Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Pamiętam moją sąsiadkę, taką starszą, lekko sfrustrowaną panią,
raczej dewotkę, (ksiądz, kościół, świętość – te rzeczy. Skowronki dzwonów wpajały ją wręcz w wiosenno-liturgiczne upojenie.)
Często naśmiewałem się z moim Panem Bogiem
z jej Pana Boga:
starszego dziadka, z długą siwą brodą, lekko niedołężnego
ciskającego w gniewie pioruny na przerażone miasto
skulone pod pościelą nocy.
(A tak odnośnie pościeli: ile radości sprawiało Mojemu Panu Bogu
patrzenie jak Pan Bóg tej pani wygrażając ręką
zaglądał pod pościel jej syna.)
W sumie to nawet kiedyś próbowałem się umówić na piwo z Jej Bogiem
ale on raczej z tych nie-pijących.
Mój Bóg należał do tych, co to raczej nie przywiązują wagi
do wizerunku. ( Nie wiem czy pamiętał przynajmniej kiedy ma urodziny.)
Był spontaniczny i beztroski, często mu zarzucali
inni Panowie Bogowie, że zachowuje się jakby nie-istniał
albo nie był Bogiem.
Bo On w ogóle lekko był niesprecyzowany.

Raz targany wątpliwościami
zebrałem Ich wszystkich i zapytałem: czy jest sens Boga?
skoro każdy ma własnego to równie dobrze mogłoby go nie być
a i ciężko nie wytłumaczyć wiary konstrukcją podświadomości (tu odsyłam do książek, czy modnego w tych czasach NLP)

Usłyszałem (a może mi się zdawało, bo sam sobie odpowiedziałem?)

Każdy ma swojego Boga
bo Bóg po prostu jest
( tak Go definiuje Biblia )

Woda jest wodą niezależnie od tego
do jakiego naczynia ją nalejesz.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



adolfie

Najwyraźniej twój zestrój prowokuje...

W moich utworach daję wyraz mojej wierze w niemojego Boga, w tym znaczeniu, że nie ja Jego wymyśliłem i mam, lecz przeciwnie... Jesli rzeczywiście przeczytałeś choć raz jeden w życiu Biblię - Słowo Boże - to winieneś dostrzec, że nie ma w niej tej definicji Boga, jaką podałeś...
Ponieważ to nie miejsce i czas, do tego, abym więcej pisał na ten temat, więc kończę... - jedynie dlatego, gdyż w przeciwnym razie mógłbym znów zostać zbanowany...

Jest też tak jak to ująłeś... Jestem ciekaw komentarzy innych...

Życzę ci lepiej niż sobie...
Opublikowano

przyznaję ta definicja jest tylko [u] chwytem retorycznym [/u], lecz jakby na to nie patrzeć każda miara i definicja takim jest. Rozumiem, że możesz uważać inaczej :) chodzi o to, że ja przeczytałem nie tylko Pismo, ale i wiele publikacji dot. naszej świadomości i podświadomości. Mogłoby się zatem wydawać, że widząc jak oczywistą funkcję pełni nie tylko kościół ale i wiara w kontekście naszej podświadomości powinienem wykreślić Go jednoznacznie :) ale wydaje mi się, czemu chciałem dać wyraz w tym wierszu, że kwestia tkwi w mierze. Ucząc się matematyki na coraz wyższym poziomi i dostrzegając jak wiele abstrakcyjności niesie za sobą miara, jestem skłonny naprawdę uznać ją... za nieistotną w kontekście bardziej zasadniczych spraw, dlateog nie uważam by każdy nie mógł mieć sowejgo Boga, jednocześnie jest to cały czas ten sam Bóg :) ?

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



adolfie

Widzę, że wdając się w wymianę poglądów pod twoim zestrojem, oboje podpadniemy i zostaniemy zbanowani, a może znów tylko ja. Wybacz, ale ograniczenia obowiązujące w tym servisie poetyckim, ograniczają mnie w publicznym uzewnętrznianiu moich przekonań inaczej niż w utworach. A ponieważ postanowiłem być wierny moim przekonaniom, m.in. co do prozelityzmu (http://www.poezja.org/wiersz,71,137685.html), więc nigdy do nikogo sam pierwszy nie piszę na prywa, ale zawsze stosownie się wypowiadam, do tego, o co jestem zagadnięty. Zapewniam cię, że jedynie z tych powodów, jest tak, jak wyraziłem się poprzednio i teraz.
Opublikowano

...Paidós

w drodze do marketu mijam codziennie
siedzącego na murku boga

dzisiaj machał nogami
rysował krowy
i gwizdał marsyliankę

tradycyjnie zapytał o ogień
potem klasnął w dłonie
i stała się słuszność

paliliśmy przez chwilę w milczeniu
nagle wesoło zeskoczył oznajmiając
że musi już iść

po nową przymiarkę echa nad gwoździami




Jak twój wiersz dopełnia mój. Mój stwierdza, że każdy ma prawo widzieć Boga tak jak chce, bo miara jest pusta sama w sobie, w twoim idziemy o krok dalej i wręcz utożsamiamy drugą osobę z Jej Bogiem, co ma sens, bo przecież każdy został stworzony na podobieństwo Boga :)
Dwa dopełniające się obrazy.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Witaj, Adolfie :)
Podoba mi się, jak i to, że ciągle szukasz swojego miejsca wśród rzeczy ważnych. Dawno temu napisałem podobny w wymowie wiersz.
Może zaciekawi Cię, jak podszedłem do tematu, jak to się mówi ;)



wiem ból

na skrzyżowaniach co rondem trwa
gdzie żadna nie odchodzi z rzek
czas wiele cieni i blasków ma
każde roztapia się w jeden wiek

tam kiedyś ja zawołam Boga
a ty Swojego
i... zwyciężymy się -
za Moim przecież stoi wiecznie!
przy Twoim nigdy nie jest śmierć!

za - Naszym - czyha straszna trwoga
wspólnie deptana przeszła droga
prawdziwa twarz imię i sens

a może z Którymś usiądziemy
przy pierwszym słowie w krańcach gwiazd
wspomnieniem o łzach zapłaczemy
bo się okaże że nie ma nas?

że życie po śmierci to tylko śmierć
że już nie czeka ciebie i mnie
kara za grzechy lub słodki sen
że za tym wszystkim spokój jest?

tam dalej pójdę w gwiazdach sam
gdzie jednocześnie wszędzie tam
zostawiał będę co dzień się
z tym samym Bogiem co inny Jest


dlaczego rozpacz w sobie mam
nie widzianych nigdy ludzkich mas
niewinną krwią wciąż broczy czas
od bólu do bólu tylko trwam

wiem co Pomyślał kiedy krzyż niósł
i co rozumiał w grzesznikach ból
co czuje chleb gdy gnił i rósł
jaką tęsknotą kwitnienie pól

znam że na końcu ciszą sen
i tylko dalej nie wiem

co sens

Opublikowano

Hej Sokratex, akurat muszę wyjechać na 3 dni, powiem tak: wiersz twoj skonsumowałem właśnie, o wrażeniach napisze jak worce bo nie chce tego robic na szybko i w sposob wymuszony, acz rzecyzwicie tez pasuje do mojrgo obrazu :) wszyscy poeci siebie dopelniaja w poezje :)
dzieki za wglad, caly czas szkuam wlasnego ja w poezji :)

pozdr

Opublikowano

W tej prozo-poezji są ciekawe wersy, parę słów.

Tylko, jeśli chcesz zatrzymać czytelnika, porozmawiać z nim, taką formą niewiele zdziałasz.

Chyba, że trafisz na wyjątkowego cierpiętnika. Albo znawcę wysublimowanych sensów.
Przekaz tego tekstu można zawrzeć w kilkunastu prostych słowach. Dodawanie do idei fabuły, prawie scenariusza, męczy ją.

To oczywiście tylko moje zdanie, a raczej wrażenie. Jestem laikiem "w temacie" poezji.

Psują odbiór udziwnienia myślnikowo- czasownikowe.
Dla efektu? Nie biorę się na to.

Znudziłam się w połowie. Przepraszam. Nie mam czasu;-)

Nie podkleję żadnego swojego wierszyka. ;-))))

Pozdrawiam. E.



Opublikowano

Ha, a mnie się to "boże" rozgadnie pod Twoim piórem, po prostu spodobało. Chyba kilku bogów zdążyłam w życiu poznać.
Najbliższy jest mi ten, który często nadeptuje / niechcący:)/ na mój cień :)

Opublikowano

Gdybająco-refleksyjno-poznawczo-opisowe z dużą ilością słów i bogów .ale:
niefanatyczne ,przemyślane ,poukładane i cała ta "pogadanka" zmierza do jakiegoś celu;
pewnie coś skorygowałbym , np:wyrzucił "raz" z środkowej części;
jest wiele prawd w tych słowach i odkrywałem je ze swoim Bogiem;
Dobre.
pozdr

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...