Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I

Rok 2004 był rokiem ważnym. Ważnym dla tych, którzy dostali się na studia, dla tych którym urodziło się dziecko, dla tych którym zmarła matka i dla tych, którzy zakochali się po raz pierwszy.
Czasem bywają lata przełomowe. I rok 2004 był rokiem przełomowym dla Polski. Było tak przynajmniej według niektórych, a to z powodu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Dyskutowano wiele – nie o tym, czy Polska ma znaleźć się w strukturach europejskich, bo – nie wiadomo dlaczego – było to oczywiste a o tym, na jakich warunkach. Z dniem 1-go maja 2004r. Polska miała stać się pełnoprawnym członkiem Unii.
W międzyczasie poseł Jan Maria Rokita rzucił wielkopańskim gestem hasło „Nicea, albo śmierć” – wypadałoby mu teraz umrzeć na fali powszechnego uwielbienia.
W międzyczasie Komisja Śledcza powołana do zbadania tzw. afery Rywingate zakończyła swoje prace. Szykowano się do zaprezentowania wniosków końcowych, przed sądem toczył się proces, a prawie nikt i tak nie wierzył, że „sprawiedliwości stanie się zadość”.
W międzyczasie premier Miller – wykrakawszy sobie uprzednio marny koniec („Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, a po tym, jak kończy” – słowa wypowiedziane przezeń w kontekście dymisji rządu poprzedniego premiera Jerzego Buzka) – odchodził w atmosferze skandalu.
W międzyczasie Hyundai nie zbudował fabryki w Polsce, lecz na Słowacji.
Aż 5 planet - Merkurego, Wenus, Marsa, Jowisza i Saturna - można było jednocześnie obserwować na polskim niebie do 31 marca. Astronom z olsztyńskiego Planetarium Jadwiga Biała podkreślała, że "to bardzo rzadka okazja, aby kilka planet było widocznych jednocześnie".
Pierwszego kwietnia pani posłanka Renata Beger uwierzyła w primaaprilisowe doniesienie gazety „Nie” i obwieściła w Sejmie, że do Iraku pojechał sobowtór prezydenta Kwaśniewskiego.
Owiana mgiełką afery Rywingate pani Jakubowska skończyła 50 lat.
Tak, rok 2004 był ważnym rokiem.
Jedenastego marca wybuchła seria bomb w Madrycie, jakby na przypomnienie „11 września” i znak, że „nie znasz dnia, ani godziny”.
Czternastego marca po raz kolejny prezydentem Rosji został Wladimir Putin.
Zmarli Leonidas da Silva, Czesław Niemen i Jeremi Przybora.
Z końcem 2003 roku upłynęła „Dekada mózgu”, o której nikt poza naukowcami chyba nie słyszał. Pewno dlatego, że była to dekada mierzona w latach, nie w dniach - to dziwne, jak coś tak rozciągniętego w czasie ucieka ludzkiej uwadze. Rok 2004 naznaczał kolejną dekadę.
Świat idzie więc do przodu - w zasadnie już był wystrzelił jak rakieta z drugą prędkością kosmiczną poza orbitę, poza kontrolę. I nie wiadomo kiedy ludzie zaczęli się spieszyć. Odległości skurczyły się, skracał się dzień, noc, coraz mniejsze stawały się opakowania, w których kupowano produkty (fachowo nazywa się to downsizing), coraz krótsze stosunki seksualne, coraz słabsze więzi i coraz silniejsze załamania nerwowe.
Natura przestała nadążać za techniką.
W roku 2004 serce nie wytrzymuje napięcia, układ nerwowy zawodzi coraz częściej, bo natura spieszy się powoli - myśl zaś biegnie sprintem po olimpijski znicz.
Firmy farmaceutyczne prześcigają się w pracach nad lekiem na HIV, raka i potencję. Dzięki nim zwalczono SARS, BSE, ptasią grypę.
Każdy upływający dzień jest ważnym dniem, bo każdy coś ze sobą przynosi i coś zabiera – stres, dodatkowe 300 gramów tłuszczu, kołatanie serca, zmęczenie, uśmiech i nową zmarszczkę. Niewiele osób przejmuje się pojedynczym dniem. Powoli układają się w tygodnie i lata kończące się wzniesioną lampką szampana i toastem: „oby następny był lepszy!”. Niewielu ludzi ma we krwi nawyk starania się o to, by „dzień przeżyć dobrze”. Dzień po prostu trzeba przeżyć, jedynie przeżyć - „byle do piątku” – po którym następuje Sobota. A Sobota nie jest dniem – z reguły jest sprzątaniem, popołudniowym kinem, grillem lub kolacją i alkoholem. Podsumowaniem pięciu dni tygodnia. Niedziela jest najgorsza – bo Niedziela stanowi zawieszenie „pomiędzy” – jedną skacowaną nogą w Sobocie i beztrosce, drugą – trzeźwą – w trzeźwym do bólu Poniedziałku. Zrutynizowane dni przechodzą w zrutynizowane tygodnie, a te w takie same lata. A przecież to nie czas płynie przez nas, to my płyniemy przez czas. To nie wydarzenia wpływają w nas, to my w nie wchodzimy. Stoimy obojętnie twarzą w twarz z porankiem, nie starając się nawet wpłynąć na zmianę pogody. I nie wiedząc, że czasem mimo deszczu może wcale nie padać.

II

Nad jedną z amerykańskich firm nie zawsze świeciło słońce. Oskarżana przez wielu, nazywana „najbardziej nieetyczną firmą” i „kłamcą” prosperowała jednak świetnie.
W roku 2003, w podwrocławskich Kobierzynach, zainwestowała właśnie ta firma - Eli Lilly&Co. Założona w 1876 roku, w Polsce obecna od 25 lat wynegocjowała z władzami gminy korzystne warunki i to właśnie tam postanowiła wybudować nowy ośrodek – centrum prac badawczo rozwojowych. Po Australii, Belgii, Kanadzie, Niemczech, Japonii, Singapurze, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, Polska stała się dziesiątym krajem, w którym prowadzone miały być prace nad nowymi lekami.
Władze firmy postanowiły otworzyć nowe laboratorium badawcze, stworzyć od podstaw zespół naukowców, którym wyznaczono zadanie opracowania nowego leku pomocnego w leczeniu depresji.
Na łącznej powierzchni 2500m2 powstało więc najnowocześniejsze laboratorium w Polsce. Na 2500m2 pracowała najlepsza polska kadra. W marcu 2003 roku firma rozpoczęła zakrojoną na szeroką skale rekrutację. Poszukiwano kilkudziesięciu specjalistów o bardzo wąskiej specjalizacji, głównie ludzi młodych, z niewielkim stażem, ale dużym potencjałem. Początkiem kwietnia 2003 roku prace mogły ruszyć pełną parą.

Nastał kwiecień 2004 roku.
Oksana czuła, że badania dobiegają końca. Tak, od dawna była na właściwym tropie. Brakowało jeszcze kilku miesięcy, może roku. Doskonale wiedziała, jak to jest, gdy coś dobiega końca. Wiedziała, jak to jest, gdy niewiele brakuje do...sukcesu? Cóż, do happy endu chyba. Czym był ten happy end - nie wiedziała. Tak daleko w przyszłość nie wybiegła. Już raz była na drodze. Więcej, była „na drodze do”. Do czegoś dobrego czegoś, czego chciała, czymkolwiek to by się miało okazać. Ale droga skręciła sobie w inną stronę, a ona została zawieszona w próżni. Nie wiedziała więc, ku czemu zmierzała, co było na tym końcu, co ją ominęło. Tak, miała wrażenie, że to coś ominęło ją - a nie, że to ona coś ominęła. Nieważne zresztą, kto kogo, ale stało się.
Oksana odłożyła gazetę na stolik przy łóżku. Podniosła oczy do góry, westchnęła wymownie i zgasiła lampkę. Po co czytać? I tak nie mogła się skupić. Było tuż po dwudziestej trzeciej. Za wcześnie na sen. Za późno na sen...
Myślami znów stanęła na początku ścieżki. Chciała chociaż tam móc nie wkroczyć na nią ponownie. Chciała odwrócić się i pójść w przeciwną stronę. Ale myśli biegły jak szalone na spotkanie. Na cudowny, samobójczy lot. Wspomnienia ponownie roztrzaskały się pod powiekami.

Donato poznała na koncercie. Stali obok siebie, oboje zasłuchani i kołysani ulubionymi rytmami. On zerkał na nią, zapewne dlatego, że wyróżniał ją typ urody. Czuła, że z e r k a. Nie były to przeciągłe, erotyczne spojrzenia. Był to rzut okiem, który poczuła na skórze. A potem kolejny. Całkiem nieświadomie obróciła głowę w lewo, w tym akurat momencie, by ich spojrzenia przecięły się. Uśmiechnęli się do siebie, jak dwoje nieznajomych, którzy wpadli na siebie w przejściu. Oksana dobrze pamiętała ten uśmiech – tak do bólu wtedy zwykły i naturalny, tak przeciętny i znajomy.
- Cześć! – krzyknął do niej w przerwie między utworami – Jesteś Włoszką?
- Nie, Ukrainką. – babcia Oksany urodziła się na Ukrainie, a Oksana chętnie odwoływała się do tych korzeni.
- Ja pochodzę z Alicante. Pewno nie wiesz, gdzie to?
- Wiem. W Hiszpanii – była zwyczajnie zadowolona, że go zaskoczyła - Mam tam przyjaciółkę.
- Nazywam się Donatello.
- Oksana.
Oboje zamilkli. Muzyka stała się głośniejsza, prawie wszyscy śpiewali. Oksana również. Cieszyła ją duszna atmosfera, skaczące sylwetki, nowe wrażenia i luz. Było jej po prostu miło. Przyjemnie, naturalnie, swobodnie. Zupełnie nowi, nieznani ludzie. Nowe możliwości, nowe trzy miesiące. Nie myślała o niczym konkretnym. Życie jest fajne.
- Kiedy przyjechałaś? – zapytał po chwili.
- Siódmego. A ty? – krzyczała między zwrotką a refrenem.
- Też. Gdzie lądowałaś?
- Na Heathrow. A ty?
- Ja też. Kiedy zaczęłaś?
- Ósmego. A ty?
- Też.
Rozmowa nie była wyszukana. Rzucali do siebie krótkie słowa - długie zdania nie miałyby w tym hałasie sensu. I tak rozmawiali ze sobą tylko dlatego, że oboje byli tu nowi, przyszli sami i przypadkiem stanęli obok siebie.
To były zbiegi okoliczności. Wtedy o tym nie myślała. Tego samego dnia przylecieli do Londynu. Tego samego dnia zaczęli pracę. Tak samo dobrze się bawili słuchając ulubionych rytmów.

Przewróciła się na lewy bok. Spojrzała na zegarek - dochodziła północ. Mijające godziny nie powinny mieć dla niej znaczenia. Mijające godziny oddalały ją od godzin minionych, od tych, które wciąż wracały – skrzypieniem drzwi, dźwiękiem przychodzącego SMSa - koszmarem. Nie, żeby jutro nie miało dla niej znaczenia.
Jutro przynosiło nadzieję czerpaną z przedwczoraj.
Jutro było niemal puste.
Wiedziała o tym. Wiedziała, że to niemądre, niezdrowe, niepotrzebne, że to jest „na nie”. Wiedziała, że to między tym, co było, a tym, co teraz, to czas stracony. Nie posunęła się do przodu ani o krok. Nie żyła, bo niczego nie budowała. To właśnie ciążyło jej na barkach, jak ołowiana sztaba. To właśnie przeszłość gniotła jej serce, oplatała umysł, przytępiała zmysły. Zmysły, które szukały znajomych wrażeń. I myśli, które niosły serce wskazanym przez zmysły tropem - to błędne koło.
Wiedziała też jedno – czas leczy rany. Czekała więc cierpliwie, aż upłynie i uleczy. Wiedziała – jako chemik – że to tylko fenyloetyloamina - wystarczy przeczekać dwa do trzech lat, a głód minie. Gdy człowiek się zakocha, fenyloetyloamina wydziela się do mózgu. Mózg żąda coraz więcej i więcej. I w końcu więcej nie może otrzymać. Jeśli nie pracowało się nad związkiem – następuje kryzys i rozpad. Uczucia wygasają. Mijał czwarty rok – i nic. Widać pracowała nad związkiem za dwoje.
- Cholera – mruknęła do siebie i położyła się z powrotem na prawym boku – o w mordę... – włączyła wieżę stereo i puściła Harrego Pottera. Głos Piotra Fronczewskiego działał kojąco. Położyła się w swojej ulubionej pozycji na brzuchu i zasnęła, gdy Harry Potter kupował swą pierwszą różdżkę.


III

Oksana wpadła do laboratorium. Nie musiała być na miejscu o określonej godzinie, ale starała się być zawsze o dziewiątej. Była szefem zespołu – nigdy nic nie wiadomo. Często zostawała do późna, dopiero gdy oczy zaczynały ją boleć wiedziała, że może wracać do domu. To, że mimo swych dwudziestu ośmiu lat, zajmowała tak ważne stanowisko zawdzięczała swojemu umysłowi i intuicji badacza. Umysł miała ścisły, ale otwarty. Zawsze myślała perspektywicznie. Wybrała chemię, bo chciała pracować nad lekami. Chciała pracować nad lekami, bo patrzyła jak depresja powoli zjada jej siostrę. Depresja się nie spieszyła. Narastała. Nikt nic nie zauważył, Oksana miała podejrzenia, bo przeczytała jakąś książkę Karen Horney i stwierdziła, że siostra ma nerwicę. Lekarze leczyli siostrę na trzustkę, nerki i żołądek. Na prośbę Oksany rodzice zawieźli Olę do psychiatry - w innym mieście, by nie było plotek. Wstydzili się bardzo i niczego nie rozumieli. Psychiatra również. Mijały lata. Oksana sama zajęła się siostrą – postanowiły nic nie mówić rodzicom. Znalazła jej lekarza, załatwiła leki. Wszystko było na dobrej drodze.
Prozac, który powstał w Eli Lilly w 1987 roku, wzbudził wiele kontrowersji. Zgodnie z ulotką, którą Oksana uważnie przeczytała, „wykazuje on działanie przeciwdepresyjne poprzez wpływ na przekaźniki między komórkami w układzie nerwowym. Pełny efekt leczenia uzyskuje się zwykle po 14 dniach od rozpoczęcia kuracji. W tym okresie istnieje większe prawdopodobieństwo popełnienia samobójstwa u osób z depresją. W czasie stosowania leku należy unikać prowadzenia samochodu. Nie należy stosować leku u osób do 18 roku życia.” Aleksandra zaczęła przyjmować lek, gdy ukończyła lat siedemnaście. Oksana już studiowała. Lekarzem zostać nie chciała. Wiedziała, ze nie miała predyspozycji.
Prace nad nowym lekiem trwają około 10 lat. Nakłady są ogromne – to z reguły kwoty rzędu 500 – 800 milionów dolarów. Oksana rozpoczęła od podstaw. O depresji wiedziała niemal wszystko. O Prozacu też. Swoje badania rozpoczęła już na drugim roku studiów. Po trzecim roku wygrała konkurs ogłoszony przez Eli Lilly i wyjechała na staż. Od tamtej pory związana była z tą właśnie firmą. Dostała sprzęt i pieniądze na badania niezbędne do napisania pracy magisterskiej. Rozpoczęła przygodę z lekiem o roboczej nazwie Agape.
Oksana wiedziała, że kiedy po długich poszukiwaniach uda się znaleźć jakąś obiecującą substancję, nowa molekuła ma przed sobą jeszcze bardzo długą drogę. Zanim rozpoczną się badania kliniczne z udziałem ludzi, zebrać trzeba dane na temat właściwości farmakokinetycznych i toksykologicznych a następnie wstępnie określić bezpieczną dawkę i najlepszą drogę podania leku.
Zaparkowała na swoim stałym miejscu – blisko drzwi wejściowych – i spojrzała jak zwykle w niebo nad laboratorium. Co dzień wróżyła w ten sposób – niebo było niebieskie i czyste – coś wisiało w powietrzu.
- Dzień dobry, Dzień dobry! – szła szybkim krokiem prosto do swojego
gabinetu. Zatrzymała się przy automacie do kawy. Wybrała tę ze śmietanką i podwójnym cukrem. Postawiła kawę na zawalonym papierami biurku i włączyła komputer. Szybkim ruchem odgarnęła włosy z czoła, usadowiła się wygodnie w fotelu i zabębniła paznokciami o blat - nie znosiła czekać.
Każdy poniedziałek zaczynała od przeczytania raportów swoich badaczy – jak ich nazywała. Obejmowały one postępy poczynione (lub nie, co nie było wcale rzadkością) poprzedniego tygodnia oraz plan pracy na kolejny tydzień. Otworzyła pocztę – były już wszystkie oprócz jednego. Raz w miesiącu sama sporządzała raport, dość obszerny, zawsze według tego samego schematu. Nie raz wymuszała ciężką harówkę na całym swoim zespole, wiedziała, że nie zawsze było to fair. Nie wszyscy mieszkali tylko z kotem. A ona tak bardzo chciała, by wreszcie coś się jej udało. Z jednej strony zdawała sobie sprawę z tego, że nie powinna narzekać. Była zdrowa, ładna, wykształcona, zarabiała. Nawet kilkoro przyjaciół miała. Czuła się samotna, ale nie chciała o tym myśleć. Zastanawiała się, gdzie popełniła błąd i dochodziła do wniosku, że w zasadzie nigdzie. Po prostu miała pecha. Nie można mieć wszystkiego. A w każdym razie nie wszystko na raz.
Zatrzymała wzrok na ostatnim akapicie jednostronicowego raportu. Wróciła do początku – myśli nie podążały za wzrokiem, niewiele zrozumiała.
Tak, ostatnie dwa tygodnie nie były owocne. Nie posunęli się ani o milimetr.
Za pięć dziesiąta dostała ostatni raport.
„Zwiększenie napływu jonów Ca 2+ doprowadziło pobudzenia NMDA i do aktywacji syntazy NO. Jednocześnie nastąpiło uwolnienie DA w prążkowiu. Silne działanie neurotoksyczne.” Dopisek głosił, że Baśka czeka na nią u siebie.
Od dawna czekała na te wyniki. Baśka była niezastąpiona. Oksana założyła fartuch i zbiegła piętro niżej. Szybkim krokiem przemierzała niebieskie korytarze. Wyciągnęła z kieszeni Kinder Bueno, przystanęła by odwinąć folię i kupić kolejną kawę.
"Muszę to ograniczyć" – pomyślała. Myśl ta była już rutyną, dobrze wiedziała, że od dwóch, trzech lat nie odżywia się według lekarskich standardów zbyt zdrowo – nie jadała o poranku. Czasem udawało się jej zacząć dzień od soku z marchwi i normalnego śniadania. Było to z reguły w hotelu. Albo wtedy, gdy nie nocowała u siebie, ale to już całkiem inna sprawa. Dużo czasu upłynęło od ostatniego razu, ale Oksana nie miała ochoty na seks. Od czasu do czasu ktoś dzwonił i przypominał się, ale ona zbywała wszystkich byle wymówką. Teraz najważniejsze były dla niej wyniki. Serce biło jej mocniej. Czekała na to tak długo, a poczuła coś na kształt lęku?
- Cześć, Baśka! Dostałam właśnie twoją notatkę. To brzmiało optymistycznie.
- Optymistycznie to brzmiało „mam dwadzieścia pięć lat”. - Baśka
miała 156 centymetrów wzrostu, czarne, kręcone włosy i skończone trzydzieści jeden lat. Ubierała się z reguły na czarno lub zielono. Rzadko można było zobaczyć ją w spodniach i butach na płaskich obcasach. Była rzeczowa i precyzyjna, jak mało kto. Zbyt często dzieliła włos na czworo, czym regularnie drażniła otoczenie.
- „Mam prawie dwadzieścia dziewięć” też nie brzmi źle. – Oksana – o
całe dziesięć centymetrów wyższa (do pracy zakładała wygodne pantofle) – spojrzała z góry na koleżankę.
- Jezu, to ja jestem dinozaurem. Dinozaury - ze względu na katastrofę - nie wiedzą, co to optymizm. Oksana, posłuchaj. Ja to muszę sprawdzić. – Barbara ściągnęła okulary, wycelowała nimi w Oksanę i obróciła monitor w jej kierunku. – Widzisz?
- Słuchaj, jeżeli jesteśmy na dobrej drodze…chcesz? – Oksana wyciągnęła drugą połowę Kinder Bueno.
- Jasne!
- …jeżeli jesteśmy na dobrej drodze, a wiem, że jesteśmy, to...to za rok już będzie po wszystkim.
- Co znaczy „po wszystkim”? Oksana, używaj normalnego języka. Zakończymy badania, przejdziemy do fazy klinicznej i wprowadzimy lek do aptek. A ty będziesz bogata. O to chyba chodzi, nie?
- Daruj sobie, co?
- To ty sobie wreszcie daruj. Wracaj do siebie i obrób te dane. – powiedziała rozkazującym tomem wręczając Oksanie płytę CD - Zadzwoń do Karoliny i umów nas na ósmą. I zamknij się, ok.? Tydzień trzeba dobrze zacząć, bo jak nie, to będzie do dupy.
- No, no...coś ty dziś taka cięta? – Oksana ruszyła w kierunku drzwi – Ta nowa znajomość tak na ciebie wpływa? Ciekawe, ciekawe...będę u siebie, na razie!
- Aha... - mruknęła Baśka, nałożyła okulary i ustawiła monitor w odpowiedniej pozycji – ciekawe, ciekawe... – mruczała już bardziej do siebie, ale nie wiadomo było, co Baśka uważała ze ciekawe - swoją nową znajomość, czy wyniki badań.

Oksana sprawdziła nowinki medyczne w serwisach internetowych. Z okazji poniedziałku uprzątnęła biurko i posegregowała materiały – pod tym względem nigdy nie była uporządkowana. Zadzwoniła do mamy i do siostry. Dowiedziała się, że ojciec znowu sprzedał auto, a pies ma zapalenie ucha. Dzień był okropny - nie mogła się na niczym skupić. Robiła cokolwiek, by zapełnić kolejne minuty – przesuwała kamiennego żółwia, sprawdzała biel zębów i stan różu na policzkach oraz pocztę - nie chciała zabierać się do pracy.
Tlenek azotu II. NO - bezbarwny gaz, temperatura topnienia - 163,6 stopni wrzenia 151,8 stopni. Słabo rozpuszczalny w wodzie, dobrze w roztworze FeSO4. W laboratorium otrzymywany przez redukcję kwasu azotowego V metalami półszlachetnymi.
Uwielbiała tlenek azotu. Od niego wszystko się zaczęło. Oksana zawsze stawiała na prostotę. Nie znosiła złożoności, wszystko rozbierała na czynniki pierwsze i to właśnie doprowadziło ją tu, gdzie była. Neuropeptydy też były piękne. Oczy Donatello też były piękne. Ale to tlenek azotu był jej przeznaczony. Już sześć lat byli razem. Najpierw na studiach - ich dwa pierwsze lata. Wtedy uczyła się go na pamięć. Poznawała jego charakter i zachowanie w różnych środowiskach. A potem odkrywała powoli to, czego nie chciał pokazać nikomu. Coś, co zachował tylko dla niej. Musiała użyć całego swojego kunsztu. Musiała być cierpliwa i wyrozumiała.
I była.
Pracowała w różnych miejscach, ale wciąż w tej samej firmie. Firmie, która dała jej wszystko – sprzęt, czas, pieniądze. W firmie, która ją dostrzegła i w nią uwierzyła.
Eli Lilly.
Tlenek azotu - najmniejsza aktywna biologicznie cząsteczka nieobdarzona ładunkiem elektrycznym.
"To klucz do wielu drzwi" - Carl Nathan.
Pamiętała jak w 1998 roku trzech amerykańskich naukowców, Robert F. Furchgott, Louis J. Ignarro i Ferid Murad, podzieli między siebie 978 tys. dolarów - Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny, którą otrzymali za badania nad tlenkiem azotu.
"Gdy Furchgott i Ignarro przedstawili swoje wnioski na konferencji w lipcu 1986 r., wywołali lawinę badań w wielu różnych laboratoriach na całym świecie. Było to pierwsze odkrycie dowodzące, że gaz może działać jako cząsteczka sygnalizująca w organizmie. Przenoszenie sygnałów przez gaz - który wytwarzany w jednej komórce przedostaje się przez membrany do innych komórek, by regulować ich funkcjonowanie - to całkowicie nowa zasada sygnalizowania w systemach biologicznych" – zapamiętała dobrze słowa, które czytała w komunikacie Instytutu.
Tlenek azotu – jej tlenek azotu pełni funkcję neurotransmitera.
Tlenek azotu otworzył jej drzwi.
Szła drogą na skróty. Od lat wiedziała, że trafiła w dziesiątkę. W fazie końcowej potrzebowała jednak dużego zespołu. Potrzebowała zdolnych ludzi, by prace mogły nabrać ogromnego tempa. Ostatnie dwa lata spędziła w laboratoriach firmy w Niemczech. Chciała jednak wrócić do kraju. I wróciła. W niemieckim zespole pracowały dwie Polki, które przeniosły się wraz z nią do Wrocławia – jedną z nich była Baśka. W sumie zabrała ze sobą sześć osób. Reszta pochodziła z rekrutacji w Polsce.
Największe znaczenie miała jednak ona sama. To był jej projekt. Jej pomysł. Ona wiedziała, co będzie, czuła to instynktownie, a wszystkie wyniki badań potwierdzały jej przypuszczenia. I choć od lat w i e d z i a ł a, to badania były potrzebne, badania wymagały czasu, a Oksana nauczyła się życiowej cierpliwości.
Lubiła mieć rację.
Lubiła pozycję lidera.
Raz jeszcze przejrzała wszystkie raporty. Nakreśliła swoje uwagi i zeszła do stołówki.
Jeszcze osiem do dziesięciu miesięcy, nie więcej. Za rok będziemy już na etapie klinicznych. Szybko zrobiła w myślach obliczenia. Wszystko zgodnie z planem, póki co i odpukać. Oksana myślała niemal na głos i poruszała przy tym wargami. Zamówiła mielonego z ziemniakami i zasmażanymi buraczkami. Lubiła czytać przy jedzeniu, matka zawsze ją za to ganiła, dlatego Oksana często jadła sama u siebie w pokoju. Teraz już nie mieszkała z rodzicami, a kot nie miał nic przeciwko prasie, nawet tej naukowej. Była 13:30, stołówka zaczęła się powoli zapełniać.
- Dzień dobry! – usłyszała łamaną polszczyznę. Oksana odwróciła głowę – obok stał Tom Moss, jeden z tych, którzy przyjechali z nią do Polski. Tom był Anglikiem, poznali się w Londynie.
- Hi! – Oksana przeszła na angielski, by ułatwić Tomowi rozmowę.
Wciąż czuł się tu nieco obco, ponieważ prawie nie znał języka. Był wysoki i - jak na Anglika – barczysty. Miał jasne włosy, których nie obcinał od czterech miesięcy, wyglądał więc na studenta. Mówił powoli i wyraźnie, Oksana miała wrażenie, że jest zodiakalnym Bykiem, bo był uparty i nigdy się nie spieszył. Nie lubiła takich mężczyzn. Byli stabilni, mieli zasady. Można było znaleźć w nich pewne oparcie, wiedzieli, jak dążyć do celu i jak go osiągnąć. Nie pociągali jej wcale. Ona potrzebowała dynamitu. Potrzebowała zmian i ciągłej gry. Potrzebowała rzutkości, lekkości, finezji. Jezu! - Sam widok Toma nagle okropnie ją wzburzył. Nie to, żeby go nie lubiła. Po prostu pomyślała o nim przez chwilę, jako o kimś, z kim spędza się życie. Nie – nie lubiła takich mężczyzn. Kolega, znajomy, przyjaciel, ale nie mężczyzna dla niej! Zła na siebie za bezsensowne myśli, które nie wiadomo dlaczego przyszły jej akurat do głowy, uśmiechnęła się do Toma nieco zbyt przesadnie.
- Ok., ok., nie po oczach! Twoja pasta wybielająca czyni cuda, następnym razem mnie uprzedź. – Tom potrafił być zabawny i za to ceniła go jako kolegę. Nigdy nie obciążał nikogo swoimi problemami, nie miał zwyczaju rozwodzić się nad porażkami miłosnymi. Na biurku zawsze miał porządek, a jeśli w życiu powstał bałagan, Tom uprzątał go z wrodzoną pedanterią.
- Hej, Tom, mam robotę, sorry – popatrzyła na niego spod spuszczonych powiek – jak chcesz, to wpadnij „Pod Gryfy”. Będziemy tam około dwudziestej.
Chciała jakoś wynagrodzić mu te niemiłe myśli i to, że nie miała ochoty na rozmowę. Czuła się winna, na dobrą sprawę nie wiedziała dlaczego. Miała prawo nie mieć ochoty na towarzystwo. Miała prawo myśleć, co tylko chciała. A jednak czuła się winna, bo jej myśli były NIE TAKIE. Była wręcz zła na Toma, bo przez niego musiała opuścić stołówkę. Była zła na siebie, bo nie okazała asertywności. Była zła na to, że uczono ją skrywania i tłumienia tego, co powinna śmiało okazywać. Przecież mogła powiedzieć Tomowi, że chce być sama. Że chce jeść sama. I Tom oczywiście by się nie obraził. Ale nie, trzeba było się „wymigać”. Oksana nie musiała być Miss Perfect. Nie chciała nią być. Córeczka tatusia.
Wróciła do swojego gabinetu. Wyjęła z szuflady lusterko. Przyjrzała się sobie i puściła oczko. Uśmiechnęła się a ktoś w lusterku też się uśmiechnął. „Nie patrz tyle w lustro, bo diabła zobaczysz” – mówiła do małej Oksany babcia. Oksana zastanawiała się, czy miało to zabić w niej próżność. Die Versucherin. Die Verlockerin. Kusicielka. Tak, to mógłby być ten diabeł. Zbudzona Kusicielka nie dawała jej spokoju. Oksana Zamknęła lusterko z powrotem w szufladzie.
Gdyby mogła, zamknęłaby tam znacznie więcej.

IV

Oksana nie znała ojca. Jej matka zaszła w ciążę, urodziła ją, Oksanę i zostawiła pod opieką dziadków. Po dwóch latach pojawił się Henryk i formalnie uznał Oksanę. Po kolejnych dwóch pojawiła się Ola. Choć rodzice nigdy jej nie powiedzieli, że ojciec nie jest ojcem, Oksana czuła to. Gdy była mała nie wiedziała, dlaczego ojciec – choć nigdy w najmniejszy sposób nie dał jej odczuć, że nie jest krwią z jego krwi – był jej obcy - obcy od kiedy pamiętała, a bywały okresy, że go nienawidziła. Coś było nie tak. Aż w końcu, gdy już dorosła, dowiedziała się prawdy. Prawda brzmiała: Henryk nie jest twoim ojcem. Kto nim był – nie wiedziała. Ponoć był żonaty, gdy TO się stało. Oksana podejrzewała, że nawet nie wiedział o jej istnieniu. Kiedyś, zanim się o wszystkim dowiedziała, poszła do wróżki. Wróżka powiedziała jej: „jest was troje”. Oksana zaprzeczyła. Miała tylko siostrę. Jedną. Pomyślała wtedy, że mama pewno poroniła. Potem wszystko się ułożyło w jasną całość – gdzieś, nie wiadomo gdzie, jest jej brat lub siostra. Nie chodziło jej o ojca. Rodzeństwo - ta myśl nie dawała jej spokoju.
Zmieniła stosunek do Henryka. Zaczęła patrzeć na niego inaczej, w pewien sposób szanować – bardzo musiał kochać matkę. Nigdy niczym się nie zdradził. Tylu przecież jest zboczeńców, czasem coś wymknie się podczas kłótni przy kieliszku – Henryk nigdy nic takiego nie zrobił.
Czasem zastanawiała się, czy matka myśli o Tamtym w samotne noce, czy myśli o Tamtym, gdy ojciec zaśnie? Zastanawiała się, czy matka widzi podobieństwo do Niego? Zastanawiała się, ile ma ze swojego biologicznego ojca, a jeśli dużo, czy bolało to matkę? Czy o takich rzeczach można zapomnieć? Czy matka była z Henrykiem tylko dlatego, że zgodził się dochować tajemnicy? Nie kochała go. Była mu wdzięczna, Oksana czuła to. Ola też. A gdyby powiedziała matce, że wie i że nie ma do niej żalu, że jej nie powiedziała? Czy matka odeszłaby od ojca? Pewno nie, nie ona.
A jednak – miała żal do matki. Miała do niej żal, bo matka okazała się obłudną. Ta ciepła, kochana przez wszystkich, uczciwa osoba, była obłudna. Oksana coraz bardziej oddalała się od niej. Henryk bywał przykry i prostacki, ale nie był obłudny. Pamiętała słowa często powtarzane przez matkę: „Lepsza najgorsza prawda, dziecko, niż najmniejsze kłamstwo”. Oksana czuła wzbierający gniew. Jakim prawem wypowiadała te słowa? Ona! Ta, która zataiła przed Oksaną istnienie człowieka, który dał jej życie. Nie miała prawa, nie miała prawa karcić jej za kłamstwo – wyssała je wraz z jej mlekiem - kłamstwem karmiona przez tyle lat. Kłamstwo dla jej dobra – to pewno matka by powiedziała. „Kłamstwo jest kłamstwem” – dźwięczały pod sufitem słowa matki. Oksana też kłamała dla dobra rodziców, bo nie znosiła, gdy ktoś wtrącał się w jej osobiste sprawy. W jej uczucia. W jej duszę. A oni chcieli mieć to pod kontrolą.
Serce Oksany biło równym, szybkim rytmem. Chodziła tam i z powrotem po pokoju. Nic jej nie jest winna. Żadnego zwierzenia, żadnej opowieści o życiu prywatnym.
Nic.
Dla matki jest pustką.
Dla matki jest naukowcem.
Matka wcale jej nie zna - pewno ją to boli, bo zawsze była wrażliwą osobą. Sama sobie spieprzyła życie, a Oksanie nic do tego. Nie, nie będzie się z nią dzielić swoim życiem, swymi problemami i radościami.
Prędzej pójdzie do Henryka, bo on był przynajmniej uczciwy.
Nie.
Pójdzie do laboratorium. Próba wyjdzie, albo nie wyjdzie.
Tak, Oksana lubiła jasne sytuacje.



V

„Alfredo” było małą restauracyjką w Strzegomiu. Oksana jeździła tam, bo podawali najpysznejszy na świecie żurek w chlebie. Siadła z przyjaciółkami tam, gdzie zwykle, zamówiły i oddały się cudownemu rytuałowi pogaduszek.
- To się chyba nazywa pech. – Karolina zrobiła minę małej dziewczynki. – Pamiętacie Tomasza?
Doskonale pamiętały - Tomasza poznała jakieś cztery lata temu na jednym z erotycznych czatów.
- U Tomasza pociągał mnie głos. Kiedy do mnie zadzwonił, mówił przez pół godziny, a ja nie wiedziałam, o czym. Co za głos! Głęboki, męski, spokojny, kojący...Jezu! A potem, cóż, spotkałam go i okazał się bardzo przeciętnym facetem, a przy tym co dzień palił trawę. No i był żonaty. To jego wady. No i miał córkę. To też wada. Wiecie, że chciałabym się z kimś związać, ale jakoś mi nigdy nie wychodziło. To też nie wyszło, ani wcześniej nic z chłopakami z pracy, ani nawet z żadną dziewczyną. No i słuchajcie. Parę dni temu zagadał do mnie na gg jakiś chłopak. Spodobał mi się. Był miły, dobrze wychowany, dowcipny i inteligentny. – Karolina zrobiła pauzę - Spodobał mi się. Napisał, że ma 175 centymetrów wzrostu i waży 73 kilogramy. Brunet. – Kolejna pauza - Spodobał mi się. No i się z nim umówiłam. Miał to, czego nie miał Tomasz i brakowało mu...ma piskliwy głos. – zakończyła z miną winowajczyni.
- Jak piskliwy? – Baśka ze spokojem zagłębiała się w szczegóły.
- Zwyczajnie. Piskliwy. Nie znam żadnego faceta, który ma chroniczną mutację. Po pewnym czasie się przyzwyczaiłam, bo byliśmy sami, ale...no wiecie. A poza tym, czy można dyskwalifikować faceta tylko na podstawie głupiej barwy głosu?
- Z biologicznego punktu widzenia jest to całkiem rozsądne. – Baśka pocieszała, jak mogła – Ty masz w sobie coś pierwotnego, więc...
- Więc mam podążać za instynktami? Jak długo?
- Słuchaj, nie rób nic na siłę. – Oksana zanurzyła łyżkę w żurku. – Pomyślisz sobie, że to może miłość twojego życia i trzeba dać jej szansę. Gówno. Miłość życia iskrzy przy pierwszym poznaniu. Daje znak. Iskrzy, rozumiesz, nie skrzypi.
Karolina udała oburzoną, ale atmosfera została oczyszczona i uwolniona od ciężkiego tematu. Samotność nie dla wszystkich jest łatwa. Dla większości nie jest, bo człowiek to istota nie tylko społeczna, ale i rodzinna. Karolina jak najbardziej była społeczna i bardzo chciała być rodzinną, bardzo chciała być związana, a jednocześnie wysoko stawiała poprzeczkę. Mężczyźni się jej bali. Pociągała głównie starszych, doświadczonych. Koneserów. Ale oni nie pociągali jej. Nie pochodziła z rozbitej rodziny, ale brakowało jej ojca. Sypiała więc z tymi starszawymi panami, a oni troszczyli się o nią, dyskutowali z nią i uczyli. Uczyli tego, jaki prawdziwy mężczyzna powinien być. Stawiała ich potem za wzór młodszym i młodsi przegrywali, bo brak im było obycia. Brak im było przeszłości, sukcesów i wszystkiego. Mieli tylko ciała i penisy. Część bała się jej, bo była od nich mądrzejsza. A gdy nie ujawniała swego intelektu, traktowali ją jak przygodę. A ci, co jej się nie bali, byli ... po prostu nie dość dobrzy.
- Gdybym go mogła naoliwić jak skrzypiące drzwi, nie byłoby źle. – Karolina nie mogła zostawić tematu. Nie mogła potraktować go jak dowcipu, nie chciała żartować ze swojego życia.
- Słuchaj, w ostateczności zapłodnisz się in vitro. Sprawdzimy to z Baśką i po bólu. - Oksana przesunęła talerz.
- Oksana, wiesz, to dziwne, ale widzę przy sobie dziecko, a nie widzę mężczyzny. Za długo jestem sama. Czy to objaw zdziwaczenia?
- Głupia jesteś. – Pola po raz pierwszy zabrała głos, ale zrobiła to dosadnie. – Ustalamy normy, bo tak jest łatwiej i szybciej. Nie musimy pytać sumienia, czy postępujemy słusznie. Żeby mieć dziecko, trzeba mieć męża. Bzdura. Kto powiedział, że dzieci wychowujące się bez ojca mają gorzej w życiu? To my sami piętnujemy te dzieci, wpajając naszym, że modelem właściwym jest Wenus plus Mars plus potomstwo. Wkurwia mnie to. Nie znoszę obłudy. Żyj tak, jak ci się podoba.
- Reszta może cię odrzucić. – Oksana zgadzała się z Polą, ale musiała być po swojemu rzeczowa.
- Ja mam to w dupie. Myślisz, że moi odbiorcy zrezygnują z kupowania u mnie, bo nie mam męża? Mama przestanie mnie kochać? No i mam was, nie?
- Słuchajcie, mój skrzypiący adorator to nie problem. Może powinnam zmienić podejście?
- Jesteś super dziewczyną, Karol. Popatrz na swoje włosy. Oczy, cerę. Jakie ty masz nogi? Jezu...byle kto do ciebie nie pasuje. Jak kochać to księżniczki, jak kraść to miliony – prawda stara, przebrzmiała, nieprawdziwa, bo nie każdego stać na taką prawdę. No, ty możesz błękitnych obojga płci, więc i tak masz zwiększone szanse. Ale nie sądzisz chyba, że na każdym rogu siedzi jedno z nich. Błękitna krew jest rzadka i ostrożna, moja droga. I nie między każdą księżniczką i księciem zaiskrzy.
- Cóż, mój biseksualizm może i zwiększa szanse, ale błękitna krew działa maksymalnie w przeciwną stronę. Może i żaden książe ani księżniczka na mnie nie czeka. A wtedy zostaje mi in vitro i Ben.
- Kto to jest Ben? – Baśka pierwsza skończyła zupę.
- Jej wibrator. – Pola była lepiej poinformowana, gdyż przyjaźniła się bardziej z Karoliną - Oksana była bliżej z Baśką – o ile można z kimś przyjaźnić się bardziej, a z kimś mniej.
Tak, Ben nie zdradzi. Ben nie zawiedzie i nie rozczaruje. Zawsze jest gotowy i wierny. Zawsze na miejscu. Może nie odpowie i nie weźmie udziału w dyskusji, może nie przytuli, ale i nie każdy mężczyzna to potrafi. Często jest tak, że ważna staje się sama obecność. Że jest ktoś. Nieważne, kto. Ale tak jak można przyzwyczaić się do obecności, tak i można przyzwyczaić się do jej braku. Jeśli coś takiego jak brak istnieje.
Ben – kilkanaście centymetrów silikonowego bolca. Karolina nie używała go zbyt często – wolała zadzwonić po swoje „pogotowie”. Wolała pojechać do dyskoteki po jakiegoś techno-boya. Bena, kajdanki, kulki, dwustronną i długą atrapę penisa zabierała ze sobą jedynie na seks party. Nie była nimfomanką, nie była zboczona, mimo że niektórzy oceniać to mogli inaczej.
- Bena zostawcie w spokoju. Kurwa, nie o to chodzi. Moje koleżanki z podstawówki wychodzą za mąż, rodzą dzieci i spotykam je na ulicy. Pytają ze strachem – a co u ciebie? Tak, jakby wyczuwały, że...w zasadzie nie wiem, co. Że im się udało, a mi nie?
- Karol, kto powiedział, że ci się nie udało? – Pola rozpoczęła tyradę - Wiesz, ty to jesteś taka, że chcesz mieć to, co inni mają. Widzisz koleżankę i porównujesz: ona ma – tu rozstawiła palce - swojego chłopa, córeczkę i fiata punto. Ty: kopę cudzych chłopów, którzy wolą ciebie od własnych dziewczyn i żon, kino domowe i roczną Toyotę. A później porównujesz i widzisz porażkę osobistą, bo nie masz „swojego” chłopa, który by...który by co? Karolina, nie każdy MUSI tworzyć trwałe związki. Nie zastanowiłaś się, że może poniosłabyś osobistą porażkę wychodząc za mąż? Twoje „chciałabym” – co to ma być? Karol – jeżeli kiedyś naprawdę zechcesz – a wyjdzie to z twojego wnętrza, a nie jakichś pozorów – to to dostaniesz. Nie czuj się nieszczęśliwa tylko dlatego, że jakaś świeżo upieczona mama, a twoja dawno zapomniana koleżanka za taką cię uważa. Dziewczyno, co ona o tobie wie?
- Wiesz, gdy byłam mała nie lubiłam piwa i patrzyłam na dorosłych jak na wariatów, gdy zachwycali się smakiem czeskiego Pilsnera. – Baśka skorzystała z ciszy - Teraz sama się zachwycam, a na dzieci, które sądzą inaczej patrzę ze zrozumieniem – bo wiem, że dorosną. Nie twierdzę, że ta od fiata punto jest dorosła, a ty jesteś dzieckiem. Przeciwnie - obie jesteście dorosłe. Tylko, że mimo berbecia w wózku, u niej tego nie widać. Można być dzieckiem na wiele sposobów, dorosłym również – dzieci tego nie rozumieją, dorośli powinni.
- Dobra, moje dorosłe i wszystkowiedzące panie. Podsumuję zupę: Baśka spotyka się ze swoim lingwistą – Oksana celowo przeciągnęła słowo „lingwista” – i on ją zapewne natchnął, by używała dziś pięknych metafor z piwem jako bohaterem głównym. Pola – jest fenomenem – osiem lat z jednym facetem bez ślubu i bez dzieci. Karolina – z Benem&Company. Ja – z utraconą miłością życia. Baśka i Pola problemów egzystencjalnych nie mają, Karol ma je pozornie – albo dla pozoru – a ja uczę się żyć.
- Z piętnem „porzuconej”... - powiedziała głębokim głosem Karolina.
Kelnerka przyniosła drugie danie. Wieczór zdecydowanie należał do udanych.
- Oksana ty masz wtyki w polityce – rozpoczęła konsumpcję drugiego dania Baśka. – Mów, co tam na froncie północnym.
- Szczerze mówiąc, to nie wiem. Ponoć góra spanikowała, ale przedterminowych nie będzie, bo kto ci z diet zrezygnuje. Parę tygodni temu byłam na oficjalnym rozpoczęciu kampanii do Parlamentu Europejskiego takiej formacji jak Samoobrona. I kogo widzę – Rafał Kubacki. Teraz już wszyscy wiedzą, choć na plakatach wyborczych nie widać, z jakiego jest ugrupowania. A jeden z nich przemawiał długo, a na koniec powiedział, że Unię trzeba wydoić i zademonstrował to na krowie. Krowa była z drewna. Polityki nie ma w tym kraju. To znaczy, wszyscy politykujemy w domu, bo wszyscy się na tym znamy, o! – Oksana wydłużyła swoim zwyczajem „o” – Ale wiecie, jak dla mnie to wstyd. Polityka jest wielką sztuką.
- A raczej była, bo już nie ma polityki. – stwierdziła Karolina. – Jeżeli coś, co zaliczamy do sztuki karleje, to przestaje być sztuką. Sztuka zawsze jest wielka. Nie ma czegoś takiego jak „mała sztuka”.
- Ale jest sztuczka. – zachichotała Baśka.
Trzy kobiety zawtórowały jej. Trudno było znaleźć określenie dla polskiej sceny politycznej. Koalicja SLD-UP cieszyła się 6% poparciem. A była to koalicja rządząca. Samoobronę – partię populistyczną, prowadzoną twardą ręką „Pana Przewodniczącego” Andrzeja Leppera popierało 27% społeczeństwa. Samoobrona żerowała na ludzkim niezadowoleniu i wyzyskiwała błędy innych partii do budowy swojego wizerunku. Przyznać trzeba, że robiła to bardzo sprawnie. Ale wszyscy zamiast trudnić się polityką stosowali, bądź zostali zmuszeni do stosowania sztuczek.
- Polska Rzeczpospolita Sztuczek – westchnęła Oksana. – Zbierajmy się do domu nim Belka przestanie być premierem. Nie powinien wracać z Iraku, nie uratuje czegoś, co nie chce być uratowanym. – Wstała od stołu, wzięła pod ręce Karolinę i Baśkę, a Pola została, by uregulować rachunek, bo właśnie była jej kolej.

VI

Karolina zatrzasnęła drzwiczki samochodu. Drzwiami łączącymi piwnicę z garażem wyszła na (...) cdn

Opublikowano

Bardzo ciekawe podsumowanie. Panowie komentatorzy od rzeczywistości się ucieszą. Akapity jakieś takie nierówne, jakby każdy pisał kto inny. To celowy zabieg? I to będzie powieść, jak rozumiem? Chętnie poczytam :)

Opublikowano

podoba mi się, przeczytałem ze sporym zainteresowaniem. tekst przyciąga uwagę, a to chyba najważniejsze.

bardzo podoba mi się pierwsza część, stanowi możliwość "wczucia się" w styl pisania. niby jest
prawie niezwiązana z resztą (poza zakończeniem, które znów wraca do polityki - jakby klamra spinająca tekst, od polityki i UE do UE i polityki), ale bardzo ciekawie pomyślana i napisana.

no i wreszcie nie mogę nie zauważyć wzmianki o niezrównanym Leonidasie.

pozdrawiam
MZ

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @andrew   To "w codzienności ciebie nie ma" - bo właśnie ta nieobecność obok obecności jest najtrudniejsza do opisania i najtrudniejsza do zniesienia. Wiersz bardzo prawdziwy.
    • Utwór inspirowany "Modelem Pickmana" H.P.Lovecrafta, "Portretem Owalnym" E.A.Poe oraz prozą poetycką w duchu gotyckiego romantyzmu i dekadencji. Po ostatnich moich naprawdę słabych tekstach, staram się nim powrócić do równowagi i poziomu artystycznego do jakiego siebie i Was przyzwyczaiłem. Najdłuższy mój tekst od bardzo dawna. Od razu przed tym przestrzegam.   "Portret Owalny" cz.1   Kariera miejskiego urzędnika  nie pociągała mnie ani trochę, więc szybko z niej zrezygnowałem, uwalniając się tym samym  od dyktatorskiej postawy i protekcji  mojego kochanego ojca  w którego wydziale miejskim  miałem okazję zdobywać doświadczenie, lecz częściej stawałem się  niesłusznie obarczaną winą  za wszelkie niepowodzenia marionetką  niż pełnoprawnym rajcą. Zrezygnowałem w grudniu, pobierając jeszcze ostatnią należną pensję i przeznaczając ją na bilet kolejowy  do pobliskiego miasteczka i pierwszy czynsz na nowym dość dobrze usytuowanym i wyposażonym mieszkaniu. Nie chciałem spędzać świąt  w rodzinnym domu. Zresztą i ojciec  nie dał poznać po sobie  by miał jeszcze ochotę  mnie kiedykolwiek oglądać. Nie zapytał o nic. Z czego będę żył? Gdzie będę mieszkał? Z kim będę spędzał czas? Szczerze to sam nie znałem odpowiedzi. Utrzymanie mieszkania kosztowało sporo. Nie miałem w miasteczku  innych krewnych ani znajomych. Nie miałem żadnego  przydatnego fachu w ręku. Zresztą osobista duma  nie pozwoliłaby mi zniżyć się do poziomu  brudnego robotnika czy górnika. Pech a może jednak szczęśliwy traf chciał, że trafiłem pod dach,  który krył ludzi  w większości mojego pokroju i pochodzenia jak również opierających  swoje przemijające rwąco życie  na przyjemnościach związanych  z zasobnością rodzinnych kont. Kamienicę naszą nazywano dżunglą. Pełna była kolorowych ptaków  tutejszego życia elit kulturalnych. Byli i odszczepieni siłą  od konserwatywnego salonu  banici poetyccy. Byli malarze tak genialnie operujący okiem wyobraźni i przestrzeni, że ich płótna zdawały się żywymi oknami, portalami pokazującymi świat  nie dostatni i widzialny dla większości, lecz ten mroczny i splugawiony wyziewami trujących plag nocnego życia. Prostytucją, porachunkami gangów, pijaństwem, opiumową gorączką, studenckim, hedonistycznym rozpasaniem, oraz eskalacją i gloryfikacją  przemocy i zepsucia. Byli też sensualni  do granic sennych marzeń rzeźbiarze. Zakochujący się romantycznie  w ideale wykutych mięśni i talii. Kamiennych lecz spragnionych czułości ust, jak i mlecznych, pełnych piersi, błagających o zbliżenie mokrego  od rozkosznej tęsknoty języka swych twórców. Wszyscy żyliśmy tam nie tu. Trwaliśmy w narkotycznej mgle umysłu. Pijackim śnie o pochwale sztuki. Jawa była koszmarem z którego budził nas dźwięk delikatnych dzwoneczków weny. Muzy pieściły nas tak długo, aż zatapialiśmy się  na długie godziny lub całe dni, w szorstkiej fakturze papieru lub nieskazitelnie dziewiczej bieli płótna. Lecz trwało to tylko chwilę. Zbyt krótko byśmy mogli zapomnieć  o zgrzytach struktury codzienności. O nauce, pracy czy rachunkach, tych uregulowanych bądź nie. Stos tych drugich  z czasem zaczął piętrzyć się  na sekretarzyku w moim gabinecie. Widmo nędzy,  stanęło przed oczyma  trzymając w kościstych dłoniach  weksle i wezwania do zapłaty. Dług gonił dług a pożyczka poganiała kolejną, Mówią, że tonący w bezdni morskiego wiru nawet brzytwy podanej się schwyci. I podał mi takową przypadek zupełny. Ogłoszenie w dzienniku porannym o treści jakże dla mnie ciekawej. Pewien malarz o jak stało w ogłoszeniu, nienagannej kulturze i ugruntowanej pozycji, szukał modeli do swoich prac a w szczególności portretów. Wypłaty gwarantował  po każdej ukończonej sesji   a ich wysokość przedstawił jako  wysoce satysfakcjonującą. Zaznaczył przeto  że nie interesuje go płeć piękna  a młodzi mężczyźni w sile witalnej, najlepiej studenci lub uczniowie liceów. Podane były dane do kontaktu listowego. Mile połechtany w czarnej godzinie próby, postanowiłem napisać do niego, składając swe gorące zainteresowanie ofertą jak i możliwością pracy z prawdziwym artystą. Pokrótce opisałem siebie  i swój wygląd zewnętrzny. Na końcu łącząc wyrazy szacunku i uznania  z prośbą o jak najrychlejszą odpowiedź. I ta przyszła już tydzień później  o dziwo dostarczona przez  chłopca na posyłki  w samym środku nocy. W krótkim liściku  zapisanym pięknym, równym pismem, malarz zapraszał mnie  wieczorem dnia najbliższego  na spotkanie i zarazem pierwszą sesję, na pobliski cmentarz  u zbiegu ulic Traverse i Elm. Miejsce wydało mi się nie tyle podejrzane  co bezmiar dziwne i abstrakcyjne, lecz proszono mnie w liściku o natychmiastowe potwierdzenie przybycia. Napisałem więc kilka słów zapewnienia  o moim pojawieniu się  o godzinie ósmej wieczorem  pod bramą nekropolii. Włożyłem liścik wraz z pięciopensówką  na powrót w dłoń chłopca  a ten pobiegł jak wicher  w opustoszałe i ciche ulice miasteczka. Przez cały dzień padał rzęsisty deszcz, który po zachodzie słońca przemienił się  w duże i mokre płatki, lepkiego śniegu. Leżał wszędzie. Na parkowych alejach,  wybrukowanych ulicach, w nieczynnej, miejskiej fontannie  u stóp ratusza a także pokrył zimnym płaszczem  grobowce nekropolii. Zjawiłem się punktualnie  jak na dżentelmena przystało. Na spotkanie pierwej nie wychynął mi nikt. Brama cmentarna była zamknięta  na dwie solidne, mosiężne kłódki. Ciężko byłoby ją ruszyć z miejsca  a przeskok przez nią  powodował ryzyko upadku  z dość wysoka lub nabicie członków ciała na ostre okucia, sterczące jak kły z paszczy bramy. Postanowiłem spokojnie zaczekać. Mrok rozjaśniony poświatą świeżego śniegu, nie zasłaniał w pełni  elementów miejscowego krajobrazu. Przede mną rozciągał się piękny  acz zapomniany lekko cmentarz. Aleje nie były brukowane. Krzywe i wyboiste  prowadziły do wiecznych domów zmarłych. Większość nagrobków opierało się jeszcze potędze bezdusznego czasu. Wyglądały spod ziemi ciekawie, niczym główki ghouli. Od większych grobowców, wionęło dojmującą ciszą, pustką  i tym specyficznym, namacalnym odruchem grozy, lepkim i zimnym przepływem  nieprzyjemnego prądu po grzbiecie. Broniły one skutecznie  spokoju swych mieszkańców. Żałobne anioły z marmuru  marzły na swych pokaźnych cokołach. Ślepym wzrokiem wiodły smutno  po zapuszczonym terenie. Czasami zaskrzypiał stary, dębowy krzyż. To znów wyczulony przez ciszę,  głuchej przestrzeni wokół słuch, wyłapał gdzieś w głębi cmentarza, krótki jęk, stęknięcie czy wycie i skomlenie. To wiatr płacze w koronach wiązów. A może bezdomni pijacy  dogorywają gdzieś w upodlonym upojeniu, wpadając nieuważnie  do otwartych powtórnie starych mogił. Obejmują ich ciała, kości i resztki zbutwiałych trumien. Zasypuje ich rozkopana wcześniej ziemia, odmawiając im rozgrzeszenia win  lecz zapewniając wieczny odpoczynek. Wzdrygnąłem się ze strachu. Z zamyślenia wyrwało mnie nagłe połaskotanie z okolicach łydek. To tylko rudo-biały kot trzymający zamęczonego szczura w pyszczku, chciał najpewniej  pochwalić się swą zdobyczą. Serce waliło mi jak oszalałe a kot niezrażony swym zachowaniem, skoczył gdzieś  do podpiwniczenia wieży ciśnień,  która jak góra wyrastała za moimi plecami. Ledwie ochłonąłem  a posłyszałem szybkie kroki, tym razem z pewnością ludzkie. Gdzieś ze środka cmentarnego muru  nagle wychynęła ludzka, dziecięca postać. Był to chłopiec  który przyniósł mi wiadomość od malarza. Był lekko zdyszany, czerwony na buzi ale szczęśliwy  widząc mnie w umówionym miejscu. Zdjął kaszkiet, ukłonił się  i skruszonym głosem powiedział. Przepraszam pana  z całego serca za spóźnienie  to wszystko przez tą pogodę. Cmentarz jest wyjątkowo  niebezpiecznym miejscem  przy takim śnieżnym maskowaniu. Jeden nieuważny krok i można złamać nogę lub skręcić kark wpadając komuś do grobu  z zupełnie niezapowiedzianą wizytą. Ale my na szczęście się umawialiśmy. Musi pan wybaczyć również panu Wildowi. Nie pokazuje się osobiście. Nie opuszcza już cmentarza i swej pracowni. Poważnie zachorował kilka lat temu. Choroba wykluczyła go zupełnie  ze współżycia społecznego… no może jednak nie zupełnie. Sprzedaje przecież obrazy do galerii sztuki, kontaktuje się listownie z innymi wielkimi malarzami i artystami. Poszukuję też coraz to nowych modeli  do swych dzieł i dlatego pan tutaj przybył. Zapraszam za mną. Pan Wild oczekuję w centrum nekropolii. Mur jest dziurawy w tym miejscu. Wystarczy że delikatnie się pan pochyli  i przejdzie bez problemu. Znam tutaj każdą szczelinę, dziurę i ścieżkę. Będę omijał najgorsze z nich. A gdy to nie wystarczy. Będę ostrzegał zawczasu.   Cóż innego przyszło mi czynić. Pochyliłem się przy rzeczonej dziurzę  i wszedłem za chłopcem na teren cmentarza. Od razu poczułem, jakbym cofnął się w czasie o cały wiek lub nawet dwa. Wszędzie panowała dostojna cisza. Wiatr ucichł w konarach  a wszelkie chrobotania, szelesty i pomruki, zamarły zgaszone tchnieniem  nocnego mrozu. Kobierzec dawno nie podcinanych traw, przybitych teraz ciężarem śniegu do podłoża był śliski i zdradliwy. Nocne harce pobudzonej wyobraźni, nadawały pomnikom czy ławkom, kształty i przeznaczenia  zbyt fantazyjne z oddali, by nie być zdziwionym  ich codziennej, powszedniej roli, będąc bezpośrednio w ich zasięgu. Chłopiec nie prowadził mnie  utartym szlakiem alejek. Kluczył pobocznymi sektorami, najwcześniej pochowanych  tu nieszczęśników. Widziałem spękane i starte płyty nagrobne, ozłocone, zaśniedziałymi literami. Zapadłe pomniki. Stare o wyblakłych, przytępionych rysach  i anonimowych twarzach. Opierające się grawitacji. Skrzywione i zgarbione  od skruszałych dawno elementów i rogów. Były i mogiły zdać by się mogło bezdenne. O barwie niebytu. W kolorze śmierci. O odcieniu wiecznej żałoby. Wyobraźnia plotła mi figle, bo wydawało mi się nieraz, że z takowych mogił wychynęły, pokryte liszajem i zgnilizną palce dłoni. To znów błysnęło lękliwie rubinową barwą, oko lub dwoje oczu. Ledwie kilka metrów od nas, przewrócił się mosiężny krzyż. Wpadł w szczelinę pomiędzy dwa zapomniane od lat groby. Dam głowę, że zaraz potem usłyszałem  w tym miejscu krótki, szczekliwy śmiech  a po nim odgłos ciągnięcia czegoś ciężkiego w głąb mroku nekropolii. Przechodziliśmy obok  dawnej cmentarnej kaplicy. Była kamienno, ceglaną wydmuszką. Spłonęła w czasach  gdy byłem malutkim dzieckiem. Próbowano ją odbudować  i gdy pracę miały się już ku końcowi, piekielny los zesłał burzę, której piorun dopełnił dzieła zniszczenia. Teraz mówi się, że jedynie diabły mieszkają na jej spalonych węgłach. Za kaplicą, osaczony przez  grożące zawaleniem grobowce, stał malutki domek  a raczej dawna szopa mieszkalna  tutejszego grabarza. Absolutnym absurdem i wstrząsem było to, że dawniej w czasach użyteczności budynku, miał on swój osobisty ogródek  i maleńki zalążek sadu. Dziś plonem ziemi cmentarnej  były jedynie wysuszone chaszcze, wyrośnięte gęsto chwasty i mlecze oraz trujące więzy bluszczu. Budynek miał jedno niewielkie okienko. Porysowane i zaklejone brudem. Lecz to w nim dostrzec można było wreszcie, jedyny niezaprzeczalny ślad życia. Ogień lampy lub świecy, tańczący wesoło w głębi pomieszczenia. Chłopiec podprowadził mnie bliżej budynku. Musi pan wiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. Pan Wild nie mówi. Choroba zabrała mu nawet tą cząstkę  niezaprzeczalnego człowieczeństwa. Ale zapewniam, że z jego umysłem jest wszystko w jak najlepszym porządku. Komunikuję się prostymi gestami lub listami  takimi jaki otrzymał pan poprzedniej nocy. Pan Wild oczekuję. Proszę wejść bez strachu. Ja muszę się niestety pożegnać. Do widzenia panu. Zgiął narożnik kaszkietu w pożegnaniu  i odszedł szybko tą samą drogą, którą mnie prowadził.     Zostałem sam na sam z nieznanym. Pośrodku zapuszczonego cmentarza. W centrum jego trupio-gnilnej estetyki. Miałem spotkać wielkiego acz schorowanego a kto wie, może i obłąkanego artystę. Jego dom, jeśli można by podnieść  do takiej infrastrukturalnej formy  ten rozpadający się na oczach przybytek. Przerażał i nęcił jednako. Przypominał mi trochę dziecięce wizualizację, baśniowych opowieści o domach wiedźm, którymi mama straszyła mnie przed snem. A może po prostu nie ma się czego bać. Pora jest nieodpowiednia. Miejsce ekscentryczne  i introwertyczne do głębi. Ale przecież za drzwiami, może kryć się  najnormalniejszy dom artysty. Pracownia, pełna sztalug, rolek płótna, zapachu farby i naturalnych barwników. Pełna gotowych prac, wiszących na ścianach  i odstawionych na trójnogach. Gotowych do wyjścia w świat. Do prywatnych kolekcji i galerii. Przyjaciół artysty i krytyków sztuki. Wild jest portrecistą. Maluję najpewniej tylko na zamówienie. Portret jest odbiciem modelu. Nie ma tu miejsca na własny sznyt i fantazję, trzeba oddać jedynie jak najgłębszy realizm. Każdy szczegół, zmarszczkę, bliznę. Skupiony w jednym punkcie wzrok. Powagę biologicznej doskonałości  istoty ludzkiej. Nie wolno bawić się formą, barwą, stylem  czy nadinterpretacją. Dodawać od siebie i ujmować. Nie ma miejsca na lekki nawet uśmiech, ale i na sadystyczny tragizm czy makabrę. Stukając do drzwi miałem nadzieję i miałem nadzieję, że nie zostanie mi ona brutalnie odebrana. Nie spodziewając się odpowiedzi gospodarza po tym czego się dowiedziałem, wszedłem pewnie do środka.     Pierwsze co poczułem  to uderzające i dziwnie otulające  kojącym całunem ciepło. W izbie brakowało tlenu. Panował parny zaduch  o woni silnie słodkiej i mdlącej. Podświadomie wciągnąłem przez usta  haust powietrza i dłuższą chwilę  nie miałem ochoty  wypuszczać go ze swego wnętrza. W powietrzu unosił się również zapach starego, wilgotnego drewna i lakieru. Drobinki kurzu, wzbite nagłym ruchem drzwi, osiadały teraz na powrót na znajome elementy pomieszczenia. Szopa miała oczywiście  tylko jedną niewielką izbę. Świece ustawione niedaleko okna  dawały jednak wystarczającą ilość światła by nie mówić o mrocznej atmosferze domu. W centrum izby stał długi heblowany stół z dwoma zydlami u krótszych boków. Ściany były krzywe i odarte. Na nich jak się wcześniej domyślałem, wisiały prace Wilda. Te portrety były nie tyle  przerażające i wstrząsające  co idealnie zlewały się z otoczeniem  nie domu jednak a samej nekropolii. Wild portretował nie tylko żywych  ale i umarłych. I trzeba mu to przyznać na jego płótnach  wracali do sił i życia. Byli tam trędowaci i Ci co zmarli  na szkarlatynę lub ospę. Były ofiary wypadków, pożarów i utonięć. Byli wisielcy i Ci którzy postanowili  zrobić sobie w głowie otwór  od kuli rewolweru. Ofiary pobić i porachunków. Tylko mężczyźni w sile wieku. Wszyscy martwo wpatrzeni w przestrzeń. W Wilda, który dał im drugie życie. Pomyślałem, że nie jest to galeria śmierci  a bluźnierczego odrodzenia. A potem uderzyło mnie jeszcze coś. Skąd Wild brał te  trupie rekwizyty do swoich prac? Czy przypadkiem tak duża liczba pustych mogił nie jest udziałem jego fascynacji? Czy cmentarz nie zapewniał mu, nieograniczonego wręcz przypływu weny? Wykopywał ciała  i wskrzeszał je dzięki obrazom. Chciałbym nazwać go szaleńcem, lecz pewnie wolałby  żeby określać go geniuszem, którym mimo wszystko był.     Wild stał obok stołu,  zwrócony do mnie prawym profilem. Nie odwrócił się ku mnie zupełnie, nawet na myśl o tym, że mógłbym teraz ujrzeć jego twarz  przeszedł mnie dreszcz. Był delikatnie niższy ode mnie, szczupły i ograniczony ruchowo, zapewne przez postępującą chorobę. Jedynie tyle byłem w stanie stwierdzić ponieważ Wild przywdział  jakiś dziwny fason  jednoczęściowego płaszcza,  który przypominał z początku zakonny habit. Czarny kaptur zarzucony był głęboko. Na tyle by zupełnie ukryć twarz  a spotęgować uczucie panicznego lęku. Nie byłem w stanie przywitać się z nim  w sposób zupełnie naturalny. Po prostu zamarłem na linii progu. Pomyślałem, że chyba każdy kto tutaj wchodzi staje się niemy. Wild poruszył prawą ręką i wskazał palcem na pozostawioną na stole kartkę. Zrozumiałem. Sięgnąłem po nią  i przeczytałem krótką notatkę.   Cieszę się, że możemy się  spotkać Panie Scholl  i mam nadzieję że dotarł Pan do mnie  bez żadnych niepotrzebnych opóźnień  ani problemów. Ma Pan z pewnością całą masę pytań, lecz jeśli zgodzi się Pan, chciałbym jak najszybciej skorzystać  z naszej umowy i rozpocząć pracę. Najlepiej maluję mi się nocą  i nie chcę marnować nawet sekundy  z i Pana cennej doby. Jeśli się Pan zgadza,  proszę przejść na przygotowane  dla Pana krzesło  naprzeciw gotowego płótna  a ja pokieruję gestami, jak powinien się Pan ustawić i pozować. Oczywiście moja gościnność  i zasobność domu  jest do pańskiej wyłącznej dyspozycji. Jeśli tylko poczuję Pan znużenie sesją, proszę mówić a zrobimy przerwę. Mam nadzieję, że mimo pory  i dość obskurnego otoczenia  będzie się Pan czuł swobodnie.. aha tak zapomniałbym…  sesja jest płatna z góry. Pieniądze przygotowałem obok tej notatki. Jeśli ta kwota nie wystarczy, proszę powiedzieć a ureguluję  brakującą część po sesji nad ranem. Jeszcze raz serdecznie Pana witam. Oddany  Victor Wild.     I faktycznie obok notatki  spoczywała biała, zalakowana koperta. Otworzyłem ją na oczach Wilda  i zerknąłem do wewnątrz. Spoczywała tam mała fortuna. Przynajmniej jak na moje potrzeby  i spłatę wszystkich zobowiązań. Nie zastanawiając się już dłużej, przeszedłem w głąb izby  i usiadłem na trochę zbyt sztywnym krześle. Podświadomie wyczułem uśmiech Wilda  pod osłoną kaptura. Za takie pieniądze jednak, mógłbym spędzić tu z nim resztę swego życia.  
    • @Somnia   Niesamowicie gęsty, oniryczny klimat. Pięknie ujęta tęsknota za kimś, kto jest blisko, a jednocześnie pozostaje nieosiągalny. Zaintrygowało mnie to, jak oswojona jest tu ciemność. Zazwyczaj budzi lęk, a u Ciebie staje się schronieniem i przestrzenią do spotkania z samym sobą.
    • Raz pewien byk gdzieś w dolinie Baryczy zbijał bąki, a bąk w trawie się byczył. Byk na bąku siadł, do Baryczy wpadł, no i teraz już w Baryczy byk ryczy.  
    • @Na liniach czasu   Czereśnie zawsze były owocem niecierpliwości - i właśnie to tu czuć. Smak czegoś, co jeszcze nie zdążyło dojrzeć, a już kusi. Piękny wiersz!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...