Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Bezwzględna teoria chwili

 

właśnie ześliznęła się ze mnie

spadając w coraz odleglejsze światy

nie do przejścia żywą stopą

 

okienna zasłona lekko faluje

coś za nią zaczyna być

zaraz potem powstaje

pewny siebie domysł

 

wiecznie rozdarty na końcu zdania

o ostro brzmiące

dlaczego

zawsze jest teraz

 

Opublikowano

Zaintrygował mnie tytuł, lubię taką zabawę słowem. Podoba mi się pierwsza zwrotka, później jakoś słabiej, końcówka znów intryguje, ale nie do końca mogę odgadnąć, co autor miał na myśli. Proponuję popracować jeszcze nad tą drugą zwrotką, bo widzę potencjał. Serduszko na zachętę :)

Opublikowano

Dzięki za komentarze, a co do chwili to punkt, punkt jest zero wymiarowy. W mechanice kwantowej nie ma ciągłości są same punkty, ruch więc jest iluzją, więc chwila czyli "teraz" też. Okienna zasłona lekko faluje, to przyszłość, kiedy ją odsłaniamy znowu jest "teraz" 

Istnieje prawdopodobieństwo, a czym ono jest -"niczym".

Opublikowano

Zgrabne, 

nie zawsze muszę wiedzieć o czym jest tekst, żeby poczuć przyjemność z lektury, mieć wrażenie właściwie ułożonych wyrazów w odpowiednich foremkach. Tu dziekuję za wyjaśnienie, reszta też się zgadza. bb

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

.... chyba tylko pozornie o niczym... ;)

 

Przede wszystkim, w odniesieniu do treści, świetny tytuł, a treść, poprę słowa Anastazji Sokołowskiej, środkowa wypada trochę gorzej,

ale jako całość, tak.  Pozdrawiam.

Opublikowano

Dzięki za komentarz, co dośrodkowej może tak, a może nie, zależy od gustu. Okienna zasłona, a za nią prawdopodobieństwo, przyszłość, która nie istnieje, zaglądasz, a tam znowu teraz.

 

Również pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...