Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jest sonet pusty, aż wargi się same
prężą w manierze próżnej kakofonii;
w chaszczach spółgłosek plączą się dyftongi,
sens w echo krtani nie uderza wcale.

Jest cień sonetu: wystukany fantom
błądzi z rozpaczy zmarniałych zamiarów.
Zamysł stracony w enigmie bezmiaru
wciszowstępuje bezwonnie i blado.

Jest brak sonetu; brak temu brakowi
tchu w nieutkaniu niedotchnionych natchnień;
z bytu wyzbyta pauza się pustoszy.

Jest sonet braku - jak klamra tęsknoty;
wersom amfibrach dodaje oddaleń;
łkają inkaustem rozłąki klamoty.



utwór przeniesiono do działu poezji współczesnej (dział Z)

[u]MODERATOR[/u]

  • Odpowiedzi 43
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Panie Witoldzie Marku, warsztat u Pana jest naprawdę na wysokim poziomie. Kilka wyrażeń jest naprawdę świetnych ("z bytu wyzbyta" - mniodzio!) ale i przy tym wiersz jest mocno pogmatwany. Nie czuję go podświadomie, czytając go odniosłem wrażenie, że jego celem jest właśnie to, aby rozkładać go na czynniki pierwsze i analizować. I w tym utwór sprawdziłby się idealnie! Ale poza tym, pomimo lekkiego uczucia sztuki dla sztuki, podoba mi się pańska poezja. Na plus, jak dla mnie.
Pozdrawiam serdecznie, Jędrzej

Opublikowano

Pięknie.

Przeczytać coś takiego z rana:

Jest sonet braku - jak klamra tęsknoty;
wersom amfibrach dodaje oddaleń;
łkają inkaustem rozłąki klamoty.


- i ruszać w bój światowy ;)
pzdr. b

ps. Moderatornia śpi jeszcze po Świętach?

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Aby tekst ocenić - trzeba go przeczytać i zrozumieć. Liczenie tzw. "dopełnień" (to części zdania, a nie nazwy tropów poetyckich) bez przemyślenia ich funkcji (a więc: sensu) jest bezużyteczne: dla autora, czytelnika - dla Absolutu również.
Zatem kontemplujmy dobrą poezję w spokoju ducha.
Ten wiersz jest bardzo dobry.
pzdr. b
ps. Opinię uzasadnię w wolnym czasie (długo, szeroko i rzeczowo)

Komentarz zmodyfikowano ze względu na naruszenie pkt. 5f regulaminu serwisu

MODERATOR
Opublikowano

Kto tu jest teraz moderatorem? Karygodną się ta osoba wykazuje opieszałością lub karygodnym niezdecydowaniem.
Pan Witold Marek też zachowuje się w sposób godny nagany umieszczając w tym dziale utwór kompletnie nieprzystający doń poziomem. "Sonet..." woła o przeniesienie do "Z" !

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Panie Oyey
poezja nie składa się tylko z tego co można policzyć, wymienić, wyliczyć i nazwać
jeśli wiersz mnie porusza i zostawia ślad w moich myślach (pozytywnie)
to mam prawo przypuszczać, że do najgorszych się nie zalicza

pozdrawiam
Opublikowano

Niech w końcu ktoś powie konkretnie dlaczego ten wiersz jest cudowny. Moim zdaniem skrojony w odpowiedni sposób dla osiągnięcia zachwytu u czytelników. Bo o czym właściwie jest? O sobie samym? Jakimi rewelacyjnymi środkami artystycznymi posługuje się autor? Jakie nowatorskie tropy odnaleźć w nim można?
Ciężko sie czyta i nawet nie brzmi dobrze przy czytaniu na głos. Poezja współczesna? Współczesna komu? Ja się w tej współczesności nie odnajduję. Mnie tam nie ma.

Opublikowano

Rzadko zaglądam do działu poezji, nic mnie tu nigdy nie zachwyciło a nawet mało który wiersz byłam w stanie doczytać do końca. Ale "sonet" przeczytałam już z pięc razy i pewnie jeszcze nie raz powtórzę lekturę:)
Najpierw pytanie: co to są "klamoty"? Po śląsku oznacza to "stare graty" ale nie sądzę, żeby te właśnie definicję autor miał na myśli;)
Poza tym nareszcie dobra, zapadająca w ucho forma i ciekawa treść. Dla mnie jest to wiersz barokowy,a nawet manierystyczny, ale bynajmniej nie staroświecki! Już sama forma klasycznego sonetu przywodzi na myśl barok, poza tym świadczą o tym wyszukane tropy stylistyczne, jakby "nadmiar" metafor, neologizmy (świetny "wciszowstępuje"), onomatopeje dzięki którym cały utwór ma brzmienie, da się zapamiętać. Ale posiada także ślady nowoczesności ("wystukany" fantom). Treść też mi przypomina np. Anioła Ślązaka, tematem całego wiersza jest przecież milczenie, cisza, nieobecność. Ślązak pisał o nieobecności Boga, o tym, że On przejawia się tylko poprzez ciszę, pauzę, brak. Marek pisze o nieobecności wiersza, o niewyrażalności "zamysłu", o ułomności języka. Bóg jest niewyrażalny za pomocą języka, nie ma definicji, więc poeta barokowy pisze o nim tylko w sposób negatywny, podobnie Marek pisze o swoim przekazie. Bo w momencie przetrasformowania do języka przekaz ginie albo się zmienia, nie jest już tym samym. Zostaje cisza, pustka, brak słow, "echo krtani" - może jakies nieartykułowane dźwięki. Pierwotny sens jest nie do wyrażenia, zostaje tylko cień sonetu, a więc poczucie braku, niespełnienia, tęsknoty. Witold Marek pisze właściwie o naturze poezji, "co-autor-miał-naprawdę-na-myśli" nigdy nie znajdzie się w pełni na papierze. Poezja jest tym, na co nam łaskawie pozwoli język, jest cieniem pierwotnego zamiaru, dlatego ta najprawdziwsza godzi się z tym, że najwięcej prawdy jest w milczeniu. Prawda (moja prawda, prawda Witolda Marka) okazuje się być szczeliną w "bycie", negatywem bytu, nie-bytem. i paradoksalnie własnie o tym może powstać wiersz, tak dobry jak ten.
Czy tyle wystarczy jako uzasadnienie mojego "podoba mi się"? ;)) Wiersz ma wielki potencjał, na pewno to nie jest jedyna interpretacja, ale przede wszytkim: jest tu co interpretować! Gratulacje!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


"wszystko jest poezją"
tak mi ktoś kiedyś powiedział :P
a jeśli ktoś inny umie to wszystko przeinterpretować, wypełnić niebytem jak lustrzanym odbiciem bytu?
a jeśli ktoś potrafi soptworzyć neologizmy dorównujące nieomal Leśmianowi (w moim mniemaniu) to może mi się podobać: "niedotchnionych", "wciszowstępuje"?
a personifikacje, mogą mnie zachwycić: "prężą się dyftongi", "amfibrach dodaje", "łkają klamoty" ?
jedyne, co mogę zarzucić - to podwójne prężenie w pierwszej zwrotce

pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



owszem mój komentarz jest bardzo wyszukaną formą współczesnej poezji
a te pytania retoryczne?

może się nie znam, ale ów rym częstochowskim nie jest
ponadto mam pytanie
jaki rym według Pana jest rymem współczesnym?

czy "wyszukanie" jest znakiem rozpoznawczym poezji współczesnej?
a gdzie miejsce na prostotę?

czy powiedziane jest, że poezja współczesna nie może korzystać ze "wzorów" poezji klasycznej, bo tym samym się uniewspółcześnia?

pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


hahaha
czy moje pytania nie są dostateczną odpowiedzią?

mam odwrotne zdanie niż Pan
szanuję pańskie poglądy
ale moje są zupełnie inne
i tyle

wyłuszczyłam je chyba dostatecznie?

ponadto w korzystaniu z "dobrych wzorów" nie ma niczego złego
ani żadnego uwsteczniania, ważne jest by forma pasowała do treści
tutaj tak jest

i dlaczego akurat "wyszukanie" ma stanowić o współczesności poezji, bo jakoś tej części nie zrozumiałam - mam wrażenie, że próbuje Pan tworzyć własne zasady, którymi powinna kierować się poezja współczesna

przypominam iż "klasyczne" - nigdy nie oznaczało "przestarzałe" lub "niewspółczesne"

pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.





No to się dowiedziałam, co to jest "poezja współczesna". A pan Oyey wygląda mi na zamaskowanego futurystę, "precz z tradycją", to już było, nie?
A poza tym co to jest "wyszukanie"? Ten sonet akurat miał bardzo wyszukane słownictwo, z czego zrobił pan zarzut.
Jasne, ze nie powinno się powielać bez myślenia starych wzorów, ale ich twórcze wykorzystanie, dialog z tradycją - to przeciez jest też jakiś aspekt "poezji współczesnej". Dobre wiersze nie biorą się z niczego, tylko z pewnej świadomości literatury, także tej starszej (czemu nie?). Ten wiersz jest twórczym wykorzystaniem starej formy. Na pewno nie jest genialny ale na tle tego forum bardzo przyjemnie odstaje.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


"wszystko jest poezją"
tak mi ktoś kiedyś powiedział :P
a jeśli ktoś inny umie to wszystko przeinterpretować, wypełnić niebytem jak lustrzanym odbiciem bytu?
pozdrawiam
Czytała Pani dokładnie to, co napisałem, czy tylko tak "po łebkach"? Proszę wskazać w mojej opinii fragment, który mówi, że to nie jest poezja.


Gdzie?
Nie czuję tam bytu ani niebytu. Może dlatego, że to nie "moja" poezja. Mam nadzieję, że nikt nie pozbawi mnie prawa do osobistych upodobań i do wyrażenia opinii, że ten wiersz nie jest tym, co chciałbym czytać codziennie.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


"wszystko jest poezją"
tak mi ktoś kiedyś powiedział :P
a jeśli ktoś inny umie to wszystko przeinterpretować, wypełnić niebytem jak lustrzanym odbiciem bytu?
pozdrawiam
Czytała Pani dokładnie to, co napisałem, czy tylko tak "po łebkach"? Proszę wskazać w mojej opinii fragment, który mówi, że to nie jest poezja.


Gdzie?
Nie czuję tam bytu ani niebytu. Może dlatego, że to nie "moja" poezja. Mam nadzieję, że nikt nie pozbawi mnie prawa do osobistych upodobań i do wyrażenia opinii, że ten wiersz nie jest tym, co chciałbym czytać codziennie.
oczywiście, że nie mam zamiaru niczego Pana pozbawiać
to była żartobliwa polemika
i tyle

pozdrawiam
Opublikowano

Pan Ojej napisał:
"proszę pana: dopełnienia w rozumieniu takich sztucznych połączeń jak:
- maniera kakofonii
- chaszcze spółgłosek
itp. itd.
Tego jest za dużo. A autor uczynił z tego nie "dopełnianie" wiersza ale niemal szkielet, schemat tworzenia środków artystycznych.

cud rymów pominę"

Już raz Panu zwracałem uwagę, że to są metafory. Dziwię się, że tak trudno zapamiętać. Metaforę należy zrozumieć - to podstawa wzruszenia, które wywołuje. Wymaga to pewnej pracy umysłu. Ten rodzaj metafory nie jest "dopełnianiem" - odwołuje się do czegoś, co nie istnieje (w takim nazwaniu). Porusza wyobraźnię i uczucia.
"Schemat tworzenia środków" - życzyłbym i sobie, i Panu, i wielu - takiej palety środków POETYCKICH, jakie się w wierszu pojawiły: metafory łącznie z ożywieniem i personifikacją, epitety "wprost" i - Pańskie ulubione przecież ;) - oparte na przeczeniu ("w nieutkaniu niedotchnionych"); jest porównanie, są elementy słowotwórcze.
"cud rymów"? - a do czego Pan porównuje? Co Pan wie o rymach (to chyba podstawowe pytanie, które należy sobie zadać przed wygłaszaniem ocen)? Rymów nie dzielimy niestety na współczesne i nie, "wyszukane" (jak Pan napisał) - tak.
Przejdźmy zatem do kwesti współczesności.

Pan Ojej napisał:
"1. wyszukanie powinno być znakiem rozpoznawczym poezji współczesnej
2. poezja "współczesna", która korzysta ze wzorów poezji klasycznej, ucieka od współczesności, i tym samym skazuje się na nieprzynależenie do prawdziwej poezji współczesnej. Prawdziwa poezja współczesna powinna tworzyć nowe wzorce, o czym wie każde dziecko. "

Chcę z całą odpowiedzialnością napisać, że te dwie tezy są prymitywną demagogią. (Proszę zauważyć: piszę jedynie o zapisanych w komentarzu pogladach!).
Korzystanie z form "klasycznych" nie ma nic wspólnego z tym, czy poezja jest nowoczesna. To odwieczny spór, przerabiany wielokrotnie i uczą o tym nawet w szkole.
Jeżeli Pan nie wie o tym, że korzysta np. z tercyny (uproszczonej, bo bez rymów czy też ich odpowiedniego układu) - to Pańska strata, to znaczy, że korzysta Pan z klasycznych wzorów w sposób nie do końca świadomy. Zatem wzorce, które Pan "wynajduje" są po prostu niepełną kalką.
jak twórczo korzystać z form klasycznych - pokazuje choćby ten wiersz. Jeśli ktoś nie lubi takiego "ożywiania" - może zajrzeć np. do Brodskiego, Rymkiewicza i wielu innych.
Teza o "wyszukaniu" brzmi jak wieszczenie Pytii.

Pan Ojej napisał:
"Z tego co mnie uczyli na lekcjach polskiego, to w baroku (przy czym moja wiedza nie jest aż tak szeroka, by stwierdzać, czy sonety wymyślili akurat w baroku) raczej forma treść przerastała."
Czy przerost formy nad treścią nie bywa właśnie jednym z elementów "wyszukania"?
----------------------
Cieszę się, że jednak ktoś czyta to Forum z uwagą i zrozumieniem.
Nie wszystkim ten wiersz musi odpowiadać, bo nie jest "cudowny". Jest bardzo dobry: dobrze napisany, a przede wszystkim mówi o czymś istotnym: o tajemnicy, której nie widać (nawet przez okulary ;)

pzdr. b

Opublikowano

Panie Oyey: doskonale i po wielokroć zintepretował Pan p i e r w s z e d w a w e r s y tekstu. Wokół tegoż rozwinął też Pan całą przebogatą argumentację (czy było warto?). W takim razie zachęcam, żeby włączyć do zrozumienia także resztę utworu - jeśli znajdzie Pan odrobinę czasu. Acha: co Pan w ogóle z tymi dopełnieniami ciągle? To jakaś moda jak zbieranie zdrapek?...

Podmiotami tekstu są środki literackie, a wiodącym tematem pustka, powiedzymy, "treściowa"... Trochę to dziwne przeczytać, że wytyka się mu coś, co wytyka on niejako "sam sobie". Ale lektura komentarzy pouczająca jak rzadko kiedy :)

Pan Serocki ma Pan świetnego "nosa" analitycznego, tylko zdumiało mnie, że przyłożył narzędzie do zupełnie nieodpowiedniego poziomu epistemologicznego. Nowoczesność - cóż, nie każdy rozumie przez to echa Przybosia (który brzmi dziś w moim odczuciu anachroniczniej niż Kochanowski).

Z kolei co do "działu zaawansowania" - to już nie jest problem. Sam umieściłem tekst w dziale kształtujących się, a nie już ukształtowanych. Gdyby Moderacja przywróciła go na właściwe miejsce, niebo poezji współczesnej pozostanie nietknięte.

Zarzutu nieklarowności zamysłu nie postawię sobie jednak, bo nie pozwala mi na to tych kilka opinii, które świadczą o zrozumieniu. Środkami literackimi żonglować warto, nie zestarzały się aż tak w mocy wyrazu.

Dziękuję za wszystkie opinie i pozdrawiam!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • -  Nawet kilofy nam nie pomogą, padniemy z głodu lub pożarci przez mrówki, nim się przekopiemy przez ten gruNawetz. Jesteśmy tu pogrzebani - rzucił w beznadziei Seweryn i przystawił czoło do lodowatej skały - potrzebuję czegoś na migrenę…    Jegor opierał się o ścianę i przesuwał palec wzdłuż ostrza pałasza, całe stępione, lepiej poszukać nowego. Dzięki rozsianym zewsząd trupom mieli pokaźny zapas prochu, ale nie wystarczający by wysadzić nowe przejście. Mieli też tylko dwóch strzelców, cała reszta kopalni została wyrżnięta w pień.    - Jest jeszcze jeden sposób by się stąd wydostać - rzucił lakonicznie Halyjczyk.   - Jaki? Mówże na Peruna Wielkiego!   - Kopalnia połączona jest z kolonią mrówek. One też muszą jakoś wychodzić na powierzchnię, by szukać pożywienia. Więc jeżeli wejdziemy do ich gniazda, możemy znaleźć inny wylot.   - Po tym pogromie chcesz stawić im czoło tylko we dwójkę?   - A widzisz inne wyjście? - spojrzeli po sobie przenikliwie. Obaj wiedzieli, że to szalony pomysł, ale obaj też wiedzieli, że innych nie rady znaleźć - wiemy już, że boją się ognia i że potrafią jakoś roztopić stal. Ich pancerz jest też nieco za gruby dla szabel, tępią się i szczerbią.   - Więc jaki mamy plan?   - Chodź póki co do głównej jamy, poszukajmy więcej gorzały… Albo czegoś jeszcze mocniejszego.   - Mam nadzieję, że starczy dla mnie na ból głowy.   Niegdysiejsza kopalnia zamieniła się teraz w pełnowymiarową nekropolię, porozszarpywane trupy walały się na każdym stopniu spirali. Tu i ówdzie leżała też szczęśliwie ubita mrówka, stosunek jednak strat między stronami, zgubnie przechylał się na stronę ludzką. Przetrwańcy wymienili swoje stępione ostrza, zebrali też zapas prochu. Za pazuchami znaleźli jeszcze dwie dorodne butelki z gorzałką. Jegor rozdarł również jeden z carskich mundurów, płaty tkaniny owinął wokół dogasającego łuczywa. Prawie każdy strażnik miał schowane w kieszeni krzesiwo, więc przetrwańcy zabrali dla siebie po sztuce.    - Mam jeszcze jedno zadanie dla naszych starych kling, wpadłem na pewien pomysł - rzekł w trakcie szperania Jegor.   Podeszli do trupa jednej z mrówek, było to jedno z najlepiej zachowanych ciał. Jegor nakazał przycupnąć Sewerynowi przy insekcie. Nagle ataman wzniósł szablę ponad głowę, Seweryn już łapał za rękojeść pałasza, chciał dobyć go z pochwy i sparować jak najprędzej nadchodzący cios. Klinga Seweryna zatańczyła w powietrzu, na nic jednak nie natrafiła. Jegor całkowicie minął ostrzem kapitana i maltretował tępą szablą ciało mrówki, dopóki nie urżnął jej łba. Lepki płyn trysnął z powstałej rany, ochlapał łańcuch, który spętywał Seweryna z Jegorem. Stalowe ogniwa topniały i kruszyły się przy szarpnięciu. Seweryn poczuł swobodę.   - Teraz moja kolej - rzucił Jegor, prowadząc Seweryna do następnej mrówki.   Cały proces powtórzył się, tyle że to Seweryn tym razem był oprawcą. Tępy pałasz bardziej rozdzierał, niż ciął pancerz mróki, ale szkoda było marnować na ten brutalny proceder świerzych ostrzy. Obaj mężczyźni stanęli teraz przed sobą w pełni swoich sił, w pełni własnej swobody i uzbrojeni po zęby. Lustrowali się oczami pełnymi uznania. Jeszcze rankiem rzucali się sobie do gardeł, teraz mogliby zrobić to samo, z lepszym, szybszym i śmiertelnym skutkiem.   Zeszli na dno jamy, roztrzaskane skrzynie złota leżały tam nieruszone. Zwrócili się do skrzydła, w którym zaczął się pogrom. Ciała Sepentrionów, którzy tam legli zniknęły, na podłodze zostało tylko kilka krwawych smug. Szeroka szczelina ziała na poznaczonej bruzdami ścianie. Jegor nawilżył łuczywo alkoholem i skrzesał ognia. Obaj ocalali przestąpili na drugą, nieznaną stronę podziemi, stopa po stopie.   Następne kroki stawiali z ostrożnością. Nawet Jegor wykazywał zachowawczość, z surowością kopalni zdążył już się oswoić, lecz wąskie tunele za roztrzaskaną ścianą były dla niego czymś zupełnie odmiennym. Bezkresna ciemność rozlewała się gdzie wzrok sięgnął, a mrok przecinały tylko nikłe płomienie dwóch łuczyw. Przewieszone przez barki arkebuzy klekotały, obijając się o ściskające podróżnych skały. Szable dygotały w pochwach w rytm ruchu bioder. Dłonie w rękawicach prześlizgiwały się po chropowatych nierównościach, pomagając utrzymać równowagę na pochyłej powierzchni. Echo oddechów mieszało się z basem tupotu baczmagów.   Odsunęli dłonie od ścian i spostrzegli jak ich palce owija cienka, lepka substancja. Ta sama, która bryzgała z otworów gębowych mrówek, tyle, że rozcieńczona i nieszkodliwa. Tak samo i podeszwy butów lepiły się miejscami do podłogi, a delikatne mlaskanie zaczęło podążać za echem tupania. Ciche i odległe tykanie dało się usłyszeć przy postojach. Minęli po drodze kilka rozgałęzień, lecz starali się nie zbaczać i trzymać głównego, najszerszego korytarza.   Wyszli do całkiem szerokiej jamy, w jednym z jej kątów spoczywał sporych rozmiarów głaz, albo półka skalna, trudno było ocenić w ciemnościach. Przemierzyli salę wzdłuż krawędzi. Nagle Seweryn spostrzegł osobliwy biały proszek walający się na ziemi. Pochylił się, by go zbadać. Jegor wkrótce zdał sobie sprawę z braku kroków podążającego dotychczas za nim towarzysza. Odwrócił się z wilgotnym od potu czołem. Doznał ulgi, gdy zobaczył kapitana żywego. Wkrótce biały proszek przykuł i jego uwagę.    - Wiem już chyba z czym się mierzymy - mruknął ataman cicho pod nosem.   - Tak? Czym więc jest ten proszek?    - To mączka kostna. Jesteśmy w mrowisku lodowych grabarzy.   - Co takiego?    - To gigantyczne mrówki, które potrafią obgryźć człowieka do gołego szkieletu, ale to im nie wystarcza. Żuwaczkami mielą również i kości, taka mączka znacząco wzmacnia ich pancerz. Tuż nad nami jest… To znaczy był obóz pełen ludzi, nic dziwnego, że urosły do takiej liczebności.   - Perunie chroń nas…   - Słusznie. Musimy być obecnie w jednej z ich spiżarni, a to znaczy, że jesteśmy coraz bliżej ich leża.   Zapadła chwilowa cisza, jednak cisza ta była złudna. Dotarło do nich, że już od jakiegoś czasu podczas ich rozmowy, do ich uszu dobiegał narastający szmer. Lekką wibrację podłoża dało się już odczuć pod podeszwami. Jegor i Seweryn wyciągali płonące łuczywa we wszystkie strony, by tylko dostrzec zagrożenie. W końcu dojrzeli blady błysk gładkiego pancerza owadów.   Zwrócili się w przeciwnym kierunku, przebiegli parę kroków, lecz mrówki wyłoniły się i z tej strony. Miarowym krokiem wycofywali się pod ścianę, nie mieli dokąd pójść. Seweryn z desperacji spojrzał w górę, zachłysnął się nagle powietrzem, nadzieja wypełniła ponownie jego członki.    - Półka skalna! Wspinaj się!   I chyżym susem wciągnął się w górę, podał w mig rękę Jegorowi. Byli wyżej, ale wciąż w kącie bez wyjścia. Machali łuczywami, mrówki cofały się parę kroków, ale wkrótce nadrabiały, gdy ogień zwracał się w inną stronę.    - Wznieś pochodnię! - niespodziewanie rozkazał Jegor - Niech podejdą!    - Oszalałeś!?    - Wznieś mówię!   Seweryn wahał się z początku, lecz po srogim spojrzeniu towarzysza, usłuchał. Ogień jarzył mu się ponad głową. Jegor z początku uczynił to samo, lecz wkrótce sięgnął do kieszeni pod kożuchem. W ręku błysnęła butelka gorzały. Przycisnął szyjkę do warg i napełnił usta po brzegi. Wtedy opuścił łuczywo przed siebie i bryznął z gęby alkoholową chmurą prosto w ogień. Fala gorąca rozlała się na potwory, znów rozległo się żałosne kwilenie, a cokolwiek przetrwało, pierzchło z powrotem w głąb jaskiń.    - To twój kolejny szalony plan, który uratował mi skórę, ale mówże mi na przyszłość, co chcesz zrobić - wycharczał Seweryn w przypływie adrenaliny - gdybym nie usłuchał, obaj byśmy zginęli. Ale przynajmniej jesteśmy teraz bezpieczni.   - Nie przesadzałbym, zostało mi tylko półtorej butelki na takie sztuczki.   - W takim razie lepiej ruszajmy, wolałbym zostać z nadmiarem gorzały, ale być na powierzchni.   - Czekaj chwilę, widzisz tamten kokon na ścianie? Chciałbym go obaczyć, będę miał alkohol w gotowości.   Seweryn nie spostrzegł wcześniej osobliwego kokonu, zastanawiał się, czemu tak paskudna rzecz mogłaby interesować Jegora. Podchodzili miarowymi krokami do uwitego z mrówczej wydzieliny bąbla, a im bliżej byli, tym Sewerynowi coraz częściej się zdawało, iż pod jego powierzchnią dostrzec można drobne drgania. Przystanęli z dwóch różnych stron. Jegor z gorzałą i łuczywem w rękach, Seweryn z obnażoną szablą. Lechita wbijał delikatnie sztych między włókna, sunął ostrzem w dół, aż gdy szczelina była wystarczająco duża, grawitacja zrobiła swoje. Z kokonu wypadł wprost na ziemię jakiś duży obiekt. Po chwilowej konsternacji, okazało się, iż jest to człowiek! Spowity w sepentrioński mundur wartownik kopalni!    - Nie na taki łup z kokonów liczyłem… - oznajmił nonszalancko Jegor.   - Spójrz! Jeszcze dycha - ryknął Pilecki.   - Mrówki zostawiły świeże mięso na później.   - Pomóż mi go obrócić na plecy, dajmy mu dobrze złapać powietrza i postawmy go na nogi.   - Będzie dla nas zbędnym obciążeniem, lepiej go zostawić.   - Im większa grupa, tym łatwiej będzie nam przetrwać. No dalej, pomóż mi. My cię rannego na stepie nie porzuciliśmy.   Jegor się przemógł, zrobili tak, jak ustalił Seweryn. Oparli na nieprzytomnego strażnika o ścianę. Klepnęli go po parę razy po policzkach, by nieco przywrócić mu kontakt ze światem. Strażnik mruknął parę razy i uniósł leniwie powieki. Rozglądał się chwilę, nie rozumiał zbytnio co się dzieje, dopiero co był na warcie, ktoś otworzył szczelinę i ostatnie co pamięta to dźwięk szurania i płynący mu przed oczyma sufit.    - Zostałeś porwany i uratowany, teraz musimy się stąd jak najprędzej wynieść - wyjaśniał Sepentrionowi Jegor, postanowił zachować szczegóły masakry w kopalni dla siebie.   - Pułkownik pewno mnie zleje za obijanie się, długo tu siedziałem?   - Zbyt długo, rusz zad!   - Chwila, ale wy jesteście więźniami. Jakim prawem mi rozkazujecie?   - I jesteśmy uzbrojeni, więc wstawaj jeśliś oleju we łbie nie utracił.   Nowy towarzysz coś pomamrotał pod nosem, lecz wkrótce ruszyli dalej w głąb jaskiń. Ku ich niezadowoleniu, poziom groty schodził pochyło w dół. Szli powolnym krokiem, zważając na każdy szmer. Powietrze zrobiło się nadwyraz duszne, ale czy to przez strach, czy wszechobecny śluz mrówek, żaden nie chciał przed sobą przyznać. Uratowany Sepentrion począł z wolna odzyskiwać równowagę, coraz pewniej stawiał kroki. Umysł otrzeźwiał mu się coraz bardziej z każdym pokonanym metrem.    - Jak cię zwą? - zaczepił strażnika Seweryn.   - Arkadij.   - Słuchaj Arkadij, mam nadzieję, że pojmujesz w jakiej sytuacji się znajdujemy?   - Nie pamiętam zbyt wiele.   - Jesteśmy w jądrze niebezpieczeństwa, musisz odpuścić swoje dawne nawyki i słuchać nas, jeśli chcesz przeżyć.   - Mam się bratać z Lechitą? Za żadne klejnoty Cara. Czuję wasze zimne lufy na karku, tylko dlatego z wami podążam. Poczekajcie tylko, aż dotrą do nas posiłki, doigracie się za pojmanie sepentriońskiego sołdata.   - Odpuść, to nie ma sensu - wtrącił Jegor, nagle wytrzeszczył oczy i zawołał do towarzyszy - stop!   Tuż przed nimi zionęła niezgłębiona otchłań, szeroka wyrwa w ziemi, która niemal pochłonęła ich podczas marszu. Chyląc łuczywa nad przepaścią, nie sposób było dostrzec jej dna, dało się jednak zauważyć przeciwległy brzeg, urywający się stromo spadającą ścianą. Jegor poburkiwał niezrozumiale pod nosem i rzekł wkrótce do reszty.   - Powinniśmy dać radę to przeskoczyć. Ja pójdę na pierwszy ogień, skaczę z was najlepiej i pomogę wam utrzymać się na drugiej stronie. Drugi niech skoczy Arkadij, jeszcze trochę kuśtyka i trzeba go asekurować - podszedł blisko Seweryna i szeptem rzekł mu do ucha - i pilnuj go, by nie zwiał.   Po tych słowach Jegor przeciął powietrze i bez problemu znalazł się na przeciwległym brzegu urwiska. Obrócił się na pięcie, kazał Arkadijowi szykować się do skoku. Sepentrion zrobił drobny i niezgrany rozbieg, mięśnie jego nóg jeszcze się na dobre nie rozbudziły, tor jego lotu zataczał ostry łuk w dół. Przed oczyma mignął mu tylko bury bohomaz skał, zderzył się ciałem ze ścianą, lecz w tej samej chwili Jegor chwycił jego miotające się swobodnie w powietrzu ręce. Wciągał oszołomionego Sepentriona, nagle, gdy ciało Arkadija znajdowało się już niemal w całości na stałym podłożu, spory kawał skały ukruszył się pod ciężarem dwóch mężczyzn. Jegor uskoczył przez zawalającą się ziemię, ciało Arkadija znów wisiało. Ataman skupił w sobie całe siły i jednym szerokim ruchem przyciągnął strażnika do siebie, tym razem bez przeszkód.   Seweryn stanął przy krawędzi, jego skok nabrał dodatkowych trudności. Trasa znacząco się wydłużyła przez skruszenie się skały. Kapitan kręcił głową w beznadziei, mógł się tylko cofnąć i poszukać innej drogi, w samotności.    - Nie dam rady przeskoczyć, szczelina zrobiła się zbyt szeroka - krzyknął do Jegora.   - Musisz, nie mamy innego wyjścia.   - My?   - Bądź co bądź, potrzebujemy się wzajem. To jak, zaufasz mi?   - Nie mam innego wyboru.   Gdy to mówił, cofnął się o parę kroków, zrobił tak mocny rozpęd, jak tylko mógł. Powietrze gładziło go po skurze, gdy szybował tuż nad przepaścią, nie czuł kompletnie żadnej materii pod podeszwami baczmagów. Dłoń trzymał otwartą, wysoko w górze, strach tym razem nie zamalował mu twarzy. Z gruchotem zbił się ze ścianą, czuł mocny ścisk na przedramieniu, on także zacisnął na czymś równie mocno dłoń. Linię podłoża miał przy piersi, skulonymi nogami odpierał się od skalnej ściany, jedną ręką podciągał się o krawędź przepaści, za drugą wciągany był przez Jegora.   Stanął na równe nogi, obaj mężczyźni byli zdyszani. Między nimi na podłożu, plątał się wracający do przytomności Arkadij. Jego również postawili w pionie. Szli ramię w ramię, Halyjczyk i Lechita. Sepentrion chwiał się przed nimi.   Wkrótce wkroczyli do nietypowej groty, której ściany mieniły się pod ogniem łuczywa niczym gwiazdozbiory. Ten widok z miejsca oczarował by kogoś z wrażliwą artystyczną duszą, ba nawet może i zainspirował do spisania ambitnego poematu. Lecz nie to grało w duszy obecnych tam ocaleńców, to byli zahartowani żołnierze, skupieni jedynie na przetrwaniu obecnej sytuacji. Beznamiętnie maszerowali pod gwieździstym sufitem, nie zważając na obecne tam piękno nawet na krótką chwilę.    Wtem powróciło tykanie, ale tym razem różniło się ono, było wyraźnie cięższe. Byli teraz w dość wąskim korytarzu, łatwiej byłoby się im obronić ogniem, niż w otwartej grocie. Czekali więc na impakt w najwęższym odcinku.   I wtedy z gęstej ciemności ponownie wyłonił się rój, ale Jegor odczuwał dużo większe zagrożenie. Czuł to, ale nie mógł jeszcze świadomie pojąć, z czym się musi zmierzyć. Umysł Halyjczyka rozjaśnił się w końcu, gdy przez korytarz śmignęło kilka mrówek obok siebie, a jedna większa od drugiej.    - To żołnierze! - wydusił z siebie ataman.   Chwycił za pełną butelkę alkoholu i bryznął zawartość hen przed siebie, rzucił pochodnię. Ogień buchnął niemal pod sufit, lecz tym razem kwilenie usłyszeć było można sporadycznie. Wielkie mrówki kroczyły przed siebie niepowstrzymane.   Zdawało się już, że to koniec, że tym razem trzeba niechybnie salwować się ucieczką. Mrówki przestępywały przez pląsające płomienie i były coraz bliżej. Jegor próbował się już wycofać, ale nagle na przód wyskoczył Seweryn. Wyciągnął spod kożucha zgrabioną prochownicę i cisnął ją prosto w ogień. Grzmot podobny do gniewu Peruna odbijał się między ścianami. Mrówczy łeb roztrzaskał się na drobne kawałki, gdy styknął się z eksplozją prochu.   Jegor wrócił na front korytarza, razem z Sewerynem rzucali następne wory pełne prochu, mieli ich niemały zapas z głównej jamy kopalni. Rzucono chyba z sześć prochownic, mrówcze ciała latały w strzępach po jaskini, obryzgując twarze ocaleńców rozgrzaną w ogniu krwią. Reszta roju ponownie się wycofała w głąb. Byli ocaleni.   Obaj mężczyźni dyszeli teraz przeraźliwie, ich zapasy kurczyły się z każdym starciem. Jegor ruszył już do przodu, Seweryn łapał jeszcze chwilę powietrze, a Arkadij stał cały ten czas osłupiały ze strachu. Halyjczyk zajrzał w głąb korytarza, przystawił ucho do ściany. Nie widział nic, ani nie słyszał żadnych nadchodzących kroków. Odwrócił się do towarzysza, lecz nagle bach! Coś przyćmiło mu widok, runęło na niego z sufitu, a on wierzgał się teraz na podłodze. Jeszcze jeden żołnierz ostał się, gdy próbował ominąć płomienie. Jego żuwaczki bezlitośnie próbowały zgnieść czaszkę Jegora, lecz ataman w ostatniej chwili zdążył je złapać w dłonie. Całą siłę skupił teraz w ramionach, ale ścisk żuwaczek był niewyobrażalnie mocny. Mimo wszelkich prób rozszerzenia uścisku, te zwężały się coraz bardziej. Mięśnie ramion Jegora bolały, jakby były rozrywane na strzępy. Jego kończyny wiotczały, siła go opuszczała. Nagły trzask, Jegor zwolnił ramiona i zapadła ciemność.   Otworzył oczy, wciąż leżał na ziemi. Na nim zwiotczałe truchło mrówczego żołnierza, zrzucił je z siebie. Odsłaniając sobie widok, dotarło do niego, że nad nim stoi Seweryn ze wzniesioną lufą arkebuza, jeszcze dymiła od świeżego wystrzału. Seweryn opuścił broń i wyciągnął rękę do Jegora, tamten stanął na nogi.   Niespodzianie do tej dwójki dołączył Arkadij, jego wzrok zmienił się nieco, nie przepełniała go już aż tak pogarda.    - Muszę jednak przyznać, że mości panowie uratowali mi już niejednokrotnie życie. To… jak panowie nieugięcie walczą… Proszę odpocząć, pójdę na zwiad.   Arkadij oddalił się, a Seweryn z Jegorem przycupnęli na ziemi, musieli nieco ochłonąć.   - Czemu tym razem nie działał na nie ogień? - pytał Seweryn otrzeźwiony już po akcji.   - To żołnierze, mają znacznie grubszy pancerz, do tego jeszcze nie mają gruczołów kwasowych. Robotnice używają łatwopalnego kwasu, by zmiękczać skały i drążyć w nich tunele. Przy okazji, gdy nie mogą znaleźć pożywienia, wchłaniają w ten sposób minerały. Ten kwas nie potrafi jednak trawić złota.   - Złota? A co ma złoto do tego?   - Spójrz wokół siebie, na tę grotę. Wszędzie w skale rozproszone są pyłki złota, mrówki zlepiają w samorodki i wydalają całkowicie oczyszczone. O spójrz tam w kąt! - i Jegor wskazał kilka drobnych, błyszczących kulek leżących pod ścianą.   - To znaczy, że jeśli wybilibyśmy całą kolonię, pozbawilibyśmy Sepentrionów wydajnego źródła złóż dla tej kopalni? I nie mieliby jak finansować wojny!   - Dokładnie tak.   Seweryn powstał, przestępował z nogi na nogę. Drapał się po głowie, wyglądał, jakby dostał kolejnego ataku migreny, nic jednak bardziej złudnego. Stanął nagle sztywno przed Jegorem, wziął głęboki wdech i rzekł stanowczo.    - Jesteśmy już głęboko w mrowisku, może głębiej niż powinniśmy być. Zmierzyliśmy się już kilkukrotnie z zagrożeniem, o niemało przepłaciliśmy to życiem. Mam jednak prośbę. Zejdźmy jeszcze głębiej i wyplewmy te cholerstwa do gołej ziemi. Potrzebuję twojej pomocy, sam nie dam rady. Złożę do wojewody wniosek o twoje ułaskawienie jeśli się na to zgodzisz.   - Daruj sobie swoje łaski, jeszcze nie jedno narozrabiam na stepach. Jeśli chcesz wybić całą kolonię, najłatwiej będzie uderzyć w królową. Bez matki, wszystkie mrówki pomrą w najwyżej tydzień.   - Czyli zgadzasz się?    - I tak chciałem zabrać stąd kilka samorodków, a przy gnieździe królowej jest coś znacznie cenniejszego. Wchodzę w to.   - Nie marnujmy w takim razie czasu.   - Tylko Arkadij nie może się o tym dowiedzieć, może wciąż być lojalny wobec cara i z pewnością przeszkodzi nam, jeśli coś wypaplamy.   - Racja, ale chyba wiem jak wywieźć go w pole.   I zmierzali w głąb gniazda, a na karkach czuli narastające napięcie. Wkrótce napotkali wracającego z patrolu Sepentriońskiego towarzysza, złączyli się na powrót w jedną grupę i nie zatrzymywali się już więcej. Pomniejsze korytarze przecinały się coraz częściej, główny korytarz przekształcał się w coraz szerszą jamę. W końcu jama przekształciła się w główną salę, z której wybiegały odnogi tak liczne, że przetrwańcy zapomnieli, z której przybyli. Jedno z przejść było znacznie większe od pozostałych, kończyło się ono skrajną pochyłością, oblepioną w całości śluzem o osobliwej woni. To właśnie tą drogą postanowili ruszyć dalej wojownicy. Zbliżyli się doń i spojrzeli po sobie. To był czas ostatecznych wyjaśnień.    - Arkadiju - zaczął Seweryn - nie chcieliśmy ci mącić w głowie, lecz nadeszła pora ci coś wyjaśnić. Gdy kopalnia została opanowana przez mrówki, niemal wszyscy zginęli podczas szturmu. Wszyscy poza nami dwoma. Chcemy pomścić naszych poległych pobratymców, a tam w dole znajduje się właśnie źródło całego zamieszania. Czy zechcesz nam towarzyszyć?   - Wszyscy? - głos zadrżał Arkadijowi - nie, nie mogę z wami tam pójść. To nie moja walka, to czyste szaleństwo. Ledwo sobie daliśmy radę podczas przeprawy, a tam ma być coś gorszego? Mogę dla was jednak zostać na czatach. Będę pilnował tyłów, jednak jeśli nie wrócicie do mnie w kwadrans, odejdę stąd bez was.   - Niech i tak będzie - rzekł beznamiętnie Jegor - czas nagli, pora ruszać.   Zjechali na podeszwach po stromiźnie. Zjeżdżalnia miała dobre kilkanaście metrów. Dotarli do dna, a ich oczom otwierało się leże królowej kolonii. Sama monarchini zdawała się być w uśpieniu, lecz zbudziła się, wyczuwając nadciągające, obce zagrożenie.    - Bogowie, to coś jest wielkie jak żubr! - wydukał z siebie Seweryn.   Bestia powstała na swych sześciu odnóżach. Wielka królowa poczęła szarżować w kierunku kapitana i atamana, obaj mężczyźni dobyli szabel. Seweryn uskoczył w trymiga na bok, Jegor stanął teraz naprzeciw wielkiej mrówki, mierząc ostrzem prosto w łeb. W ostatniej chwili wymachu, królowa zakleszczyła jednak klingę Halyjczyka między żuwaczki. Ataman siłował się, by wyciągnąć szablę z potrzasku. Czuł jak żyły pulsowały mu w ramionach, gdy napinał mięśnie do kresu swej wytrzymałości, magma lała się mu przez tętnice.   W tym czasie Seweryn podbiegł od boku i niestępioną jeszcze szablą odciął jedną z nóg mrówki. Ta zaryczała z bólu i rozstrzaskała ostrze Jegora. Na ten ryk wezbrało się rozległe szmeranie, tykanie patyków o kamienną podłogę. Halyjczyk nie dał się zdezorientować nagłym obrotem sytuacji, królowa wychynęła łeb w jego stronę i kłapnęła żuwaczkami, niczym dwie iskrzące o siebie kosy, tamten jednak uskoczył w prawo. Do sali ześlizgnął się nagle Arkadij.    - Nadciągają! - krzyczał wypluwając płuca - Nadciągają! Pomocy!   Sepentrion był w panice, jego twarz była jak z najgorszego malowidła. Wbiegł wprost przed rozwścieczoną monarchinię mrówek, ta znów kłapnęła żuwaczkami, a Arkadij został przecięty na pół w pasie. Krew bryznęła jak z rozbitego jajka, twarz Sepentriona zamarła, nie wydał z siebie nawet jęku bólu. Jego dwie połówki padły na ziemię poszerzając taflę szkarłatnego bajora.   Tuż za Arkadijem zbiegło się kilku mrówczych żołnierzy. Jegor odwrócił się gwałtownie. Wypalił do jednego z potworów z arkebuza, z trzema następnymi musiał zmierzyć się ostrzem pękniętym.   Seweryn rzucił się natomiast na ziemię i przeturlał pod tułowiem królowej. Wstając z kolan, zamachnął się i odrąbał czystym cięciem drugą środkową nogę. Królowa nie mogła już utrzymać własnego ciężaru i padła z hukiem na ziemię, unieruchomiona. Kapitan nie marnował czasu, gdy tylko zauważył, że Jegor ma kłopoty, ustrzelił żołnierza z arkebuza i skoczył na pomoc.   Zostało jeszcze dwóch mrówczych żołnierzy. Jegor nie mógł się za żadne skarby przebić złamaną szablą przez ich pancerz. Wtem jednak Seweryn wpadł na jednego ze stworów z uzyskanym w biegu impetem. Żołnierz wywrócił się plecami do ziemi, a Seweryn wbił sztych szabli prosto w miękki brzuch.   Została ostatnia mrówka, która szarżowała wprost na Jegora. Ataman odpędzał się resztkami klingi, lecz roztrzaskane ostrze za żadne skarby nie potrafiło choćby zarysować pancerz owada. W końcu jednak Jegor postanowił wetknąć między żywaczki potwora palące się łuczywo. Mrówka chwilę próbowała przegryźć drewniany trzonek, lecz w tym czasie Jegor odbiegł na kilka metrów, Seweryn widząc co się dzieje, rzucił wprost w ogień swoją ostatnią prochownicę. Mały worek prochu przefrunął po sali, zatoczył w powietrzu łuk i niechybnie zbliżał się do źródła żaru. Już jeden jęzor ognia musnął go lekko i nagły błysk oświetlił salę. Nastąpił huk, a łeb żołnierza rozwarł się na dwie połówki.   Zagrożenie zostało zażegnane, lecz w kącie sali kwiliła jeszcze ranna królowa. Dwaj mężczyźni podeszli do niej i gdy ta rozwarła żuwaczki w przypływie bólu, wojownicy wbili w jej gardło swe szable po sam jelec. Stwór szybko znieruchomiał i ucichł.   Kroczyli obok siebie na koniec sali. Ściana, brak wyjścia. Seweryn chciał się wycofać na rampę, lecz Jegor nie zatrzymywał się. Coś małego i białego wiło się po kątach. Jegor uniósł to przed swą twarz, było wielkości jego przedramienia i nieustsnnie się poruszało.   - To larwy mrówek? - pytał Seweryn.   - Nie inaczej.   Jegor wzniósł oburącz lawrę ponad głowę i niespodziewanie ścisnął ją w dłoniach. Przezroczysty sok wypływał z miękkiego, pomiętego ciałka, a Jegor spijał każdą kapiącą kroplę.   - Co ty wyprawiasz!? Te larwy karmione były ciałami górników, obok których pracowałeś!   - Taka jest natura, ich materia wróciła do obiego, a ja chcę znów tę energię zapożyczyć. Czy wiesz ile takie larwy muszą w sobie trzymać składników odżywczych, by wyrosnąć na takie bydle, jak tamte? Jestem wykończony po całym dniu walki, a to działa jak niezwykły otrzeźwiacz.   Jegor przetarł nadgarstkiem wyrastające spod jego nosa, wilgotne krucze pióra, kilka kropel larwiego napoju spływało mu jeszcze z warg na zarośniętą brodę. Wyciągnął zza pazuchy pustą butelkę po gorzale, podszedł do następnych larw i wycisnął jeszcze dwie. Butla była napełniona po sam korek przezroczysto zielonkawym płynem.    - A to na później. Chcesz trochę?   - To poniżej jakichkolwiek norm!   - Hah - Jegor zaśmiał się pod nosem - nie umoralniaj mnie. Właśnie wyrżnąłeś całą kolonię mrówek na swoje widzimisię. Ja po prostu też chcę coś z tego mieć. Niejeden szlachcic z zachodnich stepów zapłaci mi fortunę z choćby naparstek tego napoju.   - Robiłem co musiałem dla swej ojczyzny, by na tych ziemiach mógł panować spokój i porządek. Ty z kolei nie kierujesz się absolutnie żadnymi zasadami poza własnym dobrobytem.   - Porządek? Zasady? Czy nie widzisz do czego one prowadzą? Tam ponad nami, wznosi się obóz ciemiężców, czy takiego porządku szukasz? Rygoru?   - Istnieje jednak umiar. Nie wszystko musi być sprowadzane do ekstremów.   Dudniący szmer przerwał im niespodziewanie rozmowę, nie byli pewni skąd dobiegał. Czy po drugiej stronie ściany była jeszcze jedna komnata? Czy coś nadbiegało z rampy?    - Mniejsza z kłótniami - uciął Jegor - coś nadchodzi i powinniśmy się stąd jak najszybciej ulotnić.   Ruszyli wspinać się po rampie. Lepka powierzchnia pomagała się im utrzymać w miejscu, lecz wzrastał w nich niepokój. Nie mieli już prawie żadnych zapasów, a szmer stawał się coraz bardziej donośny i rozległy. Gdy byli już u szczytu, od razu rzucili się do biegu. Kręcili się po korytarzach, raz w prawo raz w lewo, raz ciaśniej, raz szerzej, ale nigdy wstecz, gdyż szmer nie odstępował ich na krok. Znaleźli się nagle w ślepej uliczce, desperacko rozglądali się i macali ściany w poszukiwaniu szczelin. Seweryn spojrzał w górę. Na końcu korytarza znajdował się szyb prowadzący pionowo w górę.   Jegor pierwszy zaczął się wspinać. W szybie było jak w kominie, jego pierś i plecy nieustannie stykały się ze skałami. Trudno było zgiąć kolano, czasem wisiał w powietrzu, tylko dzięki sile swych ramion. Byli prawie u szczytu, jasność blado przebijała się przez sufit, lecz nagle Jegor spostrzegł, iż wyjście zapieczętowane jest lodową czapą.   - Wyjście zamarzło na kość! - Jegor rzucił informację w dół.    - Kuj sufit szablą! - krzyczał Seweryn - Szybko, są już tuż, tuż!   - Nie mam, królowa mi ją roztrzaskała.   - Dam ci swoją, czekaj!   Seweryn oparł się stopami i zadem, by nie runąć w kominie. Ciężko było wyprostować u szczytu ramiona w łokciach, a co dopiero wyciągnąć sztywną szablę z równie sztywnej pochwy. Szło to mozolnie, Pilecki co rusz musiał zmieniać ustawienie ramion, a płaz szabli niebezpiecznie prześlizgiwał mu się. Najpierw po piersi, a później po karku. Pałasz w końcu był wyciągnięty, lecz trzeba było go jeszcze podać i obrócić sztychem do góry, nie dźgając przy tym towarzysza, ani siebie. Kapitan wyprostował rękę najmocniej jak mógł, trzymał szablę za płaz, aż Jegor wreszcie złapał.    Sztych i głownia obijały się o ściany pionowego szybu. Jegor próbował obrócić pałasz raz trochę wyżej, raz trochę niżej, ale nie mógł znaleźć dość szerokiego miejsca. W końcu chwycił za sztych rękawicą, okazało się, że miejsca starczy, ale tylko tuż przy obojczykach Jegora. Ostrze niemal ocierało się o gardło Halyjczyka, a gdy już pionowo je prostował, zaciął nawet lekko skórę. Teraz jednak nie zważał na stróżkę krwi, rył z całych sił sztychem w lodzie.   Drobne promienie przedzierały się już przez czapę, szczelina nad głowami powiększała się, była już na tyle duża, by pomieścić Jegora, a więc i Seweryn się zmieści. Ataman wystawił rękę ponad jaskinię, rzucił w śnieg szablę i kurczowo złapał się krawędzi szczeliny. Podciągnął się, był na powierzchni. Podał rękę towarzyszowi, postawił go obok siebie. Rozświetlona jama ukazywała gnające za nimi chmary mrówek. Jegor chwycił szablę i wraz z Sewerynem pierzchli hen za horyzont.   Biegli chyba z dwa kwadranse, nie oglądali się, w końcu jednak i halyjski hart ducha się wyczerpał i Jegor przystanął, odwrócił się do zostawionych przez nich na śniegu śladów. Nie widział nic, prócz okalających ich drzew.    - Chyba je zgubiliśmy, jesteśmy bezpieczni - mówił zdyszany ataman, próbował złapać oddech.   - A co teraz? Sam w obozie mówiłeś, że jesteśmy na pustkowiu.   - Nie zostało nam nic innego, niż iść na zachód, aż do skutku. Chyba, że chcesz tu siąść, zamarznąć i umrzeć z godnością.   - Nie, godnie by było walczyć do końca.   - Też tak sądzę - Jegor rozpiął najwyższy guzik kożucha i wyciągnął coś zza pazuchy - obiecałem ci chyba zostawić coś na ból głowy. Masz, zostało jeszcze pół butelki gorzały.   - Ha! Przydałoby się czymś rozgrzać - Seweryn pociągnął łyk z gwinta.   I ruszyli wkrótcę ku zachodowi, torując baczmagami śnieg, wprost do chylącego się za horyzont różawego Słońca.
    • @violetta   Violetta …ale z Ciebie koleżanka…:( potrzebuję Ciebie a Ty sobie śpisz…:( nie wiem jak można spać :( w taką noc;) 
    • @tie-break No, sporo ostatnio chodzę po moim mieście. Albo jeżdżę bez celu autobusami. I też tak czuję, że się we mnie zapisało.  Dzięki!
    • @hollow manZnakomite :) Jak śpiewał Niemen - "mam tak samo jak ty". Miasto jest mną, a ja jestem miastem. To jeden z moich ulubionych tematów na wiersze, w których miasto to nie tylko przestrzeń życiowa, czy też wygodna metafora do wszelkich człowieczych przypadków, ale coś dojmująco ludzkiego w swojej strukturze, funkcjach, dynamice, różnorodności zachodzących w nim procesów. Miejska tkanka odtwarza to, co dzieje się w naszych głowach.
    • @violetta   gdzie jesteś Violetta?
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...