Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

„Wystarczy, że moje myśli ukształtują się w formie niewidzialnej dłoni, która przesuwać się będzie po Twojej skórze, nie dotykając jej wcale, od szyi, powoli do tyłu, ponad ramieniem, na plecy. Odchylisz głowę do tyłu, prosząc o dotyk, marząc o tym, by on się urzeczywistnił, a moja dłoń będzie powoli delikatnie przesuwać się wzdłuż kręgosłupa by w końcu dotknąć Twojego biodra. Dotyk niewidzialnej dłoni rozpali Twoją skórę, poczujesz ten dreszcz, który powstaje gdy skupiasz się na tym dotyku, bez fizycznego kontaktu. Dreszcz który przechodzi od ciała do duszy, który przenika na wskroś i który obezwładnia myśli”.

Turgon 6 września 2004r


Wyszłam z kąpieli odprężona i zrelaksowana. Zawinięta w ogromny, puszysty, ręcznik pachnący wiatrem, stanęłam na progu sypialni. Granatowo-chabrowa pościel kusiła swoim bezmiarem, zapraszająco lśniła w blasku świec... Już cieszyłam się na to niesamowite wrażenie, jakie wywoła zetknięcie rozgrzanej skóry z gładką, śliską, niemal metaliczną satyną... Otulić się tym jedwabistym dotykiem, zanurzyć w chłód, oto moje jedyne myśli w tej chwili. Odchyliłam rąbek kołdry i zobaczyłam na poduszce niewielką, bladobłękitną kopertę. W środku, na maleńkim skrawku papieru, skreślone pośpiesznie kilka słów więcej przyniosło domysłów niż faktów...
„zabiorę ci mowę dzisiejszej nocy i oczy, bo tak jedynie możesz w świat rozkoszy wkroczyć”
- Jeśli kiedyś zaczniesz mówić wprost odejdę – wyszeptałam – uwielbiam Twoje zagadki.
Rozkoszny dreszcz przeszedł wzdłuż kręgosłupa, kiedy złożyłam swoje ciało w chabrowe objęcia, wszechobecny chłód zaczął powoli ustępować miejsca delikatnej przyjemności. Zdmuchnęłam świece. Zasypiałam spowita uczuciem uwielbienia dla Niego i wdzięczna za wyrafinowana intymność, którą dla mnie przygotował.
- Cóż może to być? - zdążyłam jeszcze pomyśleć zanim zasnęłam...
Obudziło mnie... właściwie sama nie wiem co mnie obudziło. Nie był to żaden dźwięk ani ruch, ani nawet światło – światło widziałabym, nawet przez zamknięte powieki. W taki razie co? Bałam się otworzyć oczy i bałam się poruszyć. Postanowiłam poczekać wsłuchując się w otoczenie, szukając najmniejszego choćby dźwięku, który pozwoliłby odgadnąć powód mojego przebudzenia. Powoli utwierdzałam się w przekonaniu, że tym, co mnie obudziło była czyjaś obecność w sypialni.
- To nie możliwe – przemknęło mi przez myśl – przecież On jest daleko... bardzo daleko...
A jednak myśl, że znajduje się blisko nie opuszczała mnie ani na moment. Zamiast zastanawiać się co się dzieje, zapragnęłam to przeżyć. W końcu byłam bezpieczna, we własnym łóżku, co mogło mi się stać... Wróciłam pamięcią do bileciku na poduszce - zabiorę ci mowę dzisiejszej nocy i oczy, bo tak jedynie możesz w świat rozkoszy wkroczyć... Jak to dobrze, że pierwszym uczuciem jakiego doznałam był strach, to on nie pozwolił mi otworzyć oczu. A przecież tego właśnie zażądał ode mnie On w swoim liście – nie wolno mi patrzeć. Chciałam zapytać, ale druga część zdania stała się odpowiedzią na niewysłowione pytanie – nie wolno mi mówić. I znowu mój strach przyszedł mi z pomocą. Strach – uczucie, które uwielbiam, które jest mi przyjacielem i towarzyszem – i tym razem pomógł mi zacząć nową przygodę.
Obecność mojego tajemniczego gościa, stawała się coraz bardziej realna. Wprawdzie nadal nie wydawał żadnych dźwięków, ale odczuwałam ją coraz silniej, coraz bliżej.
- To nie możliwe – pomyślałam znowu – niemożliwe...
W tym samym momencie poczułam, że kołdra, która otulała mnie czule, zaczyna porzucać moje ciało. Jak obrażona dama, kroczyła dystyngowanie i powoli w nieznanym kierunku, coraz bardziej rozluźniając łączącą nas zażyłość. Na koniec wzdrygnęła się niemal, jakby strzepując niewidoczny pyłek z sukni i odeszła, zostawiając mnie samą. Wzgardzoną. Leżałam naga, na brzuchu, lewa dłoń po poduszką a prawa ręka wyciągnięta wzdłuż ciała. Lewa noga ugięta, a prawa wyprostowana - niemal dotykająca krawędzi łóżka. Czułam na sobie czyjś wzrok. Ktoś przyglądał mi się lubieżnie, czułam jak dotyka mnie tym wzrokiem, którym przebijał się przez mrok. Świadomość własnej nagości i czyjejś obecności pomogła mi przezwyciężyć strach, zaczęłam się delektować się tym stanem. Czułam się trochę jak przed obiektywem. Wszystko działo się za moją zgodą, ale i wbrew niej, było ulotne i nieokreślone. Dreszcz wywołany chłodem powietrza rysował przedziwne wzory na mojej skórze, zmuszając kolejne mięśnie do szybkich skurczy.
Nagle odczułam ciepło. Nie dotyk. Ale ciepło. Takie, które jest odczuwalne na ułamek sekundy przed dotykiem. Ale samego dotyku nie poczułam. Trwało to chwilę jakąś, poczym ciepło zaczęło się przemieszczać wzdłuż mojego ciała. Było mi bardzo przyjemnie, powoli zaczynałam odpływać w rozkoszny letarg.
- Jeszcze, jeszcze – szeptałam w myślach, prężąc się jak głaskana kotka.
Pamiętam jeszcze, że źródło tej odrealnionej przyjemności podzieliło się i teraz czułam jak przesuwa się wzdłuż przedramion, w kierunku dłoni. Ułamek sekundy zmienił wszystkie moje odczucia. Przyjemne ciepło niby-dotyku przybrało gwałtownie na sile, parzące pętle zacisnęły się na nadgarstkach. Szarpnięcie i silny ruch w kierunku pleców. Jednostajny, zdecydowany ruch. Byłam zaskoczona. Najpierw prawa ręką, bez większego bólu poczułam ją na lędźwiach. Lewa, wyszarpnięta brutalnie spod poduszki, wykręcona boleśnie i w łokciu i w barku, dołączyła do niej. Czułam jak parzące pęta stapiają się w jedno. Próbowałam się oswobodzić z tego dziwnego uścisku, ale chociaż jedyne co czułam to gorąco, nie byłam w stanie się uwolnić. Każdy ruch przynosił tylko większy żar i większy ból. Siłą woli powstrzymywałam własny krzyk kiedy znowu poczułam przemieszczające się ciepło.

Niezwykle powoli, metodycznie mój tajemniczy gość oplatał mi przedramiona tymi przedziwnymi pętami. Z każdym kolejnym oplotem moje łokcie zbliżały się do siebie, wywołując nieznośny ból. Ból rozchodził się na barki, ściągnięte łopatki dawały znać o sobie. Już nie opierałam się na ramionach, ściągane ognistym powrozem oderwały ciało od podłoża, zmuszając mnie jednocześnie do uniesienia głowy. Teraz już leżałam wsparta na piersiach, które przejęły cały ciężar, górnej części ciała. Gwałtowniejsze szarpnięcie zwiastowało koniec splotu w tym miejscu. W następnej kolejności otrzymałam kilka oplotów powyżej łokci. Starannie i równiutko zamotanych niczym bransolety u rzymskich nałożnic, a skutkujące większym jeszcze, niż dotychczas naciągnięciem barków. Uścisk był bardzo silny, ale najbardziej doskwierało gorąco więzów. I nagle wszystko skończyło się. Przez dłuższą chwilę czułam na sobie jedynie wzrok. Jakby układający dalszą kompozycję. Starałam się przez cały czas poruszać palcami, żeby wymuszać krążenie w związanych rękach, ale każde zaciśnięcie dłoni było kolejnym źródłem bólu. Zaczęłam tracić poczucie czasu i ogarniało mnie zmęczenie. Jednocześnie rosła moja ciekawość dalszego rozwoju sytuacji.

Znowu poczułam ciepło, tym razem zaczęło się na dłoniach i spłynęło niżej – na pośladki i uda. Na moment jedynie zahaczając o moją intymność. To miejsce, bardziej niż którekolwiek inne, pragnęło dotyku. Ale nie dane mi było poczuć tam dotyku dłoni. Ciepło przemknęło szybko na uda, łydki... Przeszedł mnie dreszcz kiedy zbliżyło się do kostek. Spodziewałam się kolejnych więzów i nie pomyliłam się. Ogniste pętle na kostkach, zacisnęły się niemal równocześnie. Zgięcie nóg w kolanach było już tylko formalnością. Każda ze stóp została opleciona razem z udem, tuż poniżej pachwiny. Pozycja była mordercza, słyszałam i czułam dźwięki trzaskających włókien mięśniowych, kolana były napięte do granic możliwości. Ta nienaturalna pozycja wycisnęła mi z oczu pierwsze łzy a z gardła przerywany, głęboki szloch. Jak bardzo chciałam prosić Go, żeby przestał, ale nie byłam w stanie. Ból zdominował moją świadomość i podświadomość. Był w każdej komórce. A ja przestawałam panować nad sobą. Nie mogąc mówić byłam skazana na łaskę mojego oprawcy. I znowu szarpnięcie oznaczające koniec splotu. Czekam co będzie dalej. Twarzy zalanej łzami nawet nie mogę otrzeć, gdyż nie dosięgam do materaca. Łzy rzeźbią wiec korytarze w swojej drodze ku dołowi...

Bezruch nie trwał długo. Nagle ciepło przemieściło się na twarz. Czuję wyraźnie dwie jakby dłonie po obu stronach twarzy, chwytają moją mnie i odchylają moją głowę maksymalnie do tyłu. Zaczynam się szarpać, w przeświadczeniu, że tak właśnie uwolnię się od tego stalowego uścisku. Niestety. Dłonie uniosły moją twarz. Tym razem jednak czekała mnie niespodzianka i to nie tylko termiczna. Ogniste palce rozchyliły mi szczęki, naciskając boleśnie miejsce ich połączenia. W usta wepchnięty mi został owalny, miękki przedmiot, ale dla odmiany był lodowato zimny, o metalicznym posmaku. Wiedziałam, że to rodzaj knebla, ale nie mogłam zrozumieć dlaczego jest taki zimny i skąd ten dziwny smak. Czułam jak wnętrze moich ust zaczyna cierpnąć, podobne uczucie odczuwalne było na zębach. Wstrętny metaliczny posmak, próbowałam go wypchnąć językiem, ale język nie natrafiał na żaden przedmiot. Przelatywał jak przez powietrze, zatrzymując się dopiero na zębach. To niezrozumiałe, przecież wyraźnie czułam, że coś dużego wypełnia mi buzię, skutecznie blokując wszelkie marzenia o wydaniu jakiegokolwiek dźwięku...

Spętana i niema leżałam czekając dalszego ciągu. Uświadomiłam sobie, że nie czuję palców rąk. Najwidoczniej musiały być już sine, albo też On czytał w moich myślach, poczułam bowiem ciepło zbliżające się do mnie. Szczęk narzędzia, jakby bardzo dużych stalowych nożyc, wywołał dreszcz, spotęgowany dodatkowo nagłym mocniejszym naciągnięciem więzów. Nim przebrzmiał szczęk pętające mnie powrozy zaczęły, jak spłoszone węże, umykać z moich ramion. Czułam coraz większą swobodę w łokciach i przedramionach, więzy rozluźniały się i zsuwały. Starałam się ułatwić im ten wirujący taniec, unosząc ramiona w taki sposób, aby między rękoma a plecami powstała szczelina, aby nic nie blokowało swobody, którą właśnie poczułam. A jednak nie tylko ja starałam się kontrolować to uwolnienie opętanej. W krytycznym momencie, kiedy pozostały już tylko pętle na nadgarstkach, ognisty uścisk przeniósł moje dłonie na kostki. Kilka ruchów wprawnych dłoni i na powrót byłam unieruchomiona. Teraz jednak moje ręce ułożone były niemal w naturalnej pozycji, wzdłuż ciała. Zdziwiło mnie, że wybrał dla mnie wygodniejszą pozycję taką, która dawała wytchnienie łokciom. Podziękowałam mu w myślach. Nie dał mi jednak czasu, żeby delektować się tym stanem. Gorąco zaczęło punktowo przybierać na sile. Szybkim, pewnym chwytem za bark i biodro przewrócił mnie na plecy, w ten sposób, że znalazłam się w poprzek łóżka, z głową na jego krawędzi. Jakże bardzo kusiło mnie, żeby na moment uchylić powieki, żeby zobaczyć co się dzieje.

Powietrze stało się bardziej duszne i gorące. Łapczywie wciągałam je nosem, starając się uspokoić oddech. Czułam, że nie jestem w stanie opierać się dłużej, to ciepło z każdym kolejnym zbliżeniem było bardziej pociągające. Nawet więzy, przestały parzyć, stały się jakby mocnym i czułym uściskiem. Powoli powracał spokój, a wraz z nim rozluźnienie. Bezwiednie poruszyłam biodrami, tak jakbym chciała wskazać miejsce kolejnego niby-dotyku. A jednak, nie miało znaczenia to, czego chciałam. Żadnego znaczenia.
Ciepło zbliżyło się do mojej twarzy. Zanim jednak podjęłam decyzję o otwarciu oczu na twarz spłynęła pierwsza kropla... nie wiem czego... Płynna, ciepła, lepka substancja spływała powoli na zamknięte powieki. Nie była gorąca, ale w tym miejscu nie potrzeba zbyt dużej temperatury, żeby sprawić ból. Tak, z każdą kroplą spływa na mnie kolejna porcja bólu. To coś, jakby roztopiony wosk, ale bardziej gęste i bardziej lepkie. Już po kilkunastu sekundach moje powieki otrzymały niesamowity płynny makijaż, uniemożliwiający ich podniesienie. Oczodoły są wypełnione po brzegi, teraz sama już zaciskam powieki, żeby nic nie dostało się do oczu. Zaciskam je mocno, jakby od tego zależało moje życie. Kolejne, nie krople już ale strużki, dołączają do poprzednich. Czuję to na ustach... czuję, jak podąża śladami łez na policzki, jak spływa na szyję i dalej na kark... na włosy. Czuję jak łaskocząc wpływają mi do wnętrza nosa, jak powoli dociera do gardła, jak spływa na szczyt języka. Ależ... to... jest... Tak! Znam ten smak, znam to uczucie ścinającej się śluzówki w ustach. Cała moja twarz została ochrzczona... skoncentrowaną męskością...ciepłą... pulsującą... żywą...

Z tą nowatorską przepaską i w gorejących więzach byłam już całkowicie bezbronna i wystawiona na Jego pastwę. Minęła chwila, która jednak uświadomiła mi, że to nie koniec atrakcji dzisiejszej nocy. Uda miałam bardzo napięte, starałam się rozchylać je na boki szukając pozycji dającej im wytchnienie. Nie wiem czy nie ten właśnie rozchylający ruch zachęcił Go do dalszych działań. Otrzymałam pomoc ze strony ciepłych dłoni. Rozwarte maksymalnie uda ukazały moje intymności, ociekające już sokami rozkoszy. Czułam wzrok penetrujący zachłannie te zakamarki. Za wzrokiem podążyły ogniste palce. Głaskane ciepłem płatki rozchyliły się zapraszająco, a palce przyjęły zaproszenie. Muskały nabrzmiałe miejsca, a każdy z palców miał inną temperaturę. Niby przypadkiem niektóre wsuwały się do środka niosąc przyjemność w głąb ciała. Gdybym nie była związana, chwyciłabym oburącz te jęzory ognia i zatrzymała na wieczność w przedsionku kobiecości. Więzy jednak trzymały mocno, mogłam jedynie czerpać przyjemność w rytm tańca wykonywanego przez palce. Kolejna wizyta we wnętrzu przeciągała się w nieskończoność. Odniosłam wrażenie, że do środka mnie zawitał ukwiał, którego parzące ramiona pieściły mnie, oplatając momentami macicę i zaciskając się na niej. Drżałam. Drżałam z przyjemności. Ramiona ukwiału mnożyły się a moje wnętrze robiło się jakby ciaśniejsze. Czułam silny nacisk na krawędziach intymności, coś bardzo chciało dostać się do środka. To coś było nie tylko gorące, ale i duże. Nacisk odczuwalny był na kościach miednicy i przemieszczał się. Z przerażeniem pomyślałam, że poza palcami On chce wsunąć we mnie swoją płomienną dłoń. Chciałam się wyswobodzić, ale jedyne co osiągnęłam tym nagłym ruchem, było rozgrzanie moich więzów. Znowu stały się niemiłosiernie palące, zupełnie jakby nakazywały mi spokojnie czekać na moje przeznaczenie. Zbyt byłam zmęczona, żeby walczyć i zbyt podniecona. Ukwiał w moim wnętrzu falował miarowo, wprawiając moje ciało w podobny ruch. Rozluźniłam się wsłuchując się w ten kojący rytm nadawany przez ogniste palce. Z każdym ruchem Jego dłoń zagłębiała się we mnie. Powoli, z ogromną delikatnością zdobywał to, co dotychczas było niedostępne dla dłoni. Ból stawał się nie do zniesienia, ale i nigdy wcześniej nie czułam takiego podniecenia. Straciłam poczucie ciała, zapadłam się do środka. Teraz cała byłam już świątynią kobiecości, w każdej komórce czułam ból i przyjemność. Poczułam opór, wiedziałam, że to jest moment krytyczny. Zaciskając zęby zaczęłam wprost nadziewać się na dłoń. Przez moment miałam wrażenie, że nie wytrzymam tego bólu. Ale to był tylko moment. Zatrzymałam oddech, wsłuchując się w siebie. Wszystko we mnie krzyczało ‘dalej’. I poczułam ulgę, napięcie opuściło mnie. Teraz rozkoszowałam się wrażeniami dotykowymi dobiegającymi gdzieś z trzewi. Nie sposób opisać tego niebiańskiego odczucia. Każdy mięsień mojego ciała odbierał echo pochodzące z jądra rozkoszy. I znowu ciepło stało się wrzątkiem, żarem. Ogniem odpornym na ocean miłości, który wypływał ze mnie. Jak niezatapialny okręt górujący nad bezmiarem przyjemności. Ogień. Żar. On. We mnie.
Poczułam jak moja kobiecość, mój najdelikatniejszy kawałeczek mnie samej, zachłannie obejmuje te rozżarzone węgle w moim wnętrzu. Jak zaciska swoją różowość w konwulsyjnych niemal ruchach na tym żywym ogniu. Czułam każdy skurcz, każde zetknięcie, każdy milimetr ciała i ognia.
- Aż dziwne, że nie słychać syczenia, taka wilgoć i żar muszą przecież do tego prowadzić -
przemknęło mi przez myśl na ułamek sekundy przed tym, jak porwał mnie ocean przyjemności. Później były już tylko kaskady ognistej rozkoszy, która zalała najpierw moje wnętrze, a później całą przestrzeń wokół. Niekończąca się rzeka płynnego ognia, przepływająca leniwie pomiędzy kolejnymi stopniami katarakt. Z razu prędkie i chyże, z czasem wygasające w swojej ekspresji, przerywane kolejnymi wybuchami orgazmowych gejzerów. Ciągle, i ciągle z wnętrza mnie płynęło to cudowne spełnienie. Zupełnie, jakby źródłem tego ognia było płynne, wrzące, nieskończone jądro ziemi. Siła zdolna tworzyć i niszczyć. I nie pamiętam już więcej nic... I nie wiem czy postradałam zmysły z rozkoszy czy może zasnęłam... Nie wiem...

Moja świadomość powróciła do umęczonego ciała równie nagle, jak nagle odeszła. Czułam swoje ciało, ale bałam się wykonać najmniejszy choćby ruch, bałam się nawet otworzyć oczy. Próba ich otwarcia powiodła się niespodziewanie, co przeraziło mnie jeszcze bardziej. Z przestrachem zacisnęłam powieki. Czego się bałam? Nie wiem. Może tego, że to co się działo ze mną tej nocy jeszcze się nie skończyło? A może wręcz przeciwnie, że nie ma już tego, albo jeszcze gorzej – że było wytworem mojej wyobraźni.
Powoli otwierałam oczy, nic nie stało temu na przeszkodzie. Rozejrzałam się, na tyle, na ile pozwalała mi pozycja, w której się znajdowałam.
- Jestem we własnym łóżku, w sypialni, nawet zasłona jest nie do końca zasunięta, taka jaką zostawiłam wczorajszego wieczora – mówiłam w myślach widząc dookoła znajome kształty i kolory.
Nie patrzyłam na swoje ciało, bałam się widoku, który mogę dojrzeć. Niezmiernie powoli i delikatnie poruszyłam palcami dłoni – były moje. Z wysiłkiem przesunęłam ręce do przodu, czułam się dziwnie. Zupełnie, jak bym wczoraj wykonała jakiś nadludzki wysiłek.
- Zakwasy - pomyślałam – ale po czym? – skorygowałam tę myśl.
Czułam wszystkie mięśnie od nadgarstków po barki, tak mi się wtedy wydawało. Ale to było coś więcej. Próba podniesienia się z łóżka przyniosła kolejne zaskakujące odkrycie. Ból był odczuwalny w mięśniach żebrowych, na karku, wzdłuż kręgosłupa, na brzuchu, pośladkach, udach i łydkach.
- Niemożliwe - powiedziałam do siebie - niemożliwe.
Opadłam z powrotem na łóżko. Zamknęłam oczy starając się przypomnieć sobie co się tak naprawdę wydarzyło. Wtedy zobaczyłam w myślach erupcję wulkanu. Eureka! Natychmiast otworzyłam oczy i obejrzałam dokładnie swoją skórę. Oczekiwałam śladów oparzeń, ale to co było na niej widoczne zaskoczyło mnie. Na skórze widniała mozaika podłużnych, równoległych linii, od nadgarstków przez przedramiona do łokci. Kolejne, jak złociste bransolety, widoczne były powyżej łokci. Podobne na udach i kostkach. Nie otarcia... nie oparzenia... ale ślady... purpurowo-złote... blednące w oczach... Wpatrywałam się w nie wprost hipnotycznie. Po kilku minutach zanikły zupełnie. Pozostał tylko ból, który z każdym ruchem przypominał mi, że doświadczyłam czegoś nieziemskiego...
- Kąpiel... tak gorąca kąpiel... – wstałam, żeby napełnić wannę, ale to co ujrzałam zatrzymało mnie w miejscu.
Na fotelu, w głębi pokoju siedział On. Cichy widz, napawający się tą dziwną sceną.
- To niemożliwe, niemożliwe - powtarzałam jak mantrę.
- Przecież... jesteś w... co tu.. dlaczego...? - zaczynałam pytania nie kończąc ich. Nie mogłam zebrać myśli.
- Jak długo tu jesteś? – wykrztusiłam wreszcie.
- Od wczoraj, przyjechałem w nocy i nie chciałem Cię budzić, siedziałem w fotelu i oglądałem spektakl z moją sunią w roli głównej... patrzyłem cała noc... chyba coś ci się śniło... – szeptał tajemniczo, tym swoim namiętnym i obezwładniającym głosem.
- Miałam dziwny sen... śniłam o Twoim dotyku... on nie był rzeczywisty... ale był taki realny... - szeptałam zawstydzona. Tak bardzo chciałam, żeby mnie objął przytulił, uspokoił, tak bardzo.
- O moim dotyku? – zapytał wyciągając dłoń w moją stronę.
Widziałam jak zbliża dłoń do mojej twarzy, zamknęłam oczy, czekając na dotyk. Ale zamiast tego poczułam Jego bliskość i ciepło. Ciepło...
- Znam to ciepło. Skądś znam to ciepło – pomyślałam i gwałtownie otworzyłam oczy.
Ujrzałam postać z mgły i ognia, na jedną maleńką chwilę, a zaraz potem Jego twarz. Ten kalejdoskop był ostatnim obrazem, jaki ukazał się moim oczom, nim straciłam przytomność...

* * *

Opublikowano

do tyłu, ponad ramieniem, na plecy. Odchylisz głowę do tyłu= to "do tyłu" można chyba zamienić np na " w tył"?

To nie możliwe – pomyślałam znowu – niemożliwe...= jednak niemożliwe

zaczęłam się delektować się = jedno się wystarczy :)

Jak bardzo chciałam prosić Go, żeby przestał, ale nie byłam w stanie = nie rozumiem tego "jak", chyba miało być "tak"?

chwytają moją mnie i odchylają moją głowę= moją mnie? chyba jakieś słowa zjedzone

leżałam czekając dalszego ciągu = oj nieładnie to brzmi, radzę poprawić

Najwidoczniej musiały być już sine, albo też On czytał w moich myślach, poczułam bowiem ciepło zbliżające się do mnie.. = gubię tu sens, poczytaj parę razy to zdanie, nie wydaje Ci się, że coś tu nie gra?

................................

przyznaję, że czytało się nienajgorzej, męczyła trochę zmiana czasu, bo raz opisujesz co się dzieje w tej chwili, potem jakby co się wydarzyło wcześniej, nie wiem, może to tylko moje odczucie, ale momentami wydawało mi się, że jest tu coś nie tak.
Niektóre zdania troszkę dziwnie są zbudowane, osobiście bym je przerobiła :) Ale to zależy raczej od autora i jego wizji.
Cóż, opowiadanie wciagające, za co duży plus. Bogatość opisów odczuć bohaterki pokaźna, ale powtórzeniami momentami ją przeciążałaś.
Czekam na kolejne.

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...