Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

 

Słońce z racji wieku, ciężko i niezdarnie, aczkolwiek podniesione na duchu, kryję się za horyzont. Mimo tego w lesie jest przeraźliwie duszno. Pozostałości deszczu już dawno wyparowały, zamieniając błyszczące krople w strzępki pary. Większość zwierząt leniwie drzemie w różnych zakamarkach lub na drzewach. Tylko co jakiś czas słychać kukanie kukułki oraz odgłosy stukania. To dzięcioł wystukuje rytm dnia, wydłubując równocześnie robaki z drzew. A jest ich dużo w tym lesie.

 

°

 

Tylko Wielki Knur (dla przyjaciół, gdyby takowych miał) Knu, jakoś od dłuższego czasu nie może spokojnie pospać. Coś zakłóca jego myśli. Niepokoi jego zarośniętą duszę. Ściska kły wnykami niepokoju. Jest w końcu Władcą Tego Lasu i bardzo pragnie, by tak pozostało. Niestety, jego przyboczny Śługa – przez Ś, z wiadomych względów – poinformował go o czymś, na wskroś niepokojącym. Gdzieś w odległym lesie urodził się dziwny Niedźwiadek. Podobno wiele szumu wokół niego się wytworzyło. A skoro tak – Wielki Knu myśli prosto z pnia – może mu zagrozić. Podrośnie w końcu i zdarzyć się może, że przyjdzie tu i odbierze mu władzę.

 

  

                                                                          {Po jakimś czasie}

 

 

Kolejna noc w lesie. Księżyc świeci jasno. Cisza i spokój. Mama Sarna idzie ze swoją Córką. Tym razem nie jest duszno. Postanowiły wybrać się na spacer przed snem.

 

Gdzieś w oddali stoi stare drzewo. Mimo wieku, prawie całe jest zdrowe i silne w konarach. Tylko jedna potężna gałąź, jest nadłamana. Słychać kolejny cichy trzask.

 

– Mamo! Słyszałaś? –– pyta mała Sarenka. –– Co to mogło być?

– Nie wiem. Może komuś jakaś krzywda się dzieję.

– To idziemy zobaczyć, Mamo?

– Naturalnie.

 

Konar jeszcze się trzyma resztkami roślinnej woli. Sarny podchodzą bliżej. Córka biegnie do przodu. Szuka jakiegoś nieszczęścia przy ziemi. Słyszy przerażony głos:

 

– Uciekaj!!

 

Nie zdążyła. Mała Sarenka leży martwa, przygnieciona konarem. Matka jest w szoku. Przeklina drzewo. Za chwilę tego żałuje. Co one winne? To raczej ja powinnam spojrzeć do góry. Podchodzi w to smutne miejsce. Pragnie odsunąć ciężar ze swojego dziecka, by go przytulić, zanim całkiem zgnije. Jak mogę w ten sposób myśleć? Dlaczego muszę tak cierpieć? O co w tym wszystkim biega?

 

Nadal sobie nie radzi z wielkim konarem. Za dużo waży jak na jej szczupłe nogi. Widzi oko swojej córki, z którego wypływa strumyczek krwi.

 

Nagle dostrzega przed sobą cień. Jakieś zwierzę za nią stoi.

 

°

 

– Wielki Knu. On wszedł do naszego Lasu. Większość zwierząt... chyba go nawet… hmm… lubi.

– Co! Lubi? To mnie wszyscy lubią.

– Oczywiście Knu.

– Tylko nie Knu, bo kłami przebiję. Knu to jestem dla przyjaciół.

– Przepraszam… a ilu ich masz?

– Chociażby ciebie. Jesteś moim przyjacielem. Przyznaj się w tej chwili.

– Trzeba jakoś żyć… Knu.

– Knu?… no tak… nie ważne. Czyli mówisz, że chce mi odebrać władzę?

– Może. Szczerze powiedziawszy, nie wygląda na takiego. Jest grzeczny i uczynny…

– Bardziej uczynny ode mnie? Jak on śmie. Jestem dla was jak ta matka miłująca.

– Hmm… no niby tak… ale…

– Chce z nim pogadać.

– Ale on nie chce z tobą. Mówi, że nie będzie ci przeszkadzał. To co jego, jemu, to co twoje, tobie.

– Nie rozumiem jego słów.

– Wielu nie rozumie, ale idą za nim. W głąb lasu. Jakby jakąś… aurę wokół siebie wytwarzał.

– Aurę? Moja jest większa. Zakłóci ustalony porządek.

– Porządek? U nas?

– Chyba wiesz co należy uczynić. Wykombinować sposób.

– By go przestali lubić.

– Skąd wiesz?

– Uczę się od mistrza.

– No to działaj, skoro tak.

– No nie wiem… w sumie nic złego zwierzakom nie czyni.

– Może nie zwierzakom, ale mnie. A jeżeli mnie, to jednocześnie wam. Chyba to jasne?

– Hmm… Knu.

– Kłami przebić?

– Mądrze prawisz.

 

°

 

W pierwszej chwili chce uciekać. To musi być dużę zwierzę. Nie odwraca się. Boi się zobaczyć, kto ją zabiję. Chociaż tak naprawdę, po co ma żyć. Przed chwilą straciła jedyną córkę.

Zupełnie niespodziewanie, dostrzega przed sobą ogromną łapę. Odsuwa ona ciężką kłodę. Matka zauważa, pewien szczegół. Krew zaczyna się cofać do oka a wielka gałąź, szybuje w kierunku drzewa, od którego się oderwała. Po chwili drzewo jest całe. Skołowana, nie wie, co się dzieję. Mimo lęku, patrzy za siebie. Pusto. Nikogo nie ma. Ma wrażenie, że zapada się w coś bardzo nieznanego… lecz lęku nie odczuwa…

 

– Mamo! Słyszałaś? –– pyta mała Sarenka. –– Co to mogło być?

– Nie wiem. Może komuś jakaś krzywda się dzieję.

– To idziemy zobaczyć, Mamo?

– Lepiej nie. Wybierzmy inną drogę.

– Dlaczego?

– Sam nie wiem. Tak będzie lepiej.

 

°

 

Wieść o przybyciu Wielkiego Niedźwiedzia zatacza coraz większe kręgi. Większość zwierząt, bardzo go lubi. Nie sądzi kogokolwiek, jedynie mówi, co dobre a co złe. Nakłania wszystkie zwierzaki, żeby się miłowały i szanowały. O dziwo, nie wszystkim to się podoba… lub podoba za bardzo. Nakłaniają innych, by też go polubili. Jeżeli któreś nie chce, to zostaje wygnane z lasu. Jest to najmniejsza kara, za nie zachwycanie się nauką Wielkiego N. Niektórzy go tak zaczynają nazywać. Wielka Niewiadoma. Wygnani zaczynają go mniej lubić. Został im obrzydzony nachalnością jego fanatycznych wyznawców. Chociaż WN sam w sobie, nie jest winien tej sytuacji. Przecież ich nie wygnał.

 

– Szefie, on zyskuje coraz więcej zwolenników, ale nie musisz się martwić. Nawet ciebie każe miłować.

– Nawet? Co ja słyszę. Sądzę, że to jego wielka zmyłka. Mówiłem przecież, że masz zrobić coś…

– To znaczy: co?

– Żeby się od niego odwrócili. Znienawidzili. Zwątpili. Wszyscy. Rozumiesz?

– Dlaczego mają zwątpić w… dobro?

– Jakie dobro? To jest wielka kupa fałszywych zamiarów!! Wspomnisz moje słowa.

– No nie wiem… czy wspomnę...

– Ale moje kły tak.

– Wymyślę coś.

 

°

 

Młoda Sarenka jest cała rozszarpana. Wnętrzności zakrywają krzaczki czarnych jagód. Strzępki skóry przyklejone do opadłych liści, lepkie są od krwi. Ktoś ją tu przelał i musiał być: wielkim, silny i podłym. Zwierzęta patrzą i oczom nie wierzą. Nawet nie została zjedzona. To by było jeszcze zrozumiałe. Nie widać śladów zębów. Jest cała, tylko w kawałkach. Co to za podła bestia. Trzeba ją odnaleźć i ukarać. A może nawet zabić.

 

– Spójrzcie –– zgromadzenie słyszy słowa. –– Tam, na jej głowie.

– Nic nie widzę –– odzywa się Zając. –– Ty lepiej wracaj do swego Pana… Śługo.

– Naprawdę nie widzicie? Spójrzcie dokładnie. Pomacajcie łapami.

– Do jasnej dziupli ze zdechłą wiewiórą. To miód!

– Nie może być! Miód?

– A widzicie.

– Teraz tak.

– A kto lubi miód?

– Misiu lubi miodzik –– odpowiada mały Lisek.

– No i… co powiecie. Tylko jeden jest niedźwiedź w naszym lesie. Nażarł się miodu i zabił niewinną sarenkę. A niby taki dobry? Spójrzcie dokładnie. Tu leży jego prawdziwa natura. Musimy go zabić.

– No ale... przecież to nie dowód. Każdy mógł pomazać…

– Każdy? Co ty mi tu insynuujesz? Tylko niedźwiedzie lubią miód. To jego sprawka. Niby kocha, lecz fałszywym sercem. A może pszczółki ją rozszarpały?

– Nie można tak od razu…

– Można! Wielki Knu też tak uważa. Chcecie się jemu narazić. Jego znacie a tego przybłędę… wcale. Nie wiadomo, co to za jeden i czego tu szuka. Należy go zabić.

– No w sumie… chyba masz racje.

– Zabić bestię!! Zabić mordercę!! Przybijemy go do Wielkiego Dębu.

– Tylko chciałbym nadmienić, że on jest… hmmm… trochę… silny.

– Spróbujemy zabić bestię!! Spróbujemy zabić mordercę!!

 

°

 

Matka Sarna patrzy z boku. Nie jej córka została rozszarpana, ale mimo wszystko nie może uwierzyć, że zrobiły to te same łapy… nie, to niemożliwe. Chce wszystkim opowiedzieć, co przeżyły przy starym drzewie, ale nikt jej nie słucha. Inna sprawa, że niewiele pamięta. Prawie nic. Widzi, że idą go szukać. Może nie znajdą.

 

°

 

– Wielki Knu. Zmyłka się udała. Znienawidzili go. A nawet złapali. Nie stawiał żadnego oporu. Dał się prowadzić jak baranek na rzeź.

– Dobre wieści przynosisz… ale cóż… mam pewien problem.

– Mogę wiedzieć… jaki, Knu.

– Przestań ciągle z tym: Knu.

– Jak sobie życzysz K... to znaczy jaki masz problem. Tak pytam z dobroci serca.

– Nie w tej chwili. I tak nie ma ratunku. Musimy najpierw zabić przybłędę. Ocalić nasz las. Może gdybym miał pewność, że jego dobroć jest większa od mojej…

– Od twojej? Każdy ją odczuł na własnej skórze. Wykluczone, że większa.

– Zwierzę się zmienia na stare lata.

– Jakoś tak mówisz bez przekonania WK.

– Nie… czemu? Czyli wszystko przygotowane. Wszelkie ciernie też?

– Też.

– Zaostrzone kawałki drewna, żeby mu łapy do dębu przybić, też?

– Też.

– To się cieszę… ale nie chcę tego oglądać.

– Nie? Co z Tobą?

– Nie wiem. Działajcie.

 

°•

 

O dziwo, wszystko odbyło się prawie w milczeniu. Owinięto najpierw całego cierniami. Weszły miękko w gęste futro. Później postawiono go przy drzewie i wszystkie cztery łapy, kołkami do pnia przybito. W tym czasie nie słyszano dzięcioła. Rytm lasu został zmieniony odgłosami uderzeń. Nie wydał z siebie żadnego głosu, chociaż musiał bardzo cierpieć. Zwyczajnie na wszystko pozwalał, choć widać było, że jego siła jest ogromna. Kilka zaledwie zwierząt ośmieliło się do niego podejść, by go podrapać pazurami. W pewnym sensie bardziej się jego obawiali teraz, niż wtedy, gdy go przybijali. Lecz on spoglądał na nich dziwnie. Aż głupio im się zrobiło. W tych oczach nie było nienawiści, pogardy, pytania: „Dlaczego”? Raczej plan, który musiał się wypełnić. Tylko po co i w jakim celu? Tego zwierzęta nie wiedziały.

 

Aż w końcu osłabł na tyle, że kilka zwierząt się odważyło i przebiło mu gardło, ostrym długim drewnem, po którym wyciekła rozrzedzona krew.

 

°

 

– Szefie. On zaczyna śmierdzieć przy tym drzewie. Trzeba coś zrobić, by zaraza się jakaś nie rozeszła.

– Zrobić? Co?

– No nie wiem. Zakopać… do jaskini wrzucić. To znaczy... nie Szefa. Jest tu taka niedaleko druga. Pusta zupełnie. A może go po prostu zwyczajnie… zjemy?

– Chcecie jeść jego ciało? Dlaczego taka myśl, przyszła ci do głowy?

– Nie wiem... no dobra.. żartowałem. To co robimy.

– Owińcie w miękkie listowie i pochowajcie z należytym szacunkiem w jaskini.

– Muszą być miękkie? Przecież on już nic nie czuje. To zwykłe ścierwo.

– Nie mów tak o nim!!!

– Wybacz… ale nie pojmuję. Szacunkiem? Szefie... co się z dzieje?

– Nie wiem, co się ze mną dzieje. Nie poznaję samego siebie. Wynoś się stąd. Czyńcie co każę.

– Już dobrze Knu. Idę.

 

°

 

W ciągu następnych kilku dni, sytuacja w Lesie jest nie taka, jak zawsze. Niby wszyscy się cieszą, że mordercę spotkała zasłużona kara, ale z drugiej strony, coś w tym wszystkim nie pasuje. Dlaczego się nie bronił? Przecież mógł ich wszystkich zabić lub chociaż zranić intensywnie. To w takim razie, po co zabił małą, niewinną sarenkę. Przelał jej krew i jeszcze głowę miodem wysmarował. Toż tak, jakby sam siebie pocałował, dla lepszego rozpoznania. A jeżeli tego nie zrobił? To co wtedy? Przyjdzie nam żyć z tym ciężarem.

 

°

 

– Knu, wybacz to nagłe najście. Orły wieści przynoszą. Nie uwierzysz jakie. To nie może być prawdą.

– Przestań mi głowę zawracać. Mój syn jest umierający. Zapadł na tą dziwną chorobę. Bardzo schudł. Skóra, kości i reszta. Nie wiem co robić. To znaczy wiem. Nic nie robić, bo i tak nie ma dla niego ratunku.

– Jest mi bardzo przykro z tego powodu, ale musisz wysłuchać, co mam do powiedzenia. To bardzo ważne.

– No to powiedz i później się wynoś.

– Orły mówią, że gdy szybują nad naszym lasem…

– Przecież one nie gadają. Co mi tu za brednie wciskasz?

– Nagle przemówiły. Nie wiedzą, czemu.

– Naprawdę? Może właśnie po to, żeby coś powiedzieć?

– Raczej tak. No nie wiem… jak to rzec… szczególnie Tobie… Knu.

– Wyduś to z siebie wreszcie.

– Mówią, że z wysoka... gdy krążą nad lasem… widzą wśród nas…

– Gówno widzą. Konary drzew zasłaniają.

– Gadają co innego… że jakoś dziwnie… nie.

– No to w końcu co... niby widzą?

– Białego Niedźwiedzia.

– Co to za durnowate ptaszyska! Przecież żadnego niedźwiedzia między nami nie ma. Raczej byśmy zauważyli, nieprawdaż?

– Szafie. Ty tak o tym spokojnie. Chodzi o... tego Niedźwiedzia.

– Wiem, że chodzi. Ale nie w naszym lesie. Nie ma takiego wśród nas. To znaczy jest. Rozkłada się w jaskini i nie jest biały.

– Szefie… czy aby na pewno? Orły go widzą.

– Przestań mi z tymi orłami. Sfiksowały i koniec.

– Albo my… że nie widzimy.

– Głupiś jak smród skunksa. Idź do jaskini i sprawdź. Będziesz spokojniejszy.

 

°

 

Pojawienie się niedźwiedzich śladów, tam gdzie ich nie było, jest nie lada szokiem. Tym bardziej że środki śladów wyglądają dziwnie. Jakby były czymś zakłócone. A może to znowu głupi kawał wiewiórek. Jednak orły mówią wciąż to samo. Że z góry go widzą, jak między nimi chodzi. Zwierzęta ogarnia dziwny niepokój, który jednocześnie, łagodzi napiętą sytuacje. W ich podświadomości coś narasta. Coś dla nich niepojętego. Niezrozumiałego. Zaczynają wątpić, czy postąpili słusznie. No niby wina Wodza i jego przybocznego. Kazali im. Ale przecież mogli ich nie posłuchać, tylko własnych sumień. Zbadać sprawę dokładniej. Z drugiej strony… jeżeli naprawdę zabił? I dlaczego orły tylko widzą. I to jeszcze białego. Przecież takim nie był. I czy oni go kiedyś zobaczą? Co wtedy im powie? Taki zmieniony?

 

°

 

– Synu! Co z Tobą? Wyglądasz całkiem przyzwoicie. Na wadze przybrałeś. To dla mnie nie pojęte. Wyglądasz na całkiem zdrowego. Nie mogę tego pojąć. Aż mi się kły spociły od wzruszenia.

– Nie wiem tato. Widocznie to nie była ta choroba.

 

°

 

– Orzeł, słyszałeś. Syn Wielkiego Knu ozdrowiał. Może wiesz dlaczego. Szef się dopytuję.

– Powinieneś się domyśleć.

– Domyśleć? Niby czego?

– Powiem ci, jak mi przyrzekniesz, że mu nie powiesz. I żadnemu innemu zwierzęciu. Muszą same…

– Co same?

– Nieważne.

– Nie powiem.

– Na pewno? Bo jak piśniesz słówko, to rozszarpiemy szponami twoje ciało. Z góry cię wszędzie wypatrzymy.

– Nie powiem. Daję słowo.

– Tylko wiesz. My widzieli to, co nasze zmysły. A jak to było naprawdę, tego nie wiemy.

– Powiedz wreszcie.

– To właściwie taki… może nic nie znaczący szczegół.

– Obiecałeś, że powiesz.

– Widzieliśmy Białego N.

– Przecież o tym wszyscy wiedzą.

– Ale nie wiedzą, że wchodził do jaskini Knu.

 
 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Magdalena Właśnie, dokładnie, w pewien sposób jest. 
    • @Berenika97 To  dobry wiersz — mroczny, gęsty i konsekwentny od początku do końca. Podoba mi się, że tutaj wszystko powoli gaśnie, osuwa się, rdzewieje i znika, ale dzieje się to bez histerii, tylko z jakąś chłodną godnością. Najmocniej zostają mi w głowie: ślepe okno, okuty kufer i klucz połknięty przez rdzę — świetne obrazy. Wiersz ma klimat i ciężar. Ja tak nie potrafię.  U mnie chaos -  usprawiedliwia mnie tylko  to, że jestem mężczyzną - archaicznym. 
    • Zobaczyłem dzisiaj kota W towarzystwie z kociętami Leżącego na środku drogi   Ich wnętrzności były czarne Padły na piekący asfalt A ich koniec był ubogi   Przy zapachu jajecznicy Odór smażonego truchła Przywołuje czarną dziurę   Postać jej zagina światło Jakby czernią emanuje Kiedy wzrokiem ją świdruję   Białe oczy niewzruszone Dwa to punkty w jej sylwetce Pusto patrzą na kocięta   Kiedy dusze ich wysysa Ścierwo gnije i rozkłada Lecz czerń nie jest tym przejęta   I po chwili gdy już skończy Każdy chce by sobie poszła By zniknęła każdy prosi   Lecz ta ciemność nie zanika Tylko wciąż dalej żeruje I na innych się przenosi   A ja stałem tak ciągle otępiony Gdy widziałem kolejne to demony Przyczepione do każdej tak istoty Miały ludzi, rośliny, nawet koty   Te od spodu kwiaty już wąchały Czarne byty wszystko rozkładały Gdy na głowie poczułem to ciążenie Zrozumiałem że wszystkim jest cierpienie   Śmierć - panowie rozkładu To oni nas hodują Mija krótki żywot Oni wciąż żerują   Mam nadzieję, że umrę Choć nie jestem gotowy Ot małe marzenie  Dawno ściętej głowy Nabitej na kark.
    • w mieszkaniu pachnącym rosołem i lekko przypalonym snem który ktoś próbował uratować dolewką wody stoi ona królowa klamek które same się naciskają  i drzwi które przestają należeć do was Pelagia wchodzi jak rachunek za cudze życie z odsetkami liczonymi od waszego pierwszego oddechu wchodzi z reklamówką która szeleści jak wyrok w zawieszeniu niosąc w środku mrożonki które nigdy nie zaznały wybaczenia jej włosy to tłuste kable pod napięciem gdyby je dotknąć można by zasilić pół osiedla w poczuciu winy i jeszcze zostałoby na oświetlenie waszych błędów twarz ma jak garnek po bigosie niby umyty ale zapach zostaje na zawsze wygląda jak protokół powypadkowy  każda zmarszczka to paragraf na waszą radość a usta zaciśnięte tak mocno że mogłyby prostować gwoździe. Pelagia arcykapłanka domowego porządku odprawia nabożeństwa nad waszym zlewem jakby tłuszcz był grzechem pierworodnym głosi że zbawienie przychodzi w płynie do naczyń a grzech najlepiej zeskrobać druciakiem i polać Domestosem aż zacznie skrzypieć z czystości jej głos to łyżka stukająca o zęby to odgłos żwiru sypanego do trumny waszego wolnego popołudnia suchy rytmiczny i ostateczny mówi długo jak czajnik który nie wie kiedy przestać gwizdać bo nikt go nigdy nie zdjął z ognia po trzech zdaniach nie oddychasz po pięciu przepraszasz za rzeczy których jeszcze nie zrobiłeś po siedmiu zaczynasz planować winy na przyszłość Pelagia nie pyta o zdrowie ona jest patomorfologiem waszej niedzieli w różowym fartuchu w bratki przeprowadza sekcję zwłok waszego entuzjazmu wsadza wam palec w przełyk żeby sprawdzić czy wasze sumienia mają odpowiedni odczyn ph i czy nie strawiliście przypadkiem resztek własnej godności którą podała wam w sosie na kolację w zeszły wtorek w jej obecności zegary zaczynają chodzić wstecz aż lądujecie w kącie z rękami za głową przepraszając za to że wasz ślub nie był mszą żałobną za jej młodość wypluwa waszą radość na spodeczek bo twierdzi że jest niedopieczona i ma w środku jeszcze krew waszych marzeń o ucieczce które według niej powinny być już dawno ścięte fileciarka relacji bierze wasz dzień kładzie go na desce i tnie w poprzek sensu aż zostaje tylko to co jej pasuje do obiadu i co da się łatwo przełknąć bez myślenia wasze plany lądują w misce jak odpadki a ona robi z nich "na szybko coś dobrego” co smakuje jak dożywotni obowiązek i zostaje w żołądku na zawsze wchodzi do waszej  sypialni z licznikem Geigera na grzechy; sprawdza czy wasze kołdry nie promieniują zbytnią swobodą i posypuje prześcieradła solą egzorcyzmowaną żeby namiętność nie wykiełkowała ponad normę unijną wasze łóżko traktuje jak stół do ping-ponga na którym rozgrywa mecz o waszą uległość  dezynfekuje was z intymności i przycina wasze sny sekatorem żeby nie wystawały poza krawędź jej przyzwolenia wasze "kocham” pakuje próżniowo w folię bąbelkową wyciska z niego powietrze i sens i opisuje flamastrem: do użytku po śmierci -  w razie braku innych atrakcji potem posypuje wasze ciała talkiem dla niemowląt żebyście nie mogli się do siebie przytulić bez poślizgu winy i lekkiego wstydu klienci czyli wy kiwacie głowami jak ziemniaki w gotującej się wodzie pękacie powoli od środka bo już nie macie siły się nie ugotować a ona bierze to za wdzięczność i dokłada soli aż zaczynacie smakować jak jej racja jej spojrzenie jak ręka wkładana do szuflady z nożami niby nic się nie stało a jednak krwawisz i nie wiesz skąd i zaczynasz podejrzewać siebie przesuwa talerze żeby głód miał odpowiednią hierarchię i wiedział gdzie jest jego miejsce a kiedy siada na kanapie meble jęczą w dialekcie staropolskiej męki i proszą o skrócenie wyroku jej śmiech to dźwięk widelca szorującego po dnie pustego garnka sygnał że właśnie zjadła wasze wolne popołudnie kiedy mówi "synku” powietrze gęstnieje jak sos zbyt długo gotowany robi się ciężkie tłuste i nie do odrzucenia oddychasz tym i zaczynasz smakować jak ktoś inny kto już dawno przestał mieć wybór otwiera okno i wpuszcza do środka zaduch z klatek schodowych roku osiemdziesiątego drugiego w którym każde wasze " chcę" brzmi jak zdrada stanu i powód do donosu Pelagia magazyn przeterminowanych prawd ma w torebce zamrażarkę turystyczną która buczy cicho jak wyrzut sumienia    trzyma tam wasze odcięte pępowiny z datą ważności: nigdy! żeby w każdej chwili móc was nimi poddusić gdybyście zachcieli odetchnąć bez jej zgody jej uśmiech to ekspozycja w muzeum patologii rodzinnej zwiedzanie obowiązkowe rzędy zębów jak nagrobki waszych wspólnych weekendów które osobiście zabiła ścierką do naczyń i kazaniem o wyższości firanek nad wolnością kiedy w końcu wychodzi nie zostawia pustki zostawia po sobie galaretę która tężeje na waszych twarzach to nie jest już dom to inkubator jej racji gdzie wasze kręgosłupy służą jej za szczebelki do drabiny po której wspina się by napluć Bogu w okno za zbyt małą ilość octu w waszej krwi zostajecie w tym rosole po kostki pływacie jak oka tłuszczu które nie mogą się połączyć bo ona już dawno was przesiała przez sito swoich oczekiwań wieczorami gdy próbujecie się dotknąć skóra schodzi wam płatami odsłaniając jej inicjały wypalone na waszych mięśniach jak znak jakości na mięsie armatnim Pelagia nie wraca do siebie Pelagia po prostu zmienia formę skupienia teraz jest waszą zgagą waszym bezdechem jest tym szarym nalotem na waszych językach który sprawia że każde wasze "kocham” smakuje jak stara ścierka do podłogi siedzicie cicho żeby nie zbudzić jej echa w rurach patrzycie w talerze gdzie wasze marzenia dogorywają w gęstym sosie a ona ta wielka pajęczyca w fartuchu w bratki już dawno was wypatroszyła wypchała trocinami waszych kompleksów i postawiła na meblościance swojego życia jesteście martwą naturą jej najsmaczniejszą bo podaną na żywca niedzielną ofiarą całopalną            
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...