Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Żyj podług wiary, pij podług miary, a tak zdrów będziesz.
Przyłóż pilności, zażyj skromności, bogatym będziesz.

(anonim XVII wiek)


Dawaj w miłości siebie w całości, kochany będziesz.
Zwierzeń wysłuchaj z prostotą ducha, lubiany będziesz.
Cudze sukcesy przyjmuj bez stresu, spokojny będziesz.
Przez świat szeroki idź równym krokiem, wytrwały będziesz.
Dostrzeż wyboje, planuj postoje, rozważny będziesz.
Nieprzyjaciołom śmiało staw czoło, odważny będziesz.
Wiedzy doceniaj wtajemniczenia, a mądry będziesz.
Dbaj o urodę, myśli miej młode, a piękny będziesz.
Unikaj złości, daj przyjść radości, szczęśliwy będziesz.
Dobrych rad słuchaj, na zimne dmuchaj, bezpieczny będziesz.
Stosuj te rady jako zasady, a świętym będziesz.
A gdy porządnym życiem rozsądnym zmęczony będziesz,
Cicho, spokojnie, nawet dostojnie, z żywych ubędziesz.
Opublikowano

będziesz, będziesz, będziesz.... za dużo trochę tego, ale ogólnie ciekawa stylistyka, podoba mi się....skojarzyło mi się z "hymnem o miłości".... a to już dużo:)

pozdrawiam

Agnes

Opublikowano

pewna pani chciała miłość i bogactwo poznać...lecz udało jej się tylko czarną "owcą" zostać... heh
razi odrobinę zakończenie każdego wersu tym samym słowem...ale rozumiem, że to zamysł autora takowy...rady i zasady godne przestrzegania

Opublikowano

"Będzieszowanie", to był zamysł siedemnastowiecznego autora. Ja spróbowałem to jakoś "zjeść" nie odbędzieszowując, bo takie było założenie. (wiersz był pisany do "Probierczyka" w G. Wyborczej). Dzięki za przychylne komentarze, pomimo tych będzieszów.
Pozdrawiam :)
Ja:)cek

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...