Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Uwaga, startujemy!
Teksty wklejamy w tym wątku, każdy ma prawo wkleić jeden tekst, styl dowolny (wiersz, esej, opowiadanie, fraszka etc...) - liczy się pomysłowość, oryginalność i takie tam cechy...

Jako, że nagrodą jest:
http://www.poezja.org/debiuty,4,9.html

tematem będzie:
- jak wyglądał początek świata
lub
- jaki będzie koniec świata

Zasady są jasne, proste i klarowne - wklejamy, jury ocenia, wybierają najlepszy tekst, jeżeli są różnice w ocenach, tajemniczy juror xyv zadecyduje.

W związku z zalewem zgłoszeń do jury (che che che) oceniać będą:
- Beata Korybko
- Michał Kiliński

Zaczynamy od teraz, czas trwania konkursu do 30 października do godz. 0:00

Nagroda zostanie przesłana pocztą!

START!

Opublikowano

pustka logicznie rzecz biorąc
musiała być na poczatku
świadomosc jak woda w obiegu zamkniętym
ciągle pochłania więcej
wielka dwoistość dla towarzystwa
ogień
światło i ciemność
gra cekinów
prazupa jin i jang
rodzi z zamysłu ciągle coś innego
chemiczna układanka
i sporo miejsca na cuda
elektryczne ręce rzeźbiarza
kują nieustannie twoją twarz

Opublikowano

Początek i koniec

Jak wyglądał debiut świata?
Jaki świata był początek?
Temat ciężki, że przygniata,
Bo zawiły dosyć wątek,

Jest teorii też bez liku,
Z których każda jest do wzięcia.
Niecierpliwie stoją w szyku,
Aby chwycić cię w objęcia.

Wielki niczym cień o świcie,
Szczerzy zęby swe Darwinizm,
A jak słońca dysk w zenicie
Stoi obok Kreacjonizm.

Wnet uzyskasz wyjaśnienie,
A jedynie słuszne zdania,
Co rozjaśnią ci spojrzenie,
Odpowiedzą na pytania:

Czy to losu fanaberia?
Czy szczególne są powody?
Że pewnego dnia bakteria,
Na ląd sobie wyszła z wody?

Jeszcze w głowie masz domysły,
Które nie zdążyły przebrzmieć
I choć wytężone zmysły,
Jednak ciężko ci zrozumieć.


I tak tego nie ogarniesz,
Choć się wijesz jak zaskroniec,
To i tak się nie wywiniesz,
Zaskoczeniem będzie koniec.

Opublikowano

pchnęłaś mnie w świeży sen

słysząc z dala
dobiegającą melodię
z układających się ziarenek piasku

niechętnie powstałem myślą
dłońmi rozdarłem siebie

moje wnętrze
wylało na karty
nową historię



( obrałem sobie początek świata tzn kuli ziemskiej)

Opublikowano

"Dialog na końcu"

Ojcze drogi smutne wieści
zmarł ostatni gród miłości
co jest począć z marnym ludem?
zwierza dobroć większą mają!

Pora kończyć jest Mój Synu
posłać jeźdźców ku zagładzie
mają swoje eldorado
za to ręka moja karze!

w proszek porozdzielam ludzi
porozkładam ich atomy
będzie tak jak było kiedyś
pustka,nicość, zwykła próżnia!

Opublikowano
Dziwne zjawiska
(przed końcem świata)



Trajektoria lotu asteroidy pozostaje pod ścisłą kontrolą
atmosfera okołoziemska ugina się wgniatana wielką siłą
niebezpiecznie rozpędzonego ognistego kamienia

nieodczuwalna na planecie ziemi turbulencja
wytwarzana przez koziołkujący obiekt emanujący
srebrzystą poświatą w niepowstrzymanym pędzie
przez kosmiczne przestworza przecinający nieboskłon
poniżej odległości księżyca i sztucznych satelitów
umieszczonych na orbicie okołoziemskiej gubiący
pył na mlecznej drodze deszcz meteorytów

z hukiem eksplodujących gwałtownie na ziemi ...
w piekielnej partyturze poza filozofią wszelakiego umiaru
w jednej chwili burząc błogie sny i marzenia tysięcy ludzi

Z ostatniej chwili...
Opublikowano

Pytia

Oczywiście, że Ś W I A T się rozpadnie
na drobne okruchy, którymi
- z tym ich naturalnym wdziękiem -
udławią się dzikie kaczki.

Tak właśnie się stanie jak chcecie :
szlag was wszystkich trafi.

Wiele się możecie dowiedzieć od kominiarza,
który wpadł do komina i się udusił.

Opublikowano

bez nas


dni będą zupełnie inne
niż wszystkie doby
nawleczone na czas przeszły

zupełnie
które jednako zmaże dobre
złe i gorsze pomiędzy

będą
z ufnością jaką spragnionemu
niesie dźwięk perlących się fontann

szarzejesz dniu
co zadziejesz nim zdarzysz

Opublikowano

Dwa światy.

Wreszcie w początkach pierwszego ćwierćwiecza dwudziestego pierwszego wieku zaczęło powoli dobiegać końca bezmyślne i okrutne wybijanie różnych gatunków zwierząt, które w swych organizmach w wyniku instynktu obronnego potrafiły wytworzyć przeróżne dla człowieka groźne choroby. Zwierzęta, które jakimś sposobem jeszcze zostały przy życiu, zrozumiały, iż nie chronią ich już wytwarzane przez nie w ich ciałach choróbska, bo spragniony i zalękniony mięsożerny człowiek i tak nie pozostawi im możliwości dalszej egzystencji. Tak więc, wytworzyły się w nich nowe konieczności obrony przed agresywnością złaknionych, krwiożerczych prześladowców, w związku z czym zaczęły stawać się w stosunku do nich agresywne. Pragnący nadal żywić się innymi ciałami człowiek, zapamiętale tępiąc roślinożerców, stara się równocześnie o to, by wzrastały ich nowe i zdrowe zastępy. Gdy zwierzętom nie przyniosła spodziewanego efektu ich agresywność, postanowiły, iż nie będą wydawać na świat swych płodów, które i tak prędzej czy później będą musiały ulec ludzkiej eksterminacji.
Wraz z dramatycznym zmniejszaniem się populacji zwierząt i braku ich porodów, człowieka zaczęła nękać na wielką skalę nędza wynikła z braku zwierzęcego pożywienia. Jak zawsze w takich warunkach bywa, ludzie przy zmniejszeniu się nałogu jedzenia bezwzględnie ulegali innemu i zaczęli rozmnażać się niczym króliki i szczury. Z braku występowania na większą skalę wojen i nad wyraz zatrważającym wzroście narodzin, jak i braku mięsnego pożywienia, zaczęło dochodzić do nagminnego, ale marginalnie skrywanego kanibalizmu eliminującego jednostki upośledzone i słabe fizycznie, a nierzadko wybitne.
Kler do tych pór nieprzestrzegający nakazów konserwatywnych Pism starożytnej skostniałej epoki, niepropagującej zabijania i spożywania ciał innych, jak i seksualnego rozpasania, by utrzymać się na arenie, milcząco przyglądał się nowym praktykom nadchodzącym nieubłaganie zmianom i wymogom nowej cywilizacji.
Biznes jest biznes i chciał nie chciał zaczęto tolerować to ogólnoludzkie zjawisko, które tkwiło w podświadomości mięsożernych dwunożnych ssaków pożywieniem, których powinna być i jest roślinność. Tak więc, hodowcy pozbierali się szybko i na wyświęconym przez biskupów ogólnospołecznym kongresie dotyczącym problemu żywienia zapadła decyzja o zakładaniu wielkich w swoim rodzaju farm dla rozwoju i hodowli do celów ogólno spożywczych najmniej wartościowych jednostek bydła ludzkiego. Tak to po zdobyczy cywilizacji polegającej na eutanazji, starych i schorowanych, ale najbliższych jednostek rodziny, wraz z wyjedzeniem; świń, psów, ptactwa, koni, kotów i wybiciem mlekodajnych krów, przyszła dla wszystkożernych, dyktowana brakiem łagodnych roślinożerców nowa zdobycz żywieniowa.
Idąc w sukurs hodowcom, dla humanitarności zamierzonego przedsięwzięcia, naukowcy od genetyki stworzyli samców i samice z częściowym wymóżdżeniem i brakiem narządu zmysłu wzroku, przy nazbyt rozwiniętym zmyśle powonienia i przytępionym zmyśle słuchu. Prace spółki jajogłowych i hodowców zostały uwieńczone pełnym sukcesem, gdyż nowo powstałe egzemplarze były obdarzone wzmożonym popędem do rozmnażania, a w swej wrodzonej agresywności zwierząt, pozostawały wolne od jakichkolwiek powinności w dociekaniu swojej tożsamości. Eksperymentalne jednostki w celach hodowlanego rozrodu umieszczono na dziewiczych wyspach. Genetycznie czysta hodowla dzięki ich nieodpartemu pragnieniu kopulowania, zaczęła w szybkim tempie rozrastać się, zaczęto więc odławiać na ubój młode nie rokujące rozrodu sztuki.
W miarę upływu czasu zaczęto również praktyki indywidualnych hodowli w przydomowych chlewikach, a że niektóre sztuki były w swej urodzie dość powabne, zaczęło więc dochodzić do parzenia się gospodarzy z jurnymi brunetami i rozkosznymi blondynkami. I tutaj biznesmeni nie stali w tyle i zaczęli zakładać kluby seksualnego pogotowia. Aby rozpropagować i zachęcić do spółkowania z nową trzodą, poczęli rozreklamowywać nowe możliwości wyuzdanych zbliżeń w ogólnodostępnej prasie, na wielkich plakatach bilbordów, jak i na ekranach telewizorów i telebimów. Wreszcie doszło do tego, iż owe zwierzątka zaczęto także trzymać dla przyjemności w pomieszczeniach mieszkalnych miast, nawet niedobitki księży, by nie chodzić po proszonym, do swych obórek przygarnęli stadka blondynek.
Po pewnym, datowanym w dziesiątkach lat czasie, populacje przeznaczone do uboju tak wymieszały się z ich potencjalnymi konsumentami, iż przy braku zwierząt doszło dzisiaj do ogólnego zezwierzęcenia ludzkiej nacji. W tym społeczeństwie mięsojadów stało się nagminnym zabijanie czyjegoś dziecka w gwałcie seksualnych pragnień, jak i zabicie drugiej istoty dla pozyskania niewiadomej sumy pieniędzy jego portfela, czy też dla samej rozrywki. Gdy przestano zastanawiać się nad istotą cierpień prowadzonych na rzeź, przestano także zastanawiać się nad cierpieniami poniesionego trudu lat w wychowanie dojrzałego człowieka, a ten z kolei bez większych skrupułów zabija swoją matkę, która przez długie lata troskliwie zabiegała o jego zdrowy wzrost. I tak doszło do tego, iż wraz ze schyłkiem ludzkiej cywilizacji po ulicach miast biegają zakolczykowane, skąpo przyodziane stadka bezpańskich samiczek i wygolonych muskularnych samczyków, dumnie wynoszących się nad innych w swojej rzekomej inteligencji. I gdy wszystko wyrwało się spod kontroli nastała nacechowana jedynymi pragnieniami w zaspokajaniu seksualnych pragnień i napełnianiu żołądka epoka, w której mało kto dziwi się już znajdywanym co rusz zwłokom rozkosznych blondynek z poderżniętymi gardzielami i jurnych brunetów z roztrzaskanymi łbami. Nie uwzględniano nauk wyższych autorytetów w dziedzinie duchowej - niestety tak wszystko się skończyło, gdy nie dociekano istoty egzystencji i przyczyny istniejącego zezwierzęconego ładu.

Koniec świata.

Skruchę na nas przepowiedniami wymuszają jasnowidzący,
ale nikt nie baczy na ostrzeżenia i się z nieprawością brata,
przykazanie Boże łamiąc w zaparte leci, że jest w coś wierzący,
a to ciała śmierć jest każdemu indywidualnym końcem świata,

na sądzie ostatecznym staniemy, gdy koniec świata nastąpi,
póki co, odejście z ciała traktuj, jak twego świata zakończenie,
komu myślenie obce nie jest, w mądrość filozofów nie wątpi,
i śmierć powłoki cielesnej nie będzie dla niego zaskoczeniem.

Opublikowano

A gdzie literat

Żeby tak stary niebieski malarz
Nakładał światło na ślady stóp
I widział wszystko jak na obrazie
Żeby zapomniał hałas i smród
I żebym mogła kiedyś tam zerknąć
Czy w urodziny czy w nowy rok
I zmieszać symbol z ciałem dotykiem
Niechcianych godzin i miękkich rąk
Spytać malarza czemu maluje
A wiatr zagłuszy jego odpowiedź
I kompozytor swoją muzyką
Więcej opowie choć nie odpowie
A potem wrócić (bo gdzieś odejdę)
I znowu jechać półsprawnym autem
Szukać w serwisach części zamiennych
Nazywać drogę zbyt długim żartem

Opublikowano


"Koniec Świata







Przed moimi oczami rozciągnie się pusta przestrzeń ziemi.
Wygląda smutno i przygnębiająco, nie ma już nawet żadnych gatunków drzew, krzewów, zieleni. Ptaki nie odgrywają dla nas koncertów, rzeki przestały już pięknie migotać w blasku słońca, wszystko straciło swoją harmonię, kolory i stało się szaro cicho, ponuro. Wyglądało teraz jak noc, w której nie jesteśmy już wstanie zobaczyć światła.
Świat zmienił się o 180 stopni nie pozostawiając nawet odcieni; pomarańczy, żółci, czerwieni. Wygląda smutno i przygnębiająco, nie ma już nawet żadnych gatunków drzew, krzewów, zieleni. Ludzie zastanawiają się, co tak naprawdę się stało, dlaczego wszystko tak się pozmieniało! - Owoców nam brak, deszczu, słońca płomieni... Wszyscy stali się teraz dziwnie osaczeni, przerażeni, chłodni. Lecz w któryś dzień tak ciemny, ponury Bóg stanie przed nami wszystkimi i zacznie sądzić żywych, zmarłych, złych i tych, którzy starali się coś uczynić dla kolorowego przed laty, pięknego świata. Przejdziemy na drugą stronę, nie wiedząc nawet czy to ta "dobra" czy raczej ta "zła". Bóg oceni nas na pewno godnie i sprawiedliwie... Więc jeśli chcemy przejść na tą "dobrą" stronę drugiego świata szanujmy siebie nawzajem, zostawiając w tyle niepowodzenia, smutki, złości, a także starajmy się jakoś uczestniczyć w życiu Boga, rozmawiajmy z nim czasem, a na pewno wszyscy staniemy się szczęśliwsi...
A zatem tak moim skromnym zdaniem będzie wyglądał; Koniec Świata.

Opublikowano

ash

kwiaciarka obszywała w kwiaty
złowionych lassem przechodniów

deszcz zawiązywał tysiące tasiemek
spadali z ulicy balkonowej w kwiatową
poruszali w pelargoniach kobiece płatki

głowy-macice
rozdmuchiwały mydlaną nieśmiertelnością
pękały jak tafle witryn
odsłaniając nowe freski
wyschły stulecia obszczymurów
tętno wzmagało powonienie

obezwładnić mnie musiał piorun
- fallus mosiężnych dzbanów
wiszących nad miastem

uderzył o płytę odwróconego nieba
aż skruszeli święci w kościołach

wlokłem się wtedy od kamienia do kamienia
chromy z nadpalonym kijem
chorągwianym świeciła
coraz ciemniejsza gwiazda

Opublikowano

Nazywają go Big Bang

- Czy myślisz, że dostąpimy nieba ?
- Nie chcesz usłyszeć odpowiedzi
- Przecież musi coś być coś, co dało początek i nadal nam towarzyszy
- Jest coś takiego
- Bóg ?
- Nie, nie Bóg
- A co?
- Na początku była przejmująca cisza, a w niej nic , w zasadzie ona była wszystkim. Mgnienie później cisza trasmutowała w lęk, przed nią i jej brakiem. Każda istota boi się od urodzenia do śmierci, a po niej sama staje się obiektem lęku, ową ciszą przejmującą
- A ważki ?
- Jakie ważki ?
- Czy ważki też się boją? Przecież żyją kilkadziesiąt godzin i przez cały ten czas pogrążone w ekstazie, kopulują nieustannie. One nie mają czasu na strach
- Mylisz się, kochana, to strach wprowadza je w ten stan, strach przed zaniknięciem gatunku, może nawet boją się intensywniej, gdyż muszą cały lęk skumulować w przestrzeni ledwo paru dni życia
- Czyli samobójstwo to uwolnienie od strachu, najwyższa forma odwagi
- Nie, to poddanie się, sprzymierzenie z istotą strachu
- Tak więc nie ma ratunku, jedyną wartością wspólną wszystkich gatunków jest lęk, nie możemy nic zrobić
- Jeszcze jest śmierć, ale to ci raczej nie poprawi humoru
- A miłość? Ona jest wolnosćią, kocham cię i nie boje się
- Popatrz przez okno
- Przeciez pada, nic nie widać
- Tym jest właśnie miłość, przelotnym deszczem zasłaniającym ogród lęku, ale, gdy tylko minie w mniej lub bardziej tragicznych okolicznościach, ogród kwitnie jeszcze bujniej
- Uważasz, że nasza miłość nie jest wieczna, przestań tak mówić, lepiej od razu mnie odtrąć
- Wieczny jest tylko lęk, a ja kocham cię całym sobą. Jestem wpatrzony w twój uśmiech i ślepy na wszystko inne, a z resztą nie ma nic innego, bo jakże można dawać znaczenie czemuś, co nie jest tu i teraz .
- Jeżeli strach determinuje nasze życie, to dlaczego nie czcimy go jak bóstwa?
- Robimy to, najdroższa, każdy z nas jest pomnikiem lęku
- W takim razie, co nam pozostało?
- Musimy pozwolić, by nas prowadził. On jest najlepszym przewodnikiem życia, tylko nie można mu się poddać, trzeba zachować dystans.

Opublikowano

moja prywatna apokalipsa



naprawdę trudno
za tym życiem
jest nadążyć

tak wiele pokus
niosąc lepsze
zwala z nóg

zazdroszczę ludziom
co umieją jeszcze walczyć
z ambicją czysto ludzkich wad

co człowiek jeszcze może mieć

w zasięgu ręki i portfela
w cholernej ciszy
czterech ścian

daleko gdzieś
i blisko tak

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...