Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Profesor siedział za mahoniowym biurkiem, na którego środku stała butelka z płynem w kolorze herbacianym. Troska, z jaką patrzył na butelkę, pogłębiła tylko bruzdy na jego czole, dodając mu jednocześnie uroku. Za siwą, elegancko przystrzyżoną brodą, którą podpierał dłonią, chronił ściśnięte usta, od czasu do czasu patrzył z nadzieją w rozbiegane oczy studentki z niedopiętym guzikiem białej koszuli.
-Opakowanie owszem, owszem, ale w środku...pustka.
Studentka spuściła głowę, poczerwieniała, profesor spostrzegł, że popełnił gafę.
-Nie, ja nie o pani, ja o butelce, chodzi mi o whisky, a właśnie, czy pani mogłaby mi powiedzieć coś o roku 1934?
-1934?
-Tak.
-No więc. Rok 1934. W Niemczech „Noc długich noży”. Krwawa czystka wobec kierownictwa SA. W Chinach komuniści rozpoczęli „Długi marsz”, naziści zamordowali kanclerza Austrii Dollfussa.

Spojrzał na niedopięty guzik białej koszuli, wyjrzał za okno, jakby sprawdzając stan pogody i znów wrócił do rozpalonej z emocji twarzy studentki.
-Przerwę pani, chodzi mi o rok 1934. Niech mi pani odpowie na jedno pytanie...
Z oczu profesora wyzierało zniechęcenie i beznadzieja.
-Dlaczego ten rok był taki fatalny?
-Fatalny? No więc mówię naziści zamordowali kanclerza, długi marsz Mao.
-Nie, nie, nie.
Poczerwieniał. Wstał gwałtownie i wyciągając spod biurka dwie szklanki nalał do nich whisky.
-Rok był fatalny. Najpierw krótka zima, potem mokra, dżdżysta wiosna, a lato, ech szkoda gadać. Proszę, niech pani tego spróbuje.
Studentka nie zastanawiając się przechyliła swoją szklankę.
No i co? Czy teraz rozumie pani...
Spojrzał w nieco spokojniejsze oczy dziewczyny.
-Nie całkiem.
-Nie całkiem? Czy nie czuje pani tego roku? Przecież ta whisky jest przesiąknięta tym fatalnym trzydziestym czwartym. Jest ohydna. Nie zauważyła pani, który to rocznik? Właśnie trzydziesty czwarty. Siedemdziesięcioletnia whisky a smakuje jak tygodniowy bimber. Nie zdała pani. Dwója. Jako przyszły historyk powinna pani zwracać uwagę na daty...aha jeszcze jedno może pani zapiąć ten guzik ja też mam siedemdziesiąt lat.

Profesor zwyczajny, Jan Wysoczyński, specjalista od historii dwudziestolecia międzywojennego, niestrudzony badacz przeszłości, niezastąpiony erudyta, pedagog zwyczajnie kłamał. Mimo siedemdziesięciu lat (skończonych przed kilkoma tygodniami) rozpięte guziki pięknych studentek interesowały go nie mniej niż naziści i maoiści. Interesowały go bardziej, ale wobec tego, co miało się wydarzyć w najbliższą sobotę traciły swoje znaczenie.

Studenci zaliczali go do elitarnego grona profesorów, których pamięta się jeszcze długo po egzaminach, i to niezależnie od uzyskanej oceny. „Ekscentryk i dziwak” - mawiali ci, których indeksy wyleciały przez okno. „Człowiek renesansu, równiacha, swojak” – mówili inni. Któregoś razu, student I roku podczas sesji egzaminacyjnej wdał się w spór na temat Piłsudskiego. Wyszedł, a raczej wytoczył się po pięciu godzinach, prowadzony przez równie nietrzeźwego profesora, wykrzykując: „Niech żyje Marszałek! Niech żyje nasz wódz!” A potem jeszcze: „Na Kowno!” i „Bij Bolszewika!”.
Opowieści o profesorze i jego niekonwencjonalnym zachowaniu wrosły w mury szacownej uczelni, stając się jej nieodzowną częścią. Z czasem obrosły legendami, a sam „profesor Jaś”, (jak mówiono o nim pieszczotliwie) stał się legendą chodzącą, żywą i namacalną, uniwersytecką gwiazdą pierwszej wielkości. Przy czym gwiazdorstwo dotyczyło tylko kontaktów ze studentami. Dla nich był kimś, oryginałem, niemal idolem. Z drugiej strony kadra naukowa traktowała profesora z przymrużeniem oka, trochę jak niegroźnego wariata. Dokonania naukowe, publikacje, zauważano, ale się nad nimi nie rozczulano. Dla kolegów, a przede wszystkim dziekana i Jego Magnificencji Wysoczński był nieobliczalny. Przede wszystkim przez nie. Kobiety.

Profesor miał w swoim życiu dużo szczęścia. Gdy zaczynał pracę, można było swobodnie uszczypnąć sekretarkę, bez narażania się na zarzut molestowania. Nie znano jeszcze tego słowa. Nikt na to nie zwracał uwagi, no, bo jakie to miało znaczenie, że młody asystent, zaczynający pracę naukową wymierza soczystego klapsa starszej o kilka lat sekretarce. Może tylko takie, że ją zabolało, a tak naprawdę była zadowolona. Czuła, że mu się podoba. Miała rację. Romans z Bożenką, był librettem do całej opery, której tytuł mógłby brzmieć: „Przygody miłosne Jasia W”. Bożenka była mężatką, on w trakcie pierwszego rozwodu. Pokochali się miłością, czystą i prawdziwą, lecz krótką. Mąż sekretarki, okazał się wrednym typem, z pod ciemnej gwiazdy, który nie zna się na tych sprawach. Bożenka wyjechała z mężem do innego miasta, a biedny Jaś znalazł pocieszenie w ramionach koleżanki od Nauk Pomocniczych Historii. Koleżanka miała na imię Hania i była zwyczajnie brzydka. Chuda, o niezdrowej cerze i małych piersiach. Do tego ciągle mówiła, nawet w łóżku. Między kolejnymi przyjaciółkami, pojawiały się kolejne żony. Już wówczas zwykł mawiać, że nie miesza pracy z domem. Praca to praca, a dom to dom. Każde z tych miejsc, miało swoje prawa i swoje obowiązki. Najważniejsze żeby potrafić się w tym wszystkim odnaleźć. Zaspokoić kobiety z pracy i te z domu, a w dodatku ciągle się rozwijać, przeć do przodu, awansować. Kobiety mogły w karierze naukowej zaszkodzić, ale mogły pomóc, trzeba było wiedzieć, z kim rozmawiać, kogo zaprosić na kolację, a z kim iść do łóżka. Doktorat u profesor Danuty Trzcinieckiej pisali wspólnie, w jej wielkim łożu z baldachimem. Ileż nieprzespanych nocy ich to kosztowało, ile godzin spędzonych na gorących dyskusjach i nie tylko. Potem habilitacja u Mariańskiej. Było ciężko, ale dotarli się. I tak dalej i tak dalej. Można by mnożyć kolejne historie, ale nie warto. Profesor Wysoczyński postanowił napisać autobiografię. Rozpowiadał o tym na wszystkie strony, budząc strach wśród niemałej ilości kobiet. Całkiem nie potrzebnie, przecież profesor Jaś, jest dżentelmenem. W każdym calu. Ma już nawet tytuł dla swoich wspomnień. „Kolekcjoner”. Doskonale oddający przewidywaną treść. Życie profesora to ciągłe, maniakalne łowy. Poszukiwania bez końca. Poszukiwania unikalnych przedmiotów, których nikt nie ma. Gromadzenie i katalogowanie. Na półkach i szufladach, według nazwisk, urody, inteligencji, według charakteru, smaku i zapachu. Z każdym dniem, wciąż nowe obiekty, nowe twarze, biusty i nosy. Potrafił dostrzec, coś, czego szukał w tłumie, jakiś nadzwyczajny rys twarzy, czasem widoczną niedoskonałość, którą potrzebował do zbiorów. Na przykład Aneta, którą poznał na początku lat osiemdziesiątych. Ruda studentka, z haczykowatym nosem i piegami. Całkiem niezwykła. Niepodobna do tych wszystkich damulek z żurnali. Dostrzegł w niej niezwykłość. Śmiech. Śmiała się, jak żadna inna. Za ten śmiech mógł pójść za nią na koniec świata. Nie poszedł, bo dostrzegł na spacerze zęby. Zęby, których właścicielkę spotykał wyprowadzając psa. Któregoś razu odezwała się. Zobaczył je. Zęby unikalnej wartości, jakich nie potrafiłby zrobić nikt poza Bogiem. Boskie kły. Przez chwilę żałował, że nie został dentystą. Z jaką rozkoszą mógłby bezkarnie ich dotykać, obejmować je, głaskać, niczym najdroższy skarb.
Kolekcjoner potrafi być bezwzględny. Gdy znajdzie nowy unikat, żeby zrobić dla niego miejsce, stary potrafi zniszczyć, wyrzucić na śmieci. Czasem powodowało to drobne kłopoty. Dorota, bibliotekarka, u której odnalazł pra uszy, posunęła się do szantażu. Uszy zeszły na plan drugi, wobec groźby podpalenia się ich właścicielki, w akcie desperacji spaleniu ulec miała cała biblioteka. W takich sytuacjach profesor wybuchał. Nigdy nie pozwalał, żeby ktoś decydował, za niego. Robił się czerwony i zaczynał przemawiać jak nie przystało na dżentelmena. (za którego się cały czas uważał). Sypał najohydniejszymi przekleństwami, groził i krzyczał. Zazwyczaj pomagało. Kobiety bały się go, w końcu czym jest eksponat wobec swego właściciela. Przedmiotem. I nie powinien o tym zapominać, tak łatwo można się stłuc.


W sobotę lało od samego rana. Jakby tam na górze, ktoś złośliwy brał prysznic i zapomniał zakręcić wodę. Profesor był w cudownym nastroju. Do śniadania, ulubiona whisky, ulubiony dwudziesty drugi rocznik, lekka kawa i poczuł, że jest młodym greckim herosem, który jeśli zechce może przebiec maraton bez zadyszki.
-Ojciec, co wy, z tym hotelem wymyślacie – mało wam miejsca w domu, świntuchy! – Anna, najstarsza córka z pierwszego małżeństwa, otyła i rubaszna dziewczyna lubiła żartować. Nadawali z ojcem na tych samych falach. Porozumiewali się gestami i półsłowami, teraz wystarczyło jej za odpowiedź rubaszne mrugnięcie oka.
-Znając ciebie, nie doczekałeś do ślubu...
-Córuś!
-Ojczuś! Jestem po prostu ciekawa.
-To wsadź nos do kawa.
-Wcale się nie rymuje.
-Wiesz, że nie mam przed tobą żadnych tajemnic, nawet takich. Owszem wytrzymałem do ślubu. A wiesz dlaczego?
-No nie ma pojęcia.
-Bo chcę zobaczyć jak to jest. Mieć żonę pierwszy raz, dopiero po ślubie.
-A co nie wiesz?
-Niestety do tej pory mi się nie udawało. Mimo najszczerszych chęci. Z Zosią, twoją mamą, to zaraz, no tak. Na pierwszej randce, jak to się mówi. Lato było, jakoś tak, nie krępująco, coś piliśmy, tańce i tak dalej. Potem z Marysią, też się nie udało, ale przysięgam, to nie moja wina, nalegała, a co może biedny mężczyzna, kiedy kobieta chce.
-Stary świntuch.
-Tylko nie stary. Wypraszam sobie, tylko nie stary. Dokończę ci. Z Jadzią myślałem wytrzymam. Taka była pobożna, wręcz bogobojna. Ciągle o grzechu coś mówiła. I wiesz, gdzie zgrzeszyła? W Częstochowie, na wycieczce, na dodatek żadnych wyrzutów sumienia, żadnych!
-Oho dzwonek. Pewnie panna Natalia?


Wszystko załatwiała Natalia. Lokal. Cygańską kapelę. Gości a nawet hotel. To ostatnie było ślubnym prezentem dla Jasia. Najdroższy hotel w mieście. Apartament prezydencki, chociaż żaden prezydent w nim jeszcze nie mieszkał. Dwudziestotrzyletnia blondynka, o wyzywającej urodzie, pełna wigoru, entuzjazmu i uśmiechu. Od najmłodszych lat wyobrażała sobie jak większość dziewczynek swój ślub, widziała przystojnego bruneta, mężczyznę obdarzonego siłą mięśni i charakteru. Takiego jak Jaś, czterdzieści lat wcześniej, gdyby nie gnuśniał w tych swoich książkach, zakurzonych archiwach i bibliotekach, gdyby regularnie ćwiczył i chodził na solarium. Nie musiał długo ją prosić o rękę, wystarczyło, że szepnął jej na ucho jedno słowo. Krótkie, zaledwie trzyliterowe. D jak Dorota. O jak Olga. M jak Monika. DOM. Ktoś mógł pomyśleć, że ją kupił. Mógłby, gdyby wiedział. Transakcja została przeprowadzona w pełnej dyskrecji. Profesor nie chciał psuć humoru dzieciom. Jakby to wyglądało, takie święto, a one naburmuszone, złe. To nie fair wobec nich. Postanowił, że powie im trochę później. Za jakiś czas, jak wszyscy ochłoną. Dom, właściwie willa położona na obrzeżach miasta, w eleganckiej dzielnicy należał do rodziny Wysoczyńskich od lat, był utrzymany w doskonałym stanie i nie trudno było się domyśleć, że wart był majątek. Dokładnie tyle, ile jedno „tak”, Natalii.

Natalia miała być ukoronowaniem kolekcji. Diademem, którego blask przyćmiłby wszystkie dotychczasowe eksponaty. Figura modelki, uroda z gatunku zjawiskowych, wszystko co kobieta powinna mieć w najlepszym gatunku u niej było o trzy klasy lepsze. Wśród tych cudów, były one. To właśnie one sprawiły, że profesor zdecydował się zapisać dom. Czymże był ten budynek, jeśli nie zwykłą kupa gruzu, połączonego zaprawą, cementem. Zbiorowiskiem okien, drzwi, klamek i podłóg. Kawałkiem powietrza zamkniętego między ścianami. A one były zjawiskiem, stworzeniem w samym sobie. Jak bliźniaczki udekorowane w identyczne buciki, rajstopki poruszały się płynąc. Nogi Natalii miały dar przekonywania, potrafiły mówić lepiej i mądrzej niż ich właścicielka, potrafiły jeszcze więcej, ale to wymagało poświęceń. Dom przy ulicy Słowackiego stał się ich ofiarą.

Uroczystość zaślubin przebiegała spokojnie, znanym, utartym szlakiem dla takich wydarzeń. Młodzi zabawiali gości, zapraszając do suto zastawionego stołu, do wódeczki i do tańców. Spoceni cygańscy grajkowie, nie dawali odpocząć, ani sobie, ani bawiącym się. Od czasu do czasu wzmacniali się szklaneczką i grali z jeszcze większą werwą, aż mi się trzęsły czarne, gęste grzywy.
Profesor nie pił. Chciał być trzeźwy. Może dlatego wieczór trochę mu się dłużył, a może tylko tak mu się wydawało. Natalia była wszędzie. Roześmiana, od ucha do ucha bawiła się jak nastolatka. Obserwował ją ukradkiem, gdy ktoś nagłym szarpnięciem porywał ją na parkiet, z błogością myślał, że już za kilka godzin będzie tylko jego. Nikt nie będzie mógł na nią spojrzeć, nie mówiąc o dotykaniu. Po południu pojechał do hotelu, żeby jeszcze raz obejrzeć apartament. Przypomniał obsłudze o różach, szampanie i whisky. Natalia od kilku godzin siedziała u fryzjerki, miał czas by się przygotować. Jak zwykle przed pierwszym pójściem do łóżka wyobraźnia pracowała z potrójną mocą. Próbował przestać, ale obrazy same się pojawiały. Natalia zdejmująca sukienkę. Natalia rozpuszczająca włosy i prosząca o odpięcie łańcuszka. Potem szum wody pod prysznicem i przeżycie największe. Wejście. On z cygarem i szklaneczką w łóżku, ona rozpina jedwabny szlafrok i staje przed nim w bieliźnie. Sam wybrał w katalogu odpowiedni model. W tej dziedzinie nie lubił niespodzianek. Musiała być czerwona, z wstawkami koronkowymi i pasem do pończoch.
-Jasieńku, dlaczego się nie bawisz? – Natalia z wypiekami na twarzy podeszła z wyciągniętą ręką. Pocałował ją w policzek, delikatnie, jak dziecko.
-Lubię patrzeć. Obserwować jak jesteś szczęśliwa.
-Chodź trochę poskaczesz, nie masz przecież jeszcze osiemdziesiątki.
-Muszę oszczędzać energię na wieczór. Przekonasz się, że naprawdę nie mam osiemdziesiątki.
-Ach ty mój tygrysku, ty ciągle o jednym. Pewnie nie możesz się doczekać...
-A ty?
-Ja też. To co może im uciekniemy, sami się pobawią. Weźmiemy taksówkę i za godzinkę wrócimy nikt nie zauważy.
-Doskonały pomysł. Jesteś genialna, moja myszko. Niech nas szukają.

Rozparł się wygodnie. Pogładził dłonią materiał poduszki. Była idealnie gładka. Zresztą tego wieczoru wszystko zdawało się być bliskie ideału. Nawet pogoda. Przestało padać, zza uchylonego okna zaglądały gwiazdy, trochę z zazdrości, trochę z ciekawości. Szum wody w łazience był jak najdroższa sercu muzyka, aria oczekiwania, preludium spełnienia. Wyobrażał sobie, że jest jedną z tych kropli, które teraz radośnie pływają po jej ciele. Był mydłem, gładzącym jej skórę. Szamponem. Czymkolwiek byle wreszcie być przy niej, w niej, na niej.
Nagle metaliczny dźwięk odkładanego prysznica obwieścił koniec. Wyszła. W poświacie nocnej lampki, w nikłym świetle księżyca zastukały obcasy. Profesor poczuł, że krew uderza mu do głowy szeroką, potężną falą. Przed oczami przebiegły mu zastępy czarnych mrówek, miliony, miliardy. Gdzieś w oddali majaczył czerwony punkt rajstop Natalii, skrywających jej boskie nogi.
-Natal, Nat... – zacharczał i z nieludzkim skowytem upadł na dywan.
Natalia nie patrząc na leżącego podeszła do szafki. Nalała sobie whisky. Zdecydowanym, ale spokojnym gestem wyciągnęła długiego papierosa. Zapaliła.
-Za dużo wrażeń, staruszku. Pompka nie wytrzymała. Nawet sobie nie podymasz, głupi kutasie. Hej, żyjesz jeszcze? Myślisz, że zadzwonić po pogotowie? E, nic ci nie będzie. To tylko serce. Przecież ty nie miałeś serca, łajdaku.
Natalia nachyliła się nad profesorem i przez chwilę nasłuchiwała.
-Jeszcze dychasz? Już nie długo. Zażyłeś trochę viagry na pobudzenie. Jakieś dziesięć sztuk. No masz popij.
Przechyliła butelkę i nie wyciągając z ust papierosa wlała aż pokazało się dno. Profesor po kilku początkowych skurczach przestał się poruszać.
-Pamiętasz Basię. Pewnie, że nie pamiętasz. Była twoją studentką, dawno, dawno temu. Miała takie cudne warkoczyki. Całe życie na ciebie czekała, na list, ale ty nie miałeś czasu. Miałeś ważniejsze sprawy. Nie obchodziła ci jakaś tam głupiutka dziewczynka, która się w tobie zakochała. Nie wiedziałeś, że ludzie się zakochują? Wiem, tobie się to raczej nie zdarzało. Ty wyrywałeś kobiety jak jakieś roślinki. Myślałeś, że tak trzeba, że tak lubią. Wyrwać i rzucić, niech zdycha. Tak mi przykro tatusiu. Musiałam to zrobić, musiałam cię zabić. Mama byłaby szczęśliwa. Nawet nie wiesz jak cię znienawidziła. A ja, wiesz, ja chyba cię nawet lubię. Byłeś bardzo miłym, starszym panem. No i ten domek. Sympatyczny gest z twojej strony, Jasiu. Chyba muszę już iść, na pewno nas szukają. Oj, Jasiu, Jasiu, zgubiły cię kobiety.

Opublikowano

och... chyba nie ten dział?!
Piotrze no pięknie! ani zgrzytnięcia, ani szarpnięcia, ani pomijania nudnych słów, no nic! bardzo przyjemnie się czytało :) jestem pod dużym wrażeniem, jak chyba zazwyczaj po przeczytaniu czegoś Twego? podoba mi się to jak i o czym piszesz

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

Jakby to skomentować... Najpierw nauczyć się, co się pisze razem, a co oddzielnie. Co do merytoryki tekstu, niestety, nie mogę tego pominąć, jest tak prawdopodobna, że aż prawdziwa. Tekst napisany z werwą, bardzo poprawnie, autor ma niewątpliwy dar literacki. Tekst czytało się z przyjemnością. Gdyby to był mój tekst, zadbałabym, żeby nadać mu wyróżniającą spośród innych manierę, własny, niepowtarzalny styl, bo chwilowo "ginie" w powodzi pozostałych. Pozdrawiam serdecznie.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Nie mam zwyczaju tu zaglądać, z ciekawości kliknęłam na ten tekst, dlaczego ten, przypadek… a może ktoś mnie prowadził…tytuł ?
Nie żałuję – nie bardzo wiem, jak ustosunkować się do formy (tekstu prozaicznego) ale jako zwykła czytelniczka powiem – czyta się świetnie i poza drobnymi usterkami ortograficznymi (np. z pod) wciąga i temat, i narracja, wielki plus za samo zakończenie. Myślę, że będę tu częściej zaglądała, a do Pana tekstów na pewno. Pozdrawiam Arena

  • 1 rok później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • RONDO ALLA POLACA

      Jeśli Twój majestat żąda, bym
      Zamilkł jak po zachodzie ptak,
      Ciemności nie skalam głosem mym,
      Nie ubliżę nim urodzie dnia.

      Nic nie powiem już,
      Będę tylko trwał, aż
      Policzony będzie każdy oddech mój,
      Jeśli taka wola Twa.

      By głos nie zadrżał mi,
      Gdy z kurhanu złych sław
      Będę śpiewał Ci

      Z tego kurhanu lat,
      Śpiewał Chwałę Twą,
      Jeśli tylko dasz
      Wciąż śpiewać ją 

      Z tego kurhanu dni
      Twa chwała będzie grzmieć,
      Jeśli pozwolisz mi
      Mą śpiewać pieśń

      Na sam rozkaz Twój,
      Lub gdy wybór dasz,
      Rzekom daj nabrać wód,
      Wzgórzom radość wskaż.

      Niech łaska Twa udzieli się
      Sercom zgorzałym w piekielny czas
      Jeśli tak Pan chce -
      Chce uzdrowić nas

      I zgarnąć do rąk,
      Na rękach zacieśnić więź,
      Twym dziatkom tu,
      Jeśli Ty tak chcesz.

      W tych z lumpexu snach,
      Wszystkie w na zabój sznyt
      I dać, by śpiew pokonał strach,
      Jeśli zechcesz Ty.

      W Twych w szmaciankę grach
      I w strzelankach, gdzie każdy to wróg,
      I dać by odszedł strach,
      (Jeśli tak zechce Bóg...).

      Jeśli Twój majestat chce,
      bym nie mówił nic,
      Mój głos skryje się
      Jak w ciemnościach widz

      Nic nie powiem już
      Będę tylko trwał, aż
      Policzone będą me dni
      Jeśli taka wola Twa

      Jak pan Władza chce,
      Żebym zamknął ryj,
      Z chęcią zamknę się
      Jak w komórce stryj

      Jak tak, to tak
      Jak mam być twój błękitny ptak,
      Jak chcesz, zamknę się
      W klatce, jak papug ten

      To co?
      Stul pysk, bo....
      Z tulipana ci....
      Ci, ci, ciuciubabko,
      Won

      Casino Royale

      Wciąż pamiętam, w Chelsea Hotel, jak ty 
       Mężnie i słodko piałaś jak grecki chór 
      Na rozebranym łóżku dobrze robiąc mi
       A na ulicy czekał limuzyn sznur...

      To był powód, to był Nowy Jork
      W kolejce po szmal i po szał ciał
      To zwali miłością do mas śpiewających ten song
      Pewnie wciąż ją tak zwą, dla tych, co  jeszcze są...

      Lecz ty  uciekłaś jej, więc po co ten szum? 
      Po prostu poszłaś w drugą stronę, niż tłum,
      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Potrzebuję cię: nie, nie potrzebuję. Cię
      Nie potrzebuję; nie: jednak potrzebuję."
      Wiesz, całe to paplanie mnie denerwuje

      Pamiętam cię z  Chelsea Hotel wciąż:
      Podawano  z ust do ust twe serce wiecznieżyjące...
      I mówisz, że wolisz, jak przystojni są,
      Ale, że dla mnie zrobisz wyjątek...

      I twardo bierzesz w dłoń takich jak ja,
      Co jęczą pod jarzmem piękna,
      Po wszystkim ogarniasz się, i mówisz: „No tak:Urody nam brak, ale mamy pieśni dźwięki”...

      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Nie potrzebuję cię: nie, potrzebuję. Cię
      Potrzebuję; nie, nie potrzebuję."
      Twoje paplanie mnie wciąż denerwuje...

      Nie mówię, że kochałem najbardziej cię 
      Nie  zliczę ile razy wróbli trup padał gęsto 
      Dobrze cię pamiętam, z Chelsea Hotel 
      To wszystko, nawet nie myślę o tobie zbyt często...

      Pamiętam cię, z Chelsea Hotel, lecz jak przez mgłę,
      Brałaś wszystko, co leci, do ust, twoje wdzięki już gasnące...

      Wciąż biorą do ust twój biust więdnący...
      Wciąż mówisz, że wolisz, by przystojny był,
      Ale ten jeden raz zrobisz wyjątek... 

      "Potrzebujesz mnie: ja nie potrzebuję Cię
      Nie, potrzebuję; nie: nie potrzebuję."

      Ja też miałem w ustach smak 
      Na życie pieśnią tętniące..
      Też wolę, jak ładne są pół tak 
      Lecz dla ciebie zrobiłem wyjątek... 

      "Wcale nie żałuję: nie, jednak żałuję. 
      Trochę żałuję; nie: mi cię nie brakuje.
      Tango Anus

       

      TANGO ANUS 


      Tańcz mnie, poprzez strach,  po schronienia próg
      Wznieś mnie, gdzie mirtu gałązkę będę nieść,
      Gdy będę gołąbkiem, co leci, gdzie chce Bóg,
      Stańcz mnie w piękna płonących skrzypiec piec
      Stańcz mnie, gdzie miłość nie wytrzyma prób,
      Wtańcz mnie, gdzie miłości s grób..

      Pokaż mi swe piękno,
      Gdy świadczyć miał nie będzie kto
      Daj  poczuć, jak tętni
      W tobie Babilonu noc 
      Pokaż to, czego tylko granice znam, chodź,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość traci swą moc..

      Tańcz mnie tam, gdzie nasz ślub, wciąż i wciąż
      Wytańcz mnie czule, zatańcz mnie po krag,
      Jesteśmy oboje mniejsi niż ta miłość, lecz też ponad nią 
      Wtańcz mnie, gdzie miłość ma granicę swą,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość wie że koniec to...

      Dotańcz do tych dzieci, którym rodzić się nie dał czas,
      Przetańcz przez zasłony, które  starł pożegnań żar,
      Wznieś namiot azylu, choć pękła ich nić,
      Odtańcz  mnie tam, gdzie miłość nie znaczy już nic...

      Tańcz mnie poprzez strach,  po schronienia próg
      Wtańcz mnie w płonących skrzypiec piec
      Dotknij nagą dłonią lub łachmanem choć
      Tańcz mnie tam, gdzie miłości kres


      Tańcz mnie, gdzie miłość wchodzi w noc
      Wtańcz, gdzie zechce Bóg
      ""Tańcz mnie, po miłości kres..."


      z POPULARNE


      Wszyscy wiemy, że kości tu chrzczone
      Lecz rzucamy, zaciskając kciuk
      Wiemy, że wojna jest skończona;
      Wszystko świetnie: wygrał wróg...

      Wszyscy wiemy, że ta walka to sztos
      Biedni bez grosza, bogatym pęcznieje trzos
      Już taki los. Tak chce populi Vox...

      [Zwrotka 2]
      Wszyscy wiedzą, że łajba bierze wodę
      I myślą, że kapitan to łgarz
      Lecz w tych okolicznościach przyrody
      Zawsze tak, jakby ojciec lub pies ci zmarł....

      Wszyscy zapatrzen są w konta stan:
      Każdy na bombonierkę z dyskontu ma smak 
      I bukiet że stu róż
      Tak tu jest już...

      [Zwrotka 3]
      I wiedzą, że mnie kochasz niezmienne
      Wszyscy wiedzą, że tak dokładne jest
      Wiedzą wszyscy, że mi byłaś wierna
      Wyjąwszy tysiąc nocy +/- dwie

      Wiedzą, że Święty ci małżeński próg
      Lecz tak monitują do Twych ud
      Że przyjmujesx jak cię stworzył Bóg
      Taki masz drobny druk

      [Refren]
      Wszyscy wiemy, że taki klimat jest tu
      Taki razem ciągniemy drut
      Tak czytamy z nut
      Maestra Ubu
      Taki hołd składamy mu
      Nie licz więc na cud

      [Zwrotka 4]
      Oboje wiemy, że nigdy, jak nie teraz
      Wiemy, że na dwoje: albo ja, albo ty
      I wiemy, że jak żyć, to nie umierać
      Gdy wciągnąć kreskę Biała Śmierć, czarny film..

      Wszyscy wiedzą, że układ jest zamknięty
      Że murzynek Bambo zrobił swoje, jak z Nel Staś
      Nawet Kali ma nieswoje momenty
      I wszyscy odkładają wszystko na zaś

      [Zwrotka 5]
      I wszyscy wiedzą, że nadchodzi pandemia
      Wiemy, że po kościach rozeszła się, lecz...
      A nadzy on i ona na planecie Ziemia
      To dziś niezwykle niezwykła rzecz

      Wszyscy wiemy, jaki rozkład ról
      Lecz przy twoim łóżku będzie siedział mól,
      Który zaksięguje jak wół
      To, co wiemy już

      [Zwrotka 6]
      I wszyscy znają ten twój zapaszek
      I się zakładają, jak wcielasz im cel,
      Od krwawego krzyża na Górze Czaszek
      Do plaży na półwyspie Hel

      Wszyscy wiedzą, że przemija ten świat, 
      A Najświętsze Serce jest pełne łat
      Zaraz pęknie jak Albert brat,
      Totus Eium już od lat..

      [Refren]
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Och, wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą

      ŚNIEŻYNKA I STRACH
      (Dialog na cztery kopyta)


      [STRACH]
      Przyszłaś do mnie dziś rano
      I obrobiłaś jak sztukę mięs.
      Tylko facet ci powie, jaki to
      Delikatny, jaki czuły gest.


      Tyś w lustrze jest odbiciem mym,
      Krwią z mojej krwi, poznam cię we स्नेह,
      Bo kto inny by mnie zechciał wziąć
      W tysiąca swych pocałunków toń?


      (Dla tych, którzy przywitali mnie)
      Nieważne, że droga nam dłuży się,
      Nieważne, że pod górę wciąż,
      Nieważne, że księżyc już zszedł
      I zapanował mrok.


      Nieważne, że gubimy szlak,
      Spisane jest, że spotkasz mnie.
      Na pewno mi mówiłaś tak
      Na pocałunków dnie.


      I kocham cię, gdy na słońca blask
      Jak lilia otwierasz płatki swe,
      A ja – to na wróble strach,
      Którego smaga deszcz.


      Strach, co strachliwie kocha cię,
      Choć ma z lumpeksu twarz,
      Ciało i wszystko, czym był i jest,
      Aż do pocałunków dna.


      Wiem, że znasz ten kłamstwa smak
      I oszustw bez zbędnych słów:
      Nauczyłaś się operować tak
      Na kolanach ojca i u matki stóp...


      Ale czy musiałaś się bić,
      By ulicę w ogniu przejść,
      Jeśli całe to nasze mieć i być
      Wisi u pocałunków tajnych miejsc.


      Numerki, odwyk i jasna rzecz:
      Wracam na Square du Blues.
      Chciałbym rzucić już tę robotę, lecz
      Podchodzi mi już do ust.


      Lecz o tobie myśl daje mi nabrać tchu,
      A akta sprawy twej kompletne są,
      Brak tylko w nich tego, czego nie zdziałałem tu
      Płynąc w pocałunków głąb.


      Nieważne, czy masz moc sił i dóbr,
      Czy opuściła cię moc,
      Czy napiszesz te kilka słów,
      Które słowiki cytują co noc.


      Nieważne, czy masz zaszczyt robić w HR,
      Czy nieregulowany czas,
      Rzucasz życie w kąt, bo masz
      Przeżyć pocałunków tysiąc pięć.


      Biegną poszły, a dziewczyny młode są,
      Bieg ten jest szansy wart.
      Los bierze stronę twą,
      Lecz szybko kończy się fart.


      Wezwanie: masz być jak widz
      W kinie, co twą pyrrusową klęskę gra,
      Lecz żyjesz, jak gdyby nigdy nic,
      Odbijasz się od pocałunków dna.


      Słyszę głosy ich na kufla dnie,
      Co czasem tak woła mnie.
      Jak ta orkiestra, co cover gra – czyżby to moja pieśń?


      Lecz gwardia nie cofa się;
      Gdy woła to, co kochasz, serce odpowie na zew,
      Choćbyś oddał tu swój życia skok,
      Tak świadczą nasz czas, nasza krew
      I tysiąca pocałunków twych mrok.


      Tak wiem: musiałaś kłamać
      I oszukiwać bez słów:
      Tak jak gdy ojciec na kolana cię brał,
      A matka tuliła do stóp...


      Wiem, że musisz tak kłamać im,
      By system ograć, zamiast się położyć na wznak,
      Lecz majątek nic nie gwarantuje ci,
      Gdy Cnota i Podstęp zerwą pakt.


      Prawdę wpędzili w szok, piękno wypędzili na bruk,
      Styl dawny ma dziś naftaliny woń,
      Bo Duch przeszedł przez próg
      W tysiąca pocałunków toń.


      A Wewnętrzne Światło twe, co
      Nie ma równych i ma gest?
      Garbię się w kolejną noc,
      Po tysiąca pocałunków kres


      Zaklinam los, nastrajam głos,
      I wracam na Avenue du Blues.
      Chciałbym rzucić to, lecz nie mogę, bo
      Jestem za cienki tchórz.


      Lecz czasem, gdy noc grzeczna jest,
      A my potulnie zapijamy żal,
      Burzymy się, zbieramy zabawki serc
      I odchodzimy w pocałunków dal.


      Tym pachnie ta o tobie myśl,
      Mam o tobie komplet akt –
      Poza tym, co mi nie umknęło dziś
      W pocałunków niski takt.


      Grałem z Dizem raz i z Dantem też –
      Brak mi było tego ich „coś”,
      Lecz raz czy dwa przygarnęli mnie,
      Wciągnęli w pocałunków blues.


      Odstawić wino chcę, jak Bóg chciał,
      Wchodzę w parkietu tłum gęsty jak w dym.
      Zespół wpadł już w weny twórczy szał,
      Serce nie cofnie się przed morzem win.


      Może musiałem jechać drogi szmat
      I obietnic tysiąc złamać, lecz
      Rzuca się wszystko, ot tak,
      By przeżyć twych pocałunków treść.


      Teraz jesteś jak Anioł Śmierć,
      Potem jak Parakleta szał,
      Czasem jak Zbawiciela Dech,
      Potem – w Belsen stos ciał.


      Nie ma odwrotu już od miłości gróźb,
      Czy meta to skoku w bok –
      Jak zaświadczono czasem i krwią
      W pocałunków równy krok.


      Przyszłaś do mnie tu skoro świt,
      Przyniosłaś słowo jak ciała strzęp.
      Tylko człowiek powie ci, że to nie wstyd,
      Tak delikatnie, czule zrobić wstęp.


      Tak delikatnie, czule w materię wejść.
      Tylko mężczyzna wie, nawet bez przejść,
      Że przynieść miłość jak kwiatu pąk –
      To przyjść bez pustych rąk.


      [ŚNIEŻYNKA]
      Tyś mój brat z lustra, krewny mój
      Z najczarniejszych snów.
      Kto, jak nie ty, by dał mi znój
      Podróży w tysiąc pocałunków znów?


      Czekałam, aż otworzysz się
      Na ulic skwar. Jeden z wielu tak...
      A ja jestem jak kula śnieżna łez,
      Tocząca deszczu z deszczem ślad.


      Topniejącą miłością wciąż kocham cię
      I fizis tą z drugiej ręki –
      Całą sobą, wszystkim, czym chcesz,
      Tysiącem pocałunków namiętnych.


      Cała ja, aż do granicy mórz,
      Przeniknięta przez seks,
      Widzę, że oceany tu wyschły już
      Modliszce, co we mnie jest...


      Docieramy na dziób,
      Syreną daję znak, że twej floty wrak
      Ma mi się rozbić tu
      Na tysiąc pocałunków. Odzewu brak.


      Przychodzisz do mnie co noc
      I ubijasz jak stek,
      Lecz baba powie ci, że większą moc
      Ma czułych obelg stek.


      Tyś mój w krzywym lustrze wizerunek jest,
      Jesteś jak koszmar śniony dzień w dzień,
      Jak zapomniany chrześniak, co już wchodząc w sień,
      Woła na ratunek i składa ci
      Na czole obśliniony pocałunek.


      (Dla tych, którzy mnie powitali w tym...)
      Weszliśmy tu nie do siebie jak w dym,
      Wgryźliśmy się w seks jak w steak tartare.
      Sami, choć dwoje nas jest, bo chce nam się wbić
      W ten słodko-kwaśny smaku czar...


      Mój bliźniaku z lustra, mój bliski krewny,
      Poznałbym cię przez sen.
      Kto, jeśli nie ty, przyjąłby mnie
      W tysiąc pocałunków namiętnych?


      Wzdychamy na los; poprawiamy włos
      I wjeżdżamy na Autoroute du Blues.
      Próbowaliśmy rzucić to nasze coś –
      Cóż, na inny rejs sił nie mamy już.


      Lecz śnieżynka i strach wciąż mają to... cóż,
      Miast miłości – z wyprzedaży twarz,
      Miast szału ciał – goryczy czar,
      A pocałunków czar dna dosięgł już.


      Lecz gonitwa trwa, wieczór młody wciąż,
      Śnieżynka i Strach wciąż nie są bez szans.
      Za chwilę wygramy, a potem raut –
      Dzisiaj zacznie się nasza passa pass!


      A kiedy wezwą nas, byśmy zdali rzecz,
      Jaką im odpowiedź dasz?
      Jakie życie? Życie poszło precz.
      Pocałunki? Ważne, co w kieszeni masz...


      A kiedy mnie wezwie On, bym spowiadała się
      Ze stanu, w jakim jest cały ten kram,
      Odpowiem: życie? Życie przeszło w cień,
      Lecz tysiąc pocałunków w kieszeni mam.


      Przyszliśmy tu w ostatnie dni,
      Podtarliśmy się o Twego Słowa strzęp.
      Skalaliśmy wszystko, to co dałeś Ty,
      Na Twą czułość ogarniał nas śmiech.


      Lecz delikatnie chcemy wciąż w tę materię wejść.
      Wiemy, przeszedłszy przez ucho Twych przejść,
      Że miłość trzeba nieść jak kwiatu pąk –
      I do Ciebie przyjść bez pustych rąk.

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...