Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nigdy dotąd nie budziłem się jako bezrobotny. Było to uczucie gorsze, niż najpotworniejszy kac. Nic nie bolało, a mimo to, czułem się kompletnie zdezelowany. Moje życie miało tak kruche podstawy. Dotychczas mogłem robić co chciałem, mieć własne zdanie, wygłupiać się, imprezować, bo zarabiałem kasę, za którą kupowałem spokój ducha i dobry nastrój. Po pięciu latach w stałej robocie zrobiłem się zupełnie bezbronny. Inni przez ten czas dokształcali się, biegali na jakieś kursy, poznawali języki i wzbogacali CV. Mój „cefał” też był obszerny, lecz musiały być w nim rzeczy całkiem bezużyteczne dla ewentualnego pracodawcy.
Leżąc w łóżku, zastanawiałem się, co mogę zrobić. Moje wykształcenie dawało jednak nikłą szansę. Mogłem popytać w szkołach i domach kultury, czy nie potrzebują kogoś do zajęć z historii filmu. Mogłem przejrzeć ogłoszenia w prasie i porozsyłać dokumenty znajomym firmom z branży reklamowej. Przebrnąłbym zapewne przez trudy niejednej rozmowy kwalifikacyjnej, lecz nagle ogarnął mnie irracjonalny lęk, że ludzi w tym wieku nikt już nie będzie potrzebował. Postanowiłem dać sobie tydzień urlopu i od następnego poniedziałku rozpocząć intensywne starania o nową robotę. Był przecież Bartek i jego telewizja, był Sven i dłubanie w meblach, było tysiące klientów, o których otarłem się w niedawnej pracy, a nawet Luis na platformie wiertniczej gdzieś po drugiej stronie globu. Przyszłość musiała należeć do mnie.
Zwlokłem się z wyra i przegryzłem niewielkie śniadanie. Zadzwoniłem do Ewy. Z niesmakiem wysłuchałem rewelacji, że przez noc amatorzy płatnego seksu zapchali jej skrzynkę. Nie nadążała wszystkim odpowiadać. Machnąłem zrezygnowany ręką i postanowiłem więcej o tym nie myśleć. Teraz najważniejszy był nasz wybryk pod Bagatelą. Umówiliśmy się w samo południe.
- Co robimy? – zapytała.
- Jaja robimy.
Objaśniłem szybko co ma robić i wręczyłem jej siatkę z równo przyciętymi gilotyną karteczkami. Sam zabrałem drugą. Ewa atakowała przechodniów idących przez przejścia dla pieszych od strony Plant oraz nadchodzących z Podwala, ja wziąłem tych z Krupniczej, Karmelickiej i Straszewskiego. Przez bite trzy godziny wręczaliśmy absolutnie puste kartki papieru kolejnym napływającym masom ludzi i udawaliśmy, że nie wiemy o co chodzi. Reakcje były przeróżne: od wybuchów śmiechu, przez zdziwienie, po agresję. Młodzi chyba czaili bazę, starsi chcieli nas zlinczować, a jeszcze starsi kręcili tylko głowami nad zdziczeniem obyczajów i własną niemocą zrozumienia kwestii. Najlepiej mieli ci, co nie brali, bo nie mogli mieć pojęcia o co właściwie chodzi.
- Dzięki – mruknąłem zadowolonej Ewie na koniec roboty – Bardzo mi pomogłaś. Stawiam obiad.
- Nie mogę. Jestem umówiona.
- No tak.
Niespodziewanym ruchem pogłaskała mnie po twarzy i poszła ku Szewskiej. Zostałem pod Bagatelą sam pośród stosów białych karteczek, które porzuciła większość nieświadomych beneficjentów akcji. Wielki śmietnik na ulicy niczym nie różnił się od bałaganu powodowanego przez „zwyczajnych” ulotkowców. No, może było nieco bardziej biało...
Zadowolony z rezultatu swojego wybryku wstąpiłem na piwo do ogródka CK Browaru. Zaliczyłem kolejno jęczmienne, pszeniczne, zwyczajne i ruszyłem do domu.
Zawsze lubiłem chodzić Karmelicką. Pod drodze było wszystko, czego potrzebował ktoś taki, jak ja. Zaraz na początku stał mój bank. Znajome pracowniczki Millennium ukłoniły się z uśmiechem, kiedy zbliżałem się do bankomatu. Byłem ponoć rekordzistą w zapominaniu karty i nigdy nikomu nie wypisywały protokołu zwrotu tyle razy, co mnie. Wypłata była na koncie, ilość zer od razu ulżyła mojej skołatanej duszy. Z uśmiechem ruszyłem dalej. A dalej było kilka biur podróży, ze trzy sklepy z piwem, kafeja internetowa i parę przytulnych knajpek. Zawsze, ale to zawsze (częściej niż przy knajpach) przystawałem przed witrynami biur podróży. I stałem bardzo długo. Atlas geograficzny miałem opanowany już od piątej klasy szkoły podstawowej, kiedy zeschizowana nauczycielka zaczęła robić na mnie eksperymenty, żeby pokazać reszcie ciołków, że mapę można wykuć na pamięć. Zawiązywała mi oczy, ustawiała przed wielką mapą świata i kazała wskazać jakieś miejsce. A ja głupi dostarczałem jej radochy i nie myliłem się o więcej niż centymetr. Madagaskar – już, Wyspa Niedźwiedzia – tu, Ułan-Bator – tam. Stolice, miasta, stany, okręgi, rzeki, góry, depresje – niczym nie umiała mnie zaskoczyć. Już w dzieciństwie opanowałem świat, którego większość ludzi nie będzie w stanie zmierzyć w trakcie całego życia lecz kiedy dorosłem, zacząłem marzyć, by wszędzie tam postawić stopę. I wiele było mi z tego dane, bo bardzo chciałem. Zgniły aromat Afryki, lekki zapach Azji Mniejszej, ostre powietrze Skandynawii, obojętny zapach północnych Włoch, szafranowe Indie, lekko pomarańczowa Ameryka Południowa. Przez jakiś czas karmiłem się stereotypami i modami, potem okazało się, że Czechy, Słowacja, Węgry, Austria, Niemcy, Ukraina klimatycznie wcale tak bardzo się nie różnią, że w Anglii czy Irlandii wcale tak często nie pada i prawie wcale nie ma tam zimy, a w słonecznej Grecji może padać przez okrągły tydzień i są turyści, którzy wcale nie widzieli tam słońca. Pewnego dnia doszedłem do wniosku, iż przemierzenie świata jest niemożliwe – nie fizycznie, lecz finansowo – i przyjąłem za klucz poznania kuchnię i napoje. Tak było łatwiej. Niesamowite przyprawy, różnorodne wina, piwa i inne trunki łatwiej pokazywały świat. Śliwowica, Absynt, Calvados, Beherovka, Prosek, Bokkha, Pieprzówka i inne – to były smaki całego globu.
Same Last Minute (czyli po polsku po prostu oferty promocyjne) zapraszały do Egiptu, Tunezji, Turcji, Grecji, Hiszpanii, na Cypr, Kretę i Kanary. Westchnąłem ciężko i poszedłem dalej. Patrząc na ceny Last Minute, wolałem nie myśleć o tak zwanej ofercie katalogowej. Nawet częściej niż poprzez wysokie trunki, poznawałem geografię poprzez piwo, o które prosiłem każdego przyjeżdżającego turystę i każdego Polaka jadącego zagranicę. Fińskie Lupin Kulta, turecki Efes, tunezyjskia Celtia, ukraiński Obolon, duński Tuborg, norweski Aass i dziesiątki innych, słowackich, czeskich, niemieckich, nawet sikacze francuskie, węgierskie i chińskie – dawały mi poczucie bytności w wielkim świecie. I to mi wystarczało.
Z monopolowego w połowie Karmelickiej wyszedł chudy człowiek z jabcokiem pod pachą, powtarzając przedziwną mantrę: moje wino, moje wino, moje bardzo wielkie wino. Należał do wymierającej kasty siarkoholików, wypieranych z małych sklepików przez osobniki nalewkolubne. Właśnie miałem się roześmiać i uścisnąć mu dłoń za ten tekst, kiedy jego wielkie wino wysunęło mu się spod pachy i roztrzaskało na bruku w drobny mak. Chłopina aż ukląkł na ten widok i rozpłakał się. Było nie bluźnić, synu – chciałem powiedzieć, jednak jego rozpacz zrobiła na mnie zbyt duże wrażenie.
- Dam ci na kilka jaboli, jeśli pomożesz mi wyciąć numer Urzędowi Miasta – powiedziałem z powagą, wręczając mu trzy złote– Będziesz robił za komornika. Ja ci pomogę jako rewident Izby Obrachunkowej.
Facet spojrzał na mnie umęczonym, nierozumnym wzrokiem, jak większość ludzi, do których zwracałem się z moimi głupimi pomysłami.
- Ale winko będzie, co nie? Jak będzie, mogę ci odstawić każdą szopkę.
- Jutro w południe pod Urzędem. Winek będzie kilka.
Podejrzewałem, że i tak nie przyjdzie, choć sama myśl, że mogę spróbować zapieczętować gabinet Prezydenta, była rozkoszna. Przy Parku Krakowskim przegryzłem hot-doga, potem wstąpiłem do wypożyczalni Beverly Hills. Miałem ochotę na wielką blockbusterska ucztę. Pożyczyłem same rozpierduchy, s-fy i komedie. Brakowało mi tylko horroru, lecz z tym było ostatnio ciężko. Robiono same gnioty albo nic, a podobno odmiany progresywne miały pchać gatunek do przodu.



Idąc sobie Parkiem Krakowskim ujrzałem ideał piękna zdeponowany na jakiś czas w ciele kobiety. Szła z naprzeciwka w zwiewnej pelerynce i krótkiej spódniczce, a jej włosy delikatnie powiewały w takt kroków. Podniosła na mnie oczy i zdało mi się, że posyła lekki uśmiech. Zahipnotyzowała mnie i tak szliśmy ku sobie, wiedzeni na pokuszenie magnesem powabnych spojrzeń. Przez krótką chwilę było tak cudownie, że rzeczywistość padła na kolana. I wtedy, pomiędzy nami, wzbiło się w powietrze stadko gołębi. Minęliśmy się bez słowa, chyląc głowy przed uderzeniami skrzydeł. Dłuższą chwilę stałem urzeczony. Dla takich chwil warto żyć – powiedziała moja optymistyczna strona. Tylko czemu jest ich tak mało – dodała ta wredna i czar prysł. Lekko rozczarowany utraconą magią, usiadłem na ławce. Ćmiąc peta, pomyślałem, że kiedy ktoś uśmiechnie się do ciebie na ulicy, to musi znaczyć, że istnieje lepszy świat.
Było już całkiem ciemno, gdy wkroczyłem w studnię klatki schodowej. Miałem ochotę wejść po schodach i trochę się zmęczyć. Zadyszany przekręciłem klucz w zamku. Wtedy usłyszałem wielki rumor i coś wepchnęło mnie do mieszkania. Potknąłem się o próg, lecąc centralnie na pysk. Nic mnie nie zatrzymało, więc rąbnąłem z wielką siłą o podłogę. Trzasnęły drzwi. Zerwałem się i stanąłem twarzą w twarz z osiłkiem, który mijał mnie parę dni temu na schodach. Już wiedziałem kto to jest. Ciemna gęba miała wyraz twarzy serbskiego partyzanta na krótko przed wypróżnieniem.
- Rafał?
- Zenek...
- Zenek, o co chodzi? – zapytałem głupio.
- O gówno!
Wysiliłem się na ostatni tego wieczoru dowcip i pokazałem mu toaletę.
- Trzeba tak było od razu. Śmiało. To tu.
Ujrzałem wielki błysk, a potem sufit przedpokoju. Świat z punktu widzenia człowieka leżącego na podłodze własnego mieszkania wcale nie był fajny. Zwlokłem się i stanąłem z powrotem na nogi.
- Sypiasz z nią? – usłyszałem zduszony głos i strach chwycił mnie za gardło.
- Z Martą? Coś Ty! –mruknąłem – Przyjaźnimy się.
- Ciotą jesteś, czy co?
- Nie.
- To co mi pierdolisz o przyjaźni! W męskim świecie nie ma czegoś takiego w stosunku do kobiety.
Zrozumiałem, że subtelne tłumaczenia w niczym mi nie pomogą. Ruszyłem ku drzwiom, ale jakaś siła poderwała mnie, niczym piórko i cisnęła o ścianę. Odbiłem się i upadłem ciężko na chodnik przedpokoju. Jak w dobrym kinie akcji – zdążyłem pomyśleć, zanim ból nie zagościł w moich plecach na dobre. Najgorsze było to, że zgubiłem okulary i nie mogłem hardo spojrzeć oprawcy w oczy. Czterdziestowatowa żarówka, którą miałem w przedpokoju, zapalona przez tego „cudzoziemca”, nie mogła mi w tej sprawie pomóc. Powoli usiadłem. Nie przeszkadzał mi. Wiedział, że ma miażdżącą przewagę i napawał się tą myślą. Zupełnie bez sensu pomyślałem o odpuszczonych wuefach, lekcjach judo i mizernych efektach wizyt w siłowni akademika przy Bydgoskiej, w której Bartek i Luis nabyli niewątpliwej krzepy.
Widząc, że nie mogę wstać, osiłek był wyraźnie rozczarowany. Chciał mieć zabawę, a tu zabawka zaczęła odmawiać posłuszeństwa. Zbladłem do reszty, kiedy wyjął gnata i z miną oprawcy przystawił mi lufę do czoła.
- No.... no... – powtarzał – No...
Pierwszy raz w życiu to czułem. Bohaterowie większości filmów akcji spoglądali z ironią w otchłań przeznaczenia, ale to nie było w realu! Uśmiechali się, bo wiedzieli, że scenarzysta jakimś cudem uchroni ich od zguby. A ja patrzyłem w otchłań prawdziwej lufy prawdziwego pistoletu! Zmartwiałem i zapadłem się w sobie – krew we mnie stanęła. Później nerwy urwały się ze smyczy i nawet zwykły dotyk stali sprawiał mi ból. Czarna dziura kontra ja – narobiłem w spodnie. Całe życie dziury – pomyślałem – dziura w lufie, dziura w dupie, dziura w ziemi. Chyba zaczęło śmierdzieć, bo osiłek poruszył się. Jak pies – przypomniałem sobie końcówkę „Procesu” i zrobiło mi się lżej. Stanąłem na nogi, odpychając lufę od siebie. Inicjację w teatrze śmierci miałem za sobą.
- Słuchaj, synku – powiedział wreszcie „cudzoziemiec” – Jeszcze raz cię zobaczę z Martą i po japkach. Rozumiesz?
- Staram się...
- Trzymaj łeb nisko, bo ja dobrze strzelam.
Wciągnąłem nosem powietrze, jakbym łykał kokainę.
- Kto trzyma głowę zbyt nisko, nie dostrzega uroków świata – mruknąłem ze świadomością, że za moment zostanę męczennikiem – Zesrałem się, człowieku. Nic gorszego nie może mnie spotkać.
Skrzywił się z niesmakiem i po chwili już go nie było. Zadowolił się moim upokorzeniem i zniknął tak niespodziewanie, jak się pojawił. Kiedy dymał po lasach byłej Jugosławii z „Kałaszem” w dłoni, pewnie nie rozpatrywał za i przeciw, czy jebnąć komuś w łeb. Tutaj musiał, bo w Polsce strzelanie było karalne. Pocieszony tą myślą, wykąpałem się i uprałem ciuchy.
Bolało mnie dosłownie wszystko, jakbym cudem przeżył spacerek pod pędzącym pociągiem. Piękny tydzień, nie ma co. Najpierw straciłem pracę, potem dostałem po ryju. Co będzie dalej? Zacząłem poważnie obawiać się dnia następnego. Póki co skoczyłem na stację benzynową i zakupiłem parę piw. Wcześniej nie miałem ochoty, ale wobec zaistniałych zdarzeń, potrzebowałem znieczulenia. Ten zazdrosny oszołom całkiem mi zepsuł nieźle zapowiadający się wieczór, a gość na stacji całkiem mnie dobił. Widząc, że wchodzę, posłał mi chytry uśmiech straganiarza i zagadnął:
- Ile?
Pociemniałem na twarzy. Zamknąłem oczy i policzyłem do dziesięciu.
- Daj pan pięć.
Porwałem siatkę i trzasnąłem drzwiami. Co on mi będzie... Wiedziałem,
że już nigdy tam nie pójdę po piwo.
W domu odpaliłem sprzęt do oglądania i zapadłem w fotel. Gdzieś w połowie filmu, kiedy dzielni kosmonauci walczyli z psującym się statkiem, dostałem sms-a od Ewy. Miły gość, nie ma co. Przyniósł wino, ciasteczka. Pełna kultura. Tylko zapomniał zapłacić...
Tego mi było trzeba. Roześmiałem się na całe gardło. Nie tylko mnie los ostatnio nie lubił. Zadzwoniłem do niej. Wściekła i rozżalona opowiedziała mi, jak koleś poużywał sobie w najlepsze, a potem zwiał, kiedy była w łazience. A już nazajutrz miał pojawić się kolejny. Zaproponowałem, żeby chowała im buty albo brała kasę z góry. Przyjęła do wiadomości i wróciła do kompa niańczyć swoich nieudaczników. Film się skończył umiarkowanym happy endem. To na ogół odróżnia film od życia. Przeciągnąłem się boleśnie. Zdążyłem wyłoić dwa browce, a wciąż czułem się jak inwalida wojenny. Otworzyłem trzeciego i zapodałem sobie hongkońską rozpierduchę. Sąsiedzi za ścianą zaczęli się kłócić o to, kto nastawił gotowanie zamiast wirowania, a potem ona mu wytknęła, że jakieś sto lat temu mogła wybrać Kazka – kierowcę ciężarówki, zamiast niego, na co on wywrzeszczał, że Zośka też była niczego sobie i żałuje wariackiej decyzji o małżeństwie. Westchnąłem z trudem. Z babami ciężko, bez bab źle. Świat to wielki dom wariatów, których nikt nie leczy. Weźmy taką Martę. Zajebista kobitka, z aparycją, z kasą, z perspektywami. Zmęczona mięsniakami i sterydopodobnymi, nagle zapragnęła przytulić się do zdezelowanego artysty, poczuć jego kruchość i słaby puls. Poużalać się. Przekonać, czy tacy gryzą. Albo Ewa. Młodziutka, zabawna, świeża. I zagubiona. Dryfuje teraz na własne życzenie, nie chcąc przyjąć do wiadomości oczywistych prawd.
Trochę się rozczuliłem i z filmu nic nie zrozumiałem. Zwlokłem się z fotela, by przewinąć parę minut, ale wtedy szlag trafił elektryczność. W pokoju zapadła taka ciemność, że nie byłem w stanie trafić palcem do nosa. Opadłem z powrotem na fotel. Nie miałem nawet świeczki. Pomyślałem, że przecież cywilizacja jest już tak zaawansowana, iż świeczki kupuje się tylko na 1-go Listopada. Popijając chłodne piwo, zadumałem się nad potencjalnymi zagrożeniami funkcjonowania świata. Wystarczy odłączyć człowiekowi prąd i od razu przestaje widzieć, słyszeć, odczuwać otoczenie.. Od razu zamyka się we własnym wnętrzu i czeka aż czynniki zewnętrzne znów przywrócą mu komfort życia. Siedzi wieczorem, bez prądu i nie ma filmu, komputera, książki, niczego, co wymaga widzialności. A gdyby zabrać wodę, gaz, telefonię, komunikację? Strach pomyśleć. Rozpadnie się życie miliarda pasożytów, które w panice zrozumieją ułudę zafundowanego sobie luksusu. Zaczynać od nowa byłoby strasznie ciężko.
Ktoś nacisnął klamkę i oparł się o drzwi całym ciałem w przekonaniu, że są otwarte. Zawsze były, lecz w tej chwili byłem przekonany, że już nigdy nie będą. Westchnąłem, spodziewając się nowej inwazji schiz i problemów. Nie myliłem się.
- Dawid, jesteś tam? – usłyszałem głos przestraszonej Marty – Ciemno tu.
- Idę...
Marta od progu rzuciła mi się w ramiona.
- Och, tak się bałam...tak się bałam... o ciebie, o mnie, o nas... biegłam tu najszybciej, jak mogłam...
Gorączkowo szeptała mi do ucha, wciskając się w moje obolałe ciało, a ja chciałem wyć. Wepchnęła mnie do pokoju i usadziła na łóżku. Tym razem już nie wytrzymałem. Wrzasnąłem z bólu i strząsnąłem ją z siebie, trochę zbyt mało delikatnie.
- Co robisz? – krzyknęła i upadła gdzieś w ciemność.
- Straciłem oddech – mruknąłem, poprawiając się na wyrze.
Poruszyła się w mroku.
- Nawet nie zapytałeś, czy nic mi nie grozi – powiedziała z wyrzutem – Teraz rzucasz mną o podłogę. Jesteś beznadziejny.
Nie mogła widzieć, jak wyglądam i dlaczego się tak zachowuję, a mnie nie chciało się niczego wyjaśniać. Zrobiła krok do przodu. Założyła ręce na piersi i zaczęła przytupywać niespokojnie.
- Nic nie powiesz?
Zapaliłem papierosa. Wetknąłem go w miejsce, gdzie moje usta nie były obolałe i zaciągnąłem się głęboko. Marta postąpiła jeszcze o krok.
- Dlaczego mnie tak traktujesz? – szepnęła błagalnie – Chcę się do ciebie przytulić, ale mi nie pozwalasz. Siedzisz w ciemnościach i myślisz. Gdyby myśli zabijały, dawno byś nie żył.
Spokojnie paliłem papierosa. Gdybym dał się w ciągnąć w wir emocji, rozkleiłbym się na bank, a bardzo tego nie chciałem.
- Dobra. Idę. Pozdrów swoje demony.
Trzasnęła drzwiami, aż echo poniosło. Podniosłem się powoli i przekręciłem zamek. Wtedy elektrownia, jakby na komendę Opatrzności, przywróciła mi prąd. Niczym wiekowy staruszek podreptałem do lodówki po piwo i zaszyłem się w wyrze. Na ekranie znów dobrzy lali złych przy użyciu najbardziej wymyślnych technik i akcesoriów. Uśmiechałem się z ulgą, widząc w wyobraźni, jak grzmocę fiuta z Legii, a potem przywiązuję go do krzesła i wymyślam tortury. Wpycham mu szmatę do gęby i klamerką co jakiś czas zatykam nos. Pysk mu czerwienieje, sinieje, robi się zielony, gały wyłażą mu na wierzch, w źrenicach pojawia się przerażenie, że naprawdę gnoja uduszę. Po prostu miodek.




W nocy przyśniło mi się gówno. Prawdziwe morze. Taplałem się w nim histerycznie, przeklinając całą sytuację. Morze zdawało się nie mieć końca, choć przecież, logicznie rzecz biorąc, wszystko ma jakiś kres. Obudziłem się mokry od potu i długo wycierałem się prześcieradłem, zanim dotarło do mnie, że to był tylko sen. Wcześniej przez wiele tygodni, miesięcy nie miałem kontaktu z głębinami podświadomości, teraz zmartwiło mnie nagłe stężenie snów. Zaczynałem wręcz się ich bać. Przypomniałem sobie, że oprócz morza gówna, które nawiedziło mnie nad ranem, wcześniej przeżyłem stary znajomy koszmar. Jestem na studiach, nauka idzie mi w miarę dobrze, ale gdzieś podskórnie czai się świadomość, że wcale nie ukończyłem liceum. Jakimś cudem przepuszczano mnie z klasy do klasy, choć w ogóle nie chodziłem na matmę, fizykę i biologię. Nauczyciele tych przedmiotów nigdy nie widzieli mnie na oczy. Wpisywali mi nieobecność przez te wszystkie lata, czekając aż sam się zgłoszę i nadrobię zaległości. A ja wiedziałem, że kiedyś będę musiał do nich pójść i uczyć się wszystkiego od nowa. Sen musiał się powtarzać wiele razy, bo pamiętałem go znakomicie. Co mógł symbolizować? Jakiś nie zamknięty rozdział, pułapkę? Postanowiłem, że przy okazji zapytam o to jakąś specjalistkę od senników. Później podjąłem trud przyjęcia kolejnego dnia. Nie przychodziło to łatwo, bo nieźle w nocy oberwałem. Bolały mnie szczególnie plecy skonfliktowane przez tego osiłka ze ścianą. Być może cudem uniknąłem poważniejszych obrażeń, a nawet skręcenia karku, ale z powodu nieznośnego bólu, nie potrafiłem się z tego powodu cieszyć. W tej chwili najważniejsze dla mnie było to, że wczorajsza przygoda nie zostawiła po sobie większych śladów i dzień później spokojnie mogłem pokazać się światu.
Opłukałem się letnią wodą i powoli ubrałem. Nie wypiłem w nocy zbyt wiele piwa, więc żołądek gwałtownie domagał się śniadania. Spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy i powlokłem się do mlecznego na rogu ulicy. Lubiłem udawać swojskiego paryżanina, choć różnice zapewne były kolosalne. Zamiast tzw. śniadania kontynentalnego, dostępnego nad Sekwaną i wzdłuż całego europejskiego wybrzeża Morza Śródziemnego, czyli ciastka i kawy, dostawałem zazwyczaj parę bułek z pastą jajeczną albo jajecznicę na szynce i kakao. Na kawę zazwyczaj wracałem do domu, lecz tego dnia wcale nie miałem na nią ochoty. Wsiadłem do tramwaju i pojechałem prosto na dworzec PKS.
W autobusie wyłączyłem komórkę. Przez cały weekend nie była mi potrzebna, a poza tym chciałem odpocząć od ludzi, ich natrętnej chęci kontaktu i kurtuazyjnych rozmów o niczym. Jechałem do mamy, do spokojnej mieściny, gdzie na pytanie: co słychać? odpowiada się: po staremu! Ulegając złudzeniu, że czas się zatrzymał, odpoczywa się najlepiej. Kupiłem bilet i poszedłem na sam tył autobusu. Grupka dzieci, która wbiegła do pojazdu tuż za mną, też miała na to ochotę, lecz w połowie drogi uświadomiły sobie moją obecność i przystanęły strapione. Burzyłem ich porządek świata. Tył autobusu zwykle należy przecież do dzieci i młodzieży. Fajnie tam buja, a do tego można pokazać język lub pomachać innym kierowcom. Babcie, ciocie i reszta starszych siada zawsze z przodu, czując aurę bezpieczeństwa i profesjonalizmu bijącą od kierowcy. Dzieci markotnie zawróciły i zajęły miejsca w środku pojazdu.
Wyjąłem książkę. Przez większą część podróży nie podnosiłem nawet oczu. Wchodziłem w kolejną fazę głodu czytelniczego, który zazwyczaj objawiał się tym, że po okresie braku kontaktu z książką lub gazetą, łapczywie czytywałem napisy reklamowe, instrukcje obsługi, komunikaty i ogłoszenia, jak gdyby oczy instynktownie poszukiwały zajęcia dla siebie i umęczonego postem mózgu. Wahałem się między K. Dickiem i Perez Reverte. Dla zgłębiania pierwszego miałem znakomity nastrój psychiczny, drugi kusił intelektualną zabawą, więc przygotowałem po kilka książek każdego z nich, a „Ubik” i „Klub Dumas” wziąłem za sobą. Widziałem, że później obowiązkowe pogaduszki z mamą zakłócą mi czytanie, ale w podróży było dość czasu, by się nim nasycić. Poza tym oczy męczyły mi się szybko i mniej więcej po dwóch godzinach musiałem robić długą przerwę. Myśl, że któregoś dnia mogę stracić resztki wzroku, napawała mnie grozą. Nie mógłbym żyć bez książek, filmów, czy gier komputerowych.
Kiedy wysiadłem, panował już straszny upał. Wszystko zdawało się poruszać w zwolnionym tempie albo nie poruszało się w ogóle. Duchota w połączeniu z naturalnym spokojem miasteczka sprawiała, że każdy krok dawał absurdalne złudzenie, jakbym szedł po powierzchni księżyca. Pod blokiem siedziała ta sama grupka pijaczków, którą spotykałem tam od lat. Przywitałem się, powiedziałem, że wszystko po staremu i zniknąłem w nieco chłodniejszej klatce schodowej.
W pokoju mamy, z cichym, jednostajnym szumem, pracował wentylator, ale zaledwie potrząsał stojącym powietrzem. Mama uściskała mnie serdecznie i usiedliśmy przy kawie. Jak zwykle wstała późno, bo do nocy wchłaniała przez telewizor inne światy. Rozmowa uparcie krążyła wokół tych samych tematów. Znosiłem to cierpliwie, nie chcąc, by myślała, że ją lekceważę. Praca – ten sam kierat, choć koniunktura zdaje się pogarszać. Zdrowie – wyśmienite, z wyjątkiem obrażeń spowodowanych zderzeniem z ludobójcą z Legii Cudzoziemskiej. Życie wewnętrzne – brak, pomijając mało konkretne przejawy wytwarzania dóbr kultury. Życie towarzyskie – takie sobie. Życie uczuciowe...
- Wiesz, mamo. Spotykam się z miłą dziewczyną – postanowiłem specjalnie dla mamy troszkę podkoloryzować rzeczywistość – Jest wizażystką. To jeden z tych nowoczesnych, dość popłatnych zawodów. Ma na imię Marta.
- Wiem, co to jest wizaż – obruszyła się wyraźnie ożywiona mama – Masz zdjęcie.
- Nie mam. Jeszcze nie wiadomo, czy coś z tego będzie. Na razie po prostu spotykamy się, rozmawiamy. Czas pokaże.
- Cieszę się, synku. Masz przecież tylko mnie. Chciałabym, żebyś sobie ułożył życie, był kimś. Inni w twoim wieku już dawno mają swoje miejsce na świecie, dobrą pracę, rodzinę. Nie umrę spokojnie, dopóki nie przestanę się o ciebie bać.
- Zanim umrzesz, ja będę dziadkiem – uśmiechnąłem się nerwowo – Cały czas szukam. Po prostu idzie mi trudniej niż innym.
Mama pokiwała ponuro głową. Piliśmy w milczeniu kawę. Ciężko było ją przekonać, żeby zdjęła z siebie odpowiedzialność za moje życie. Pewnie jak każdą matkę. Przynosiłem do domu tyle nagród za publicystykę, prozę i poezję, pisałem w gazetach i one pisały o mnie. Dobrze się zapowiadałem, dopóki udawało mi się docierać do puenty. Teraz było mi o niebo trudniej i ona chyba się tego domyślała.
- Dlaczego nie chcesz zostać dziennikarzem? – zapytała po raz chyba setny, a ja błagalnie spojrzałem w sufit – Przecież to twoje naturalne powołanie. Ludzi elektryzowały twoje teksty, docierałeś do nich lekkością stylu i celnością spostrzeżeń. Czy tak trudno do tego wrócić?
- Pismaków jest na świecie bez liku. Wiem co mówię. Przewinąłem się przez kilka redakcji. Może ja chcę być jedyny.
- W agencji reklamowej? – skrzywiła się mama.
- No, nie... muszę z czegoś żyć. Nie poświęcam temu życia, tylko po parę godzin dziennie.
- Nie widzę różnicy.
- Oj, mamo. Czasem na własną legendę trzeba pracować całe życie.
Mama długo międliła w głowie jakąś myśl, ale nie bardzo wiedziała, jak ją sformułować. W końcu spojrzała mi głęboko w oczy i spytała:
- Synku, czy ty jesteś szczęśliwy?
Kompletnie mnie zaskoczyła. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Szczęście było mi znane z komedii romantycznych i tego typu bzdetów, lecz nigdy nie stosowałem takiej miary do siebie. Szczęście to produkt łatwo dostępny na bazarze popkultury, pod warunkiem, że się nań zajrzy. Coś takiego jak moje szczęście osobiste chyba nie istniało.
- Na swój sposób jestem szczęśliwy, mamo – odparłem, ważąc słowa – A może bywam.
Mama zaczęła snuć wywody na temat tego, jak sama była przez całe życie nieszczęśliwa i gdyby mogła je powtórzyć, wielu błędów by uniknęła. Mówiła i mówiła, a ja kiwałem głową, choć myślami wróciłem do Oli.
- Kiedy byłaś najbardziej szczęśliwa? – zapytałem ją podczas naszej wędrówki z Koninek na Turbacz. Byłem rozanielony jej towarzystwem, piękną pogodą, całą przyrodą wokół nas. Spojrzała na mnie przelotnie.
- W wieku pięciu lat – odrzekła po chwili namysłu.
- Dlaczego?
- Bo nic nie pamiętam.
Cała ona. Używała niewielu słów, ale każde wyzwalało nieprawdopodobne emocje. Czasami wydawało mi się, że ją wymyśliłem.
Posiedziałem trochę z mamą, a potem wyszedłem na rutynowy obchód miasteczka. Składało się z głównej ulicy, która biegła przez jego środek, małego ryneczku, kilku urządzonych z litości parków oraz masy bloków mieszkalnych. Tradycyjnie zacząłem od głównej arterii, śledząc nowości wydawnicze na wystawie księgarni, później zerknąłem przez szybę knajpki ze stołem bilardowym, wreszcie przystanąłem przed tablicą ogłoszeń. Anonsy były różne. Pisano je głównie ręcznie, sadząc straszliwe błędy ortograficzne lub drukowano z komputera. Ktoś poszukiwał mieszkania, ktoś chciał sprzedać samochód, ktoś inny oferował usługi krawieckie, wielu żegnało się z tym światem. Klepsydr było naprawdę dużo i wszystkie stanowiły żniwo ostatnich dni. Przeważnie odchodziły osoby w podeszłym wieku, choć zdarzali się i młodzi. Staliśmy we dwoje: ja i starsza pani w chustce na głowie.
- Ludzi stale umierają – powiedziała do siebie kobiecinka.
- A ubytku jakoś nie widać – dodałem od razu, choć też niby do siebie – Taka widać jest kosmiczna przemiana materii.
Staruszka spojrzała na mnie nieufnie, badając czy się z niej nie nabijam i pośpiesznie odeszła. Chciałem dodać, że pewnie tak odżywia się Bóg, ale tylko machnąłem ręką. Pomyślałem, że warto by było dla równowagi wprowadzić vitalogi. Zasada ta sama. Obwieszczamy wszem i wobec, że oto dziś narodził się Józio lub Ewelinka i wszyscy krewni, znajomi oraz sąsiedzi mogą wpaść pojutrze koło południa pod szpital, by powitać nowoprzybyłych.
Powoli ruszyłem przed siebie. Tu kiedyś była moja hurtownia materiałów twórczych, która bezpłatnie odstępowała mi swoje dobra, a teraz nie czułem nic. Świat w moich oczach był dokładnie taki, jakim go widziałem i wcale nie wydawał się czymś wartym opisu.
Wróciłem do mamy na pyszny obiad. Specjalnie dla mnie ugotowała rosół i przyrządziła schabowego. Smak jednego i drugiego kładł pomost między przeszłością a dniem dzisiejszym, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, iż to tylko piękne złudzenie. Wsiadając wieczorem do autobusu, wiedziałem, że już nie napiszę ani słowa, a przynajmniej nie w taki sposób, aby miało to postać jakiegokolwiek literackiego tworu. Cudowny sen mijał. Spędziłem piętnaście lat z piórem w ręku, leżąc na lewym boku i krzywiąc kręgosłup. I wystarczy. Czas najwyższy sięgnąć po życie samo w sobie, wziąć się porządnie za pracę, założyć rodzinę, płodzić dzieci, ukorzyć się przed bożkami codzienności.



Jechałem do Krakowa z mocnym postanowieniem poprawy. Przespałem całą drogę. Zerwałem się przy Rondzie Matecznego cały mokry od potu. Bolały mnie wszystkie kości, a zwłaszcza kręgosłup w okolicach szyi, na którym wisiała podczas snu reszta mojego ciała. Wyskoczyłem przy Muzeum Narodowym i przebiegłem się kawałek Piłsudskiego. Od razu pomogło.
Na rogu z Gancarską pyszniła się afrykańska restauracja Kassumay. Parę lat temu była w tym miejscu stara rudera, do której chodziliśmy się odlać, będąc na piwnym szlaku Rynek – DS „Żaczek”, potem zaglądałem już na piwo lub mecze Wisły w TV. Knajpę prowadzili fajni Senegalczycy. Lubiłem zwłaszcza Lou, bo znał się na piłce i nigdy nie odmawiał swobodnej pogawędki. Teraz też postanowiłem wstąpić w świat afrykańskich malowideł, masek, symboli, kuchni i muzyki. Było pustawo, ale to mi nawet pasowało. Kelnerka od razu mnie poznała, choć nie zaglądałem tam pewnie z pół roku.
- Nalać ci piwo?
- Poproszę.
W jednej chwili stanęła przede mną szklanica i popielniczka. Uśmiechnąłem się do Agnieszki, biorąc potężny łyk.
- Co słychać? – zapytała.
Pytanie było dziecinnie proste, a jednak nie potrafiłem udzielić zwyczajnej odpowiedzi.
- Spore zmiany – przyznałem z filozoficzną miną – Ale miło, że tu się nic nie zmienia. Wszedłem i z mety poczułem miniony czas.
Chyba nie zrozumiała, bo wzięła ścierkę i zaczęła przecierać idealnie czysty bar. Potem znikła za drzwiami kuchni. Rozejrzałem się po ścianach pełnych dziwnych, obrzędowych obrazów. A to murzyńskie kobiety robiące pranie nad rzeką, a to pejzaż wioski nad morzem, a to zielona sawanna, pełna zwierząt. Ale największe wrażenie robiły na mnie maski. Były na ogół dziwne i groźne. Po paru browcach robiły się jeszcze dziwniejsze i bardziej groźne, aż kiedyś zastanowiłem się, jakie by były po dragach, ale nie odważyłem się spróbować.
- Co tam słychać w wielkim świecie? – spytał Lou, który nagle wychynął zza moich pleców.
Chciałem mu dogadać, ale wyhamowałem, bo go lubiłem. Zazwyczaj irytowało mnie to pytanie, choć wielu ludziom wydawało się takie zgrabne. Mnie zastanawiało dlaczego pytający jest w gorszym świecie, a odpowiadać ma ten z niby lepszego, ale Lou zostawiłem w spokoju. Mógł przecież nie znać pogmatwanych niuansów naszego języka.
- Mój świat jest mały – odparłem bez emocji – To ty przecież krążysz Dakar-Amsterdam-Warszawa, Konakry-Frankfurt-Katowice i tak dalej.
Lou uśmiechnął się zażenowany. Nie po raz pierwszy okazałem się kmiotkiem. Kiedy go poznałem, pytałem o Senegal, warunki życia, hotele, wyżywienie, napitki. Cierpliwie odpowiadał, nakręcając mechanizm mojej ciekawości, po czym dodał, że bilet kosztuje jakieś 500 USD i skończyliśmy gadkę. Pojąłem od razu, że oprócz Afryki śródziemnomorskiej, którą zagospodarowano za ciężko zarobione marki niemieckie, kontynent posiada słabą bazę turystyczną i rynkowe ceny. Senegalu nie objęły czarterowe loty, sieci hoteli i inne dobrodziejstwa, wymyślane przez społeczeństwa bogate. Niemieccy emeryci ufundowali oazy turystyczne w Tunezji czy Egipcie i przenosili się gdzie indziej, zostawiając teren narodom biedniejszym. Podczas wypadów do Tunezji spotykałem głównie Czechów, Rumunów i Polaków, a w tureckiej Alanyi Rosjan i trzeci sort Niemców. Ostatnio słyszałem, że Hansy i Adolfy eksplorują teraz Karaiby i Meksyk. Takim to dobrze. Dla mnie i Senegal, i Meksyk były mniej więcej tak, jak stąd na księżyc. Pozostawały mi tradycyjne senegalskie pierożki lub sałatka bongo-bongo, żeby choć w namiastce odbyć taką podróż.
- Spoko – uśmiechnąłem się do Lou – Życie może być fajne wszędzie. O tym decydujemy sami.
- Masz rację – przyznał uprzejmie.
Znów złapałem się na tym, że mówię ludziom różne rzeczy, których oni nie rozumieją, bo nie siedzą w mojej skórze. Obiecałem sobie, że następnym razem ugryzę się w język.
- To co, awansujemy w końcu do Ligi Mistrzów? – zagadnąłem już normalnie.
- Wiesz, Barcelona ... – Lou pokręcił głową.
- Kur..., jak nie Parma, to Barca – mruknąłem – A do dupy z tym wszystkim.
Lou uznał, że już wystarczy tej pogawędki i ruszył na obchód swoich włości. Zamówiłem jeszcze jednego browca. Piłem i obserwowałem, jak przychodzą na lunch czarnoskórzy piłkarze, studenci i różni znajomi. Żyli we wspólnocie, wspomagając się nawzajem na emigracji. Gawędzili po swojemu i po francusku. Uczyłem się ze 6 lat, a rozumiałem tylko pojedyncze słowa. To był czas bezpowrotnie utracony. Je suis passe...
Wyszedłem na ulicę i przystanąłem bezradnie. Nie wiedziałem dokąd iść ani co począć z tak pięknie rozpoczętym wieczorem. Skoro postanowiłem wieść proste życie człeka poczciwego, powinienem poszukać Marty, przeprosić ją za wczoraj i obiecać poprawę. Szkopuł tkwił w tym, że wcale mi się nie chciało. W poniedziałek – przyrzekłem sobie i ruszyłem w miasto. Stwierdziłem nagle, że lubię kiedy cichnie zgiełk powszedniego dnia, kiedy wtapia się w ciszę i szarość. Ludzie znikają w studniach klatek schodowych, auta trafiają na parkingi. Pracują tylko kierowcy i dostawcy pizzy. To był zwykle mój czas. Wtedy budziły się moje muzy i zaczynały kopulować, ale tylko analnie - by niczego nie stworzyć, by zniweczyć życiodajny akt. Na szczęście to była już przeszłość i wcale nie musiałem się tym przejmować. Mogłem się włóczyć, uchlewać do nieprzytomności i wszystko olewać aż do poniedziałku. I strasznie mi się to podobało.

Opublikowano

hmm, jak zwykle nie mogłam się oderwać..
choć ta część była jakaś wyjątkowa, widać z każdym kolejnym rozdziałem tak bliski staje się bohater czytelnikowi, że rozumienie go staje się łatwiejsze i przyjemniejsze.
Bardzo mi się podoba, dużo momentów znalazłam tu dla siebie. Momentami zdawało mi się, że czytam kolejne męskie, cięte opowiadanie k.s.rutkowskiego, jeśli go nie czytałeś, to polecam (część znajduje się w archiwum, wszystkie prace natomiast na prywatnej stronie http://brudnehistorie.prv.pl/ ).
Nie wychwyciłam błędów stylistycznych i literówek, nawet jeśli są, choć wątpię (prócz jednego "ę" gdzieś tam :)) to niezauważalne przy czytaniu, bo treść pochałania całkowicie umysł.

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

poczytam kornie, karę śmierci badź księdza Rutkowskiego z rozkoszą... :) choć, jeżeli jeszcze parę okienek wyskoczy na jego stronie, wyłączę, jak TVN, TVN 7, POLSAT i pare innych nieźle zarabiających na reklamie...

Opublikowano

Asherze,

literówki znalazłem ledwie dwie - "pod drodze" i gdzieś pod koniec jest "ludzi" zamiast "ludzie".
W moim odczuciu najwuglarniejszy ze wszystkich odcinków, choć w wielu miejscach jest to uzasadnione. W kilku jednak nie do końca, jakoś nie odczułem, żeby nastrój podstawionego był bardziej wisielczy niż w poprzednich odcinkach. W poprzednich natomiast klął dużo mniej - nie chodzi o jałową estetykę, ale o funkcjonalność. Plucie w dużych ilościach zatraca sens.
Zawrzałem gniewem, kiedy Dawid mówi do matki o własnej legendzie :D toż to Paulo Coelho jest! dożywotnia anatema na tę linijkę dialogu, a Coelho do aresztu!
A tak poważnie - czy dobrze zrozumiałem, że to jest powiedziane tak pod mamusię? skoro już jesteśmy przy scenie z mamą: ogólnie w tym odcinku widać potężne zepsucie więzi międzyludzkich. Więź z matką - jak wynika ze wstępu do tej sekwencji - też jest mocno usztuczniona. Mimo to wypowiedzi matki mają nadwyżkę sztuczności. Uważam, że na tle pozostałych (fantastycznych, do tego nas przyzwyczaiłeś) dialogów, te są sztuczne w sposób sztuczny, a nie sztuczne w sposób naturalny. Ale to zarzut tylko to tej jednej jedynej jedyniutkiej scenki.
Oklaski za Wyspę Niedźwiedzią :) najprzyjemniejsze bodaj wrażenie zrobił na mnie fragment - o ile można to tak nazwać - synestezyjny: Dawid wymienia kontynenty przypisując każdemu z nich jakieś zmysłowe skojarzenie. Paluszki lizać!
Podoba mi się scena z legionistą. Jest zrobiona bez przesady (choć jak znam Marcholta przyburzy się o dysproporcje siłowe ;-) - chyba że Podstawiony jest baaaaardzo chudy, ale jajecznica z sześciu jaj raczej o tym nie świadczy), bez skrajności: nie ma ani pozowania, ani przesadnego olewu, ani - co najważniejsze - patosu. Bo patos jest be :D

Oklaski na stojąco.
I serdeczności. I wielkie plusisko.

Opublikowano

Dzięki, kochani. Fajnie, że mogę dołożyć Wasze 3 grosze i poprawić co trzeba. Freney, doskonale zauważyłeś. O rozpad więzi mi chodzi najbardziej. Jak to już dawno szacowny Bezet-poeta zauważył był, wszyscy ci bohaterowie są odłupani, osobni, egoistyczni, samotni. Bez rodzin, przyjaciół, sensu w życiu. Specjalnie wstawiłem Coelho, bo mnie drażni :) Podpowiedz proszę, jeśli masz jakiś pomysł, jak odsztucznić ten dialog, bo myślę i myślę, a pomysłu niet... Pozdrówka!

Opublikowano

Bardzo gorzko heh.
W tym fragmencie szczególnie udało Ci się zawrzeć bolączki pokolenia. Podoba mi się żonglowanie konwencjami (zagubiony bohater po jakimś przełomie jedzie do mamy, mieszkającej w małym miasteczku), z jednej strony tradycyjnie pokazujesz barierę pokoleniową (schabowy zamiast zrozumienia), z drugiej zwracasz uwagę na aktualność problemu, dziś bardziej powszechnego fenomenu odcięcia (jeszcze) młodych, szukających szczęścia w dużym mieście od korzeni i braku możliwości powrotu.
Sztuczność, o której pisze Freney, dobrze obrazuje zjawisko, że gdy więzi się rozpadają, komunikacja staje się bardzo stereotypowa. Jedynie wypowiedź matki: "Cieszę się, synku /.../ o ciebie bać." być może jest przesadnie sztampowa, matki tak myślą, ale niekoniecznie to otwarcie, jednym tchem, werbalizują, raczej na około próbują ugryźć temat.
Bardzo podoba mi się niepozorne zdanie: "Kiedy wysiadłem, panował już straszny upał." Od razu czuje się odmienność świata w którym znalazł się bohater. Nasuwa skojarzenia retro sennego miasteczka, w którym powietrze 'stoi' a życie toczy się leniwie. Brakuje mi tylko nieistniejącej dziś lokalnej restauracji z jakąś panią Wandzią w obowiązkowym fartuszku serwującą paniom lody melba, panom setki ;)
Dołączam się do oklasków.

Opublikowano

jasne z odcięciem trzeba się pogodzić, tylko jak patrzę na ludzi (bo to nie mój problem), którym w mieście wcale dobrze się nie wiedzie, a wracać nie mają po co, albo zwyczajnie się boją pytań typu: kiedy wreszcie przedstawisz narzeczonego, to smętnie mi się robi
Wandzi nie polecam, takie luźne skojarzenie ino :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...