Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

  • 2 tygodnie później...
  • 2 tygodnie później...
Opublikowano (edytowane)

Ostatnio dotarła do mnie pewna refleksja.

 

Już wyjaśniam.

Zrobię to na przykładzie wiersza Pani Szymborskiej:

 

Choć­by­śmy ucznia­mi byli                                 "wiersz a"
naj­tęp­szy­mi w szko­le świa­ta,                          "wiersz B"
nie bę­dzie­my re­pe­to­wać                                   "wiersz c"

żad­nej zimy ani lata.                                          "wiersz D"

 

A teraz zapiszmy ten tekst tak:

"wiersz a" "wiersz B"

"wiersz c" "wiersz D"

 

Choć­by­śmy ucznia­mi byli naj­tęp­szy­mi w szko­le świa­ta,        "a" "B"
nie bę­dzie­my re­pe­to­wać żad­nej zimy ani lata                         "c" "D"

 

W tym przypadku mamy elegancję polegającą na zachowaniu rymu po złożeniu wersów.

 

A teraz przykład z mojej "twórczości":

 

dziś gdy już stary jestem,

przed nowym rokiem stojąc,

moje na życie równanie

ciągle ma to rozwiązanie:

 

milszym jest mi zapach

porannej czarnej kawy,

niż dźwięk ostrzonego miecza

na wojenne wyprawy

 

 

dziś gdy już stary jestem, przed nowym rokiem stojąc,

moje na życie równanie ciągle ma to rozwiązanie:

 

milszym jest mi zapach porannej czarnej kawy,

niż dźwięk ostrzonego miecza na wojenne wyprawy.

 

Dlaczego moja druga zwrotka brzmi lepiej od pierwszej?

 

A mogłem to tak napisać:

 

przed nowym rokiem stojąc,

moje na życie równanie

dziś gdy już stary jestem,

ciągle ma to rozwiązanie

 

przed nowym rokiem stojąc, moje na życie równanie

dziś gdy już stary jestem, ciągle ma to rozwiązanie

 

I chyba by było lepiej.


To jest przewaga układu rymów:

ABCB
nad np. układem:

ABCC

 

Gdzieś doczytałem, że układ rymów w wierszach parzystych:

ABCB

był powszechny w poezji chińskiej, w Europie rzadziej spotykany.

A u Pani Szymborskiej ma w cytowanym wierszu zastosowanie.

 

 

Człowiek się całe życie musi uczyć :-)

 

Edytowane przez Polman (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Dziś wróciłem jeszcze raz do wiersza:

nikt nam czasu nie zawróci,

był on tu podany troszeczkę wcześniej.

 

Formę i rytm doprowadziłem w mojej skromnej opinii do "miód malina" :-)

 

=  to zgłoska akcentowana

-   to zgłoska nieakcentowana

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Edytowane przez Polman (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

 

Ta moja uwaga będzie raczej na pograniczu zagadnienia rytmu w wierszu. Ja to nazywam dla siebie samego „rytmem poezji”.

Wyjaśnię to na przykładzie fragmentu wiersza, nazwijmy to nieznanego autora, którego fragment zamieszczam poniżej.

 

Atak paniki

 

Powiedz mi, lęku, czego ode mnie chcesz?
Chcesz, bym cierpiała?
Przecież cierpię, a ty i tak nie odpuszczasz. 
Cierpię również wtedy, kiedy ciebie nie ma.
Bo nawet, gdy ciebie nie ma, 
i tak się ciebie spodziewam, 
więc to tak, jakbyś wciąż tu był.

 

W tym fragmencie podkreśliłem pewne wyrażenia.

Te i podobne są powszechnie spotykane w wielu tekstach na forum.

One mi strasznie nie pasują do ogólnego rytmu, który niesie utwór poetycki.

Ja to w swoim amatorskim języku technokraty nazywam pisaniem wiersza prozą.

 

A gdy takich form unikać, choćby tak jak poniżej, to czy nie czuć wtedy w takim tekście choć odrobinę bardziej rytmiki utworu poetyckiego?

 

Powiedz lęku czego chcesz?

Bym cierpiała?

Cierpię, ty nie odpuścisz.

Cierpię, gdy jestem sama…

Spodziewam się ciebie…

To tak jakbyś wciąż tu był…

Edytowane przez Polman (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

 

Gdy pisałem Litanię do lepszego świata coś zauważyłem.

Chciałem o tym kilka słów.

 

Oto jej fragment:

 

Ujrzałem wózek pełen rzeczy                          

Obok nie było mu włodarza...

Człowieka - on tu był nędzarzem                    

On przeżył – taki los szczęściarza

 

Dziś z zadumą  patrzę na ten dziwny obraz                          

W szybie czterokołowego dobrobytu

Gdy nawigację ustawioną mam w wierze

By żyć w spokoju a i z drobiną szyku

 

Lecz myśl ta cicho wraca do mnie                    

Myśl tak natrętna co przeraża                       

Że  kiedyś znów u wózka dyszla             

Ujrzymy świeżą twarz nędzarza

          

Piszę dziś słowa tej litanii                                

By myśl tą wstrętną w dal odprawić  

Litanii do lepszego świata    

Chcąc odrobinę świat poprawić                 

 

Gdy chociaż linię z tej litanii                 

Co dnia darujesz dobru świata

Tak sercu Twoim może wzrosnąć       

Codzienna troska o los świata 

 

Tekst ma pięć zwrotek.

Wiersz ma swój rytm. Ale jedna zwrotka jest troszkę inna. Myślę o drugiej.

Tutaj patrzę przez szybę samochodu na pomnik na toruńskim placu. I jest to zwrotka mojej refleksji. W niej rytm powinien zwolnić.

Zwrotki inne niż druga są napisane dziewięciozgłoskowcem. Ich rytm jest dość wartki.

W drugiej zwrotce użyłem zwrotu, który chciałem koniecznie zachować:

 

W szybie czterokołowego dobrobytu

 

Nijak nie mogłem zachować dziewięciu zgłosek w tej linii.

Początkowo dwa wiersze były dwunastozgłoskowe a dwa dziewięciozgłoskowe. Ale potem przeszedłem w całej zwrotce na dwunastozgłoskowiec.

 

I tej kwestii dotyczy moja uwaga.

W drugiej zwrotce rytm w moim odczuciu wyraźnie zwolnił i jest odpowiedni dla sytuacji, w której chciałem pokazać w wierszu refleksję.

 

I to jest to moje spostrzeżenie:

mniej zgłosek w linii wiesza, to rytm szybszy, więcej zgłosek w linii wiersza, to rytm wolniejszy, bardziej odpowiedni do refleksji i zadumy.

 

Ale to tylko moje odczucie :-)

Ty może masz inne…

 

 

Edytowane przez Polman (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

A teraz spróbuje napisać kilka słów o rytmie w wierszu białym.

Nie mam pojęcia, czy w ogóle takie pojęcie istnieje :-)

Czuje się trochę jak rzeźnik amator, który ma rozebrać właśnie ubitego świniaka :-)

 

Co mi przychodzi w tym temacie do głowy?

 

A na początek coś takiego.

 

Poniżej jest napisany dwukrotnie ten sam tekst, różni je sposób zapisu.

To jest ten sam tekst.

  

to był dobry dzień,

byłem miły dla żony,

poszedłem na spacer z wnuczkami,

zjedliśmy razem śniadanie, obiad i kolację,

nie zrobiłem nikomu nic niemiłego ,

gdy zapukała ta nieznana pani

z prośbą o pomoc

miałem przygotowane w szufladzie 5 zł,

usłyszałem w sobie ten miły głos

jestem porządnym człowiekiem…

 

jestem porządnym człowiekiem

na planecie, na której

podając co 10 sekund bułkę

każdemu dziś skrajnie głodnemu człowiekowi

musiałbym żyć 400 lat…

 

 

To był dobry dzień, byłem miły dla żony, poszedłem na spacer z wnuczkami, zjedliśmy razem śniadanie, obiad i kolację, nie zrobiłem nikomu nic niemiłego.

Gdy zapukała ta nieznana pani z prośbą o pomoc miałem przygotowane w szufladzie 5 zł.

Usłyszałem w sobie ten miły głos - Jestem porządnym człowiekiem…

- Jestem porządnym człowiekiem na planecie, na której podając co 10 sekund bułkę każdemu dziś skrajnie głodnemu człowiekowi musiałbym żyć 400 lat…

 

Czy nie masz wrażenia, że ten pierwszy jest wierszem a ten drugi jest prozą (i to jako proza niezgorzej wygląda).

 

Zapis fragmentu  tekstu w drugiej formie w postaci:

To był dobry dzień, byłem miły dla żony, poszedłem na spacer z wnuczkami, zjedliśmy razem śniadanie, obiad i kolację, nie zrobiłem nikomu nic niemiłego.”

odbieram jako jeden kompletny obraz opisujący dobry dzień porządnego człowieka, jako pewną całość.

 

Natomiast taka redakcja:

 

        „to był dobry dzień,

         byłem miły dla żony,

         poszedłem na spacer z wnuczkami,

         zjedliśmy razem śniadanie, obiad i kolację,

         nie zrobiłem nikomu nic niemiłego”

 

jest listą konkretnych, pojedynczych zdarzeń z pewnego dnia, tworzących dobry dzień porządnego człowieka.

 

Podobnie jest z końcowa częścią tekstu:

 

„- Jestem porządnym człowiekiem na planecie, na której podając co 10 sekund bułkę każdemu dziś skrajnie głodnemu człowiekowi musiałbym żyć 400 lat…”

 

Ten zapis jest formą ogólnej refleksji.

 Natomiast zapis:

 

        jestem porządnym człowiekiem

        na planecie, na której

        podając co 10 sekund bułkę

        każdemu dziś skrajnie głodnemu człowiekowi

        musiałbym żyć 400 lat…

 

ma taka cechę, że każda linia dotyczy innej myśli, innego elementu, tekst podany w tej postaci każe pomyśleć o każdym
z tych elementów osobno.

 

I tak rodzą się moje myśli:

- porządny człowiek

- moja planeta

- bułka, 10 sekund

- głody człowiek

- 400 lat

W każdej linii myśl dotyczy innej kwestii, myśli są wyraźnie od siebie oddzielone.

 

I w tym tkwi myślę ta różnica.

 

Podsumowując.

W wierszu białym nie mamy rytmu zbudowanego na strukturze, myślę tu o rymie, średniówce, regularnej budowie opartej na zwrotce.

 W wierszu białym rytm nadaje redakcja tekstu i sztuka ekspozycji myśli.

 Ale czy tak jest naprawdę? :-)

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Polman (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

I jeszcze zagadka.

Czy to jest proza?

Kto to napisał?

 

 

Po każ­dej woj­nie ktoś musi po­sprzą­tać . Jaki taki po­rza­dek sam się prze­cież nie zrobi. Ktoś musi ze­pchnąć gru­zy na po­bo­cza dróg, żeby mo­gły prze­je­chać wozy peł­ne tru­pów. Ktoś musi grzę­znąć w szla­mie i po­pie­le, sprę­ży­nach ka­nap, drza­zgach szkła i krwa­wych szma­tach. Ktoś musi przy­wlec bel­kę do pod­par­cia ścia­ny, ktoś oszklić okno i osa­dzić drzwi na za­wia­sach. 

Fo­to­ge­nicz­ne to nie jest i wy­ma­ga lat. 

Wszyst­kie ka­me­ry wy­je­cha­ły już na inną woj­nę. Mo­sty trze­ba z po­wro­tem i dwor­ce na nowo. W strzę­pach będą rę­ka­wy od za­ka­sy­wa­nia. Ktoś z mio­tłą w rę­kach wspo­mi­na jesz­cze jak było. Ktoś słu­cha przy­ta­ku­je nie urwa­ną gło­wą. Ale już w ich po­bli­żu za­czną krę­cić się tacy, któ­rych to bę­dzie nu­dzić. Ktoś cza­sem jesz­cze wy­ko­pie spod krza­ka prze­żar­te rdzą ar­gu­men­ty i po­prze­no­si je na stos od­pad­ków. Ci, co wie­dzie­li o co tu­taj szło, mu­szą ustą­pić miej­sca tym, co wie­dzą mało. I mniej niz mało. I wresz­cie tyle co nic. 

W tra­wie, któ­ra po­ro­sła przy­czy­ny i skut­ki, musi ktoś so­bie le­żeć z kło­sem w zębach i ga­pić się na chmu­ry. 

 

Edytowane przez Polman (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

W wierszu białym można stosować rytmikę dowolną, ale powtarzalną, która nie podlega definicji określonej stopy metrycznej, a redakcja tekstu nie ma tu nic do rzeczy. Rytmikę można z kolei wzbogacić o określone zabiegi artykulacyjne, które urozmaicą recytację

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

`

A tak wygląda oryginał.

 

Koniec i początek

 

Po każ­dej woj­nie 
ktoś musi po­sprzą­tać 
Jaki taki po­rza­dek 
sam się prze­cież nie zro­bi. 

Ktoś musi ze­pchnąć gru­zy 
na po­bo­cza dróg, 
żeby mo­gły prze­je­chać 
wozy peł­ne tru­pów. 

Ktoś musi grzę­znąć 
w szla­mie i po­pie­le, 
sprę­ży­nach ka­nap, 
drza­zgach szkła 
i krwa­wych szma­tach. 

Ktoś musi przy­wlec bel­kę 
do pod­par­cia ścia­ny, 
ktoś oszklić okno 
i osa­dzić drzwi na za­wia­sach. 

Fo­to­ge­nicz­ne to nie jest 
i wy­ma­ga lat. 
Wszyst­kie ka­me­ry wy­je­cha­ły już 
na inną woj­nę. 

Mo­sty trze­ba z po­wro­tem 
i dwor­ce na nowo. 
W strzę­pach będą rę­ka­wy 
od za­ka­sy­wa­nia. 

Ktoś z mio­tłą w rę­kach 
wspo­mi­na jesz­cze jak było. 
Ktoś słu­cha 
przy­ta­ku­je nie urwa­ną gło­wą. 
Ale już w ich po­bli­żu 
za­czną krę­cić się tacy, 
któ­rych to bę­dzie nu­dzić. 

Ktoś cza­sem jesz­cze 
wy­ko­pie spod krza­ka 
prze­żar­te rdzą ar­gu­men­ty 
i po­prze­no­si je na stos od­pad­ków. 

Ci, co wie­dzie­li 
o co tu­taj szło, 
mu­szą ustą­pić miej­sca tym, 
co wie­dzą mało. 
I mniej niz mało. 
I wresz­cie tyle co nic. 

W tra­wie, któ­ra po­ro­sła 
przy­czy­ny i skut­ki, 
musi ktoś so­bie le­żeć 
z kło­sem w zę­bach 
i ga­pić się na chmu­ry. 

Opublikowano (edytowane)

Zamieszkać w zdaniu, które byłoby jak wykute w metalu. Skąd takie pragnienie? Nie żeby kogoś zachwycić. Nie żeby utrwalić imię w pamięci potomnych. Nienazwana potrzeba ładu, r y t m u, formy, które to trzy słowa obracamy przeciwko chaosowi

i nicości.

                                                                                Czesław Miłosz

                                                                                                           

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Edytowane przez Polman (wyświetl historię edycji)
  • 1 rok później...
Opublikowano (edytowane)

Rok mnie tu nie było.

Jedno z moich ostatnich ważniejszych  doświadczeń z rytmem.

Oczywiście na poziomie amatorskim :-)

Czyli coś takiego pod hasłem - a mi się tak wydaje.

 

CISZA 2020-tego

 

w oknie deszcz aureoli zestrzelonych dziś marzeń

człowieka tułacza na drogach do obiecanego Edenu

deszcz łez błaganie o dni które nie będą im dane

a być im tu miały wiecznymi tak dziś i na zawsze

 

bezradni tak jak bezradny w dniu próby ich świat

samotni rozbitkowie z nieuznawaną polisą sukcesu

dryfujący oceanem lęku potrzebujący słów nadziei

odnajdą ją w słowach mędrców myjmy nasze dłonie?

 

znajdą tu drogi w cieniu drzew ciszy drzew czasu

drzew karczowanych mocą żądz mieć to tu mieć już

czy zapomną tą ciszę kiedy o niedzielnym poranku

tylko oni byli w katedrze i Bóg zmartwychwstały?

 

W tym tekście chciałem zachować rytm. Ale stwierdziłem, że kontrola ilości sylab w wierszu, średniówka, rym za bardzo ograniczają siłę przekazu tekstu. Dlatego zrezygnowanym z tych rzeczy.

I wymyśliłem sobie moje prywatne narzędzie w temacie rytmu:

za wszelką cenę starałem się zachować taka samą długość każdego z wierszy tego  tekstu.

 

I jak jest z rytmem? Ja go troszkę czuję :-)

 

 

 

 

Edytowane przez Polman (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Leszczym @Leszczym e tam świetne  Ja piszę w miarę przyzwoite wiersze jak jestem nieszczęśliwie zauroczona  Na dzień dzisiejszy nudy spokój przewidywalność i tak mi najlepiej nawet kosztem wierszy

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @viola arvensis Zdenerwowanie to kran, zakręcający dopływ dobrych myśli.   Pozdrawiam. 
    • @Gosława Ż pieprzykiem, jak zawsze świetne !!
    • @Łukasz Jurczyk dziękuję!
    • Kto mnie czyta na bieżąco ten wie, że miałem użyć jeszcze obywatela Żerebcowa w innym utworze niż "Szare eminencje". Więc proszę oto nowa proza poetycka z postacią niesamowitego poety.   Amerykański studebaker, przedzierał się przez zaspy, plątaninę krzaków  i zwalonych siarczystym mrozem drzew, niczym wściekły i głodny niedźwiedź. Potężny silnik ciężarówki charczał, kaszlał i wył wchodząc na najwyższe obroty. Śledziłem każdy jej ruch,  od kiedy tylko wychynęła zza odległego  zakrętu u stóp niewielkiego wzgórza. Rozkazałem pilnować więźniów w budynku posterunku a sam wyszedłem na spotkanie tych, którzy mieli uwolnić mnie  od tego problematycznego balastu  który często pozbawiał mnie spokojnego snu a jeszcze częściej wiary  w racjonalne pojmowanie rzeczywistości.     Byłem wyznaczony na stanowisko  nadzorcy obozu pracy nr 233. Łagru dla szczególnie wrogich i niebezpiecznych dla systemu  więźniów politycznych. Zakończona ledwie pół roku temu  Wielka Wojna Ojczyźniana nie zatrzymała nawet na chwilę maszyny śmierci,  która zbierała swe okrutne żniwo na tym zapomnianym przez wszelką cywilizację  i oczy świata skrawku terenu gdzieś na zachód od Irkucka. Przybywali tu i ginęli setkami, tysiącami. Pociągi i ciężarówki  były pełne żywych i umarłych. Śmierć w trakcie drogi lub zaraz po przybyciu, równała się tu łasce i miłosierdziu. Ci którzy opierali się śmierci, nie mogli robić tego w nieskończoność. Pięć lat katorgi, było prawie pewnym wyrokiem śmierci. Zdecydowana większość miała wyroki  od piętnastu lat do dożywocia. Umierali w obozach, kopalniach, hutach,  przy budowie dróg i tras kolejowych. Umierali w tajdze. Głód, tyfus, czerwonka, kule strażników. Te też były oznaką miłosierdzia. Często nie kopano nawet mogił. Zrzucano ciała w lasach a zwierzyna i czas robiły co do nich należało. Wszędzie wokół chodzono po kościach  jak po świeżo wybrukowanym  moskiewskim prospekcie.     Nie ma to jednak znaczenia. Śmierć miliona to tylko statystyka, dla słabych, uczuciowych umysłów. Walka musiała trwać. Element reakcyjny i burżuazyjny  należało wyplenić. Tak samo jak inteligencję. Sierp i młot miały ściąć i zgnieść  epokę carskiej szabli i poetyckiego pióra. Byli jednak tacy niezłomni, którzy nie trwożyli przed obozami, kulami, chorobami, sierpem ani młotem a nawet gniewem czerwonego cara. Przeżywali lata więzienia czy łagru. Odnotowywano niby ich śmierć. A potem łapano ich gdzieś w kraju po raz wtóry, trzeci… dziesiąty. Osadzano, umierali i odradzali się  w innym miejscu tylko po to  by dać się z czasem schwytać  i koło się zamykało. Niektórzy modlili się do nich jak do ikon.     Byli święci choć przeklęci. Był wśród nich najsłynniejszy wyklęty. I za kilka chwil  będę mógł gościć go  w progu swego obozu. Aż trudno uwierzyć,  że cały komitet centralny  drży z przestrachu  na samo wspomnienie jego imienia. Mówi się,  że pojawił się w kraju  zaraz po rewolucji październikowej. I przez te prawie trzydzieści lat. Ciągle unika wyroków śmierci. Lecz schwytać można go łatwo. Nie ukrywa się zbyt dobrze. Cały czas piszę i wydaje w podziemiu, swoje wiersze i książki. Mówi się, że piekło go zrodziło. Piekło go posłało, chroni go i odradza w kółko. Taki on święty  a pakt podobno przed laty  zawiązał z Diabłem. Piekło wydaje jego dzieła.     Siedział wyroki i na Kriestach i na Kołymie. Za Murmańskiem i na Łubiance. Nie bał się kaźni tortur mu zgotowanych, oprócz jednej tylko. Chrestu całować nie chciał  i na Boga się nie klął. A w celi osadzony po nocach  prawił rozmowy z cieniami. I z kocurem, grubym i czarnym  go często w celi widywano. Nieraz go chcieli zatłuc strażnicy  albo zastrzelić,  lecz kocisko było mądrzejsze niż człowiek. Unikało wszystkich pułapek. I odwiedzało więźnia wszędzie,  gdziekolwiek nie trafił. Byli świadkowie niepodważalni, którzy asystowali przy egzekucjach pisarza. Strzelano w niego, truto, bito na śmierć, wieszano a nawet rąbano na części. Zawsze po czasie wracał. A nazywał się Paweł Fiodorowicz Żerebcow.   Ciężarówka dowlokła się do bramy obozu. Kierowca zgasił silnik. Z szoferki wysiadł oficer enkawudzista, z przewieszoną przez prawy bark pepeszą. Nie rzekł nawet słowa na przywitanie, miast tego wręczył jakieś papiery  jednemu z moich strażników a ten od razu przekazał je do mnie. Wszystko się zgadzało. Chcę go zobaczyć.  Nie biorę kota w worku. Enkawudzista zaśmiał się  sucho przez nos. Na pace jest i kot. Sprawdźcie sobie jeśli chcecie. Kierowca bębnił niespokojnie  palcami o kierownicę. Podświadomie wyczułem w nim strach. Zasiał we mnie chwilę niepewności. A jeśli Żerebcowa tam nie ma? Ulotnił się w trakcie podróży. Rozpłynął pośrodku niczego, gdzieś w lesie.     Obchodziłem ciężarówkę ostrożnie. Sam chciałbym teraz sięgnąć po broń. Nawet jeśli kulę nie imają się jego ciała. Spod zaciągniętego na sztywno  brezentu paki, wionęło ciepłą wilgocią,  moczem, kałem i słodką nutą krwi. Na samym przodzie za szoferką,  siedział jeden jedyny więzień. Nie był skuty. Nie wyglądał  na mocno zaniedbanego czy chorego. To nie był żywy trup ani szkielet. Zjawa przybyła z Łubianki czy Kołymy. Był to po prostu człowiek. Więzień na zewnątrz  lecz nie wewnątrz samego siebie. Nie wszystko wydawało się jednak być w jak najlepszym porządku. Wedle akt, Żerebcow powinien dobijać  do pięćdziesięciu sześciu lat. A ja patrzyłem na oblicze  studenta rosyjskiej filologii  uniwersytetu w Petersburgu. Odjąłbym mu co najmniej trzy dekady. Był co prawda brudny, pobity, zawszony  ale co dla niego najważniejsze, nie był złamany. Jego wzrok nie był wzrokiem więźnia. Nie był pogodzonym ze śmiercią, przestraszonym mężczyzną. On był tylko smutno patrzącym w onuce poetą któremu kolejny wyrok śmierci przerywał passę tworzenia swoich dzieł.     Spojrzał na mnie tylko przez ułamek sekundy, widać nie był ciekaw gdzie trafił. Był to wzrok bystry i czujny. Prawda, przygnębiający ale nie pusty. Kriesty. Kołyma. Murmańsk. Trzy potwierdzone egzekucje. Dwie próby ucieczki. Sześć transportów więziennych zakończonych śmiercią konwoju. A mimo to siedział tutaj. Żywy. Jakby czas po prostu nie chciał go dotknąć.     Między jego nogami coś się poruszyło. Był to ogromny, czarny kot. Uniósł ogon i wtulił się  nastroszoną sierścią w łydkę Żerebcowa. Łasił się powoli,  wręcz prowokująco. Wiedział, że skupiłem na nim całą uwagę. Miał piękne, lśniące futro,  poszarpane lekko,lewe ucho  i prawie ludzki, zimny uśmiech. Dołączył do tego hipnotycznie, głęboki wzrok. Patrzył nie na mnie a w głąb mnie. Przerażał bardziej niż sam Żerebcow. Pomyślałem, że ten kocur  to jakiś jego krajan z samej czeluści piekła.     Żerebcow siedział bez ruchu. Zgarbiony lekko. Tak jak gdyby czytał książkę  w sali leningradzkiej biblioteki. Nie zamierzał chyba mówić ani słowa. Wy jesteście Paweł Fiodorowicz Żerebcow? Po tych latach  odsiadki, łagrów, obław i egzekucji. Wyglądał po prostu jak człowiek. Nie nowy rodzaj człowieka. Zbudowany ze stali, obywatel sowiecki. Żerebcow był z innej epoki, innego czasu. Spokojny, miły, wyjęty z kart dawnej literatury. Inteligent milcząco przytaknął. A kot wskoczył mu ochoczo na kolana.                  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...