Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Ja jestem nikt

 

Ja jestem nikt
chociaż mam dwie ręce
dwie nogi, na których tak wiele
przeszedłem.
Nikt jestem
chociaż w rytm serce
pompuje krew pełną tych
niedopowiedzeń.
Jestem nikt i jestem
zaledwie cieniem na wietrze
podmuchem mgły co skoro świt
rzednie.
Ja jestem nikt
choć dusza drży we mnie
z radości i nieszczęść
codziennie.
Nikt jestem
zlepkiem tym myśli ledwie
na rozdrożu zmierzchem jak sny
ciemnem.
Ja jestem nikt, jestem
pył, tej iskry błysk
która na chwil kilka
twe niebo przetnie nim zblednie.

Edytowane przez Czarek Płatak (wyświetl historię edycji)
  • 3 lata później...
  • 2 miesiące temu...
Opublikowano

Zupełnie nie wiem jak mogłem przeoczyć wasze komentarze, za co przepraszam najmocniej...

 

@Ithiel

Dziękuję za wizytę. Zdążyłem prawie zapomnieć o tym wierszu.

Podejrzewam, że nie możesz się dopatrzeć dominanty, bo i sam pl wciąż jeszcze walczy, właściwie już uległ, może nawet trochę wbrew własnej naturze stąd tli się jeszcze ogień wewnętrznej walki. 

Pozdrawiam i dziękuję za ożywienie w mojej pamięci tego utworu.

 

@MaksMara

To ja przekornie zostawię 'twe' żeby tak wszystko jasnym nie było ;)

  • 2 miesiące temu...
Opublikowano

"Ja jestem nikt", a jednak chyba jesteś kimś.... treść pomysłowa, ciekawie grasz słowem, nie po raz pierwszy zresztą, ale ja,

inaczej bym chyba ułożyła wersy.. wiem, zostanie jak jest, dlatego nawet nie zacznę na boku próbować...:)

Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...