Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I died for beauty, by Emily Dickinson

Pierwodruk, Czas a Wieczność,  poemat X, 10

Indeks Johnsona 449 | Franklina 448

 

Dla piękna umarłam, ale było mnie mało
Upasowanej w grobie,
Gdy spoczął ten, co umarł za prawdę
W pokoju przyrodnim.

 

Gładko zapytał, dlaczego przegrana?
„Dla piękna”, odparłam.
„A ja dla prawdy — to jak dwoje;
My bratanki”, zagadał.

 

Jak krewniacy kiedy spotyka ich noc,
Rozmawialiśmy poprzez ściany,
Aż mech sięgnął naszych ust,
I zakrył imiona.


 

Opublikowano

Dzień dobry, z prawdziwą przyjemnością przeczytałem Twój przekład. Nie znam angielskiego i  nawet mi  przez myśl nie przeszło, by ewentualnie porównywać przekład z oryginałem. Zresztą jakiekolwiek teksty literackie obcych autorów  czytam wyłącznie po polsku. Sięgnęłaś po piękny wiersz Emily Dickinson i nie mam żadnych wątpliwości, że przełożyłaś go znakomicie. Zachowałaś w przekładzie jego prawdziwe piękno i ogromną siłę wyrazu. Nie wiem, czy to jest Twój debiut translatorski, czy masz już na swoim koncie inne przekłady. Jeśli nawet nie, to myślę, że tym swoim przekładem dołączasz do grona najznakomitszych naszych poetek i poetów, którzy tłumaczyli na polski poezję Emily Dickinson. Gratulacje!

 

Opublikowano

Nie wiem czy Autorka zapoznała się z regulaminem tego portalu,

gdzie mowa o swoich wierszach. Nie znalazłem nic o tłumaczeniach wierszy, a tym bardziej innych niż własne.

Odnośnie do przekładów;

wiadomo ile tłumaczy, tyle różnych tekstów od pięknego do wiernego i gdyby obok takiego przekładu pojawił się drugi,

trzeci przekład, wtedy użytkownik portalu mógłbym wyrazić swoje zdanie - który ładniejszy, który wierniejszy.

 

Mnie osobiście nie interesują przekłady wierszy, a czy ta pozycja/przekład jest trafiony na tym portalu,

pozostawiam Administratorowi poezja.org.

Powyższe, to tylko moje widzimisię.

 

PS. Jeszcze tylko dodam, że na innym portalu literackim - vide poezja-polska.pl - nie mówi się o swoich wierszach,

a cyt. -  Użytkownik ma prawo do umieszczania nieodpłatnie w Serwisie swoich utworów, wypowiedzi, komentarzy, informacji itp.

i umieszczenie takiego przekładu byłoby tam zgodne z regulaminem.

 

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Skąd taka  pewność ?

Całkowicie się z Tobą zgadzam Egzegeto.

 

Zastanawia mnie jednak - dlaczego to tłumaczenie trafiło tutaj. Być może  autorka zauważyła, że na  tym forum pojawiają się tłumaczenia, swoiste falsyfikaty  mniej lub bardziej nieudolnie przetłumaczone (stąd tyle potworków literackich) jednak bez podania tytułu i nazwiska autora tekstu oryginalnego.

Edytowane przez czytacz (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Nie jestem w stanie potwierdzić ani zaprzeczyć temu, co piszesz Bożenko o trafiających tu nieprawnych ( co jest zwykłym świństwem) przekładach, ale ale Autorka tego tłumaczenia bardzo uczciwie podała źródło i autorkę oryginału. Nie znam oryginału, stąd nie potrafię powiedzieć na ile przekład oddaje jego klimat , ale jako polski tekst wydaje mi się on dość ciekawy i być może warto by poznać utwory własne Autorki.

Pozdrawiam :)

AD

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Upraszam o czytanie ze zrozumieniem. Złego słowa nie napisałam na temat autorki przekładu, wręcz przeciwnie zwróciłam uwagę na fakt, że autorka podała do wiadomości z kogo i co tłumaczy .

Andrzeju, przeczytaj - proszę, - jeszcze raz to co napisałam.

Edytowane przez czytacz (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

To może teraz ode mnie , nie poety, po przeczytaniu wiersza regulaminu i komentarzy, słów kilka.

Ten mały ciekawski chłopczyk we mnie (patrz avatar) poprosił bym użył google.

 

" Emily Elizabeth Dickinson (ur. 10 grudnia 1830 w Amherst w stanie Massachusetts, zm. 15 maja 1886 tamże) – poetka amerykańska."

Tak więc bez naruszenia praw autorskich można tłumaczyć, jak mniemam tłumaczenie jest utworem więc zamieszczono utwór... czy własny?

Tłumaczenie zamieszczone powyżej jest tez w serwisie poema.pl podpisane "Teresa Pelka" w 2015 roku, osoba tam podpisana twierdzi że to jej tłumaczenie.

Gdybym tego nie znalazł myślałbym że to jakiś automat przetłumaczył, ale wybaczcie nei ejstem poetą więc słabo się na tym znam.

wujek google tłumaczy to tak:

 

Umarłem dla piękna, ale byłem rzadkością
Dostosowane do grobowca,
Kiedy ten, kto umarł za prawdę, był lain *
W sąsiednim pokoju.

- zapytał cicho, dlaczego nie?
- Na piękno - odpowiedziałem.
"I ja za prawdą - obie są jedno;
My bracia jesteśmy - powiedział.

I tak, jak kiczowie spotkali się w nocy, **
Rozmawialiśmy między pokojami,
Dopóki mech nie dotarło do naszych ust,
I zakrył nasze imiona.

*(tu nie wiem daczego google nie podało prawidłowego tłumaczenia  lain - położony - które zna)

(i tu nie wiem dlaczego nie podało znanego sobie tłumaczenia kinsmen -  osoba spokrewnione w linii męskiej)

Oryginał wygląda tak:


I died for beauty, but was scarce
Adjusted in the tomb,
When one who died for truth was lain
In an adjoining room.

He questioned softly why I failed?
"For beauty," I replied.
"And I for truth - the two are one;
We brethren are," he said.

And so, as kinsmen met a-night,
We talked between the rooms,
Until the moss had reached our lips,
And covered up our names.

 

A moje prawie dosłowne tłumaczenie jest takie:

 

Umarłem za piękno, lecz jeszcze nie całkiem

przywykłem do grobu,

gdy tego co umarł za prawdę złożono

w sąsiednim.  

 

Zapytał cicho za co poległem.
"Za piękno" odpowiedziałem.

"A ja za prawdę - a to to samo

jesteśmy braćmi" powiedział.

 

Więc jak krewni którzy spotkali się nocą,

rozmawialiśmy pomiędzy grobami,

aż mech dosięgnął naszych warg,

i zakrył nasze imiona.

 

Nie jestem poeta więc nie oddałem chyba nastroju, parę słów zmieniłem starając się oddać sens zdań.

W drugim wierszu jest dopasowałem się do grobu.. ale to chyba gorzej oddaje sens.

jest też problem z room- dosłownie pokój, komnata, pomieszczenie, miejsce, komora.

 

Więc mogłoby być i tak

Umarłem za piękno, lecz jeszcze nie całkiem

przywykłem do grobu,

gdy tego co umarł za prawdę złożono

w komorze sąsiedniej.  

 

Zapytał cicho za co poległem.
"Za piękno" odpowiedziałem.

"A ja za prawdę - a to to samo

jesteśmy braćmi" powiedział.

 

Więc jak krewni którzy spotkali się nocą,

rozmawialiśmy między komorami,

aż mech dosięgnął naszych warg,

i zakrył nasze imiona.

Edytowane przez Freemen (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

No, nie przesadzaj z tym nie byciem :). Twoje dwa tłuczenia ex aequo na pierwszym miejscu (chociaż sklaniałbym się badziej ku pierwszemu), na drugim tłumaczenie Autorki wątku, a najgorzej wypadł wujek Google w  mojej ocenie. Odwaliłeś kawał dobrej roboty :).

Pozdrawiam i do poczytania :)

Opublikowano

W języku angielskim "him" odnosi się  zasadzie tylko do ludzi, a jeśli ie to do czegoś co jest personifikowane jako mężczyzna. Więc ten co umarł za prawdę jest w oryginalnym w wierszu rodzaju męskiego.

A przy okazji... for tłumaczy się zwykle jako dla, ale często też za. W połączeniu z die (umrzeć) prawie zawsze "for" znaczy "za"., dlatego tytuł powinien brzmieć

 

Umarłem(łam) za piękno

 

A na przykład "battle for" jest "bitwą o"

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Podoba mi się, mam tylko taką uwage. W angielskim wierszu niezależnie od interpunkcji każdy wiersz zaczyna się wielka litera, co nie powinno nas mylić przy przekładzie. Scarce właściwie znaczy rzadkość, ale tu jest połączone z "Adjusted " zwróć uwagę na interpunkcję, skoro jest to coś znaczy. Fraza "scare adjusted" jest niezwykle rzadka, lecz adjusted znaczy dopasowanie dostosowanie, a scarce ma to dostosowanie określać, dlatego skałniam się do "ledwie dostosowany"., a podejrzewam że autorce chodziło o "dopiero co pochowany".

Druga sprawa to "And I". Myślę że gdy jest na początku wypowiedzi powinno być tłumaczone na "A ja", a gdy and łączy "I" z kimś innym (na przykład "You and Me") na "i ja".

Edytowane przez Freemen (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Nie jestem filologiem, znam Polaki bo to mój ojczysty język i parę lat mieszkałem w UK wiec troszkę czuję gramatykę angielską lepiej niż gdy jeszcze tam nie byłem. W moim odczuciu scacre w tym miejscu jest przymiotnikiem oznaczającym niedostatecznie, niewystarczająco i określającym następujący po nim  "adjusted" oznaczającym dopasowanie. Dlatego nie sądzę by "wyjątkiem dostosowanym" było intencją autorki.patrząc na całe zdanie chodzilo raczej o to , że Umarł za piękno i (tu opis jakiegoś stanu który przemija, więc z połączeniem faktu pogrzebu określa pewien przedział czasu, na przykład jeszcze do końca nie ostygłem), gdy w komorze sąsiedniej położono tego który umarł za prawdę.

 

Umarłem za piękno, lecz jeszcze niewystarczająco

dostosowałem się do grobu,

gdy ten który umarł za prawdę został położony

w sąsiedniej komorze.

 

Tak to widzę "prawie dosłownie" przetłumaczone.

Edytowane przez Freemen (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

To co napisałam dotyczyło nieudolnych tekstów, które wyglądają jak tłumaczenia translatora Google.  Wyraziłam jedynie  przypuszczenie, że być może to spowodowało zamieszczenie tutaj tego tłumaczenia. Autorka opatrzyła  swój przekład wszelkimi potrzebnymi informacjami więc  to co napisałam nie dotyczyło tego wpisu.

 

"ale" i obrona autorki  noszą znamiona polemiki ;)

 

Przyjmuję do wiadomości, że to nie za mną  się spierałeś  ;)

 

 

 

Edytowane przez czytacz (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Nietrudno zauważyć, że Teresa Pelka, Autorka przekładu wiersza Emily Dickinson, niemal od samego początku spotkała  się z niechęcią komentatorów. Po wpisie bowiem Justyny Adamczewskiej oraz Waldemara Kubasa, przyszedł czas na Egzegetę, który, powołując się na regulamin, podał w wątpliwość samą zasadność zamieszczania na portalu nie „swoich” wierszy, a więc w tym przypadku przekładów cudzej twórczości. Egzegeta z całą szczerością wyznał, że „jego osobiście nie interesują przekłady wierszy” (dość dziwne wyznanie jak na poetę), ale w końcu to jego sprawa i mnie nic do tego. Dodał, że interesuje go, „czy ta pozycja/przekład jest trafiony na tym portalu”. I pozostawił tę kwestię do rozstrzygnięcia Administratorowi portalu poezja.org. Jednocześnie podał adres serwisu, na którym jego zdaniem tego typu literacka aktywność mogłaby znaleźć swoje miejsce. Na szczęście Administrator nie okazał się niewolnikiem regulaminu i pozostawił piękny wiersz Emilii Dickinson na forum, czym dał wyraz nie tylko swojej wspaniałomyślności, ale i kultury, które zasługują na najwyższe uznanie.

 

Na Egzegecie przekład Teresy Pelki nie zrobił żadnego wrażenia. Przytomnie stwierdził, że ilu tłumaczy, tyle różnych tekstów. I dopiero ewentualne porównanie drugiego, trzeciego, kolejnych, mogłoby dać odpowiedź, który z nich najlepszy. Te poniekąd oczekiwania Egzegety stały się ciałem, bowiem niebawem nastąpił cały wysyp nowych przekładów sporządzonych na portalu ad hoc. Zanim przyjrzymy się im bliżej, warto wspomnieć, że przez jakiś czas toczyła się dyskusja i zastanawiano się, „dlaczego to tłumaczenie Teresy Pelki)  trafiło tutaj”, a więc na forum poezja.org. W związku z tym padały różne przypuszczenia i hipotezy. Generalnie wypowiedzi komentatorów charakteryzowały się zarówno dystansem, jak i wyraźnym sceptycyzmem. Komentatorka o nicku Czytacz zapytała mnie wprost, skąd ta moja pewność, to moje niezbite przekonanie, że Teresa Pelka przełożyła wiersz Emily Dickinson znakomicie. W tle tego wszystkiego tliło się ogólne przekonanie, że mój entuzjazm nie ma właściwie solidnych podstaw, jest sztuczną wydmuszką, zwykłym nieporozumieniem. I w takiej właśnie atmosferze, obok przekładu Teresy Pelki powstały na forum kolejne tłumaczenia. Najpierw dwa równoległe autorstwa Freemena, a następnie, po paru godzinach przekład Jacka K. Freemen znalazł w Internecie tłumaczenie wujka Google’a i nie omieszkał udostępnić go czytelnikom wraz ze swoimi przekładami. Przekłady Freemena szczególnie spodobały się Sylwestrowi_Lasocie i przyznał im pierwsze miejsce ex aequo. Na drugim znalazło się tłumaczenie Teresy Pelki, natomiast najgorzej wypadł w jego ocenie (i słusznie!) wujek Google. Sylwester_Lasota sporządził swój ranking w chwili, gdy jeszcze nie przybył ze swoim tłumaczeniem Jacek K. A później nie interesował się już swoim rankingiem. Kiedy sobie na nowo przypomni o nim, możemy być pewni, że Teresa Pelka spadnie z drugiego miejsca na trzecie. Aż strach pomyśleć co będzie, gdy posypią się następne tłumaczenia. Teresa Pelka prawdopodobnie z każdym kolejnym przekładem będzie spadać coraz niżej. No ale kto jej kazał wyskakiwać z jakimiś głupimi przekładami. Z góry było wiadomo, że tak to mniej więcej będzie wyglądać. Taki jest zwykle los prawdziwych artystów, kiedy znajdą się pośród zgrai amatorów i niedouczonych aspirantów.

 

Już pierwsza zwrotka wiersza Emilii Dickinson pokazuje, jak niedościgłą tłumaczką jest Teresa Pelka. Oddajmy jej głos:

 

Dla piękna umarłam, ale było mnie mało

Upasowanej w grobie,

Gdy spoczął ten, co umarł za prawdę

W pokoju przyrodnim.

 

Ileż niezmierzonego piękna i poezji najwyższego lotu jest już w tych czterech wersach zbudowanych na słowach właśnie takich, jak to ma miejsce wyżej! Jaka niesamowita wyobraźnia poetycka i talent autorki przekładu, by sięgnąć po takie jak te słowa: „było mnie mało upasowanej w grobie”. Czyste piękno. Czy na przykład taka odkrywcza metafora: „pokój przyrodni”, która jednocześnie antycypuje późniejsze „pokrewieństwo” kobiety i mężczyzny spoczywających w grobach obok siebie, które to pokrewieństwo sami dla siebie odkryją i które zasadza się na tym, że ona umarła dla piękna, a on umarł za prawdę.

Nawiasem mówiąc, genialnym pomysłem translatorki było rozróżnienie osób, spoczywających w grobie, na kobietę i mężczyznę. Tłumaczenie nie musi być literalnie wierne, ale powinno być zawsze artystyczne. A ten warunek Teresa Pelka spełnia doskonale.

 

Absolutnie nie dorównują tej przepięknej strofie analogiczne zwrotki z przekładów Freemena. Jedna z nich brzmi tak:

 

 

Umarłem dla piękna, lecz jeszcze nie całkiem

przywykłem do grobu,

gdy tego co umarła za prawdę złożono

w sąsiednim.

                   

Druga zaś brzmi tak:

 

Umarłem dla piękna, lecz jeszcze nie całkiem

przywykłem do grobu,

gdy tego co umarł za prawdę złożono

w komorze sąsiedniej.

 

 

Niestety. Filologiczna zgodność z oryginałem odbywa się tu kosztem poezji i wartości artystycznych.

Jeszcze gorzej sprawa ma się z pierwszą zwrotką w przekładzie Jacka K. Czytamy tam:

 

Umarłem dla piękna, ale byłem wyjątkiem
Dostosowanym do grobowca,
Kiedy ten, kto umarł za prawdę, był ułożony
W sąsiednim pokoju.

 

Można by porównywać i analizować kolejne zwrotki zamieszczonych przekładów, ale szkoda na to czasu. Wniosek i tak jest jeden. Tłumaczenie wiersza Emily Dickinson przez Teresę Pelkę jest tutaj niedościgłe.

Panowie, proszę, bez urazy. Ale Wasze przekłady to co najwyżej plon pracy rzemieślników, lecz nie artystów. Być może dlatego, że swoje przekłady zrobiliście w pośpiechu i na kolanie. Jeśli planujecie w przyszłości zostać prawdziwymi tłumaczami, przed Wami jeszcze dużo nauki, choć sukces wcale nie musi być gwarantowany. No ale najpierw musicie się nauczyć szacunku dla tych, którzy już tłumaczami są.

 

 

 

 

Edytowane przez Waldemar Kubas (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




×
×
  • Dodaj nową pozycję...