Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Siedzieliśmy na ławce w trzech. Ja, ten drugi i ten trzeci. Często tu przychodziliśmy. Oni pili piwo, a ja zjadałem po nich szkło. Rzułem je powoli; oni z pośpiechem przełykali i dławili się sobą na wzajem. Wiem, że czasem coś do mnie mówili, jednak nie mogłem ich zrozumieć. Ławka stała w parku, park mieścił się na Ziemi, a Ziemia dusiła w czterech ścianach wszechświata. Sto metrów stąd zasypiałem na pamięć, a budziłem w/g wskazówek znalezionych w książkach.

Ten drugi szturchnął tego trzeciego. Chodnik przyjął jego ciało bez sprzeciwu; w trawie dymił niedopalony papieros. W powietrzu widać było ślady po krzyku. Ten drugi ogolił się i ubrał w garnitur. Nigdy nie wiem kiedy trzeba zamykać oczy a kiedy otwierać aby stało się bezpieczniej; niby nie tu zakwitł mlecz. Kiedy odchodziłem zbierali się ludzie. Być może ze szczęścia, być może z ciekawości było ich coraz więcej, a każde z nich mówiło w innym języku. Machnąłem różdżką i stało się nowe. Nagle nie było ławki, drzew zawsze trzymających się razem, nienaoliwionych psów. Babcie z kluczykiem w plecach stanęły w miejscu, a ich wnuki i wnuczki wróciły do domów same, ciągnąc za sobą wózki.

Pojawiając się w oczach jednych, znikałem z oczu innym, stając się tylko nieważnym punktem na mapie ich codziennych przeżyć. Bez emocji przekładałem nogi, czyniąc ruch swoim towarzyszem. To ta przemienność w krokach i coś co nazywa się celem, choć ten nie musi być zrozumiały. Uznawałem wyższość bloków z pogardą patrząc na krawężniki. Emigrowałem z nogi na nogę, z ulicy na ulicę. Gdzie nie było powietrza, tam wstrzymywałem oddech. Gdzie nie było okruszków chleba, tam szedłem po omacku. W wielkich szybach oglądałem swoją twarz, w mniejsze nie patrzyłem wcale. Wieczory stawały się rankami, ranki popołudniami. Myśli stawały się ptakami i unosiły ponad horyzont, gdy ktoś wdepnął w kałużę. Mijałem różne kobiety. Zdarzało się że chwilę szliśmy w jednym tempie, wtedy czułem się jak gdybym należał do tego miejsca, jak gdybym był mężczyzną owej kobiety, a celem naszej podróży była restauracja albo przyjęcie u znajomych na którym piłoby się dobre wino. Wrażenie, choć samo w sobie krótkie, trwało w myślach długo i intensywnie. Rozciągało się w czasie skrzypnięcie okna czy płacz dziecka przerażonego złym snem.

Nie pamiętałem już gdzie mieszkam, choć tego akurat nie pamiętałem nigdy. Wszystko co dało na siebie wejść albo obejść, było przyjacielem. Aż wreszcie doszedłem do miejsca gdzie skończyły się zabudowania, a wraz z nimi latarnie i asfalt. Gwiazdy świeciły tak jasno, że nie potrzebna była elektryczność. Wiatr rozwiewał resztki wątpliwości. Gdzie skręcić, ja wiem. Wiem gdzie skręcić żeby nie dojść nigdzie. Nie zostać odnalezionym, nie tylko dlatego, że nie jest się szukanym. Wiem tyle rzeczy. Wiem jak położyć głowę na poduszce żeby w nocy przyśniła się miłość. Wiem, że za zapachem kryje się kwiat, choćby był kobiecym ciałem. Poczułem się zmęczony. Pod głową trawa, a tak naprawdę ziemia, bo źdźbło trawy nie jest w stanie przykryć czegoś równie dobrego. Grudki wchodziły mi do ust. Przez te wszystkie lata brakowało mi tego smaku. Zaznaczyłem na niebie kwadrat. To jest mój fragment nieba. Tu będę leżał, gdyby ludzie znów zapomnieli, że są braćmi. Tu będę leżał kiedy będzie mi źle. Tak dumając, zasnąłem.

Obudziłem się we dwoje. Leżała przy mnie bowiem kobieta ze wzrokiem zakotwiczonym we mnie.

- Wiesz, chmury są białe od niechcenia. - odezwała się, a ja ją zrozumiałem.

- Tak, to bardzo leniwy kolor. - Odpowiedziałem, a trzęsłem się cały. Wypatrywałem w niej zrozumienia; dostałem więcej niż oczekiwałem. Ujrzałem w niej bowiem swój początek i koniec. Ujrzałem ewolucję dusz: duszę młodą, która się śmieje, i duszę dojrzalszą; rozumiejącą swój śmiech. W jednej chwili stałem się innym człowiekiem. Pragnienia na nowo stawały się ukrwione, wróciło czucie w marzeniach. Już wiedziałem, czego chcę.

- Chcę być rozumiany przez wszystkich i chcę też rozumieć każdego. Czy pragniesz tego samego ?

- Pragnę. - Odpowiedziała, a jej spojrzenie przeszyła szklistość.

***

Szliśmy do jej domu w pobliskim mieście. Szliśmy wolno, tak żeby tylko nie zdążyć zdążyć dojść. Szliśmy łąką, a za nami z wolna podążały kwiaty. Zgięte w pół, kroczek po kroczku, z coraz mniejszym trudem. Nagle ona przystanęła.

- Spójrz - wskazała na most który rysował się w oddali - To jest most symboliczny, łączący otwartość wsi z tajemnicami miasta, a czasem odwrotnie. Przez ten most przebiegają wszyscy ci, którzy mają ku temu powód. Tym mostem przechodzą wszyscy ci, którzy nie mają powodu by biec. Są też tacy, którzy zatrzymują się w pół drogi, i oparci o barierki spuszczają z niego nogi, które nie dosięgają wody. Kiedy do niego doszliśmy, stanęła na poręczy, a ja powiedziałem :

- Mogę Cię trzymać za rękę. Popchnąć. Tylko po to by złapać, żeby znów trzymać.

- Mogę dać ci pstryczka w nos.

W jej pokoju, w jej mieszkaniu, w jej ulubionym szlafroku stanąłem na miękkim dywanie, po tym, jak wzięliśmy prysznic. Włosy dywanu wchodziły między palce stóp; palce dłoni wchodziły pod jej skórę na plecach, gładząc mleczne ciało niczym poduszkę przed snem. Było nas troje - ona po środku i ja po bokach. Było nas czworo - bo pożądanie mnoży się przez dwa. Było nas wreszcie dwoje - na każdym stole i na każdej z podłóg. Wchodziliśmy na piętra, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia, innym razem samym bawiąc się w architektów i projektując pokoje powyżej dachów. Gubiliśmy klucze i zatykaliśmy zamki, po to by mieszkać w sobie jak najdłużej. Pomyślał o mnie głód, zapragnęło jej zmęczenie.

Noc zastała nas nagich, i takich połknęła, a my przechodziliśmy przez jej wąskie gardło bez pośpiechu, rozmawiając o tym co ważne bardziej i mniej. Jej głos z głębi miasta wyrywał się niczym słowiczy trell spośród odgłosów łabędzi, i pozostawał poza granicami słuchu innych ludzi. Słuchaliśmy siebie jak grochu sypanego w ręce. Cicho zrobiło się w końcu; o trzeciej nad ranem można już tylko nie zamknąć oczu. Kiedy milczała, nie mówiła prawie nic. Kiedy ziewała, nie patrzyła w moją stronę. Kiedy wreszcie zasnęła, ja spać nie mogłem. Szukałem sposobu, potrzebny był mi plan. Jak sprawić, by ludzie nie rozumiejący się, nagle nabrali ochoty, by chcieć znaleźć wspólny język ? Poszedłem do kuchni coś zjeść, a ujrzawszy na kuchennym stole owoce, doznałem olśnienia.

***

Południem rozbudzała się powoli, przeciągając się i mrucząc coś; po otworzeniu oczu zaraz je zamknęła. Chrapiąc spytała : - Coś Cię trapi, prawda ? - Przecież ty śpisz. - Przecież ja śpię.. Wtajemniczyłem ją w szczegóły mojego planu, choć obawiałem się, że nie spodoba jej się ten pomysł. Na szczęście myliłem się.

***

Pod wieczór spakowaliśmy plecaki, i wyruszyliśmy. Tam dokąd szliśmy, prowadziła nas intuicja, mapę zabraliśmy żeby wrócić z powrotem. Mieszkała na wsi; namiot planowaliśmy rozbić tuż za miastem, co było naszym dzisiejszym celem. Miasto było niewielkie, domy poustawiane między sobą z loty ptaka tworzyły smutną twarz, ale o tym ja ani ona nie dowiemy się nigdy, ponieważ nie wzbijemy się na taką wysokość. Szliśmy więc na przełaj tej wielkiej twarzy, jak grymas na ustach, jak rysa na poliku. Ciemniało już, ale światło jej oczu świeciło tak jasno, że nie potrzebna była elektryczność. Namiot między mysimi norami a kopcami kretów wyglądał jak dziecko biegnące po wielkim kawałku szwajcarskiego chleba. Zasnęliśmy w namiocie późno w nocy, a to co działo się wcześniej w jego środku, odnotował podwójnie księżyc, bo mimo dobrego oka, ma strasznego zeza.

Trzeciego dnia dotarliśmy wreszcie do celu. Staliśmy u podnóża gór, obok największej góry w okolicy. Dnia czwartego stanęła mi na plecach i rękoma zaczepiła się czubka góry. Gdy była na górze podała mi rękę, i za jej pomocą oboje staliśmy na szczycie.

Z naszych kieszeni wystawały pomarańcze. Wyciągnęliśmy wysoko ręce i wyciskając ich sok nad chmurami, które nasiąkały w mgnieniu oka. Zeskoczyliśmy z góry i zaszyliśmy się w namiocie.

- To był męczący dzień - powiedziałem - Tak, mało co a nie zdążylibyśmy na drugie śniadanie. Byliśmy spokojni jak niedojrzałe jabłka. Po drodze rozłożyliśmy koc na łące i patrzyliśmy w niebo, a Bóg otaczał nas pięknymi liczbami, sumując dobro i miłość tak, by jednym stała się odruchem. Nie wiem, kiedy przestaliśmy leżeć, i znaleźliśmy się znów w mieście. Szliśmy, a Trotuar, jak skóra krokodyla, do tego śliski i w kolorze tak bardzo podobnym, że można by zacząć szukać łba, sprawiał, że zwolniliśmy tempo do minimum. Kiedy doszliśmy do centrum, usiedliśmy sobie na ławeczce i spokojnie czekaliśmy. Pod wieczór wiatr przywiał chmury, a deszcz, który przyniosły, był pomarańczowy. Ludzie stojący w swoich ciasnych grupkach, początkowo okazywali zdziwienie, które z czasem sprawiło, że nabrali chęci do podzielenia się swoimi uwagami z obcymi. Najpierw na migi, potem używając prostych słów, zaczynali się porozumiewać. Patrzyliśmy na to szczęśliwi, a potem sami weszliśmy wgłąb tłumu. Ona i ja. Ja i ona.

  • 2 tygodnie później...
  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...