Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

 

Słońce z racji wieku, ciężko i niezdarnie, aczkolwiek podniesione na duchu, kryję się za horyzont. Mimo tego w lesie jest przeraźliwie duszno. Pozostałości deszczu już dawno wyparowały, zamieniając błyszczące krople w strzępki pary. Większość zwierząt leniwie drzemie w różnych zakamarkach lub na drzewach. Tylko co jakiś czas słychać kukanie kukułki oraz odgłosy stukania. To dzięcioł wystukuje rytm dnia, wydłubując równocześnie robaki z drzew. A jest ich dużo w tym lesie.

 

°

 

Tylko Wielki Knur (dla przyjaciół, gdyby takowych miał) Knu, jakoś od dłuższego czasu nie może spokojnie pospać. Coś zakłóca jego myśli. Niepokoi jego zarośniętą duszę. Ściska kły wnykami niepokoju. Jest w końcu Władcą Tego Lasu i bardzo pragnie, by tak pozostało. Niestety, jego przyboczny Śługa – przez Ś, z wiadomych względów – poinformował go o czymś, na wskroś niepokojącym. Gdzieś w odległym lesie urodził się dziwny Niedźwiadek. Podobno wiele szumu wokół niego się wytworzyło. A skoro tak – Wielki Knu myśli prosto z pnia – może mu zagrozić. Podrośnie w końcu i zdarzyć się może, że przyjdzie tu i odbierze mu władzę.

 

  

                                                                          {Po jakimś czasie}

 

 

Kolejna noc w lesie. Księżyc świeci jasno. Cisza i spokój. Mama Sarna idzie ze swoją Córką. Tym razem nie jest duszno. Postanowiły wybrać się na spacer przed snem.

 

Gdzieś w oddali stoi stare drzewo. Mimo wieku, prawie całe jest zdrowe i silne w konarach. Tylko jedna potężna gałąź, jest nadłamana. Słychać kolejny cichy trzask.

 

– Mamo! Słyszałaś? –– pyta mała Sarenka. –– Co to mogło być?

– Nie wiem. Może komuś jakaś krzywda się dzieję.

– To idziemy zobaczyć, Mamo?

– Naturalnie.

 

Konar jeszcze się trzyma resztkami roślinnej woli. Sarny podchodzą bliżej. Córka biegnie do przodu. Szuka jakiegoś nieszczęścia przy ziemi. Słyszy przerażony głos:

 

– Uciekaj!!

 

Nie zdążyła. Mała Sarenka leży martwa, przygnieciona konarem. Matka jest w szoku. Przeklina drzewo. Za chwilę tego żałuje. Co one winne? To raczej ja powinnam spojrzeć do góry. Podchodzi w to smutne miejsce. Pragnie odsunąć ciężar ze swojego dziecka, by go przytulić, zanim całkiem zgnije. Jak mogę w ten sposób myśleć? Dlaczego muszę tak cierpieć? O co w tym wszystkim biega?

 

Nadal sobie nie radzi z wielkim konarem. Za dużo waży jak na jej szczupłe nogi. Widzi oko swojej córki, z którego wypływa strumyczek krwi.

 

Nagle dostrzega przed sobą cień. Jakieś zwierzę za nią stoi.

 

°

 

– Wielki Knu. On wszedł do naszego Lasu. Większość zwierząt... chyba go nawet… hmm… lubi.

– Co! Lubi? To mnie wszyscy lubią.

– Oczywiście Knu.

– Tylko nie Knu, bo kłami przebiję. Knu to jestem dla przyjaciół.

– Przepraszam… a ilu ich masz?

– Chociażby ciebie. Jesteś moim przyjacielem. Przyznaj się w tej chwili.

– Trzeba jakoś żyć… Knu.

– Knu?… no tak… nie ważne. Czyli mówisz, że chce mi odebrać władzę?

– Może. Szczerze powiedziawszy, nie wygląda na takiego. Jest grzeczny i uczynny…

– Bardziej uczynny ode mnie? Jak on śmie. Jestem dla was jak ta matka miłująca.

– Hmm… no niby tak… ale…

– Chce z nim pogadać.

– Ale on nie chce z tobą. Mówi, że nie będzie ci przeszkadzał. To co jego, jemu, to co twoje, tobie.

– Nie rozumiem jego słów.

– Wielu nie rozumie, ale idą za nim. W głąb lasu. Jakby jakąś… aurę wokół siebie wytwarzał.

– Aurę? Moja jest większa. Zakłóci ustalony porządek.

– Porządek? U nas?

– Chyba wiesz co należy uczynić. Wykombinować sposób.

– By go przestali lubić.

– Skąd wiesz?

– Uczę się od mistrza.

– No to działaj, skoro tak.

– No nie wiem… w sumie nic złego zwierzakom nie czyni.

– Może nie zwierzakom, ale mnie. A jeżeli mnie, to jednocześnie wam. Chyba to jasne?

– Hmm… Knu.

– Kłami przebić?

– Mądrze prawisz.

 

°

 

W pierwszej chwili chce uciekać. To musi być dużę zwierzę. Nie odwraca się. Boi się zobaczyć, kto ją zabiję. Chociaż tak naprawdę, po co ma żyć. Przed chwilą straciła jedyną córkę.

Zupełnie niespodziewanie, dostrzega przed sobą ogromną łapę. Odsuwa ona ciężką kłodę. Matka zauważa, pewien szczegół. Krew zaczyna się cofać do oka a wielka gałąź, szybuje w kierunku drzewa, od którego się oderwała. Po chwili drzewo jest całe. Skołowana, nie wie, co się dzieję. Mimo lęku, patrzy za siebie. Pusto. Nikogo nie ma. Ma wrażenie, że zapada się w coś bardzo nieznanego… lecz lęku nie odczuwa…

 

– Mamo! Słyszałaś? –– pyta mała Sarenka. –– Co to mogło być?

– Nie wiem. Może komuś jakaś krzywda się dzieję.

– To idziemy zobaczyć, Mamo?

– Lepiej nie. Wybierzmy inną drogę.

– Dlaczego?

– Sam nie wiem. Tak będzie lepiej.

 

°

 

Wieść o przybyciu Wielkiego Niedźwiedzia zatacza coraz większe kręgi. Większość zwierząt, bardzo go lubi. Nie sądzi kogokolwiek, jedynie mówi, co dobre a co złe. Nakłania wszystkie zwierzaki, żeby się miłowały i szanowały. O dziwo, nie wszystkim to się podoba… lub podoba za bardzo. Nakłaniają innych, by też go polubili. Jeżeli któreś nie chce, to zostaje wygnane z lasu. Jest to najmniejsza kara, za nie zachwycanie się nauką Wielkiego N. Niektórzy go tak zaczynają nazywać. Wielka Niewiadoma. Wygnani zaczynają go mniej lubić. Został im obrzydzony nachalnością jego fanatycznych wyznawców. Chociaż WN sam w sobie, nie jest winien tej sytuacji. Przecież ich nie wygnał.

 

– Szefie, on zyskuje coraz więcej zwolenników, ale nie musisz się martwić. Nawet ciebie każe miłować.

– Nawet? Co ja słyszę. Sądzę, że to jego wielka zmyłka. Mówiłem przecież, że masz zrobić coś…

– To znaczy: co?

– Żeby się od niego odwrócili. Znienawidzili. Zwątpili. Wszyscy. Rozumiesz?

– Dlaczego mają zwątpić w… dobro?

– Jakie dobro? To jest wielka kupa fałszywych zamiarów!! Wspomnisz moje słowa.

– No nie wiem… czy wspomnę...

– Ale moje kły tak.

– Wymyślę coś.

 

°

 

Młoda Sarenka jest cała rozszarpana. Wnętrzności zakrywają krzaczki czarnych jagód. Strzępki skóry przyklejone do opadłych liści, lepkie są od krwi. Ktoś ją tu przelał i musiał być: wielkim, silny i podłym. Zwierzęta patrzą i oczom nie wierzą. Nawet nie została zjedzona. To by było jeszcze zrozumiałe. Nie widać śladów zębów. Jest cała, tylko w kawałkach. Co to za podła bestia. Trzeba ją odnaleźć i ukarać. A może nawet zabić.

 

– Spójrzcie –– zgromadzenie słyszy słowa. –– Tam, na jej głowie.

– Nic nie widzę –– odzywa się Zając. –– Ty lepiej wracaj do swego Pana… Śługo.

– Naprawdę nie widzicie? Spójrzcie dokładnie. Pomacajcie łapami.

– Do jasnej dziupli ze zdechłą wiewiórą. To miód!

– Nie może być! Miód?

– A widzicie.

– Teraz tak.

– A kto lubi miód?

– Misiu lubi miodzik –– odpowiada mały Lisek.

– No i… co powiecie. Tylko jeden jest niedźwiedź w naszym lesie. Nażarł się miodu i zabił niewinną sarenkę. A niby taki dobry? Spójrzcie dokładnie. Tu leży jego prawdziwa natura. Musimy go zabić.

– No ale... przecież to nie dowód. Każdy mógł pomazać…

– Każdy? Co ty mi tu insynuujesz? Tylko niedźwiedzie lubią miód. To jego sprawka. Niby kocha, lecz fałszywym sercem. A może pszczółki ją rozszarpały?

– Nie można tak od razu…

– Można! Wielki Knu też tak uważa. Chcecie się jemu narazić. Jego znacie a tego przybłędę… wcale. Nie wiadomo, co to za jeden i czego tu szuka. Należy go zabić.

– No w sumie… chyba masz racje.

– Zabić bestię!! Zabić mordercę!! Przybijemy go do Wielkiego Dębu.

– Tylko chciałbym nadmienić, że on jest… hmmm… trochę… silny.

– Spróbujemy zabić bestię!! Spróbujemy zabić mordercę!!

 

°

 

Matka Sarna patrzy z boku. Nie jej córka została rozszarpana, ale mimo wszystko nie może uwierzyć, że zrobiły to te same łapy… nie, to niemożliwe. Chce wszystkim opowiedzieć, co przeżyły przy starym drzewie, ale nikt jej nie słucha. Inna sprawa, że niewiele pamięta. Prawie nic. Widzi, że idą go szukać. Może nie znajdą.

 

°

 

– Wielki Knu. Zmyłka się udała. Znienawidzili go. A nawet złapali. Nie stawiał żadnego oporu. Dał się prowadzić jak baranek na rzeź.

– Dobre wieści przynosisz… ale cóż… mam pewien problem.

– Mogę wiedzieć… jaki, Knu.

– Przestań ciągle z tym: Knu.

– Jak sobie życzysz K... to znaczy jaki masz problem. Tak pytam z dobroci serca.

– Nie w tej chwili. I tak nie ma ratunku. Musimy najpierw zabić przybłędę. Ocalić nasz las. Może gdybym miał pewność, że jego dobroć jest większa od mojej…

– Od twojej? Każdy ją odczuł na własnej skórze. Wykluczone, że większa.

– Zwierzę się zmienia na stare lata.

– Jakoś tak mówisz bez przekonania WK.

– Nie… czemu? Czyli wszystko przygotowane. Wszelkie ciernie też?

– Też.

– Zaostrzone kawałki drewna, żeby mu łapy do dębu przybić, też?

– Też.

– To się cieszę… ale nie chcę tego oglądać.

– Nie? Co z Tobą?

– Nie wiem. Działajcie.

 

°•

 

O dziwo, wszystko odbyło się prawie w milczeniu. Owinięto najpierw całego cierniami. Weszły miękko w gęste futro. Później postawiono go przy drzewie i wszystkie cztery łapy, kołkami do pnia przybito. W tym czasie nie słyszano dzięcioła. Rytm lasu został zmieniony odgłosami uderzeń. Nie wydał z siebie żadnego głosu, chociaż musiał bardzo cierpieć. Zwyczajnie na wszystko pozwalał, choć widać było, że jego siła jest ogromna. Kilka zaledwie zwierząt ośmieliło się do niego podejść, by go podrapać pazurami. W pewnym sensie bardziej się jego obawiali teraz, niż wtedy, gdy go przybijali. Lecz on spoglądał na nich dziwnie. Aż głupio im się zrobiło. W tych oczach nie było nienawiści, pogardy, pytania: „Dlaczego”? Raczej plan, który musiał się wypełnić. Tylko po co i w jakim celu? Tego zwierzęta nie wiedziały.

 

Aż w końcu osłabł na tyle, że kilka zwierząt się odważyło i przebiło mu gardło, ostrym długim drewnem, po którym wyciekła rozrzedzona krew.

 

°

 

– Szefie. On zaczyna śmierdzieć przy tym drzewie. Trzeba coś zrobić, by zaraza się jakaś nie rozeszła.

– Zrobić? Co?

– No nie wiem. Zakopać… do jaskini wrzucić. To znaczy... nie Szefa. Jest tu taka niedaleko druga. Pusta zupełnie. A może go po prostu zwyczajnie… zjemy?

– Chcecie jeść jego ciało? Dlaczego taka myśl, przyszła ci do głowy?

– Nie wiem... no dobra.. żartowałem. To co robimy.

– Owińcie w miękkie listowie i pochowajcie z należytym szacunkiem w jaskini.

– Muszą być miękkie? Przecież on już nic nie czuje. To zwykłe ścierwo.

– Nie mów tak o nim!!!

– Wybacz… ale nie pojmuję. Szacunkiem? Szefie... co się z dzieje?

– Nie wiem, co się ze mną dzieje. Nie poznaję samego siebie. Wynoś się stąd. Czyńcie co każę.

– Już dobrze Knu. Idę.

 

°

 

W ciągu następnych kilku dni, sytuacja w Lesie jest nie taka, jak zawsze. Niby wszyscy się cieszą, że mordercę spotkała zasłużona kara, ale z drugiej strony, coś w tym wszystkim nie pasuje. Dlaczego się nie bronił? Przecież mógł ich wszystkich zabić lub chociaż zranić intensywnie. To w takim razie, po co zabił małą, niewinną sarenkę. Przelał jej krew i jeszcze głowę miodem wysmarował. Toż tak, jakby sam siebie pocałował, dla lepszego rozpoznania. A jeżeli tego nie zrobił? To co wtedy? Przyjdzie nam żyć z tym ciężarem.

 

°

 

– Knu, wybacz to nagłe najście. Orły wieści przynoszą. Nie uwierzysz jakie. To nie może być prawdą.

– Przestań mi głowę zawracać. Mój syn jest umierający. Zapadł na tą dziwną chorobę. Bardzo schudł. Skóra, kości i reszta. Nie wiem co robić. To znaczy wiem. Nic nie robić, bo i tak nie ma dla niego ratunku.

– Jest mi bardzo przykro z tego powodu, ale musisz wysłuchać, co mam do powiedzenia. To bardzo ważne.

– No to powiedz i później się wynoś.

– Orły mówią, że gdy szybują nad naszym lasem…

– Przecież one nie gadają. Co mi tu za brednie wciskasz?

– Nagle przemówiły. Nie wiedzą, czemu.

– Naprawdę? Może właśnie po to, żeby coś powiedzieć?

– Raczej tak. No nie wiem… jak to rzec… szczególnie Tobie… Knu.

– Wyduś to z siebie wreszcie.

– Mówią, że z wysoka... gdy krążą nad lasem… widzą wśród nas…

– Gówno widzą. Konary drzew zasłaniają.

– Gadają co innego… że jakoś dziwnie… nie.

– No to w końcu co... niby widzą?

– Białego Niedźwiedzia.

– Co to za durnowate ptaszyska! Przecież żadnego niedźwiedzia między nami nie ma. Raczej byśmy zauważyli, nieprawdaż?

– Szafie. Ty tak o tym spokojnie. Chodzi o... tego Niedźwiedzia.

– Wiem, że chodzi. Ale nie w naszym lesie. Nie ma takiego wśród nas. To znaczy jest. Rozkłada się w jaskini i nie jest biały.

– Szefie… czy aby na pewno? Orły go widzą.

– Przestań mi z tymi orłami. Sfiksowały i koniec.

– Albo my… że nie widzimy.

– Głupiś jak smród skunksa. Idź do jaskini i sprawdź. Będziesz spokojniejszy.

 

°

 

Pojawienie się niedźwiedzich śladów, tam gdzie ich nie było, jest nie lada szokiem. Tym bardziej że środki śladów wyglądają dziwnie. Jakby były czymś zakłócone. A może to znowu głupi kawał wiewiórek. Jednak orły mówią wciąż to samo. Że z góry go widzą, jak między nimi chodzi. Zwierzęta ogarnia dziwny niepokój, który jednocześnie, łagodzi napiętą sytuacje. W ich podświadomości coś narasta. Coś dla nich niepojętego. Niezrozumiałego. Zaczynają wątpić, czy postąpili słusznie. No niby wina Wodza i jego przybocznego. Kazali im. Ale przecież mogli ich nie posłuchać, tylko własnych sumień. Zbadać sprawę dokładniej. Z drugiej strony… jeżeli naprawdę zabił? I dlaczego orły tylko widzą. I to jeszcze białego. Przecież takim nie był. I czy oni go kiedyś zobaczą? Co wtedy im powie? Taki zmieniony?

 

°

 

– Synu! Co z Tobą? Wyglądasz całkiem przyzwoicie. Na wadze przybrałeś. To dla mnie nie pojęte. Wyglądasz na całkiem zdrowego. Nie mogę tego pojąć. Aż mi się kły spociły od wzruszenia.

– Nie wiem tato. Widocznie to nie była ta choroba.

 

°

 

– Orzeł, słyszałeś. Syn Wielkiego Knu ozdrowiał. Może wiesz dlaczego. Szef się dopytuję.

– Powinieneś się domyśleć.

– Domyśleć? Niby czego?

– Powiem ci, jak mi przyrzekniesz, że mu nie powiesz. I żadnemu innemu zwierzęciu. Muszą same…

– Co same?

– Nieważne.

– Nie powiem.

– Na pewno? Bo jak piśniesz słówko, to rozszarpiemy szponami twoje ciało. Z góry cię wszędzie wypatrzymy.

– Nie powiem. Daję słowo.

– Tylko wiesz. My widzieli to, co nasze zmysły. A jak to było naprawdę, tego nie wiemy.

– Powiedz wreszcie.

– To właściwie taki… może nic nie znaczący szczegół.

– Obiecałeś, że powiesz.

– Widzieliśmy Białego N.

– Przecież o tym wszyscy wiedzą.

– Ale nie wiedzą, że wchodził do jaskini Knu.

 
 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Piszę te wersy dla Was
      Każdy jest najlepszy ale paradoks życia sprawia, że tyle samo zła co dobra w nas. 
      Zapamietasz Nas, pokolenie wysłuchało co podświadomości lodowa góra ukryła pod powierzchnią fal morza.
      Zimna pustynia arktyki i podróż w stronę horyzontu, banita opusza stada brać by na samobójczej misji zamienić lód na kosmicznej próżni jeszcze większy chłód i brak gwiazd wokół które życiodajne ciepło chcą nam dać i w kolory ubrać dla Nas świat.
      To dla Was wszystko, to tylko moje litery, ułożone spółgłoskami w słowa, które w szaleństwie nazwanym dnem przyszło mi bezczelnie i niestety Wam podarować, mieć anioła, który brał co diabeł opętany w wersów kilka ubrał i w nieświadomości nawet nie przemyśłał, dziw brał ale uszy zatkał na własne krzyki skrzeczącego głosu z gardła które mu służy chyba jedynie tylko by łykać flaszka i flaszka mocne twarde trunki aż do dna za ostatni hajs, nie zapracowany ze swojego tronu który dostał by złorzeczyczyć temu który na srebrnej tacy podał mu widelec którym najpierw karmił a potem ostry nóż którym zabił brać i braci jakimi ich chciał mieć jak kosz pomarańczy mu podarowanych których na stole nie zauważył w złotym czepku który mu spadł na oczy i zamknął wzrok tak że tylko własny nos tam widział z czubkiem którym się stawał z kolejną flaszką za pieniądz wyżebrany lub ukradziony bo nie ma w nim kołaczy do pracy. Niezrozumiał nic z życia, którym szedł jak w ciemny las z tą czapką którą niewiadomo czemu urodzony Bóg go wybrał na los jak banany są tacy wiecie dziecie które ma lepiej a niewdzięcznie umie tylko być dla siebie bez wdzięczności i pokory wobec chamów którymi ich nazwał a życie mu z górki obaj w miłości dla jego jestejstwa przyszło stworzyć. 
      Ludzie są chorzy niby wszyscy tylko niezdiagnozowani, chcieliby każdego dziś leczyć tabletkami psychiatrzy byśmy byli posłusznie na smyczy w kagańcach posłusznie poddani.
      Nowy porządek świata. Oni mogą samolotami latać dla nas zielony ład i ograniczenie w cenie diesla i benzyny. Bunt zabity przez ich (Ich z dużej litery bo to nazwa własna tych iluminantów winnych nam spokój i miłość raj na ziemi i wymiatanie ludzi tego świata (światu ale wyrzygana mi w mgle licencja poetica pozwala mi przekręcić słowo albo słowa zmyślać (osobowość ksobna może to nie moja osoba zadedykowana tam nie wiem już sam (dziś nic nie wiem) (czwarty nawias liczę tym razem po piątym zamknę choć nie mam pomysłu co w nim wpisać podpowiedź by się przydała ale w samotności sięgam dna jak dna flaszki i dna jak upadam (według demokratycznego osądu ludzkości ale jednak się przydało to szaleństwo czasem nawet jako bandaż (ha mam piąty nawias myślę i się dzielę tym i piszę w szóstym niestety (może koniec tych w nawiasach dygresji) (po siódmym miałem skończyć bo to blisko Boskości w matematycznej interpretacji Biblijnej narracji) (ale skońćze po ósmym który nie wiem jak się interpretuje jak cztery któtre znaczy śmierć jak u Wieszcza cztery i cztery bo dwa razy zabije) (i zabiłem) (wiem dziewięć) (i dziesieść będzie bo jeszcze myślę że interpunkcję miałem w dupie i nie zamykałęm nawiasów otwieranych a może tak się nie robi nie wiem) (grafomani we mnie wiem piszę by pisać wyżyję się na tle białego tła na forum w internetach ściana tekstu żaden ze mnie pisarz żaden dziś poeta po prostu klikam te litery jak małpa i powstają teksty jak ta ściana która przeraża która oznacza szaleństwo, miałem nie robić tego więcej ale skasowany ef be i insta nic nie dał znalazłęm fora jak socjal media gdzie się piszą wiersze z prawdziwego zdarzenia a nie moje rymowane bardziej lub mniej teksty do czego się jutro nie będe chciał sam przed sobą przyznać i wstydem się spalę żem to wysłał w świat) (ale o czym to ja, jaka była główna myśl, trzeba wrócić myśle sobie przed pierwszzy nawias i nie wiem sam czy po tym chyba dwunastym już do zamknięcia chaosu dygresji nie do przełknięcia oczyma przez czytelnika którego wiem że tu ni ma i nie będzie bo skazany na zapomnienie jak w wizji mistycznej na substancji otwirajającej świat na ten niematerialny na codzień schowany gdzie został mi los pokazany grubasa klikającego w klawiaturę przez życie przechodzącego bez ruchu i bez rozejrzenia się by umrzeć w ogniu słońca bez sensu żył i niezauważony znikł samsara go wyrzuca ale to kara a nie nagorda na ciemnej materii zimnej drodze skończy się jego los tam a to ja bo to moja głowa i na własnych oczach to zobaczyłem a wszystko co widzę dotyczy mnie a wszystko co słyszę mnie dotyczy a świat jakim jest jakim się go widzi to tylko ty w tym to tylko ja widzę świat który goni hajs i pogrąża się w dramatach jak widzi smutek i zło, rój szerszeni zauważam w cywilizacjach jak nasza a to w senniku oznacza wroga (chyba) (i chyba był to trzynbasty nawiast a ten jest czternasty wracam do tego co mówił dwunasty a potem czas wrócić na początek gdzie otworzyłem pierwsze nawiasy (pierwszy nawias ale do ryma myśla mi się tak układać przyszła więc ryma żem ja napisał nie w myśl języka którym żem zaczął władać od rodziców nauczon gdziem urodzon jako Polak za co wdzięczni powinni być czytający wierszów wersów przekaz metafor mgłów rozwiewających umięjący poeci i interpretatorzy bo to język najlepszy do skłądania w rymy metaforów i przekazów dla pokoleń zapowiedzianych przez wieszczów bytów podróżnych wbrew linii śmiertelnych niewybranych dla 27 skrzydlatych z armii Boskiej Trójcy dających możliwości wbrew uczynkom ich i ich podłości piękność nad piękności (a za to co uczynił niech szczerznie w bezimmienym grobie no może z tabliczką tu spoczywa pojeb) (i przestałęm liczyć nawiasy i tylko pamiętam że miałęm wrócić z zapowiedzianych słow do tego co przed pierwszym a potem przed dwunastym ale chuj z tym) (niby ludzie inteligentni mają skłonność do używania przekleństw ale mi się wydaje (a tam mi się to może wydawać a to pewno nieprawda ja kłamca najgorszy zły dla Ciebie CIebie i świata byt) że jednak inteligentniejsze jest powstrzymać się od rzucania kurew i chujów pojebanych popierdolców ze słów nawet w przypadkach najgorszych napotkanych przeszkód zazwyczaj z ludzkich słów myśli i czynów wobec nas)))))))))))))) (to za mało nawiasów ale kto wie ile ich było może ktoś policzy ale nie ma tu odbiorców dla moich szaleńćzych słów wieć cóż wracam do tego co na początku)
      To dla Was
      Pamiętając o paradoksie naszego miasta wiedz że mieszka w nas anioł ale na wadze stojąc równoważy go ciężar diabła na szali 
      Wiem to szaleństwo ale tramwaje i autobusy jeżdżą tu jak chaos bez rozkładu jednocześnie przywożąc pasażerów na miejsce na czas i na miejsce (że się powtórze ale obiecuje jednej nawias i wracam do tego co dla Was)
      Spokój w oku cyklony choć w około wszystko lata jak chaos ponad definicję chaosu
      To jest w nas
      Słońce które daje życie, ciepłem promieni osiem minut drogi stąd w największej prędkości znanej w cyfrach ludzkośći na dziś i w odwrotnej drodze by zabrać życie i kolory które pryzmatem rozbitego w granicy atmosfery naszej Planet Ziemi Matki (nie jedynej wbrew przeszłości która dopiero niby ma być dla pewnych, n ie jedynej matki za co wybacz mi która była przy mnie zanim pierwszy oddech przyszedł, karmiącej i trwającej mi spokojem oceanicznej jedności zanim pierwszy krzyk i płacz i męki dla jej poświęcenia która wciąż jest przy mnie co nie jest dla mnie wbrew czynom i braku słowa Kocham którego się boje moim bez znaczenia (kończę nawias i wracam do Was)
      Gai której odległość od gwiazdy w centrum układu siedmiu czy tam ośmiu planet w tej Galaktyce na Drodze Mlekiem (i miodem oby Wam płynącej) usłanej 
      Gai której czas i miejsce we wszechświecie zauważ dało wyjątek wobec tego co wiemy o kosmosie, wyjątek cudem zauważ jest jakim jest człowiek
      Was pozdrawiam ludzie w tym momencie i zachwyciłbym się życiem gdybym nie był kim jestem kto je niszczył strachem i złem

      Anioł na przeciwwadze diabła może zrezygnować i zostawić miejsce dla kogoś kogo nazwiesz osobą jaka jest podła
      Jesteś miastem w którym rządzi paradoks pamiętaj
      Wszystko ma swój początek w jednym miejscu 
      Jak od jednego słowa 
      Jak od jednej liczby 
      Jak jedność która jest w Trzech Osobach która mogła zachwycić się Sobą i na tym pozostać a jednak postanowiła wykorzystać moc i tchnąć wszystko byś się znalazł, byśmy się znaleźli tu i teraz
      Jest jeden punkt wyjścia dla wszystko co na przeciwnych stronach 
      Dobro i zło wyszło z jednego miejsca więc tworzy jedność jak Yin i Yang tylko bardziej bo czerń i biel zanim powstały były jednym kolorem 
      Dla nas niezrozumiałym
      Jak miłość i strach które pozornie są sobie obce tworzyły jedną całość co może być niezrozumiałe jak jest dla mnie
      Jak czas który nie istniał a potem zaczął zmierzać ku granicom nieskończonym
      A musiałobyć coś wcześniej przecież
      I ten byt jest nie do pomyślenia dla nas jak coś może trwać bez początku i końca i jeszcze się rozszerzać
      Wpadnij w zachwyt pod kopułą nieba 
      Pod opieką słońca
      Pod okiem księżyca i odległych gwiazd ułożonych w horoskopy 
      Pod opieką się miej samego siebie
      I miej innych za tych którzy opieką obdarzeni przez Ciebie będzie Ci oddane w szczęściu niepoznanym jeszcze
      O czym ja pieprze
      Bluźnię
      Mieszam Boga z Diabłem
      Chcę by drugie przyjście Syna na świat ten skońćzyło się porozumieniem z piekłem na chwałę ludzkich dusz na chwałę życia 
      By nie było walki Jezusa z Szatanem
      Tylko (potocznie ale wybacz rym to rym rymowanie mi dziś na zgubę przyszło choć nie wyszło) żeby zbili sztamę
      By zapowiedziane ponowne przyjście na świat Syna było ku porozumieniu i zjednoczeniu ponownym piekieł z niebiosem
      szatanie zrozum proszę że i Tobie będzie lepiej że i Ciebie Bóg wysłucha w modlitwie choćby najprostszymi słowami to Ci się dotrzeć uda do Jego czekającego ucha
      Wiem że Bóg może wszystko i chce dla swoich istot i dla swojego stworzenia spokoju i szczęścia
      szatanie wróć do nieba
      Nie graj fałszywej nuty na skrzypkach
      Nie nieś sztucznego światła gdzie zimna lampa nie daje ciepła
      Zgaś czarny płomień ogniska
      I zobacz ogień Ducha który rozpala w Nas gdy na słowa hymnu odpowiada czynem nam


      KONIEC
      BARDZO PROSIŁEM BY TAK SIĘ STAŁO

      BY TEN TEKST PRZESTAŁ SIĘ PISAĆ

      I SIĘ UDAŁO

      POSTAWIŁEM SŁOWO KONIEC I OTO

      BARDZO PROSZĘ JAK KOŃCZĘ TO 

      NA ZGUBĘ ZACZĄŁEM POST TEN

      MOŻE GDY SKOŃĆZĘ TO...

       

      PS

      TO MIAŁO BYĆ DLA WAS A JEDYNIE BYŁO DLA MNIE 
      I TO JEDYNIE W TRAKCIE BO POTEM I MI TO NIE DANE BĘDZIE

      CHCIAŁEM BYĆ WSZĘDZIE

      JESTEM NIGDZIE
      NISZCZĘ I ZNIKNĘ JAK ZAPADNĘ SIĘ SAM W SOBIE

      ZABRANE ŚWIATŁO ODDANE TOBIE

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...