Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

kochanie, masz klasę i tyłek wielkości skrzynki na listy.
drybling opanowałaś do perfekcji, a wiedz, że nie mieścisz się
już w moim światopoglądzie.

ruszasz na podbój świata, docenią cię
amatorzy ssaków morskich; ułoży ci się życie i żołądek.
żarcia, co upodli cię jeszcze bardziej niż poranione gardło,
będziesz miała pod dostatkiem.

a dostatek cię zwabi. utnie łeb /chimero/.

nie chcę na ciebie patrzeć, wolę cię oglądać,
/oznaczać, naznaczać/. wypchać trocinami, postawić
w salonie,

upadłaś za nisko o te parę stopni, jak więc cię nie kochać
bezgłowa dziwko.

Opublikowano

gdzieś tu jakiś drybling wrzucający pewien tok rozumowania i przedstawienia treści (pojawienie się takiego zamerykanizowanego słowa tu dla mnie nie pasuję). i to nie mieści się w moim światopoglądzie czy estetyce słowa, ale za to subtelne przejście z podmiotu lirycznego żeńskiej skarpety na chłopski wystający konar (jedyna prawowita wersja) jest pewnym smaczkiem.

te chimery i slashe to w jakim celu? ta chimera to zbędny cudak i te przerywniki też są po chuju (nie wiem czy można tak wulgarnie się wypowiadać, ale teraz akurat wypada).

Opublikowano

@paper_doll
nie podoba mi się pierwsza część pointy. chimera też nie. chociaż
to, że jest pomiędzy ukośnikami, nie nawiasami, stawia to słowo
poza tekstem (i nawet, jeśli ukośniki zwyczajnie zastępują klasyczne
nawiasy, ja tak to sobie czytam), czyli nie drażni, jak by mogło.

Opublikowano

@paper_doll

Nerw jest. Bliski mojego, o mniejszym potencjale z powodu innych ograniczeń;-))). Podłączam prostownik.
"ułoży ci się życie i żołądek.
żarcia, co upodli cię jeszcze bardziej niż poranione gardło," - miodzio:-)

Pointa - jakże nie kochać tych, co niżej. To łatwe.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...