Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Motto:
Łatwiej było nam myśleć, gdy nie mieliśmy słowników.
Łatwiej było nam wiedzieć, gdy nie mieliśmy encyklopedii.


Spróchniałe deski ścian magazynu wydzielały delikatną woń bezpestkowej, sprowadzonej ze słonecznej Hiszpanii, odmiany pomarańczy. Edi Klop tkwił oparty plecami o drzwi, a na palcu wskazującym prawej ręki zawiesił sobie pęk kluczy na metalowym kółku. Wpatrywał się w rozhuśtane zwieńczenie pochylonej, młodziutkiej sprzątaczki, która przed chwilą rozpoczęła nocną zmianę. Zapadał zmierzch. Wszyscy już dawno rozeszli się do domów.
Stał tak chwilę, oczekując na wzmożenie się siły bodźca. Miał nadzieję, że osiągnie on choć próg podniety, lecz nie – zbyt doświadczony był z Ediego Klopa obserwator, by taka błahostka jak zwieńczenie Kasi mogła pobudzić go do reakcji.
A jednak – tego wieczora chciał się zabawić. Lubieżnie oblizał spragnione wargi i zadrgał strunami głosowymi. Aerofon z podwójnym stroikiem wyrzucił powietrze wydechowe do jamy ustnej.
- Moja ty motyliczko! – Skrzekliwy głos Ediego Klopa zabrzmiał koszmarnie, niesiony echem w prawie pustym magazynie.
Kasia oparła mopa o stojący obok wózek widłowy, odwróciła się i popatrzyła na Ediego Klopa. Edi Klop doskonale wiedział, że jest bardzo nieśmiała i całkowicie nieskuteczna w dostosowywaniu się do nowych zadań i sytuacji. Właśnie dlatego ją przecież zatrudnił.
- Mój ty nieśmiertelniku! Mój ty morski aniele! - Gdy usłyszała te namiętne, męskie westchnienia, zasłoniła drobniutką dłonią usteczka, zarumieniła się i delikatnie zamrugała.
Ediemu Klopowi przyszło do głowy, że właśnie nadarza się niepowtarzalna okazja do przećwiczenia wymyślonego niedawno wabika na samice, w którym to notabene nie wykorzystywałby ani jednej z pierwszo, drugo, a nawet trzeciorzędowych (!) cech płciowych.
- Zbliż się, gwiazdnico!
Delikatnym, niepewnym kroczkiem, Kasia ruszyła a w kierunku Ediego Klopa, zostawiając malutkie ślady na wymytej przed chwilą podłodze. Dobrodusznym uśmiechem i nieprzerwanym mruganiem zdawała się wyrażać swoje dziecięce zdumienie mężczyzną, który, oparłszy swe prężne ciało o drzwi, tak natarczywie eksponował szatę godową. W odległości od Ediego Klopa, równej mniej więcej długości kija od mopa, Kasia przystanęła. Wzrok wbiła w posadzkę.
- Nie bój się, księżycorogu.
Kasia zrobiła jeszcze trzy kroki.
- Bliżej, słonino!
Edi Klop już wiedział, że ją miał. Przestała reagować na „słoninę”, myślał, gdyż słyszy to, co chce słyszeć – tak jak w wypadku „motyliczki”, „nieśmiertelnika”, „morskiego anioła”, „gwiazdnicy” i „księżycoroga”.
(Jako ten, który powyższą opowieść snuje, czuję się zobowiązany dokonać pewnej, być może nazbyt rzucającej się w oczy i odrobinę niedelikatnej, konkretyzacji. Aby Szanowny Czytelnik mógł połapać się w zawiłym rozumowaniu Ediego Klopa, wiedzieć powinien, co następuje: „motyliczka” – przywra pasożytująca w przewodach żółciowych wątroby ssaków roślinożernych; „nieśmiertelnik” – suchokwiat, roślina zielna o długo nie więdnących pędach i zasychających kwiatach, głównie na wiązanki, np. ukwap, kocanka; „anioł morski” – gatunek rekina do 1,5 m długości, grzbietobrzusznie spłaszczony; „gwiazdnica” – zrostnica, nitkowaty glon; „księżycoróg” – południowoeuropejski chrząszcz, pokrojem i biologią podobny do krowieńczaka.)
Kasia, jak mała dziewczynka, którą nieznajomy kusi lizakiem, walczyła sama ze sobą. W końcu uległa pokusie i podeszła tak blisko Ediego Klopa, że, wyciągając przed siebie rękę, mógł ścisnąć jej szyję. Edi Klop powoli przysuwał się do niewinnego, roztrzęsionego ciałka Sprzątareczki (jak ją w myślach nazwał). Pochylił się i ujął ją za dłoń, po czym gwałtownie pociągnął ku sobie. Drugą ręką, w której trzymał pęk kluczy, pstryknął wyłącznik światła. Gęsty, lepki mrok przywarł do ścian magazynu.
Jeśli jakiś zabłąkany przechodzień, zaplątawszy się w trzewiach śpiącego miasta, pomyliłby drogę do domu i skręcił w ulicę Zmorskiego, w końcu, po kilkunastu minutach szybkiego marszu, przystanąłby, zwracając uwagę na obce, brudne, przemysłowe otoczenie drewnianych magazynów. Uzmysłowiłby sobie swoją omyłkę, obróciłby się na pięcie, zaśmiał cicho z własnej głupoty, po czym – stanąłby jak wryty. Po lewej, nad sterta wywalonych pudeł, których pleśnią żywią się teraz robale zwabione zapachem bezpestkowej, sprowadzonej ze słonecznej Hiszpanii, odmiany pomarańczy, zauważyłby okno, oświetlone od wewnątrz snopem wątłego, niebieskawego światła.
Musiałby mieć naprawdę nerwy ze stali, jeśli tego dnia chciałby wrócić do domu o zdrowych zmysłach, gdyż, po chwili, szyba, na którą spojrzał, zaparowałaby. I choć usilnie starałby się wmówić sobie, to że niemożliwe, doskonale wiedziałby, że tam w środku ktoś jest i że to był jego oddech.
Ale, na szczęście, nikt zazwyczaj nie przechodzi Zmorskiego w piątek o zmroku. Miejmy nadzieję, że i tym razem tak było, gdyż para wodna, która skropliła się na szybie starego, drewnianego magazynu, była parą wodną zawartą w powietrzu, które wydycha istota ludzka.
Szybki, urywany oddech Kasi, wpatrzonej z dziewiczym zdumieniem na twarzy w martwy punkt na ścianie magazynu, zaraz pod okiennicą, świszczał jak rzężenie astmatyka.
- Czy wiesz, dlaczego ta ściana się świeci? – Wskutek nagłego zaburzenia koordynacji ruchowej mięśni oddechowych, fonacyjnych i artykulacyjnych, Kasia nie była w stanie odpowiedzieć Ediemu Klopowi.
Edi Klop, z dumą zwycięzcy, w glorii spełnienia, rozpoczął:
- Drobnoustroje tlenowe rozkładają drewno, z czym wiąże się, w sposób, który mnie osobiście fascynuje, zjawisko luminescencji, a konkretniej: chemiluminescencji.
- O ja cię pierd…znaczy się – taaaak?
- Noo…- Edi Klop wziął głęboki wdech, napiął klatkę piersiową i z rozkoszą się po niej pogładził, poprawiając różne zagięcia marynarki i zrzucając paprochy z drogiego materiału. Zapalił światło w magazynie z powrotem.
- Pan, Panie Szefie, to jest magik jakiś…
- Cóż, muszę dbać o wizerunek, nie? – Uśmiechnął się przyjaźnie, poklepał Kasię po ramieniu i zdjął swój płaszcz z haka obok. Czuł się rewelacyjnie.
- Czy chciałabyś o tym porozmawiać?
- Było wspaniale…znaczy się…nie wiedziałam, że te bakterie…no wie Pan…ale już późno, a ja ledwo zaczęłam…jeszcze tyle roboty… - zaśmiała się nerwowo, z pietyzmem pomagając Mokremu uporać się z długim, niemal królewskim płaszczem.
- W takim razie do widzenia.
- Do widzenia, Panie Szefie.
Edi Klop ruszył do siebie. Jego dom był niedaleko – właściwie stał zaraz przy magazynie. Dom ten, wraz z interesem pomarańczowym, odziedziczył po ojcu. Jako że parter był doszczętnie zdewastowany upływem czasu, a schody na piętro groziły zawaleniem, Edi, dostawiwszy od ulicy drabinę do okna na poddasze, uwił sobie tam, w tym ciemnym strychu pełnym gołębich klatek, przytulne gniazdko. Umeblowanie i styl tego lokum nie były jakoś specjalnie wyszukane.
- Jak tylko koniunktura na pomarańcze się polepszy, odstawię tu sobie moją małą bibliotekę. – Edi pogładził z czułością swojego ulubionego gołębia. Lubił mówić do gołębi i robił to często.
- Wy moje istoty szare! – Zachichotał.
Podobała mu się ta analogia: Istota szara, obszar mózgu, i jego siedem szarych gołębi, które mu zostały. Zmieścił je wszystkie w dwóch, ale dosyć – no, nie dosyć - naprawdę dużych klatkach.
- Pozostałe Columbae, a było ich, jak mamę kocham, mnóstwo, pouciekały, czy ki diaboł – Edi spojrzał na piramidę ułożoną z pustych gołębich domków, którą ustawił pod ścianą.
- Znów gadasz do siebie, świszczypało? – Chrapliwy głos starej Patki, mamy Ediego, zabrzmiał jak, nie przymierzając, złośliwy zew przeznaczenia. Stara Patka stała na ulicy, pod drabiną, i podsłuchiwała Ediego, którego szepty rozbrzmiewały złowieszczo w ciszy uśpionego miasta. Edi, wedle jej ostatnich zaleceń, nie zbliżał się do okna, gdy przychodziła. Odwiedzała go tylko wtedy, gdy jej hem, hem pracodawca, wyznaczał jej rewir w okolicy Zmorskiej. Ale ciiii…Edi nie wie, jak zarabia stara Patka. On myśli, że jego mama po prostu sprząta ulice, nosi fartuch w grochy, pstrokatą chustkę na głowie i, gdy mówi, bierze się rubasznie pod boki, jak te wszystkie bazarowe przekupki.
- Mamo, w ciszy uśpionego miasta brzmisz jak złośliwe echo przeznacze…ojć…
- Nie pierdol, że znalazłeś to w tym gównie, które zabroniłam ci czytać! Sam już teraz wymyślasz te chujostwa?
- Mam…
- Ty chory pojebie! Weź się do roboty! Masz zamiar do końca życia mieszkać w tej ruderze z, jakimiś ptaszyskami, które srają najplugawszym z gówien?
- O-o, prze-przepraszam, ekskrementy gołębie…
- Co, przy „e” ostatnio byłeś? Kurwa, jaki pojeb!
- Mamo, może wejdziesz…
- Tak, chciałbyś! Żebym się zabiła na tej drabinie! Niedoczekanie!
- A może odwiedzi mnie kiedyś ten pan, u którego miesz…
- O Kurwa, on chce żebym mu alfonsa do domu przyprowadziła! Jaki pojeb! Byliby cię wytykali palcami, świszczypało!
- Ale dlaczego? „Alfons” to imię jak każde inne…
Stara Patka zarechotała donośnie. Jakiś pies odszczekał jej żałośnie w oddali. Edi nie rozumiał tego śmiechu i bał się go.
- Połóż się już, świszczypało. I nie czytaj.
- Dobrze…dobranoc.
Edi słuchał jak stara Patka odchodzi, prychając co chwila, jakby jej ktoś szeptał jakieś sprośności do ucha. Po chwili nie było słychać już nic. Edi otworzył jedną z klatek i wrzucił do niej garść ziarna. Uradowane gołębie zafurkotały naraz skrzydłami.
- Ale ja was emabluję, ptaszki! – Edi Klop spojrzał na wielką, żółtą księgę, leżącą na okrągłym stoliku, dostawionym do łóżka. Była otwarta w miejscu, gdzie skończył czytać wczoraj wieczorem.
Psychologiczny ewenement – Ediego Klopa ogarnęła, wszak nieuzasadniona niczym, eutymia, żeby nie powiedzieć – euforia. Czyżbyś wariował Edi Klopie, czy może ty po prostu jesteś ekstraordynaryjny? Edi Klop podszedł do umywalki, puścił strumień lodowatej wody, po czym podłożył głowę pod kran…
…egzuter egzaltoid egzorbitacja egzercja egzekucja…
Edi odskoczył pod ścianę jak kopnięte prądem zwierzę. Woda ciekła po jego skroniach, po jego twarzy. Przez okno wpadało zimne powietrze. Edi trząsł się z zimna.
Siedem milczących gołębi patrzyło na niego z niewzruszonym, posągowym spokojem.
Edi spojrzał na nie skonsternowany.
- C-c-co? Co to za ptasia efronteria?
- My – efronteria? No to ty – ejdetyzm. – Rzekł jeden z gołębi. (Czytelnik wybaczy gadające zwierzęta – ja też nie cierpię tego typu zagrywek. A jednak – to jedyny sposób, by wreszcie przeprowadzić experimentum crucis, ku któremu staram się dążyć, i dowiedzieć się, co i jak z tymi gołębiami.)
- Elukubracja. – Rzekł drugi.
- Składasz się z echolalii i echomimii, ty... – Rozpoczął trzeci, lecz nie dokończył, gdyż Edi rzucił się nań z wściekłością.
Edi otworzył klatkę i zaczął bić ptaki na oślep.
Rejwach w gołębnikach.
Jeden z gołębi boleśnie dziobnął Ediego w dłoń.
- Idź i popilnuj mojego haremu, eunuchu. – Ten, który dziobnął, wypowiedział te słowa dziwnie znajomym głosem. To był głos naznaczony wpływem długoletniego życia w nałogu nikotynowym, kilkugodzinnymi kłótniami z kimś, kogo się nienawidzi, i znęcaniem się nad pracownikami w wielkim, pustym i brudnym magazynie. To był głos, który pachniał bezpestkową, sprowadzaną ze słonecznej Hiszpanii, odmianą pomarańczy.
Pozostałe gołębie rubasznie zarechotały.
Edi, przerażony, zaczął się powoli cofać. Wybałuszył oczy, trząsł się jak w febrze. Szedł niepewnie tyłem. Wpadł na stolik.
Wydany w 1971 roku, „Leksykon PWN” spadł na, błyszczący jak trumna w słońcu, pakiet…
…Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi Klop Edi..
- Ja.

  • 1 miesiąc temu...
  • 2 lata później...
Opublikowano

botaniczno biologiczny bełkot, dyktando sprawdzające znajomość ortografii i interpunkcji, słownik wyrazów bliskoznacznych i wyrazów obcych konieczny, forma powyginana, powykrzywiana osiąga zamierzony cel, udziwniony nastrój zatęchłego "klopa"
w sumie robi dobre wrażenie, gdybyś tylko nie poszedł na skróty poprzez wulgaryzmy, które całkowicie rozbijają tekst, (tłumaczenia narratora też niekonieczne).
Jednym słowem naprawdę niezłe !
pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Witaj - ciekawie piszesz - podoba mi się -                                                                           Pzdr.serdecznie.
    • Witaj -  ale także miejsce gdzie zawsze wolno płakać bez obaw przed ucieczką i wszystkimi rodzajami samotności   wtedy dopiero jest naprawdę bezpieczny - piękny wiersz - dom to nasz świat nasza ostoja - ja w swoim domu czuje się wspaniale - jestem wdzięczny losowi za ten stan -                                                                                                Pzdr.serdecznie.   
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Witaj - to bardzo stary wiersz - wiem że rymy kulawe - obecnie nie piszę              wierszy rymowanych - miło że czytałaś -                                                                                  Pzdr.serdecznie.  @Adam Zębala - @Rafael Marius - @Simon Tracy - @huzarc - dzięki - 
    • @Dekaos Dondi Fajnie byo płynąć kroplą i kropli tysiącem w Twoim wierszu. Dla mnie ta podróż kończy się na "przytula światłem niechciane odbicia", wtedy mogę sobie dalej coś wyobrazić. Wolę pozostać dłużej w pięknym opisie. 
    • W Poznaniu przy Grunwaldzkiej trzynaście stary Żyd miał sklep ze słodyczami pachniało palonymi migdałami  i niedopalonym gazem z instalacji Zakładu Siły i Światła z przeszklonych regałów spoglądały spode łba marcepanowe zwierzęta karmelowe serca biły miarowo w przeźroczystym celofanie   nam  ciągle brakowało dwudziestu groszy na żółtego zająca z rozbieganymi oczami i różowego prosiaka z klapniętym uchem na którego swędziały mleczaki chudzielec z siwą brodą podnosił swój cienki palec niczym sfatygowany starocerkiewny grzmot Teofanii i mówił że to naprawdę ostatni raz w ogóle to mamy się cieplej ubierać bo zimno i drzwi zamykać bo gaz drogi a od mrozu odpadają palce i będziemy pisać w szkole nosem   wtedy na tablicy świata ktoś napisał, że wszyscy mają iść w cholerę przyszło pismo z Prezydium Miasta, że Żyd wędrowiec ma wędrować a nie kombinować worki z cukrem i kleić krzywe mordy lukrowego zwierzyńca w ogóle to niech bierze swoją starą żonę, która tylko ceruje skarpety wielkie jak hebrajska gablota i jedzie ze swoim cukrowózkiem  gdzieś gdzie jest jakieś coś czego nie ma tu, może tam będę chcieli figurki z masy migdałowej i korzenne pierniki w kształcie pajaców które głupio się uśmiechają i mają podejrzane kolory   mijały noce po dniach, świat schodził na ludzi, psy uciekały z miast nie oglądają się za siebie południami słońce tańczyło na ścianach sklepiku  cieniami słodkiego zoo ortalionowa kurtka z doszytym rękawem z włóczki miała starczyć na podróż w każdą stronę,  na całe szczęście wielką skarpetą da się owinąć dwoje ludzi gdy znów przyjdą zimne dni i spadnie pierwszy śnieg   kot zapakował do walizki żonę z kłębami włóczek i krokodyla z żółtą wstążeczką na którego zawsze był mały popyt i bardzo rzadko się odzywał; różowe świniaki uradziły że najwięcej kalorii jest w szynkach i da się przeżyć długo na tym wikcie zielony zając wyjątkowo nie uciekał nigdzie i kupił bilety na pociąg z piernika który bardzo łatwo się wyklejał z braku smarowanie i niedostatku olejków eterycznych których nigdy nie było dość w punktach sprzedaży i sklepach sieci Społem wtedy zielona żaba z białymi wężami ustaliły że miejsce zbiórki będzie niedaleko pieca, a krokodyl ze złamaną nogą zajmie się kartonowymi biletami w końcu lepiej źle jechać niż dobrze iść   ostatnia szczapa drewna jak wiadomo daje najwięcej ciepła w piecu znowu zapłonął ogień, siwy dym buchnął z komina, zaskrzypiały koła i latarnia zamrugała żółtym światłem,  serca zaiskrzyły rumianym kolorem, zapach karmelu i spalonego drewna rozniósł się na powrót, a na ścianach zatańczyły cienie cukrowej menażerii, wszyscy byli gotowi do drogi dalekich podróży z których nikomu nie śpieszno wracać                        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...