik wraz z pięciopensówką  na powrót w dłoń chłopca  a ten pobiegł jak wicher  w opustoszałe i ciche ulice miasteczka. Przez cały dzień padał rzęsisty deszcz, który po zachodzie słońca przemienił się  w duże i mokre płatki, lepkiego śniegu. Leżał wszędzie. Na parkowych alejach,  wybrukowanych ulicach, w nieczynnej, miejskiej fontannie  u stóp ratusza a także pokrył zimnym płaszczem  grobowce nekropolii. Zjawiłem się punktualnie  jak na dżentelmena przystało. Na spotkanie pierwej nie wychynął mi nikt. Brama cmentarna była zamknięta  na dwie solidne, mosiężne kłódki. Ciężko byłoby ją ruszyć z miejsca  a przeskok przez nią  powodował ryzyko upadku  z dość wysoka lub nabicie członków ciała na ostre okucia, sterczące jak kły z paszczy bramy. Postanowiłem spokojnie zaczekać. Mrok rozjaśniony poświatą świeżego śniegu, nie zasłaniał w pełni  elementów miejscowego krajobrazu. Przede mną rozciągał się piękny  acz zapomniany lekko cmentarz. Aleje nie były brukowane. Krzywe i wyboiste  prowadziły do wiecznych domów zmarłych. Większość nagrobków opierało się jeszcze potędze bezdusznego czasu. Wyglądały spod ziemi ciekawie, niczym główki ghouli. Od większych grobowców, wionęło dojmującą ciszą, pustką  i tym specyficznym, namacalnym odruchem grozy, lepkim i zimnym przepływem  nieprzyjemnego prądu po grzbiecie. Broniły one skutecznie  spokoju swych mieszkańców. Żałobne anioły z marmuru  marzły na swych pokaźnych cokołach. Ślepym wzrokiem wiodły smutno  po zapuszczonym terenie. Czasami zaskrzypiał stary, dębowy krzyż. To znów wyczulony przez ciszę,  głuchej przestrzeni wokół słuch, wyłapał gdzieś w głębi cmentarza, krótki jęk, stęknięcie czy wycie i skomlenie. To wiatr płacze w koronach wiązów. A może bezdomni pijacy  dogorywają gdzieś w upodlonym upojeniu, wpadając nieuważnie  do otwartych powtórnie starych mogił. Obejmują ich ciała, kości i resztki zbutwiałych trumien. Zasypuje ich rozkopana wcześniej ziemia, odmawiając im rozgrzeszenia win  lecz zapewniając wieczny odpoczynek. Wzdrygnąłem się ze strachu. Z zamyślenia wyrwało mnie nagłe połaskotanie z okolicach łydek. To tylko rudo-biały kot trzymający zamęczonego szczura w pyszczku, chciał najpewniej  pochwalić się swą zdobyczą. Serce waliło mi jak oszalałe a kot niezrażony swym zachowaniem, skoczył gdzieś  do podpiwniczenia wieży ciśnień,  która jak góra wyrastała za moimi plecami. Ledwie ochłonąłem  a posłyszałem szybkie kroki, tym razem z pewnością ludzkie. Gdzieś ze środka cmentarnego muru  nagle wychynęła ludzka, dziecięca postać. Był to chłopiec  który przyniósł mi wiadomość od malarza. Był lekko zdyszany, czerwony na buzi ale szczęśliwy  widząc mnie w umówionym miejscu. Zdjął kaszkiet, ukłonił się  i skruszonym głosem powiedział. Przepraszam pana  z całego serca za spóźnienie  to wszystko przez tą pogodę. Cmentarz jest wyjątkowo  niebezpiecznym miejscem  przy takim śnieżnym maskowaniu. Jeden nieuważny krok i można złamać nogę lub skręcić kark wpadając komuś do grobu  z zupełnie niezapowiedzianą wizytą. Ale my na szczęście się umawialiśmy. Musi pan wybaczyć również panu Wildowi. Nie pokazuje się osobiście. Nie opuszcza już cmentarza i swej pracowni. Poważnie zachorował kilka lat temu. Choroba wykluczyła go zupełnie  ze współżycia społecznego… no może jednak nie zupełnie. Sprzedaje przecież obrazy do galerii sztuki, kontaktuje się listownie z innymi wielkimi malarzami i artystami. Poszukuję też coraz to nowych modeli  do swych dzieł i dlatego pan tutaj przybył. Zapraszam za mną. Pan Wild oczekuję w centrum nekropolii. Mur jest dziurawy w tym miejscu. Wystarczy że delikatnie się pan pochyli  i przejdzie bez problemu. Znam tutaj każdą szczelinę, dziurę i ścieżkę. Będę omijał najgorsze z nich. A gdy to nie wystarczy. Będę ostrzegał zawczasu.   Cóż innego przyszło mi czynić. Pochyliłem się przy rzeczonej dziurzę  i wszedłem za chłopcem na teren cmentarza. Od razu poczułem, jakbym cofnął się w czasie o cały wiek lub nawet dwa. Wszędzie panowała dostojna cisza. Wiatr ucichł w konarach  a wszelkie chrobotania, szelesty i pomruki, zamarły zgaszone tchnieniem  nocnego mrozu. Kobierzec dawno nie podcinanych traw, przybitych teraz ciężarem śniegu do podłoża był śliski i zdradliwy. Nocne harce pobudzonej wyobraźni, nadawały pomnikom czy ławkom, kształty i przeznaczenia  zbyt fantazyjne z oddali, by nie być zdziwionym  ich codziennej, powszedniej roli, będąc bezpośrednio w ich zasięgu. Chłopiec nie prowadził mnie  utartym szlakiem alejek. Kluczył pobocznymi sektorami, najwcześniej pochowanych  tu nieszczęśników. Widziałem spękane i starte płyty nagrobne, ozłocone, zaśniedziałymi literami. Zapadłe pomniki. Stare o wyblakłych, przytępionych rysach  i anonimowych twarzach. Opierające się grawitacji. Skrzywione i zgarbione  od skruszałych dawno elementów i rogów. Były i mogiły zdać by się mogło bezdenne. O barwie niebytu. W kolorze śmierci. O odcieniu wiecznej żałoby. Wyobraźnia plotła mi figle, bo wydawało mi się nieraz, że z takowych mogił wychynęły, pokryte liszajem i zgnilizną palce dłoni. To znów błysnęło lękliwie rubinową barwą, oko lub dwoje oczu. Ledwie kilka metrów od nas, przewrócił się mosiężny krzyż. Wpadł w szczelinę pomiędzy dwa zapomniane od lat groby. Dam głowę, że zaraz potem usłyszałem  w tym miejscu krótki, szczekliwy śmiech  a po nim odgłos ciągnięcia czegoś ciężkiego w głąb mroku nekropolii. Przechodziliśmy obok  dawnej cmentarnej kaplicy. Była kamienno, ceglaną wydmuszką. Spłonęła w czasach  gdy byłem malutkim dzieckiem. Próbowano ją odbudować  i gdy pracę miały się już ku końcowi, piekielny los zesłał burzę, której piorun dopełnił dzieła zniszczenia. Teraz mówi się, że jedynie diabły mieszkają na jej spalonych węgłach. Za kaplicą, osaczony przez  grożące zawaleniem grobowce, stał malutki domek  a raczej dawna szopa mieszkalna  tutejszego grabarza. Absolutnym absurdem i wstrząsem było to, że dawniej w czasach użyteczności budynku, miał on swój osobisty ogródek  i maleńki zalążek sadu. Dziś plonem ziemi cmentarnej  były jedynie wysuszone chaszcze, wyrośnięte gęsto chwasty i mlecze oraz trujące więzy bluszczu. Budynek miał jedno niewielkie okienko. Porysowane i zaklejone brudem. Lecz to w nim dostrzec można było wreszcie, jedyny niezaprzeczalny ślad życia. Ogień lampy lub świecy, tańczący wesoło w głębi pomieszczenia. Chłopiec podprowadził mnie bliżej budynku. Musi pan wiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. Pan Wild nie mówi. Choroba zabrała mu nawet tą cząstkę  niezaprzeczalnego człowieczeństwa. Ale zapewniam, że z jego umysłem jest wszystko w jak najlepszym porządku. Komunikuję się prostymi gestami lub listami  takimi jaki otrzymał pan poprzedniej nocy. Pan Wild oczekuję. Proszę wejść bez strachu. Ja muszę się niestety pożegnać. Do widzenia panu. Zgiął narożnik kaszkietu w pożegnaniu  i odszedł szybko tą samą drogą, którą mnie prowadził.     Zostałem sam na sam z nieznanym. Pośrodku zapuszczonego cmentarza. W centrum jego trupio-gnilnej estetyki. Miałem spotkać wielkiego acz schorowanego a kto wie, może i obłąkanego artystę. Jego dom, jeśli można by podnieść  do takiej infrastrukturalnej formy  ten rozpadający się na oczach przybytek. Przerażał i nęcił jednako. Przypominał mi trochę dziecięce wizualizację, baśniowych opowieści o domach wiedźm, którymi mama straszyła mnie przed snem. A może po prostu nie ma się czego bać. Pora jest nieodpowiednia. Miejsce ekscentryczne  i introwertyczne do głębi. Ale przecież za drzwiami, może kryć się  najnormalniejszy dom artysty. Pracownia, pełna sztalug, rolek płótna, zapachu farby i naturalnych barwników. Pełna gotowych prac, wiszących na ścianach  i odstawionych na trójnogach. Gotowych do wyjścia w świat. Do prywatnych kolekcji i galerii. Przyjaciół artysty i krytyków sztuki. Wild jest portrecistą. Maluję najpewniej tylko na zamówienie. Portret jest odbiciem modelu. Nie ma tu miejsca na własny sznyt i fantazję, trzeba oddać jedynie jak najgłębszy realizm. Każdy szczegół, zmarszczkę, bliznę. Skupiony w jednym punkcie wzrok. Powagę biologicznej doskonałości  istoty ludzkiej. Nie wolno bawić się formą, barwą, stylem  czy nadinterpretacją. Dodawać od siebie i ujmować. Nie ma miejsca na lekki nawet uśmiech, ale i na sadystyczny tragizm czy makabrę. Stukając do drzwi miałem nadzieję i miałem nadzieję, że nie zostanie mi ona brutalnie odebrana. Nie spodziewając się odpowiedzi gospodarza po tym czego się dowiedziałem, wszedłem pewnie do środka.     Pierwsze co poczułem  to uderzające i dziwnie otulające  kojącym całunem ciepło. W izbie brakowało tlenu. Panował parny zaduch  o woni silnie słodkiej i mdlącej. Podświadomie wciągnąłem przez usta  haust powietrza i dłuższą chwilę  nie miałem ochoty  wypuszczać go ze swego wnętrza. W powietrzu unosił się również zapach starego, wilgotnego drewna i lakieru. Drobinki kurzu, wzbite nagłym ruchem drzwi, osiadały teraz na powrót na znajome elementy pomieszczenia. Szopa miała oczywiście  tylko jedną niewielką izbę. Świece ustawione niedaleko okna  dawały jednak wystarczającą ilość światła by nie mówić o mrocznej atmosferze domu. W centrum izby stał długi heblowany stół z dwoma zydlami u krótszych boków. Ściany były krzywe i odarte. Na nich jak się wcześniej domyślałem, wisiały prace Wilda. Te portrety były nie tyle  przerażające i wstrząsające  co idealnie zlewały się z otoczeniem  nie domu jednak a samej nekropolii. Wild portretował nie tylko żywych  ale i umarłych. I trzeba mu to przyznać na jego płótnach  wracali do sił i życia. Byli tam trędowaci i Ci co zmarli  na szkarlatynę lub ospę. Były ofiary wypadków, pożarów i utonięć. Byli wisielcy i Ci którzy postanowili  zrobić sobie w głowie otwór  od kuli rewolweru. Ofiary pobić i porachunków. Tylko mężczyźni w sile wieku. Wszyscy martwo wpatrzeni w przestrzeń. W Wilda, który dał im drugie życie. Pomyślałem, że nie jest to galeria śmierci  a bluźnierczego odrodzenia. A potem uderzyło mnie jeszcze coś. Skąd Wild brał te  trupie rekwizyty do swoich prac? Czy przypadkiem tak duża liczba pustych mogił nie jest udziałem jego fascynacji? Czy cmentarz nie zapewniał mu, nieograniczonego wręcz przypływu weny? Wykopywał ciała  i wskrzeszał je dzięki obrazom. Chciałbym nazwać go szaleńcem, lecz pewnie wolałby  żeby określać go geniuszem, którym mimo wszystko był.     Wild stał obok stołu,  zwrócony do mnie prawym profilem. Nie odwrócił się ku mnie zupełnie, nawet na myśl o tym, że mógłbym teraz ujrzeć jego twarz  przeszedł mnie dreszcz. Był delikatnie niższy ode mnie, szczupły i ograniczony ruchowo, zapewne przez postępującą chorobę. Jedynie tyle byłem w stanie stwierdzić ponieważ Wild przywdział  jakiś dziwny fason  jednoczęściowego płaszcza,  który przypominał z początku zakonny habit. Czarny kaptur zarzucony był głęboko. Na tyle by zupełnie ukryć twarz  a spotęgować uczucie panicznego lęku. Nie byłem w stanie przywitać się z nim  w sposób zupełnie naturalny. Po prostu zamarłem na linii progu. Pomyślałem, że chyba każdy kto tutaj wchodzi staje się niemy. Wild poruszył prawą ręką i wskazał palcem na pozostawioną na stole kartkę. Zrozumiałem. Sięgnąłem po nią  i przeczytałem krótką notatkę.   Cieszę się, że możemy się  spotkać Panie Scholl  i mam nadzieję że dotarł Pan do mnie  bez żadnych niepotrzebnych opóźnień  ani problemów. Ma Pan z pewnością całą masę pytań, lecz jeśli zgodzi się Pan, chciałbym jak najszybciej skorzystać  z naszej umowy i rozpocząć pracę. Najlepiej maluję mi się nocą  i nie chcę marnować nawet sekundy  z i Pana cennej doby. Jeśli się Pan zgadza,  proszę przejść na przygotowane  dla Pana krzesło  naprzeciw gotowego płótna  a ja pokieruję gestami, jak powinien się Pan ustawić i pozować. Oczywiście moja gościnność  i zasobność domu  jest do pańskiej wyłącznej dyspozycji. Jeśli tylko poczuję Pan znużenie sesją, proszę mówić a zrobimy przerwę. Mam nadzieję, że mimo pory  i dość obskurnego otoczenia  będzie się Pan czuł swobodnie.. aha tak zapomniałbym…  sesja jest płatna z góry. Pieniądze przygotowałem obok tej notatki. Jeśli ta kwota nie wystarczy, proszę powiedzieć a ureguluję  brakującą część po sesji nad ranem. Jeszcze raz serdecznie Pana witam. Oddany  Victor Wild.     I faktycznie obok notatki  spoczywała biała, zalakowana koperta. Otworzyłem ją na oczach Wilda  i zerknąłem do wewnątrz. Spoczywała tam mała fortuna. Przynajmniej jak na moje potrzeby  i spłatę wszystkich zobowiązań. Nie zastanawiając się już dłużej, przeszedłem w głąb izby  i usiadłem na trochę zbyt sztywnym krześle. Podświadomie wyczułem uśmiech Wilda  pod osłoną kaptura. Za takie pieniądze jednak, mógłbym spędzić tu z nim resztę swego życia.  
    • @Somnia   Niesamowicie gęsty, oniryczny klimat. Pięknie ujęta tęsknota za kimś, kto jest blisko, a jednocześnie pozostaje nieosiągalny. Zaintrygowało mnie to, jak oswojona jest tu ciemność. Zazwyczaj budzi lęk, a u Ciebie staje się schronieniem i przestrzenią do spotkania z samym sobą.
    • Raz pewien byk gdzieś w dolinie Baryczy zbijał bąki, a bąk w trawie się byczył. Byk na bąku siadł, do Baryczy wpadł, no i teraz już w Baryczy byk ryczy.  
    • @Na liniach czasu   Czereśnie zawsze były owocem niecierpliwości - i właśnie to tu czuć. Smak czegoś, co jeszcze nie zdążyło dojrzeć, a już kusi. Piękny wiersz!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...