Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Siedzieliśmy na ławce w trzech. Ja, ten drugi i ten trzeci. Często tu przychodziliśmy. Oni pili piwo, a ja zjadałem po nich szkło. Rzułem je powoli; oni z pośpiechem przełykali i dławili się sobą na wzajem. Wiem, że czasem coś do mnie mówili, jednak nie mogłem ich zrozumieć. Ławka stała w parku, park mieścił się na Ziemi, a Ziemia dusiła w czterech ścianach wszechświata. Sto metrów stąd zasypiałem na pamięć, a budziłem w/g wskazówek znalezionych w książkach.

Ten drugi szturchnął tego trzeciego. Chodnik przyjął jego ciało bez sprzeciwu; w trawie dymił niedopalony papieros. W powietrzu widać było ślady po krzyku. Ten drugi ogolił się i ubrał w garnitur. Nigdy nie wiem kiedy trzeba zamykać oczy a kiedy otwierać aby stało się bezpieczniej; niby nie tu zakwitł mlecz. Kiedy odchodziłem zbierali się ludzie. Być może ze szczęścia, być może z ciekawości było ich coraz więcej, a każde z nich mówiło w innym języku. Machnąłem różdżką i stało się nowe. Nagle nie było ławki, drzew zawsze trzymających się razem, nienaoliwionych psów. Babcie z kluczykiem w plecach stanęły w miejscu, a ich wnuki i wnuczki wróciły do domów same, ciągnąc za sobą wózki.

Pojawiając się w oczach jednych, znikałem z oczu innym, stając się tylko nieważnym punktem na mapie ich codziennych przeżyć. Bez emocji przekładałem nogi, czyniąc ruch swoim towarzyszem. To ta przemienność w krokach i coś co nazywa się celem, choć ten nie musi być zrozumiały. Uznawałem wyższość bloków z pogardą patrząc na krawężniki. Emigrowałem z nogi na nogę, z ulicy na ulicę. Gdzie nie było powietrza, tam wstrzymywałem oddech. Gdzie nie było okruszków chleba, tam szedłem po omacku. W wielkich szybach oglądałem swoją twarz, w mniejsze nie patrzyłem wcale. Wieczory stawały się rankami, ranki popołudniami. Myśli stawały się ptakami i unosiły ponad horyzont, gdy ktoś wdepnął w kałużę. Mijałem różne kobiety. Zdarzało się że chwilę szliśmy w jednym tempie, wtedy czułem się jak gdybym należał do tego miejsca, jak gdybym był mężczyzną owej kobiety, a celem naszej podróży była restauracja albo przyjęcie u znajomych na którym piłoby się dobre wino. Wrażenie, choć samo w sobie krótkie, trwało w myślach długo i intensywnie. Rozciągało się w czasie skrzypnięcie okna czy płacz dziecka przerażonego złym snem.

Nie pamiętałem już gdzie mieszkam, choć tego akurat nie pamiętałem nigdy. Wszystko co dało na siebie wejść albo obejść, było przyjacielem. Aż wreszcie doszedłem do miejsca gdzie skończyły się zabudowania, a wraz z nimi latarnie i asfalt. Gwiazdy świeciły tak jasno, że nie potrzebna była elektryczność. Wiatr rozwiewał resztki wątpliwości. Gdzie skręcić, ja wiem. Wiem gdzie skręcić żeby nie dojść nigdzie. Nie zostać odnalezionym, nie tylko dlatego, że nie jest się szukanym. Wiem tyle rzeczy. Wiem jak położyć głowę na poduszce żeby w nocy przyśniła się miłość. Wiem, że za zapachem kryje się kwiat, choćby był kobiecym ciałem. Poczułem się zmęczony. Pod głową trawa, a tak naprawdę ziemia, bo źdźbło trawy nie jest w stanie przykryć czegoś równie dobrego. Grudki wchodziły mi do ust. Przez te wszystkie lata brakowało mi tego smaku. Zaznaczyłem na niebie kwadrat. To jest mój fragment nieba. Tu będę leżał, gdyby ludzie znów zapomnieli, że są braćmi. Tu będę leżał kiedy będzie mi źle. Tak dumając, zasnąłem.

Obudziłem się we dwoje. Leżała przy mnie bowiem kobieta ze wzrokiem zakotwiczonym we mnie.

- Wiesz, chmury są białe od niechcenia. - odezwała się, a ja ją zrozumiałem.

- Tak, to bardzo leniwy kolor. - Odpowiedziałem, a trzęsłem się cały. Wypatrywałem w niej zrozumienia; dostałem więcej niż oczekiwałem. Ujrzałem w niej bowiem swój początek i koniec. Ujrzałem ewolucję dusz: duszę młodą, która się śmieje, i duszę dojrzalszą; rozumiejącą swój śmiech. W jednej chwili stałem się innym człowiekiem. Pragnienia na nowo stawały się ukrwione, wróciło czucie w marzeniach. Już wiedziałem, czego chcę.

- Chcę być rozumiany przez wszystkich i chcę też rozumieć każdego. Czy pragniesz tego samego ?

- Pragnę. - Odpowiedziała, a jej spojrzenie przeszyła szklistość.

***

Szliśmy do jej domu w pobliskim mieście. Szliśmy wolno, tak żeby tylko nie zdążyć zdążyć dojść. Szliśmy łąką, a za nami z wolna podążały kwiaty. Zgięte w pół, kroczek po kroczku, z coraz mniejszym trudem. Nagle ona przystanęła.

- Spójrz - wskazała na most który rysował się w oddali - To jest most symboliczny, łączący otwartość wsi z tajemnicami miasta, a czasem odwrotnie. Przez ten most przebiegają wszyscy ci, którzy mają ku temu powód. Tym mostem przechodzą wszyscy ci, którzy nie mają powodu by biec. Są też tacy, którzy zatrzymują się w pół drogi, i oparci o barierki spuszczają z niego nogi, które nie dosięgają wody. Kiedy do niego doszliśmy, stanęła na poręczy, a ja powiedziałem :

- Mogę Cię trzymać za rękę. Popchnąć. Tylko po to by złapać, żeby znów trzymać.

- Mogę dać ci pstryczka w nos.

W jej pokoju, w jej mieszkaniu, w jej ulubionym szlafroku stanąłem na miękkim dywanie, po tym, jak wzięliśmy prysznic. Włosy dywanu wchodziły między palce stóp; palce dłoni wchodziły pod jej skórę na plecach, gładząc mleczne ciało niczym poduszkę przed snem. Było nas troje - ona po środku i ja po bokach. Było nas czworo - bo pożądanie mnoży się przez dwa. Było nas wreszcie dwoje - na każdym stole i na każdej z podłóg. Wchodziliśmy na piętra, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia, innym razem samym bawiąc się w architektów i projektując pokoje powyżej dachów. Gubiliśmy klucze i zatykaliśmy zamki, po to by mieszkać w sobie jak najdłużej. Pomyślał o mnie głód, zapragnęło jej zmęczenie.

Noc zastała nas nagich, i takich połknęła, a my przechodziliśmy przez jej wąskie gardło bez pośpiechu, rozmawiając o tym co ważne bardziej i mniej. Jej głos z głębi miasta wyrywał się niczym słowiczy trell spośród odgłosów łabędzi, i pozostawał poza granicami słuchu innych ludzi. Słuchaliśmy siebie jak grochu sypanego w ręce. Cicho zrobiło się w końcu; o trzeciej nad ranem można już tylko nie zamknąć oczu. Kiedy milczała, nie mówiła prawie nic. Kiedy ziewała, nie patrzyła w moją stronę. Kiedy wreszcie zasnęła, ja spać nie mogłem. Szukałem sposobu, potrzebny był mi plan. Jak sprawić, by ludzie nie rozumiejący się, nagle nabrali ochoty, by chcieć znaleźć wspólny język ? Poszedłem do kuchni coś zjeść, a ujrzawszy na kuchennym stole owoce, doznałem olśnienia.

***

Południem rozbudzała się powoli, przeciągając się i mrucząc coś; po otworzeniu oczu zaraz je zamknęła. Chrapiąc spytała : - Coś Cię trapi, prawda ? - Przecież ty śpisz. - Przecież ja śpię.. Wtajemniczyłem ją w szczegóły mojego planu, choć obawiałem się, że nie spodoba jej się ten pomysł. Na szczęście myliłem się.

***

Pod wieczór spakowaliśmy plecaki, i wyruszyliśmy. Tam dokąd szliśmy, prowadziła nas intuicja, mapę zabraliśmy żeby wrócić z powrotem. Mieszkała na wsi; namiot planowaliśmy rozbić tuż za miastem, co było naszym dzisiejszym celem. Miasto było niewielkie, domy poustawiane między sobą z loty ptaka tworzyły smutną twarz, ale o tym ja ani ona nie dowiemy się nigdy, ponieważ nie wzbijemy się na taką wysokość. Szliśmy więc na przełaj tej wielkiej twarzy, jak grymas na ustach, jak rysa na poliku. Ciemniało już, ale światło jej oczu świeciło tak jasno, że nie potrzebna była elektryczność. Namiot między mysimi norami a kopcami kretów wyglądał jak dziecko biegnące po wielkim kawałku szwajcarskiego chleba. Zasnęliśmy w namiocie późno w nocy, a to co działo się wcześniej w jego środku, odnotował podwójnie księżyc, bo mimo dobrego oka, ma strasznego zeza.

Trzeciego dnia dotarliśmy wreszcie do celu. Staliśmy u podnóża gór, obok największej góry w okolicy. Dnia czwartego stanęła mi na plecach i rękoma zaczepiła się czubka góry. Gdy była na górze podała mi rękę, i za jej pomocą oboje staliśmy na szczycie.

Z naszych kieszeni wystawały pomarańcze. Wyciągnęliśmy wysoko ręce i wyciskając ich sok nad chmurami, które nasiąkały w mgnieniu oka. Zeskoczyliśmy z góry i zaszyliśmy się w namiocie.

- To był męczący dzień - powiedziałem - Tak, mało co a nie zdążylibyśmy na drugie śniadanie. Byliśmy spokojni jak niedojrzałe jabłka. Po drodze rozłożyliśmy koc na łące i patrzyliśmy w niebo, a Bóg otaczał nas pięknymi liczbami, sumując dobro i miłość tak, by jednym stała się odruchem. Nie wiem, kiedy przestaliśmy leżeć, i znaleźliśmy się znów w mieście. Szliśmy, a Trotuar, jak skóra krokodyla, do tego śliski i w kolorze tak bardzo podobnym, że można by zacząć szukać łba, sprawiał, że zwolniliśmy tempo do minimum. Kiedy doszliśmy do centrum, usiedliśmy sobie na ławeczce i spokojnie czekaliśmy. Pod wieczór wiatr przywiał chmury, a deszcz, który przyniosły, był pomarańczowy. Ludzie stojący w swoich ciasnych grupkach, początkowo okazywali zdziwienie, które z czasem sprawiło, że nabrali chęci do podzielenia się swoimi uwagami z obcymi. Najpierw na migi, potem używając prostych słów, zaczynali się porozumiewać. Patrzyliśmy na to szczęśliwi, a potem sami weszliśmy wgłąb tłumu. Ona i ja. Ja i ona.

  • 2 tygodnie później...
  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Akta generała: Ma las Ala, mała renegatka.    
    • @Leszek Piotr Laskowski    

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Tak…   śliczny i refleksyjny wiersz! Dziękuję!   
    • GOŚC. 14:92 GOSPOD. (Kakaowe oczy kawiarenki) 'Jaki afekt budzi we mnie to, Źe toczysz tak ciemną łzę Biodra Twe mają moc Voodoo, co jak w kawie wrze, By mnie porwać z lektyki mej I na barw skalanie wieść' L. Mackerel-Ling, The Road to Mandate, Ay Pierwszy był Chris, a może Leif Albo pewnie jakiś Czukcz Na pewno przedtem ktoś w czas Trias Lecz nie mocz ócz u historii uczt Chcę by wrócil Victorii czarny szyk By znów wpłynął w podbrzusze ziem Drake By przypłynął herbatą Prince Polo dryg "First we grab Hong Kong, then Garcia's steak" Płynę, gdzie chcesz, aż w historii błąd Czy spotkasz mnie choć w drogi pół?  Co noc budzi mnie twój duch koloru blond  Twych lędźwi trzcin wciąż dziki ląd  Million dusz oddał bym, by je wziąć na stół... Był jeszcze Jacques de Mauvais-Quartier Co świata ćwierć dzielił na dwie  I (później już)  kowboje z GRC, Co w gardła wciskali tlenu biel I żeglarze ci z Mają Kwiat,  Co zaszczepili Nowy Świat Antygenem na żenaua I ludem wybranym, bo tak ...   A później  tylko parę chwil Dzikich żywili, serwując im  Znoszone płaszcze, których  styl  Dusze niemyte zmielił w pył  A simiesques, skorych do psot  Mieszkańców Kwiatów Cnot Wdrożyć chcieli w melancholię błot (Też kulą w płot) I Nuevo Julius Court-Caesar, Ten, co to zęby złote zżarl  Na piramidalny wręcz czar  Dżungli, gdzie ciągle Maj  Inni też się chcieli wbić W twój wąwóz, i tam rosę spić, Gdzie Kilim Nadziei żartu szczyt, Co zanurza stopę w żar,  Gdzie Czarnej Królowej Staw Im też powiem cześć,  Jak Stanley'owi dr Sam: [Wyst. Zesp. 'Grobów Jard i Żołądka Treść'] "To wam śpiewam tę pieśń, Coście dobyli pereł deszcz Twardy jak słonia kość, Nie szczędząc cudzych łez" [Do czarnej polewki z łez  Przygrywa White Power Bastion Band  I jego Scoutesses]: „Jak chcesz, to weźmij mnie Samej nie pozostaw. Nie Tak. Oczywiście chcę… Tak, ja pragnę cię..." "A ja dam ci Drążyć aż po świt Ziemi czarnej dni Work will make you free  Obiecuję też, Gdzie nie pada deszcz, Dobyć strumień łez 'K-46 I Twych krwistych ziem  Każdy  orać metr, Stopę… niech płynie krew,,," To mówiłem ja: Rudy-Yard, Lew, Co niemytym kazał nieść Brzemię przeznaczone mu  I  Ferdek, co nie przeżył jamais vu Zamiast on im, oni kęsim kęs zrobili mu I Vasco (ten kto?), i  Half-Cooked  Lord Sandwich z białych mięs  Tak mocno w bagna wbili pal, Że nawet wszechmocny poczuł lekki żal, Bo nic to pomocnych ofiara  ciał, Lecz jego krajobraz  nie taki być miał  I choć siwiejącą hordę obrócili w śmiech (A to przecież nie jest grzech) To  wnet wzięli pod mordy nie dwóch i nie trzech  I zadęli w imperialny miech : Święta Samotrzecia jęła eksportować śmierć  Komponując ją w marsz, gdzie nie stąpnęła stopy biel: Wpierw Planetę Czukcz wzięła na cel,  Potem zapadł wyrok, by raźniej, we trzech: (Lecz wychodzę przed -najpierw wstąpienie w dół,  By dosiąść góry chociaż pół  I czarnego  złota złóż  I krainy złotych zbóż  I winogrona  złocistą kiść - Gdzie tu dalej iść?  Zgubiłem rym, a już wim: Gdzie Rzym. Gdzie  Krym!): Więc na Donieck kurs Choćbym miał stracić/'straciłem Kursk  Lecz co dalej? w sukurs mi pójdź, Wiem: na razie tylko czarnego morza source, 126p  w Moskwicza mgle  (Nie no, nie: jak maluch zje znówrozpędziłem się, Więc ad REM): Wstali w rytm silników T- (Nie, też jeszcze nie!) W staccato AK-Sorok-Siem (To też później, jak Paris, je t'aime)  Więc wracam do ad rzecz (Co jeszcze tu wam mogę rzec?  A, już wiem;) Teraz ze sto lat bez, (Napoleon przyszedł i odszedł precz I wreszcie Odin Siem (To już było, tak wiem) I  prawie pokój wsiem Gdyby nie Varsovie, je t'aime (quand même!) A potem nie swój pokój znów Aż gdy sojusz orłów dwóch (Czy krzyży łamanych na słuch) Złamany przez wojsk ruch... Nieważne, bo czasu duch Solingen, ostatni  Wraży régime zdmuchnął w puch I kres położył drugiej z dwóch (Jak na razie, uch - Dotarłem już do sorok piat'! Błagadarion, bliat': Po polsku: kocham twoją nać) Potem znów spokój, ludów brać Przez następne sorok piat' (Z interludium na "Wrogów ludu brać, Cisza nocna nad Wełtawą i Dunajem ma trwać!") (A, jeszcze to w  Kabulu kaboom Kursk (znów), północno-wschodni rząd trumn, W Biesłanie na szkoły boom  I w Groznym groźny stali szum (Dobra, a dwadcat dwa?) Zaraz, jeszcze dix quatre:) Potem jak gdyby niby nic (Dobra, bloki poszły w gaz, A Solowjow to był niemy widz, I w krainie win było sumo w gimnastyk czas), Lecz to  nic na miarę zehn und vier: (Ich weiß, wartest aut dwadcat dwa) Więc najpierw idzie walka o żwir  - Betoniarek z Doniecka dna  I od morza czarnych plaż (Czekałeś, czekałeś, aż:) Voici deux douzaines du mois volage! "No a potem już niebo, to niebo nieb Im wzięło i runęło na ich ten łbów łeb No a potem to już tylko gleba gleb I potem tylko jeden wielki... żleb! A potem ich porwał bomb żelazny cykl  Ich porwał los ciężki jak MiG... (Nie, ich porwał  In the Sky Gig  Nie ich nie Samsona fryzjer strzygł) Czy to będzie już wreszcie Żukowa Rżew (Za skalania Żdanowa grzech) W Steinera w futro pieca  zew  Czy Endlosung wszystkich  trzech? Że śmierć przyniosła ich kompozycję Zstąpienie A w ich metalu śmierć Niosła -126 Czy w szeregu tog Diora Czy w czerni Crayon d'Or Czy w logo "Zemsty" "Thor" Peu importe: Umarli; Ta sama różnica, odłożyli ją na bok. Czy jechali na Rossiniego z niższych sfer? A może na Rossinie przez kanał La Manche? A może na deskach Rossińskiego? Czyżby grzyb zetonął w ukraiński barszcz? W prawowierny kult? Ah, Я сошёл c сил Я сошёл с, Czy w jedność  przemienił się W szereg czarnych zer Lecz to ty już trzymasz ster; „Na właściwej ścieżce. Na wiernej „ścieżce” Sześćdziesiąt, pięćdziesiąt, czterdzieści… Atlantydy ląd…  Utopii kut!!! Lekcja pokory (w bemol 
    • „Są cisze” Są krótkie cisze i te długie cisze, w których nie słychać lęku niemej ciszy. Cisze przed burzami, w błysku, zygzakami, piorunami malowane, po niebie zapalane. Są cisze trudne, bardzo smutne i żmudne, wyczekiwania dźwięku, w strachu, w lęku, po ciemku. To cisze wojenne, wybuchowo zmienne, cisze w rozpaczy słuchania odgłosów bomb spadania. Są cisze zbiorowe, często honorowe, cisze samotne, pustką markotne, z morderczą serca cichością, we łzach za miłością, za tęsknotą we wspomnieniach, w odczuciach osamotnienia. Są cisze żałobne, wszystkie sobie podobne, wspominania bliskiego, w głębi siebie samego, zadumą przywołane, chwilą ciszy oddane. W cichej rozmowie duszy, która każde serce skruszy. Są cisze przemyślania, w spokoju rozważania, by na wiatr słów nie rzucać, błędne myśli ukrócać. Te łagodzące spory — to mądrości podpory. Po chwili analiz w ciszy więcej mądrych słów się słyszy. Leszek Piotr Laskowski
    • @Berenika97 Odbieram ten wiersz jako nawiązanie do mojej "Erozji", którą też zamieściłam na portalu. Dla mnie jest odpowiedzią na zadane pytanie : " Czy siebie tak postrzegamy? ". U mnie woda nie zeznaje. Nie ma świadka. U Ciebie podmiot liryczny ma świadomość i zeznaje. Jest człowiekiem, który już nawet nie jest skałą, tylko piaskiem.   Dziękuję za poruszenie. Uściski.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...