Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Znowu odeszła.
To już trzeci raz usiłował zatamować krwawiące serce po stracie ukochanej (Boże, co za banał;
mówił, pisał, a nawet myślał o tym w wyświechtanych, rzygających kiczem słowach).
Marian był inteligentnym, wrażliwym i oczytanym facetem. Miłość, której szukał z coraz większą
niecierpliwością, znów uciekła. Ten trzeci raz był niemalże kalką dwóch poprzednich: ideał ze snów,
a raczej zdjęć, okazywał się przy bliższym poznaniu erzacem kobiety, skompresowanym i strasowanym
pantofelkiem, prymitywnym jednokomórkowcem.
W przypadku Marty organizm był dwukomórkowy, bo nie potrafiła oderwać się od swojego, ubranego
w ohydny różowy pokrowiec, Samusia (Galaxy S5).
Zabrzęczał wesołą melodią już na pierwszej randce.
- No, hejka - wykrzyknęła radośnie, a Marianowi ktoś podłączył 220V do kręgosłupa.
- Łoł... och dżizus... ju krejzi... o szit - wypluwała z perwersyjną ekscytacją.
Marian stanął na środku chodnika czując jak każde słowo uczłowiecza, ba, zezwierzęca jego boginię.

edyszn
pozyszn
transmiszn
ic miszn
niepossible for mi
bikous tumacz już jers

Spirit nie chce i walczy
ale body kip ap
z czasem aj fink że jednak
warto wrócić, nie bak

warto wrócić
by poczuć
to
ść
ą
i ce ha

żeby mogli się wzruszyć
pan ski
i pani ska


A Marta tuptała dalej, przyspawana do Samusia i jakiejś darling karmiącej niusami, jak niemowlak
do piersi matki.
Po kilku minutach słowotoku zakończyła klasycznym:
- To narka, do zoba!
Nic się nie stało, Marianie, nic się nie stało - powtarzała jego prawa półkula, ale sygnał z lewej
był jednoznaczny: The end.
Trzecia dziewczyna którą zobaczył na plakatach, billboardach, citylightach - na każdej niemal
ścianie miasta. Trzecie zakochanie i trzecia pomoc Benka w jej spotkaniu (może trzeba przestać
słuchać Trójki?). Siedzieli w jednej ławce, mieszkali w tym samym bloku i teraz Benek, creative director
największej agencji reklamowej, dawał mu kontakt do obiektu westchnień, a nawet aranżował
pierwsze spotkania.
Renata miała ciało na 102, niestety IQ maksimum 70 (i to w skali Wechslera).
Marian wytrzymał 2 miesiące.
Klaudia okazała się zimnym potworem, ortodoksyjną feministką i wielbicielką powściągania
wszelkich popędów.
Trzy tygodnie.
Marta dopełniła obrazu nieszczęścia swoim językiem i gustem gimnazjalistki.
- A mówiłem ci, ostrzegałem - śmiał się każdej porażce Benek - Te larwy są idealne tylko w mediach.
Trochę Photoshopa, miksera, odpowiednich świateł i bogini gotowa. Wszystko da się sprzedać - rechotał.

iTłum to kupi
papieru nie trzeba
no, chyba że do du
pytasz iPo co?

Bo no widzisz, hory zont
jak oś się splazmił
ość mamy, jakże,
w gardle iMuze ach

Sieci pełne iMoże
karzdy podrarz
nić globalnej empatii
bo nie widzialny jest a

skośne się zrobiły
nawet pszenne chle
by taniej iTaniej tu
nie wolno na prawdę

sikają psy na chod
nikt nie udaje że widz
i nikt nie przyz
naj ukochańsza moja
Dziczyzna


Najgorsze dla Mariana były wyjścia z biura, z domu, z pubu (gdzie ostatnio za dużo przelewał
ze szkła w organizm). Nie mógł zapomnieć o żadnej z nich, bo wszędzie, w najbardziej oddalonej
od centrum dziurze wdzięczyły się do niego z każdej wolnej przestrzeni.
Tzn. przed chwilą jeszcze wolnej.
Renata kusiła przy drogach wojewódzkich i autostradach. Prężyła wdzięki, przysłonięte niby
przypadkowo jakimś kwiatkiem z pierwszego planu (”Zerwij mnie. Najtańsze kalendarze na nowy rok”).
Klaudia królowała w gaetach lub czasopismach, sypiąc cytatami starożytnych filozofów
(”Myślę, więc este. Este - okna plastikowe dla myślących”).
Marta zaś wdzięczyła się na ścianach, przystankach i słupach ogłoszeniowych
(polisy dla psa, świecące w ciemności cukierki i, a jakże by inaczej, pachnące etui na smartfony).
Starał się chodzić jak najszybciej, ze spuszczoną głową, ale przeciw niemu sprzysięgły się nawet siły,
odpowiedzialne za spokój, ład i porządek.
- Pigal Marian - wydukał policjant wpatrując się w dowód osobisty Mariana. - A dokąd się tak spieszymy
panie Marianie? - zapytał jakby to miało mieć jakiekolwiek znaczenie w obliczu nieuchronnego
mandatu za przejście daleko od pasów.
Gliniarze mają dziwny zwyczaj spoufalania się z ofiarą, przysłowiowego grillowania przed wypisaniem
mandaciku, koniecznie mandaciku, nie mandatu.
- Będzie mandacik panie Marianie (litości!), a wie pan za co?
- Ja wiem, a pan nawet się nie domyśla więc proszę wypisać i do widzenia - Marian nie miał ochoty
na tłumaczenia i czerpania z policyjnej skarbnicy języka, w zasadzie polskiego.

Kiedy na jego bloku zawieszono billboard z Martą - nie wytrzymał.
Wyjechał na wieś. Prawdziwą wieś - bez asfaltowej drogi, remizy i sklepu wielobranżowego.
Miał nadzieję, że nie widząc i nie słysząc odpocznie, wyleczy się i zapomni. Nie docenił przeciwnika.
Gospodyni, u której czasami wynajmował pokój w letnich miesiącach, nawet nie podniosła głowy
kiedy otwierał starą, nienaoliwioną furtkę. Rzut oka wystarczył Marianowi za pięć najlepszych horrorów.
Siedziała na leżaku, zatopiona w lekturze brukowca. A z okładki... witała Mariana uśmiechnięta
złowieszczo Marta. Gdy w drzwiach chałupy pojawiła się córka gospodyni, ubrana w szorty
i koszulkę z Renatą - odwrócił się gwałtownie i pobiegł w stronę stacji (bieganie jest trendy).
...
- Czy ma pan jakieś podejrzenia, może konkurencja? - pytał Benka po raz kolejny inspektor.
- Nie, mówiłem już, że nie mam pojęcia. A konkurencja w tej branży robi inne świństwa,
ale nie niszczy efektów naszej pracy.
- Taaa, pracy... - prychnął pogardliwie inspektor żegnając wkurzonego obelgą Benka.
Od kilkunastu dni, a raczej nocy, ktoś systematycznie niszczył nośniki reklamowe agencji.
Spłonęły, potłukły się lub zostały oblane farbą wszystkie, na których wdzięczyły się larwy Mariana.
To nie mógł być przypadek, ale z kolegą nie było żadnego kontaktu.
Nie odbierał telefonów, nie odpowiadał na SMS-y, a mieszkanie było zamknięte i głuche.
Kiedy zniknęła Renata, przeraził się po raz pierwszy w życiu. Zrozumiał, że wpuścił przyjacielowi
wirusa demolującego psychikę spokojnego dotąd faceta.

Dwa dni później, starsza pani, wyprowadzająca do miejskiego parku szczającego co 5 metrów pieska,
znalazła Klaudię i Martę. Siedziały na ławce obok siebie, sine, z wytrzeszczonymi oczami
i nieprawdopodobnie szeroko otwartymi ustami.
Ktoś owinął je rolką przezroczystego stretcha. Jak promocyjny dwupak.

Benek nie zdradził przyjaciela, ale bał się wyjść z biura. Teraz kolej na niego, nie ulegało wątpliwości.
Kazał sobie wstawić do pokoju polówkę, a kierowca przywoził codziennie świeże ubranie i bieliznę.
Na szczęście agencja miała nowoczesną siedzibę, z wieloma luksusami, więc pomieszkiwanie
tam nie było specjalnie uciążliwe.
Niestety nie pomogło.
Krótko po znalezieniu ciał, kiedy rzucał się na łóżku po zażyciu kolejnej porcji xanaksu (przy zakupie
dwóch opakowań, trzecie gratis!), do pokoju wsunął się bezszelestnie Marian.
Podszedł do Benka, nachylił się i wyszeptał:
- Nie mogę, nie mogę tak dłużej żyć. Widzę ją wszędzie i to przez ciebie. Musisz mi pomóc, błagam,
umów mnie z nią albo chociaż daj numer. Nie wiesz co to znaczy zakochać się.
Benek zerwał się i odskoczył (warto było pić Red Bulla) na wszelki wypadek za biurko.
- Marian, kurwa mać, co ty wyprawiasz! - wykrztusił ze ściśniętego strachem (i przepitego) gardła.

kur Wandzie uciekł
z usteczek w błyszczyku
dźgnął przestrzeń
i osiadł
na jej fejsbusiku

kur Waldemara
również chciał zabłyszczeć
pomyślał...
i wrzasnął
by długo nie myśleć

kur Walentyny
znanej ze sfer wyższych
piał inteligentnie
tylko
w chwilach ciszy

kur wagabunda
ciągle na gigancie
gna w różnych kierunkach
najczęściej
ku Rwandzie

ku Rwandzie lecą
z usteczek w błyszczyku
gęb mord warg języków
słowa na
haiku

słowa
na ha
i ku


- Co JA wyprawiam?! - obruszył się Marian - A kto znalazł tę cudowną istotę i udekorował nią miasto?
Zapłaciłem już 6 mandatów, trzy razy zderzałem się z latarnią, nie mogę spać, jeść, pracować.
Wszędzie ją widzę - po drodze do pracy, do pubu, na ścianach, przystankach, nawet gdy włączę tv.
Jeśli nie pomożesz mi poznać tej bogini, zwariuję albo coś sobie zrobię.
- Zaraz, zaraz, o kim ty właściwie mówisz? - Benek stał w piżamie, ciągle w bezpiecznej odległości,
i usiłował zrozumieć całą sytuację.
- Nie udawaj - błagał dalej Marian - ta prześliczna blondynka reklamująca kalendarze, przecież
to twoja robota - wykrztusił z naciskiem.
Marian zbliżył się do niego w czasie rozmowy i stali teraz twarzą w twarz, patrząc prosto w oczy.
- Ale... to... to przecież Renata... - słowa z trudem wydostawały się ze ściśniętego strachem
i deżawizmem gardła Benka.
- Renata... - powtórzył Marian z przymkniętymi powiekami - Renatka... Pomóż mi się z nią spotkać,
umów nas, proszę...
- Wykluczone, nie-ma-mowy - Benek zdawał się wracać do rzeczywistości, choć nadal niewiele
z niej rozumiał - Nie możesz jej spotkać, nie możesz, bo... bo to by się źle skończyło. Bardzo źle.
Nie masz pojęcia co by się mogło potem zdarzyć...nie wiesz...nie zrozumiesz. Nigdy nie umożliwię ci
kontaktu z larwa... znaczy z moimi modelkami. Więcej mnie o to nie proś - zakończył stanowczo.
Marian stał ogłuszony niespodziewaną i stanowczą odmową przyjaciela.
Po dłuższej chwili pojedynku na wzrok, odwrócił się gwałtownie i wyszedł trzaskając drzwiami.
Krew cisnąca się zgodnie z p= F/s i nabrzmiałe uczucia buzowały w nim gdy szedł opustoszałym miastem.
Ze ścian, tablic i przystanków patrzyła na niego drwiącym wzrokiem Renata.

nabzdyczyłeś się
mój pigmalionie
jak lufa rudego

Te 34 kwiatki
spotkałem przy autostradzie
na berlin
dawały show za kilka euro
trzęsąc cyckami jak galaretą

wyluzuj więc i spróbuj
pogadać z afrodytą
może na gg ?


Kwadrans później Benek wskoczył we wczorajsze ciuchy i zjechał na podziemny parking.
Otworzył drzwi swojego Lexusa i wsiadł, przekładając wcześniej na tylne siedzenia
częściowo zużytą rolkę przezroczystego stretcha.

  • 6 miesięcy temu...
Opublikowano

W połowie czytania już w głowie pisałam komentarz, w którym będę Cię namawiać do rozpisania tego bardziej. Ba! Toż to książka byłaby wspaniała.

Po przeczytaniu zmieniłam zdanie - dobre jest takie właśnie.

Zabawne z odrobiną dreszczyku. Końcówka zaskakująca, ciekawa.

Napisałeś to tak, że podczas czytania mój wewnętrzny projektor wyświetlał mi kolejne sceny. Naprawdę świetne.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Eeech... ja też spodziewałem się, że jeśli już ktoś skomentuje - to solidnie oberwę. Rumianku, chyba jesteś zbyt łagodny :))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



(Byłem pewien, że rumianek to rodzaj męski :))
Pozwól, że będę innego zdania; pierwszy raz w życiu napisałem coś "prozą" i niemożliwe jest, by było dobre.
Co zresztą widzę, kiedy czytam poniewczasie...
Opublikowano

Absolutnie. Przecież to "ta" rumianek - oczywiste :)
Nie jest ważne ileś już dzieł prozatorskich popełnił. Najwyraźniej to nie poezja jest Twoim powołaniem. Pisz, pisz - będę czytać i komentować :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...