Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tak to już jest, że kiedy człowiek się przejmuje, że coś musi być na piątkę z plusem, to mu właśnie grad na głowę leci i gruz pod nogi, i choć się stara więcej niż zawsze, to i tak mu to nic nie pomaga. I tak właśnie było z Lisem. Miał taki zwyczaj, że zawsze planował dokładnie dzień, zapiski robił w kalendarzu. Skrupulatny, zawsze przygotowany do wszystkiego, tak, żeby go nic nie mogło zaskoczyć. Tak nauczył się od małego i żył prawie jak nakręcony robocik. Niczym się nie wyróżniał, był skromnym urzędnikiem. Tak typowy, jak typowy bohater niejednego filmu z którym dopiero ma się coś podziać w miarę rozwoju akcji. Nigdy się nie ożenił. Jakoś zawsze coś stanęło na przeszkodzie. Właściwie, to sam był tą przeszkodą. Nie był w stanie poddać się tak wielkiej rekonstrukcji samego siebie i żeby jeszcze inną osobę wplanować w swoje życie. Wiedział o tym sam, że w tej działce jest bezradny. Skazany jest na samego siebie.
Fatalne lato ciągnęło się ponuro, deszcz obniżał nastroje. Wszyscy narzekali oprócz niego, bo było mu to zupełnie obojetne. Po pracy sprawdzał wszystkie rachunki, czytał codzienną gazetę. Zachodził do sklepiku po chleb, jajka i czasem parę plasterków szynki. Dwa razy w tygodniu ser i raz ryba wędzona. Zupę z mięsem gotował na trzy dni, dwa razy w tygodniu. Różniły się tylko inną zawartością warzyw. Właściwie nie myślał o niczym innym, jak tylko o swoim rozkładzie zajęć, a resztę czasu zajmowała mu telewizja. Oglądał różne programy od siódmej do dziesiątej. Potem już tylko prysznic i łóżko. Rano wstawał wcześnie, by z namaszczeniem przyrządzić śniadanie. Przeważnie była to jajecznica, płatki na mleku, kawa zbożowa i grzanki. Nikt go nie odwiedzał, oprócz starego sąsiada, który zbierał znaczki i przychodził pochwalić się swoim nowym nabytkiem. Kobiety nie lubiły go, bo nie miał charyzmy, nie odpowiadał na ich zalotne spojrzenia. Był nawet przystojnym mężczyzną, ale czegoś mu brakowało. Kobiety , które nie znały go jeszcze próbowały go wybadać. Małym żartem, uśmiechem, spojrzeniem, ale szybko się zniechęcały, bo nie było z jego strony oczekiwanej reakcji. W biurze przewracał papiery z namaszczeniem, sortował, wszystko spinał porządnie, jak przystało na dobrego urzędnika. I dlatego siedział już w tej firmie od lat, bo był niezastąpiony. Takiej cierpliwości nikt nie posiadał. Do tego pamięć miał do dat i cyfr niebywałą, więc szef nieraz zachodził do niego z małym pytankiem-„Panie Lis, kiedy to wysłaliśmy to rozliczenie do Krakowa?” On tylko zestawił wzrok na małą chwilę, jakby w jeden punkt na ścianie i mówił – trzynastego stycznia. Nikt już nie interesował się nim oprócz czasem nowej pracownicy, co rychło także traciła zainteresowanie, po paru próbach swego kobiecego wdzięku. Nie ma nic gorszego dla kobiety niż pokazać jej, że jej kobiece wdzięki nie działają. Traci grunt pod nogami, jakby jej ktoś z ręki wytrącił narzędzie. Tak to już jest, że płeć piękna ma tą przewagę, że zawsze może użyć tej niezastąpionej czarodziejskiej różdżki i nieraz to, co wydaje się być nie do załatwienia okazuje się do przeskoczenia. Taką kobietą była Irena, którą szef zawsze wysyłał do natarcia. A nasz Lis, jak twierdza z danymi. Nawet szybszy był niż komputer. I wydawałoby się, że już nic w świecie nie zmieni tego człowieka, ani jego losu, ale los czasem przyniesie nie tylko zmianę, ale kompletną rewolucję. Otóż któregoś dnia zapukał listonosz i wręczył mu kopertę. Lis od lat już był umówiony z listonoszem, by listy podawał mu osobiście. Nie korzystał z żadnej skrzynki pocztowej. Listonosz zachodził do niego pod koniec dnia i wręczał mu pocztę. Za to otrzymywał małe wynagrodzenie. Przy zarobkach listonosza było to jednak małym zasiłkiem. Lis nie miał zaufania do nikogo. List był duży i adres wypisany był ręcznym pismem. Nie miał pojęcia skąd i od kogo mógł pochodzić. Nawet poczuł obawę przed otwarciem koperty, tak jakby w przeczuciu, że list ten nie jest zwykłym listem, ale ma jakieś znaczenie. Było to podświadome i nawet o tym nie myślał, ale ręka mu drżała, kiedy otwierał kopertę, tym samym od lat, rzeźbionym nożykiem do otwierania listów. Dostał go kiedyś od brata, który wrócił z Zakopanego. Bardzo go lubił. W ogóle lubił przydatne przedmioty. Tak więc mieszkanie jego było raczej surowo urządzone. Żadnych obrazków, figurek. Jedynie kalendarz na ścianie przy drzwiach i duży kwiat, bo lubił patrzeć jak rosną nowe liście. Przypominało mu się dzieciństwo, bo matka miała dużo kwiatów i często chodziła po domu z koneweczką i z wyrazem troski w oczach. I ten obraz matki spowodował, że do kwiatów miał jakiś sentyment. Koperta wydała cichy szelest kiedy wsuwał w nią z zaciekawieniem dłoń. Papier był gruby i wytłaczany. I tylko jedno zdanie: „ Bierz urlop, przyjeżdżaj zanim będzie za późno. Nie pytaj o nic.” Bez żadnego podpisu. Tylko adres pod spodem. Widać było, że pisane to było kobiecą ręką, choć skąd ta pewność? Polegała tylko na przeczuciu. I ten rodzaj papieru. Stał przez chwilę i jeszcze raz obejrzał kopertę, bo myślał, że listonosz pomylił się i dał mu list zaadresowany do kogoś innego, ale adres był dobry. Jego nazwisko i imię było wypisane wyraźnie dużymi literami. Tak samo ulica, numer domu, Warszawa. Wszystko się zgadzało. Tylko skąd to przyszło? Adres był tylko w środku. Nie potwierdziło się więc jego przeczucie, że ktoś go wysłał z innego miejsca, poczym udał się tam, gdzie podany był adres wewnątrz. Przynajmniej nie mógł tego sprawdzić. A miejsce to było daleko, bardzo daleko.

Opublikowano

Masz fajny styl, treść też mnie wciągnęła. Ale niektóre zdania są nazbyt zagmatwane, a przede wszystkim brakuje akapitów! W rezultacie tekst jest nieprzejrzysty, taka zlepiona gruda motywów i dygresji. Np. wtrącasz uwagi o tym, ze Lis lubił przydatne przedmioty i zaczynasz opisywac jego mieszkanie ni z gruszki ni z pietruszki. To powinno być jakoś graficznie oddzielone, inaczej czytelnik na serio się gubi, już nie wie o czym czyta.

"Skrupulatny, zawsze przygotowany do wszystkiego, tak, żeby go nic nie mogło zaskoczyć. Tak nauczył się od małego i żył prawie jak nakręcony robocik." - dwa razy "tak"

" ...i grzanki. Nikt..." - tu dałabym akapit

"I dlatego siedział już w tej firmie od lat, bo był niezastąpiony." -
albo: "Siedział już w tej firmie od lat, bo był niezastąpiony."
albo: "Był niezastąpiony. I dlatego siedział już w tej firmie od lat."

"zestawił wzrok" - jakoś mi te dwa słowa do siebie nie pasują

"...trzynastego stycznia. Nikt już nie interesował się nim..." - tu też akapit

"....co rychło także traciła zainteresowanie, po paru próbach swego kobiecego wdzięku." -
- "po paru próbach użycia swego kobiecego wdzięku", albo "użycia kobiecych sztuczek" ale wg mnie nie ma czegoś takiego jak "próba wdzięku". Poza tym w nastepnym zdaniu znowu się powtarzają "kobiece wdzięki"

" Taką kobietą była Irena, którą szef zawsze wysyłał do natarcia. A nasz Lis, jak twierdza z danymi." - co to znaczy? Niby że nie zwracał uwagi na tę Irenę? Jesli ją tam wprowadzasz to wypadałoby choć jednym zdaniem opisać jego stosunek do niej. A to drugie eliptyczne zdanie jakoś niezręcznie tu brzmi. Poza tym w tych okolicach tez powinien być akapit, bo teraz przystępujesz do opisania ZMIANY w jego życiu. To naprawde zasługuje na jakieś oddzielenie!

"Lis nie miał zaufania do nikogo. List był duży i adres wypisany był ręcznym pismem." Między tymi zdaniami już serio musi być akapit!!!! już choćby po to żeby się "lis" i "list" nie zmywały w jedno. A już najlepiej byłby nie zaczynać drugiego zdania od "list"

"W ogóle lubił przydatne przedmioty. Tak więc mieszkanie jego było raczej surowo urządzone." - to "tak więc" brzmi tu dziwnie. Może lepiej "dlatego"?

"I ten obraz matki spowodował, że do kwiatów miał jakiś sentyment. Koperta wydała cichy szelest kiedy..." - akapit!

"Tylko skąd to przyszło? Adres był tylko w środku. Nie potwierdziło się więc jego przeczucie, że ktoś go wysłał z innego miejsca, poczym udał się tam, gdzie podany był adres wewnątrz. Przynajmniej nie mógł tego sprawdzić." -
- "po czym" osobno. Poza tym kompletnie nie rozumiem idei tego zdania. Po co nadawca miałby jeździć tam, "gdzie podany był adres wewnątrz'?
Zagmatwane na amen, takich zdan jest niestety więcej, ale już chyba dość długi jest ten komentarz:)

Czekam na kolejne częsci, bo mnie ta idea "małego człowieczka" naprawdę zainteresowała. Ale błagam następnym razem zwróć większą uwage na stylistykę!

Opublikowano

Przesympatyczny styl, jak już chyba w którymś z komentarzy napisałam. Jakieś drobne niedociągnięcia, o których pisali moi poprzednicy (mała kosmetyka i po problemie) Też bym chciała napisać coś w takim stylu, ale chyba nie potrafię ;-)
Pozdrawiam serdecznie :-))

Opublikowano

Dzięki za komentarze. Niektóre zdania buduję specjalnie trochę inaczej, bo to daje pewien efekt. Myślę, że możecie rozczarować się dalszą częścią, bo dużo gadania, a mało się dzieje. I trochę infantylne, ale to raczej była próba stylu niż treści. Widzę teraz jak trudno pisać książki. Trzeba pamiętać o wszystkim, co napisało się poprzednio w tekście i to ze szczegółami. Pozdrawiam serdecznie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...