Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wpadłem na ten pomysł w czasach wielkich przemian. Mieliśmy już za sobą pierwsze zachłyśnięcie się kapitalizmem i każdy jak tylko potrafił rozwijał własne interesy. Warszawska giełda odnosiła swoje sukcesy a indeks największych spółek wzbijał się w górę się niczym Conkorde osiągając codziennie nowe szczyty. Gospodarka rozwijała się w szalonym tempie. Gazetowe rubryki z ogłoszeniami pękały w szwach. Nikt nie narzekał na brak pracy. Żyliśmy w ciekawych czasach.
Pomyślałem że nie mogę zostawać w tyle. Muszę łapać wiatr w żagle pędzić do przodu, niczym wielcy odkrywcy poznawać nowe lądy, stawiać sobie wyższe cele. A gdyby tak zostać Mikołajem. Dać ogłoszenie do gazety i czekać co z tego wyniknie. Ustalić cenę wyjściową, umowną i do negocjacji i czekać na zgłoszenia. Może to być inny sposób spędzenia tego czasu, który w rodzinnym gronie nie zawsze wyglądał ciekawie. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Muszę z dumą przyznać że w owym czasie byłem pionierem i moje ogłoszenie jako jedyne figurowało w rubryce "Usługi - inne". Nie było jeszcze wtedy wróżek, cateringów, clownów, kinderbali i tym podobnych od których dzisiaj aż się roi. Nie czekałem długo na zgłoszenia, telefony rozdzwoniły się od rana. Na początku ludzie chcieli tylko zasięgnąć języka, pytali " co robi Mikołaj? " jaki ma strój i czy ma doświadczenie w kontaktach z dziećmi. Musiałem uczyć się trudnej sztuki akwizytora i odpowiednio się do tego przygotowałem czytając pierwsze poradniki o tym "jak sprzedać wszystko". Opracowałem sobie plan strategiczny, każdemu z osobna tłumacząc jak organizuje sobie ta uroczystą dla mnie wigilię. Najpierw spisywałem chętnych i sprawdzałem na mapie jakie mam odległości do pokonania żeby nie nadrabiać drogi i "obsłużyć" jak najwięcej klientów. Chciałem powiedzieć obdarować jak najwięcej dzieci wspaniałymi prezentami, na które z utęsknieniem czekają cały rok, wysiłkiem woli zmuszając się do bycia grzecznymi. Potem musiałem oddzwaniać do każdego z nich i mówić o której mniej więcej przyjadę, mocno się przy tym gimnastykowałem żeby przekonać ich do przyjazdu około 21. 30, bo przecież niemalże wszyscy chcą mieć Mikołaja o 18. Gdy już udało mi odpowiednio przygotować warsztat pracy, sprawdziłem jeszcze ciśnienie kół w płozach moich sań. Przykleiłem brodę z prawdziwego włosia, nakarmiłem renifery i ruszyłem w swą niezapomniana mikołajkową podróż. Śniegu nie było tamtej zimy, szarość wieczoru zalewała ulice a zachmurzone mocno niebo ukrywało przed światem blask pierwszej gwiazdki. Zajechałem do pierwszych państwa. Mieszkanie w bloku. Dzwoniąc domofonem pod właściwy nr. oznajmiam swoje przybycie. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami prezenty przepakowuję w piwnicy i dźwigając je na plecach witam malca, który stoi za progiem blady jak ściana. Jego trzęsący się podbródek uświadamia mi że za chwilę wybuchnie płaczem. Plama już na dzień dobry, a właściwie dobry wieczór, chociaż nie jak ja właściwie powinienem się przywitać. "ALLELUJA" wołam gromkim głosem. Psia kość, to chyba nie ta bajka. Rechotliwy śmiech taty, który wygląda na świętującego od rana zwiastuje dobrą nowinę. Drobne potknięcie przyjęto jak żart, więc jest mi wybaczone. Mama w odpowiednim momencie zdążyła przytulić do siebie małego księcia i ciepłym głosem tłumaczy mu co się dzieje. - popatrz - mówi - Mikołaj do ciebie przyjechał, przywiózł ci prezenty, nie cieszysz się?. Malec jest ciągle w szoku a ja zdając sobie sprawę że każdym gwałtownym ruchem mogę spowodować jego wrzask sunę powoli przez wąski przedpokój do dziecięcego królestwa. " Ooo!!! jaki masz piękny pokój"- mówię - ile w nim zabawek, a ja właśnie przywiozłem ci ich jeszcze więcej, byś się nimi mógł cieszyć, bawić bo na nie zasłużyłeś. Wiem że jesteś grzecznym chłopcem."- UFF, udało się, rozpromieniony uśmiech mamy przywraca mi wiarę w siebie. Jestem na właściwej ścieżce. Dalej wypadki toczą się lawinowo. Brzdąc nabiera trochę śmiałości zbliża się na bezpieczną odległość, podchodzi trzymając się kurczowo mamy i odbiera z zaciekawieniem prezenty. Cały czas bacznie obserwuje, każdy mój ruch. Milczy jak Indianin. Zdaje sobie sprawę że nie wyduszę z niego żadnego wierszyka. Mój czarodziejski worek pustoszeje. Wizyta dobiega końca. W przedpokoju otrzymuje zapłatę i życząc wszystkim wesołych świąt żegnam się. Spoglądam na zegarek, wszystko idzie zgodnie z planem. Następną wizytę mam za 15 min a umówiony jestem na saskiej kępie. Renifery odpalają bez zastrzeżeń choć wiem że przydały by się im świeże ogniwa w bateriach. Obiecuje im że po świętach wszyscy wymienimy akumulatory i będziemy jeździć na nowych. Szukam na mapie ulicy, z notatek wiem że to jest willa i że mam odwiedzić trochę starsze dzieci 10 i 12 letnie. Chłopiec i dziewczynka. Myślę że z tych to uda mi się wyciągnąć wierszyk lub piosenkę. Podjeżdżam pod dom, parkuję przed bramą i udaje się pod wskazany adres. Szczękający pies obwąchuje mnie i wykonuje swój rytualny taniec. Mam nadzieje że mi nie zniszczy kostiumu. - Proszę się tnie bać - uspokaja mnie gospodyni i zaprasza do środka. Wchodzę. "Szczęść Boże" mówię tym razem, czując w sobie przypływ chrześcijańskich korzeni. "Szczęść Boże" - odpowiadają domownicy. Zdaje się że uderzyłem we właściwy ton. Mój worek okazuje się za mały. Mówię więc że rodziców wykorzystam jako śnieżynki a do mojego worka zapakujemy drobniejsze podarki. Wykonane. Przychodzi czas na show. Uruchamiam swój mosiężny dzwonek i kroczę do salonu. Witają mnie obrażone miny nastolatków. Przyglądają się nieufnie i po ich spojrzeniach widzę że czekają tylko aż odklei mi się broda, zsunie czapka ukazując naturalną łysiną albo nie daj boże puszczę bąka. Choć to jak sądzę pewnie by ich rozbawiło. Robię dobrą minę do złej gry. Wznoszę się na wyżyny elokwencji, sypię dowcipami słownymi i układam kalambury. Nie robi to na nich specjalnego wrażenia. Moja prośba o piosenkę nie jest traktowana poważnie. W końcu dowiaduje się prawdy o sobie że jestem nędzną podróbą jak tajwańskie badziewie sprzedawane na stadionie. Rodzice trochę się zaczynają wstydzić za swoje pociechy ale nie psujmy atmosfery w końcu mamy święta. Sterowny pilotem samochodzik okazuje się w porządku i bachor w końcu akceptuje moją obecność. Jego starsza siostra ma muchy w nosie bo zestaw lalek barbie z kompletem strojów, domkiem garderobą i sypialnią w jednym najwyraźniej nie pasuje jej kolorem. "No cóż przyszłym roku postaram się was bardziej zadowolić - " mówię i kieruję się do wyjścia. - w przyszłym roku nie musisz do nas przychodzić i tak wiemy że jesteś przebierańcem -. Mamusia karcącym wzrokiem spogląda na córeczkę a ta w odpowiedzi wyrzuca - wolałabym żebyś mi jeszcze coś kupiła niż wyrzucała pieniądze na tego pajaca. Mała ma szczęście że zapomniałem rózgi. Pokazałbym jej drugą twarz Mikołaja. Chcę mieć to wszystko już za sobą i nie wiedzieć co tu się będzie dalej działo. Wychodzę tak szybko jak to jest tylko możliwe. Inkasuję pieniądze i unikam spojrzeń prosto w oczy. Dyplomatycznie zdobywam się jeszcze na złożenie świątecznych życzeń. Na ulicy oddycham pełną piersią. Muszę pozbyć się napięcia, które nagromadziło się w moich plecach. Ciężko jest być świętym Mikołajem. Renifery nucąc "dzisiaj w Betlejem" przywracają mi spokój ducha, czekają na mnie inne dzieci, więc trzeba szybko zregenerować siły i dalej ruszać w drogę.
Następny klient mieszka również w dzielnicy willowej. Tylko że na drugim końcu miasta. Muszę się sprężyć. Kiedy się śpieszysz, czas niczym twój rywal staje z tobą w szranki. Jak przystało na prawdziwego sportsmena stajesz do wyścigu z nim, rywalizujesz o pierwsze miejsce w konkursie a wtedy to się staje niebezpieczne. Poganiam renifery jak tylko mogę. Choć dajmy im już spokój na czas dalszej części opowieści. Więc wciskam gaz do dechy. Ulice są puste, nie jestem zagrożeniem dla innych użytkowników dróg miejskich. Dwupasmowa szeroka aleja prowadzi mnie do skrzyżowania ze światłami. Jestem tak rozpędzony że przy tej prędkości jakiekolwiek lekkie przyhamowanie skończyłoby się jazdą figurową. Światło na skrzyżowaniu zmienia się na żółte, jeszcze mocniej dociskam pedał gazu, wjeżdżam na czerwonym. Skrzyżowanie jest wielkie, więc przejeżdżam bez problemów, jednak po krótkiej chwili z bocznej drogi włącza się do ruchu policyjny polonez. Ręka z lizakiem w dłoni wychylająca się z okna i krótki sygnał koguta dają mi do zrozumienia że mam zjechać na pobocze. Zatrzymuje się grzecznie i przygotowuje sobie mowę powitalną. Policjant podchodzi do mnie a widząc z kim ma do czynienia, serdecznie się uśmiech. "Dobrze jest myślę" i wypełniam się optymizmem. "Od kiedy to Mikołaju przejeżdżamy na czerwonym świetle" - pada pytanie a zaraz po nim rutynowa prośba o okazanie dokumentów. Policjant wnikliwie studiuje moje papiery a ja mu wciskam kit o dzieciach, które z niecierpliwością na mnie czekają. No przecież nie mogę ich zawieść. Muszę zdążyć na czas. Ale po drodze mogę jeszcze przy okazji wpaść z wizytą do pana, panie władzo, ma pan chyba dzieci?. Biorę go pod włos. "Mam ale moje już by się nie dały nabrać" - odpowiada i zwraca mi prawo jazdy - "Niech pan jedzie Mikołaju, tylko nie tak szybko".- kończy zdanie salutując na do widzenia. To mi przywraca wiarę w sprawiedliwość i ludzkie posłannictwo. Dzień pełen przygód jeszcze się nie skończył.
Umilając sobie dalszą część jazdy słuchaniem kolęd, dojeżdżam do kolejnej posesji. Stylizowany płot, zza którego wyrasta rząd równo posadzonych tui, sprawia estetyczne wrażenie porządku. Mimowolnie rozglądam się po mini ogrodzie zauważając jego kojący wpływ. Widać że wszystko jest tu przemyślane, piękne i na swoim miejscu. Światła podkreślają kontury domu, głaszcząc swym blaskiem gałęzie drzew doskonale harmonizujących z całym otoczeniem. Miła pani wprowadza mnie do wnętrza. Tu również wszystko jest zachwycające. Miejsce tak bardzo przypomina mi jedno z tych, projektowanych na specjalne zamówienie i pokazywanych w kolorowych czasopismach że zastanawiam się czy już go gdzieś nie widziałem. Mama Kuby, bo to do niego teraz przyszedłem, opowiadając mi o nim uśmiecha się tak jakby widziała ten blask zachwytu w moich oczach. Atmosfera tego domu wpływa na mnie relaksująco. Czuję że obecność tu jest dla mnie przyjemnością. Nie ma żadnego pośpiechu, zamieszania, niedomówień. Wszystko toczy się gładko i płynnie. Kuba dostaje na gwiazdkę gitarę. Okazuje się że jest już po pierwszych lekcjach i na moją prośbę gra "Pije Kuba do Jakuba" bez jakiegokolwiek potknięcia. Pytam go czy mogę dotknąć tego magicznego instrumentu i wydobyć z niego kilka dźwięków. Oczywiście zgadza się. Biorę instrument do ręki i chcąc nie chcąc gram na nim wstęp do kolędy "Cicha noc". Brzmienie gitary, aura tego domu, świąteczny nastrój a także cudowny wewnętrzny spokój domowników, wszystko to razem sprawia że zaczynam śpiewać, choć właściwie należało by powiedzieć że sam głos wypływa ze mnie i poprzez piękno zawartej w nim melodii aż do pojawienia się trudnej technicznie wibracji, przypominającej trel ptaków, prowadzi wszystkich do krainy zasłuchania. Całkowita cisza, która zapadła po wybrzmieniu ostatniego dźwięku jest najpiękniejszą, z jaką kiedykolwiek się spotkałem. "Przyśniło mi się raz że byłem Mikołajem i od tej pory nie wiem, czy jestem człowiekiem, który śnił że był Mikołajem, czy Mikołajem, który śnił że był człowiekiem."
W równie uduchowionej atmosferze dopełniliśmy formalności finansowych, a pieniądze które otrzymałem były przedłużeniem wdzięczności od gospodarzy tego wspaniałego domu. Opuszczając ich miałem poczucie że dostałem coś więcej niż szelest papierowego świstka.
Odpuśćmy sobie opis, dalszej części drogi. Jazdy przez las jak najkrótszą drogą, błądzenia w małych uliczkach i daremnego szukania tabliczek z nazwami ulic, czasem jak na złość ukrytych w gąszczu dawno nie strzyżonych krzewów. Przenieśmy się od razu do następnego mieszkania zgoła innego niż to, w którym byłem ostatnio. Nie pod względem estetycznym, co to, to nie, ale duchowym. Salon był dość przestronny z pianinem w rogu i prawdziwą choinką aż do sufitu. Pomieszczenie tonęło w mrokach jak na obrazach Caravagiia. Tchnęło w nim oparami smutku i lekkiej dekadencji. Stół zastawiony oszczędnie, a przy nim starsza pani pochłonięta kontemplowaniem swoich myśli i paleniem papierosa, dopijała jakąś wysoko gatunkową whisky. "Gdybyś nie była taka głupia to by cię nie zostawił"- powiedziała na dzień dobry. Lekko zaambarasowana moim wejściem powróciła do swoich rozmyślań. Mały około trzyletni chłopczyk powitał mnie swoim milczącym smutkiem. Zniżyłem się do niego by złapać lepszy kontakt i w pozycji na kuckach zacząłem rozmawiać. Mama prosiła mnie bym wpłynął na niego żeby więcej jadł. Mówiąc mi o tym załamywała ręce i miałem wrażenie że od moich zdolności perswazji zależy moje wynagrodzenie. Poczułem się jak on i rzygać mi się zachciało. Miałem ochotę wziąć go za rękę i uciec z tego piekielnego miejsca, pokazać mu świat, blask słońca. Jednak resztami rozsądku powstrzymywałem raptowne porywy Dionizosa i kontynuowałem swój teatrzyk. Chłopak dostał całą masę różnych prezentów, lecz żaden nie wywołał jego uśmiechu. Widać to było jak na dłoni że jedynym jego pragnieniem było aby w którymś z tych worków był tata. Żeby wyskoczył niczym diabełek ze staromodnej zabawki, chwytając go w swoje ramiona i zawirował w radosnym tańcu. A ja czułem cholerną złość że nie mogę tego spełnić. Do dupy taki Mikołaj, który przynosi całą masę niepotrzebnego śmiecia a najprostszych, najbardziej elementarnych, podstawowych marzeń nie może zrealizować. Mamusia coś jeszcze w kółko mówiła o tym jedzeniu. Nawet przyniosła talerzyk z kawałkiem pysznej rybki, ale chłopiec uparcie odwracał głowę. Powoli zacząłem wycofywać się z tego bagienka, czując jak pętla zaciska mi się wokół gardła. Wziąłem swoje nędzne pieniądze i czmychnąłem długim korytarzem do wyjścia. Widziałem jeszcze jak wszyscy mieszkańcy tego piekła pogrążają się w mroku. Chciałem uciec jak najdalej, chciałem przekonać samego siebie że to tylko jakiś koszmar i że zaraz się obudzę. Tak rozmyślając dojechałem do ostatniego już w tym dniu domostwa. Przywitał mnie gwar domowników. Głośnie rozmowy, śmiechy, były słyszalne już z daleka. Zszedłem z rodzicami Paulinki do garażu gdzie czekała mnie cała fura prezentów. Miałem je wręczyć wszystkim nie tylko dziecku. Rodzina była dość liczna, więc pomyślałem że spędzę tu czas aż do pasterki. Nie dało się tego wszystkiego zapakować do worka więc mamusia i tatuś taszczyli to za mną na swoich plecach. Chóralne o! utorowało mi drogę do pokoju. Paulinka cała rozpromieniona witała mnie radośnie, cały czas coś mówiąc. Należała do tych dziewczynek, które niczego się nie boją, są pełne wdzięku uroku i zawsze mają coś do powiedzenia co wywołuje ogólną wesołość. Śpiewała kolędy, mówiła wierszyki, fantazjowała i klaskała w dłonie z radości. Była tak szczęśliwa że nie interesowały ją prezenty i trzeba było ją namawiać do rozpakowywania kolejnych paczek. Cała rodzina była w radosnym nastroju, wszyscy chętnie uczestniczyli w zabawie i każdy bez oporu prezentował swoją twórczość Mikołajowi. Dziadek nabrał takiego wigoru że chciał zrobić striptiz ale babcia go powstrzymała i powiedziała że to już w drugiej części programu. Spędziłem tam prawie godzinę bawiąc się setnie choć zmęczenie materiału dawało o sobie znać. Pożegnałem towarzystwo i udałem się w drogę powrotną.
Po drodze zatrzymałem się w lesie. Musiałem ochłonąć, zrzucić wreszcie z siebie skórę Mikołaja i zjednoczyć się z naturą, tak naturalnie i otwarcie całkiem. Olać to wszystko. Jaka to ulga, zdjąć z siebie te wszystkie maski i poczuć się wolnym. Wydałem z siebie krzyk wojownika oznajmiającego światu swoje zwycięstwo. Zacząłem podskakiwać radośnie jak małe dziecko. Czułem świętość drzew, ziemi, powietrza i wszystkiego co mnie otacza. Nagle zrozumiałem że świętem jest każdy przejaw życia, każdy jego najdrobniejszy okruch, skrawek, podmuch. Zakręciło mi się w głowie tak że w końcu upadłem. Gwiazdy nade mną świeciły pełnym blaskiem.

Opublikowano

Pierwsza myśl, za długie :) Gazety pękały od ogłoszeń, żyliśmy w ciekawych czasach - wzruszające wersy dla mnie osobiście. Niezły przekrój. Brakuje mi jednak dialogów. Nie zawsze muszą być, a tu mi brakuje :) Ogólnie fajny pomysł.

Opublikowano

Moralna bajeczka, pomysł jest - nieco gorzej z wykonaniem :)

Interpunkcja, kilka innych - dla przykładu:
" co robi Mikołaj? " - po mojemu: "co robi Mikołaj?" ;)
jak organizuje sobie ta uroczystą dla mnie wigilię - może i jestem staromodny, ale dla mnie - wigilię,
Plama już na dzień dobry, a właściwie dobry wieczór, chociaż nie jak ja właściwie powinienem się przywitać. - chyba gdzieś zniknął przecinek :)
Zdaje sobie sprawę że nie wyduszę z niego żadnego wierszyka. - on, czy ja? Bo mi jakoś tak, że "zdaję sobie..." :)
Kilka innych, podobnego typu usterek :)

Pozdrawiam
Wuren

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...