Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

nie umiem godnie obłaskawić żalu
po odwrotach od siebie.

jak donoszą fora,
psu trzeba założyć kaganiec,
kota obezwładnić narcyzem
w koniecznym akcie samoochrony,
zanim zacznę ujadać lub mruczeć.

tylko po co?

znasz mnie na wylot,
gdy pokazuję pazur
i kiedy skomlę.
Opublikowano

Aniu punta mnie powaliła!-zabieram!)
A pierwsze dwa wersy mówią wszystko ,,,,jak w sonecie!
A opis w pięciu-wersie jest doskonały -szkoda ,że nie mogę wytłuścić!

Serdecznie!
Hania

Opublikowano

Anno, wyjęłabym "jak donoszą fora", ponieważ wierzę w racjonalne myślenie peelki.. :)
Maleńkie ale, za "lub", sugeruję, czy, żeby przeszło ono w miejsce "i kiedy", byłoby płynniej, tak mi się wydaje
.. gdy pokazuję pazur lub skomlę... Ogólnie, dobry kawałek.
Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Całkiem poważnie myślę nad "lubem", ale ten wykluczy ostatecznie jednoczesność/bliskość czasową obu zachowań...
Zdroworozsądkowość peelki chyba wynika z podważenia przez nią zasadności wprowadzenia w życie zalecanych procedur - tak mi się wydaje.
Dziękuję i pozdrawiam :)
Opublikowano

Jestem całkowicie, zazdrośnie i ksobnie za pierwszą strofą. Nie mówię już o poezji tych wersów, a o ich sensie. Daruj - nie wyjaśniam, dlaczego. Jest jasno.

Nie przypuszczam, by wiersz dotyczył miłości lub niemiłości do kotków, piesków.
Czuję, dlaczego zachowujesz interpunkcję. Potrzebny był znak zapytania:-))) Absolutnie był:-)

Bywa, że ci "wylotowi" znawcy mają handicap, niestety:-) (ostatnia strofa)

Dobry, zwarty tekst. Podoba mi się.

Cześć pracy. E.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...