Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ranek był ładniejszy, niż się spodziewała. Księżniczka rozchyliła błękitne zasłonki, wpuszczając do komnaty pierwsze promienie słońca. Odetchnęła głęboko. Długo czekała na ten dzień, ale teraz, kiedy wreszcie nadszedł, czuła zdenerwowanie.

Jak na księżniczkę przystało, Księżniczka mieszkała w wysokiej wieży strzeżonej przez straszliwego smoka. Miała złote loki, błękitne oczy i białą sukienkę wyszywaną w stokrotki. Od dziś miała też szesnaście lat, idealny wiek do zamążpójścia.

Zawsze sadziła, że małżeństwo jest czymś fantastycznym. Ostatnio jednak zdała sobie sprawę, że ściśle wiąże się ono z posiadaniem męża. Niestety, jak dotąd potencjalni kandydaci nie przypadli Księżniczce do gustu. Byli albo zbyt ulegli, albo zbyt uparci, albo zbyt naiwni, albo zbyt głupi. Wszyscy bez wyjątku próbowali pokonać smoka. Teraz ich zbroje spoczywały u stóp wieży, podczas gdy sami kandydaci krążyli po Krainie Wiecznych Łowów.

Dzisiejszy dzień miał jednakowoż zmienić stosunek Księżniczki do zamążpójścia. Dziś miała spotkać rycerza swego serca, liczyła więc na coś wyjątkowego. Na co – tego określić nie potrafiła.

Łopot skrzydeł uprzedził ją o zbliżającym się smoku. Księżniczka cofnęła się do wnętrza komnaty i przykryła dłonią oczy. Zaraz potem jaśniejący kształt przesłonił wschodzące słońce, niebo i malowniczy krajobraz za oknem. Był to smok, a właściwie Smok, takie bowiem imię nadała mu Księżniczka. Kiedy ją dostrzegł, skłonił głowę, a ona odpowiedziała wdzięcznym dygnięciem.

- Witaj, Księżniczko – powiedział Smok dudniącym głosem.

- Dzień dobry, Smoku – odparła Księżniczka. – Pamiętasz, że dziś jest mój wyjątkowy dzień?

- Oczywiście. Kończysz szesnaście lat i z pewnością Bardzo Dzielny Rycerz przybędzie, by wyrwać cię z moich szponów.

Księżniczka, która przywykła już do blasku bijącego od Smoka, przysiadła na parapecie okna i staranie ułożyła fałdy sukienki.

- Czy masz dla mnie prezent? – spytała po chwili milczenia. Nigdy nie grzeszyła wyczuciem, co ostatecznie można jej wybaczyć, ponieważ od dzieciństwa mieszkała w wieży i wszystkich traktowała z góry.

- Oczywiście – Smok sięgnął pyskiem do grzbietu i podał jej małe, drewniane pudełeczko. Księżniczka obróciła je w dłoniach i stwierdziła, że nie jest zbyt interesujące.

- To Pudełko Szczęścia – wyjaśnił Smok. – Prezent znajduje się w środku.

Księżniczka z ciekawością uchyliła wieczko. Zauważyła, że dno wykonano z lusterka.

- Tu nic nie ma – stwierdziła zdziwiona. – Czy jesteś pewien, że dałeś mi właściwe pudełko?

- Tak – odparł Smok, po czym załopotał skrzydłami i zanurkował w powietrzu. Księżniczka wychyliła się. Zobaczyła jasny kształt u stóp wieży, zaraz potem usłyszała rżenie i donośny, męski głos.

- Jam jest Bardzo Dzielny Rycerz, Honorowy Kompan i Lojalny Towarzysz, Najlepszy Kandydat na Męża w Promieniu Najbliższych Siedmiu Gór i Rzek!

Księżniczka westchnęła. Nie miała wątpliwości, że oto przybył jej wybranek. Miała nadzieję, że stanie się to trochę później, zamierzała jeszcze zjeść śniadanie. W zaistniałych okolicznościach zebrała jednak suknię i dostojnym krokiem pokonała tysiąc dwieście trzydzieści sześć schodów w dół wieży.

Standardową procedurą rozpoznania wybranka był zestaw trzech pytań zadawanych przez Smoka. Księżniczka pytań nie znała, ponieważ nigdy nie lubiła zagadek, a zwłaszcza tych rozwiązanych. Wiedziała, że rycerz odpowie na wszystkie pytania. Wyglądał dokładnie tak, jak głosiła przepowiednia – przybył w lśniącej zbroi na białym koniu, w dłoni trzymał zaś karminowy proporzec z białą gwiazdą.

Gdy tylko ją ujrzał, padł na kolana. Księżniczka poczuła się lekko zmieszana, pozwoliła sobie nawet na lekki, dyplomatyczny rumieniec. Potem podała mu dłoń, którą Rycerz ucałował z szacunkiem, pomachała Smokowi na pożegnanie i lekko wskoczyła na grzbiet rumaka. Rycerz usadowił się tuż za nią, po czym ruszyli ku Odległemu Królestwu, gdzie Rycerz miał pojąć Księżniczkę za żonę.

- Przepraszam, pani – odezwał się, kiedy mijali pierwszą z siedmiu gór i milczenie powoli stawało się niezręczne. – Mniemam, iż nie miałem jeszcze okazji się przedstawić. Jam jest Bard, Rycerz Bard.

- To pewnie skrót od Bardzo Dzielny? – spytała rezolutnie Księżniczka, pamiętając, by wyjąć ręce z kieszeni.

- To pomysł mamusi – odparł, a czubki jego uszu sczerwieniały pod hełmem.

- Nic nie szkodzi – powiedziała Księżniczka. – Mnie się podoba, naprawdę. Daleko stąd do Odległego Królestwa?

- Powinniśmy pokonać sześć gór i siedem rzek, co daje nam dziesięć dni drogi. Znam jednak doskonały skrót, dzięki któremu dotrzemy do Królestwa w ciągu pięciu dni. Za czwartą rzeką skręcimy w prawo, przejedziemy przez Stary Bór, dotrzemy do Mokrego Jeziora, miniemy Chałupkę Baby Jagi i będziemy już prawie na miejscu.

Księżniczka skinęła głową. Była pewna, że skrót nie wyjdzie im na dobre, jednak stwierdziła, że kłótnia na pierwszej randce nie wróży dobrze związkom na całe życie. Poza tym liczyła, że błądzenie po Starym Borze nie potrwa zbyt długo.

Nagle przypomniała sobie o prezencie, który dostała od Smoka. Pomyślała, że tak mądry rycerz jak Bard z pewnością powie jej, do czego służy Pudełko Szczęścia.

Rycerz długo oglądał pudełeczko, nim zajrzał do środka. W jasnych promieniach słońca ujrzał, jak w lusterku odbija się jego przystojna twarz i śliczna buzia Księżniczki. Uśmiechnął się, a ona odwzajemniła uśmiech.

- To rzeczywiście Pudełko Szczęścia – stwierdził, nim ją pocałował.

Nie minął miesiąc, kiedy Rycerz i Księżniczka stanęli przed bramą zamku Króla Starego Królestwa. Rycerz przedstawił Księżniczkę rodzicom. Byli tak zachwyceni, że Królowa zrezygnowała nawet z pomysłu sypania grochu pod prześcieradło przyszłej synowej. Kandydatka wyglądała na najprawdziwszą księżniczkę, poza tym nosiła kryształowe pantofelki.

Następnego wieczora odbyło się huczne wesele, na którym zjawili się wszyscy przyjaciele, krewni i dworzanie rodziny królewskiej. Księżniczka chciała zaprosić Smoka, jednak Królowa stwierdziła, że ostatnio brakuje im dziewic. Z troski o przyszłość Królestwa Księżniczka zdecydowała się na wysłanie Smokowi listu z informacją, że dotarła, ma się dobrze i właśnie zmieniła nazwisko na Przyszła Królowa.

Przez wiele lat Księżniczka i Rycerz mieszkali razem w domu teściów. W końcu stary Król zdecydował się przejść na emeryturę, przekazując władzę w ręce syna. Księżniczka stała się pełnoprawną Królową, dostała własną koronę i berło. Niedługo potem powiła Rycerzowi dziecko, jasnowłosą dziewczynkę, na którą wołano Słoneczko. Słoneczko była zawsze roześmiana i dobroduszna, nigdy się nie denerwowała i godzinami pozwalała matce czesać swoje długie, złote włosy.

Rycerz okazał się dobrym władcą. Dbał o dobro Królestwa, zawierał pakty z sąsiadującymi królestwami i ze smokami, które zgodziły się porywać dziewice tylko w weekendy po szesnastej. Kiedy Słoneczko skończyła dwanaście lat, zaczął się również rozglądać za księciem godnym jej ręki.

Słoneczko nie była jednak skora do zawierania małżeństwa. Kiedyś przypadkiem dowiedziała się, że jej matka spędziła młodość w wieży strzeżonej przez smoka, czekając na wybranka wskazanego przez przeznaczenie. Poprosiła rodziców, by pozwolili jej uczynić to samo. Długo zwlekali z podjęciem decyzji, ostatecznie jednak zgodzili się i w dniu swoich piętnastych urodzin Słoneczko wyjechała, zostawiając rodzinny zamek za siedmioma górami i siedmioma rzekami.

Wzięła ze sobą prowiant, ciepłą pelerynę, dwie najładniejsze sukienki i ulubionego kucyka. Spakowała też małe, drewniane pudełko, które matka dała jej na pożegnanie. Nie było najpiękniejsze, a w środku miało jedynie małe lusterko zamiast denka. Mimo to Słoneczko zawinęła je starannie w chusteczkę i schowała na dnie plecaka.

Kiedy wreszcie dotarła do stóp wieży, przywitał ją łopot skrzydeł i ogromny, lśniący Smok zagrodził jej wejście. Słoneczko zsiadła z kucyka i ukłoniła się nisko, pamiętając o tym, by wyjąć ręce z kieszeni.

- Kim jesteś? – spytał Smok. Dziewczyna wyglądała znajomo, choć był pewien, że nigdy wcześniej jej nie spotkał.

- Mówią na mnie Słoneczko – odparła. – Moja matka mieszkała w tej wieży wiele lat temu. Ty jesteś Smok, prawda? Wiele o tobie słyszałam.

Smok nie odpowiedział, wzruszony tym, że Księżniczka jeszcze o nim nie zapomniała.

- Czy mogę wejść? – spytała Słoneczko nieśmiało. – Jestem trochę zmęczona, Odległe Królestwo leży bardzo daleko od Wysokiej Wieży.

- Oczywiście – Smok dyskretnie otarł łzę pazurem. – Pozwolisz, że cię podwiozę?

- Bardzo chętnie – uśmiechnęła się Słoneczko. – Wieża wygląda na naprawdę wysoką.

- Ma tysiąc dwieście trzydzieści sześć schodów – powiedział Smok, kiedy Słoneczko usadowiła mu się na grzbiecie. Delikatnie oderwał się od ziemi, by pęd powietrza nie zmiótł dziewczyny. – Na długo przyjechałaś?

- Póki nie znajdzie się mój mąż – odparła smutno. – Mam nadzieję, że wcześniej zdążę się zestarzeć i zbrzydnąć. Nie potrzebuję męża.

- Jakbym słyszał twoją matkę – powiedział Smok. Zawisł w powietrzu tuż przy krawędzi okna i pomógł Słoneczku bezpiecznie dostać się do komnaty. – Herbata jest w szafce. Niedługo przyniosę świeże ciasteczka. Tymczasem rozgość się, panienko. To twój nowy dom.

Smok wrócił wieczorem z zapasem ciasteczek, wina, owoców, pieczonego mięsa i wielu innych przysmaków. Od tej pory codziennie zjawiał się u Słoneczka, plotkując, żartując i zabierając ją na przejażdżki po okolicy. Dziewczyna sądziła, że jest bardzo miły, mimo podejrzeń, że pożarł jej ulubionego kucyka pierwszego dnia po przyjeździe. Potrafiła mu to jednak wybaczyć, bo miała ciepłe serce i nie lubiła nikomu sprawiać przykrości.

Pewnego razu, kiedy Słoneczko siedziała na parapecie i bawiła się pudełeczkiem, do Wysokiej Wieży przybył rycerz. Smoka nie było akurat w domu, poleciał z miesięczną wizytą do krewnych. Dziewczyna ucieszyła się, albowiem pierwszy raz od roku widziała ludzką duszę. Schowała pudełeczko do kieszeni i zbiegła po schodach, gubiąc po drodze pantofelki.

Rycerz był od niej sporo starszy. Przedstawił się jako Mądry Wybitnie. Miał ciemne wąsy i spiczasty hełm, a jego czarny koń wydawał się dość potulny. Słoneczko zatęskniła za swoim kucykiem i spytała, czy może pogłaskać konia. Rycerz skłonił się, niemal dotykając głową kolan.

- Pani, nie czas na zabawy ze zwierzętami – powiedział. – Smok może uwolnić się lada chwila, a my musimy uciekać.

- Uwolnić się? – spytała Słoneczko, czując w sercu ukłucie niepokoju. – Ale przecież Smok nie jest zniewolony.

- Ależ tak – uśmiechnął się rycerz spod wąsa. – Spotkałem go, kiedy mijał góry. Dzięki mojej mądrości udało mi się wywołać lawinę skał, która uwięziła smoka. Niestety, nie wiem, na ile skuteczna okaże się ta pułapka.

Słoneczko wydała z siebie cienki okrzyk. Zakasała suknię i nieelegancko wskoczyła na siodło czarnego rumaka, po czym podała dłoń rycerzowi, który usiadł za nią.

- Dokąd jedziesz, pani? – spytał rycerz, któremu najwyraźniej nie spodobał się kierunek obrany przez Słoneczko.

- Musimy uwolnić Smoka – odparła prosto, po czym popędziła konia do galopu.

Rycerz zadał jej jeszcze kilka innych, nieśmiałych pytań, które Słoneczko zignorowała. Wreszcie zaprzestał prób wyjaśnienia, że uwalnianie smoka nie mieści się w zakresie kompetencji rycerza szkolonego głównie w uwalnianiu księżniczek.

Na Smoka natknęli się w połowie drogi. Był poobijany i zły, poza tym wyglądał na zdrowego. Słoneczko pomachała mu ręką. Smok zniżył lot i usiadł na ziemi tuż obok przerażonego konia.

- A dokąd to z moją księżniczką? – zagrzmiał do rycerza, któremu ze strachu obwisły wąsy.

- Daj spokój, Smoku – powiedziała Słoneczko. – Właśnie jechaliśmy, by cię uwolnić. To jest rycerz Mądry Wybitnie.

- Ten twój mądrala zrzucił mi na ogon trzy tony gruzu.

- Nie miał nic złego na myśli. Nie wiedział, że jesteś moim przyjacielem. Sądził, że więzisz mnie w wieży i dlatego przybył mi na ratunek. To bardzo miłe z jego strony, nie uważasz?

- Tak, tak – mruknął Smok. – I teraz pewnie zostaniesz jego żoną.

- Wcale nie – zaprotestowała Słoneczko.

- Nie? – spytał rycerz, najwyraźniej zbity z tropu.

- Nie? – powtórzył Smok, a jego ogniste oczy zapłonęły silniej niż zwykle.

- Nie – uśmiechnęła się Słoneczko. – Zdecydowałam, że nie opuszczę wieży. Polubiłam to miejsce, a poza tym myślę, że nie mogłabym być niczyją królową.

- Jak to? – spytał rycerz, skubiąc wąsy. – A więc jechałem na próżno? Przemierzyłem pięć gór i pięć rzek, pokonałem Smoka, znalazłem księżniczkę w wieży tylko po to, by dowiedzieć się, że ona zostaje?

Smok i Słoneczko wymienili spojrzenia.

- Za dwiema górami i dwiema rzekami mieszka mój stryjeczny brat – powiedział Smok. – Z pewnością ma na wydaniu jakąś młodą, piękną damę.

Rycerz wydawał się usatysfakcjonowany. Podkręcił wąsa, poprawił miecz, skłonił się Smokowi i dziewczynie, zamiatając ziemię pióropuszem hełmu. Po czym dosiadł konia i, ku uciesze tego ostatniego, oddalił się we wskazanym kierunku.

Słoneczko przyjęła łapę Smoka i już miała wdrapać się na jego lśniący grzbiet, kiedy mały, ciemny przedmiot wypadł jej z kieszeni, potoczył się po ziemi i rozpadł na dwie części. Smok wyciągnął głowę i chwycił oba kawałki w zęby, po czym podał dziewczynie. Było to drewniane pudełeczko. Słoneczko spojrzała do środka i zobaczyła, że lusterko pękło na wiele kawałków. Duża łza spłynęła z czubka jej nosa wprost na lśniącą powierzchnię.

- Dlaczego płaczesz? – spytał Smok, zaglądając jej przez ramię.

- To prezent, który podarowała mi mama w dniu wyjazdu – wyjaśniła dziewczyna.

- Czy wiesz, co to za pudełeczko? – spytał Smok.

Słoneczko pokręciła głową, ocierając łzy.

- Nazywa się Pudełkiem Szczęścia – wyjaśnił Smok. – Zaglądając do środka możesz zobaczyć, czym jest twoje szczęście.

- Ale lusterko jest pęknięte – westchnęła dziewczyna. – Czy to znaczy, że już nigdy nie będę szczęśliwa?

- Po prostu spójrz do środka – powiedział Smok.

Słoneczko przez chwilę wahała się, po czym szybko zajrzała w lusterko. Zamrugała zdziwiona.

Obraz był zamazany, jednak wyraźnie widziała niebo odbite w jednym z jasnych fragmentów. Obok majaczył niewyraźny zarys odległej wieży, zaraz pod nim kobieca twarz przy głowie Smoka. A potem, jak za dotknięciem magicznej różdżki, obraz drgnął i przemienił się w żywą scenę, dziki lot nad wierzchołkami gór, zamek o spiczastych wieżach, Króla i Królową witających ją z otwartymi ramionami i smoka, złotego smoka, w którego oczach lśniły płomienie.

- I co? Dostrzegłaś coś? – spytał Smok po chwili. Słoneczko oderwała wzrok od obrazów w lusterku. Spojrzała przed siebie, w kierunku samotnej Wysokiej Wieży, i dalej, poprzez przestrzeń, aż do granic Odległego Królestwa.

- Tak – odparła. – Myślę, że to właśnie jest moje szczęście.

Opublikowano

Jak na księżniczkę przystało, Księżniczka mieszkała = po co drugi raz księżniczka?

pozwoliła sobie nawet na lekki, dyplomatyczny rumieniec = świetne :)

spytała rezolutnie Księżniczka, pamiętając, by wyjąć ręce z kieszeni. = yy.. jakich kieszeni? sukienki?!

schowała na dnie plecaka = chyba na dno brzmi lepiej
.......................

ładne opowiadanko, a właściwie prawie bajka, trochę odniesień do przyszłości,
bardzo płynnie się czyta

Opublikowano

Po co drugi raz? Ponieważ "księżniczka" jest tytułem, a "Księżniczka" imieniem ;) Kieszenie - masz rację, choć w moim opowiadaniu kieszenie w sukienkach księżniczek są elementem kluczowym i raczej nie będę ich zmieniać. Za to dno plecaka poprawię, lepiej brzmi.
Dziekuję za komentarz :)

Gwyn

Opublikowano

Ostatnio jak dla mnie mnóstwo dobrych opowiadań na forum, i to też do nich nalezy. Potoczysta narracja, stylistycznie zadbany teskt, wciągająca fabuła, a wszsytko okraszone ironią, super. Zbyt prosta wydała mi się metafora lusterka, spodziewałam się czegoś bardziej niejednoznacznego, ale to drobna wada urody.
MOże nawet z pktu widzenia gender dałoby sie interpretować twoją baśń...? Księżniczka jest jeszcze uwięziona w stereotypach, czeka na księcia z bajki, jest pasywna itp. Słoneczko co prawda o mało nie wpadła w sidła tego szowinistycznego Mądrali, ale dzięki smokowi i jego pudełku zrozumiała, że musi kroczyc własną drogą, wybrała niestandardowe życie nowoczesnej "single" kobiety:) Smok nie jest bynamniej mężem czytającym gazete przed telewizorem, ale ognistym kochankiem, hihi.
Dobra ta bajka, bez dwóch zdań.
pozdrowienia!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...