Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

nikt nie wie jak jest

gdy po raz kolejny badasz grunt

zanim popłyniesz do brzegu

nikt nie wie co w  tobie

nawet poeta nie zna słów

choć zna ich tysiące

 

to wielka tajemnica

jutrzejszy dzień

oczekiwanie miłości

amore

i tylko piękne pieśni

przyśni się  ziści się

 

no i te wszystkie inne sprawy

 

dni jak przebiśniegi

bieleją możliwości

z pierwszym kwiatkiem tyle nadziei

odurzają jaśminy czerwcowe

awanse

bożonarodzeniowe podarunki

a nade wszystko sylwestrowy

brokatowy przepych

 

nikt nie wie jak smakuje

twój zawód

nawet poeta nie wie

choć zna tyle słów

 

narodziliśmy się po to by czuć

i nie jest to najgorsze

tylko intensywność przybiera

czasem

złe oblicza

 

 

Opublikowano

Witam -  byłem czytałem uśmiechem podpisuje takim szczerym.

                                                                                                                                                                                          Radości i spokoju zyczę

Opublikowano

Dla każdego z nas słowa mają nieco inny zapach i smak. Piszesz o tym jak bardzo jesteśmy subiektywni., jak wiele jest obrazów tego świata, jak bardzo każdy z nas przeżywa życie na swój własny sposób.

Słowa, tysiące słów, to tylko tysiące przybliżeń, zaznaczeń obszarów, na których grają nasze uczucia.

 

Pozdrawiam

Opublikowano

Przeczytałem, wiersze wolne to nie moja konkurencja. Jakoś nie czuję tutaj bluesa. Zbiór rozmaitych prawd czy sentencji, podanych trochę dydaktycznie, ot  tyle. 

Opublikowano

Z tym, że "intensywność (codzienności) przybiera czasem złe oblicza", zgodzę się i odnajduję to w 'środku', ale podzielam też zdanie poprzednika, zbiór prawd i.. jest trochę dydaktycznie. Chwilami bardzo uogólniasz, by za moment wyliczać.

Ładne.. dni jak przebiśniegi, bieleją.. :)
Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...