Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Delikatne rumianki
Słońca bratanki
Okrągłe koniczyny
Cudowne chabry
Niebieskie dzwonki
A czerwone maki
I polne stokrotki
Traw źdźbła srebrzyste
Pszenicy kłosy złociste
A zdaje się splecionym
Powoju pnączem wonnym
To bukiet dla Ciebie
Dziś wirtualny
Być kiedyś może
Stanie się realny


Dla Marty wrzesień 2011

Opublikowano

Dziękuje Alicjo za komentarz. Ten wiersz był wielokrotnie przez ze mnie modyfikowany ,ale forma jaką chciałem osiągnąć, wydaje mi się że została osiągnięta . Czytając ten wiesz mam przed oczyma to o czym piszę . Być może tylko ja ......:)

Opublikowano

Czy włożyłeś ten tekst tylko ten jeden raz? Dla kogoś? Czyta to wielu i każdy po swojemu. Czy

chcesz pisać dla wielu?

Jeśli dla wielu, to za mało ambitnie. Jeśli dla jednej -też!

Wszystko zostało napisane powyżej, w komentarzach.

Ale wierszyk włożony tutaj jest dla wszystkich i:

napisałeś skrócony wyciąg z poradnika botanicznego. Ostatnie dwa wersy niczego nie zmieniają. I

nad tym taka była praca? Zbyt wielka. Masz wrażliwość, tylko jej nie przeciążaj. Serdecznie. Elka.

Opublikowano

Dziękuje za wszystkie komentarze , te mniej i bardziej przychylne rozumiem ,że mam do czynienia ze starymi wyjadaczami rymów i strof . Ten wiersz miał być dla kogoś ,ale nie dla mojej miłości życia. :)Taki miał być i nawet gdyby groziło to osunięciem z forum nie zmienił bym go taki powstał i taki będzie Krytykę przyjmuję z podniesionym czołem Wszystkich serdecznie pozdrawiam .

p.s. oczywiście wszystkie uwagi biorę do serca i myślę że coś z nich w sercu zostanie :})

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...