Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Część I - Refleksy umysłu

1

gdyby tak można było
zawołać go gwiazd ażeby olśniły zegary
na których się nakreśla wskazówką cierpienie
ogromne jak fundament wzniesiony dla godzin
złożony pod ofiarę w owalne otchłanie

czas

noc dzieje się w konstrukcji ciężkiego postumentu
zegar można porównać do zamurowanego okna
ponagla czas i nagle jest nowy poranek
jak świeży uśmiech firan
jak otwarcie okna

tylko nie wiesz skąd Stwórca te okno otwiera

*

godziny na zegarach to liczby spełnione
mające swe nazwiska imiona rodowód
rachunki co falują z wysokością bioder
są martwe
to cyfry na abstrakcyjnych cmentarzyskach
włożone do grobowców rewersów obiektów

**

nicość od liczb się nie uwolni
w nicości trwa ich nieskończoność
z tym że śpi i śpi
i w swoim śnie udaje nieskończone zero

2

piszę nieskładnie
a chciałem po kilku prądach swych przemyśleń
odnaleźć wyważone spojrzenie na wszystko

składałem twarz swą niebu
przykładałem oczy do snu codzienności
spałem ze szlakami
tym snem jest nieprzerwany ruch

myśl pewna zapukała na letnią porę na słońce
by zwrócić mnie ku wyspie mojego dzieciństwa
młodości jednorodnej
młodości jednodrożnej
młodości - jedno pewne:

że od niej na wszystkie strony świata rozbiega się paradoks
stać uciec od pośpiechu
a wszystko nie stanie co wiąże się z istnieniem
ironią zegarów

bo czas się nie zatrzyma
świat się nie zatrzyma
śmierć się nie zatrzyma
wieczność się zatrzyma
ją obowiązują niezgłębione prawa
tak że nawet jesień rodząca własne liście
nie pozna że jest wbita na dziwnym zwierciadle
krążenia zim i wiosen i letnich wieczorów
nie widzą je też zimy i wiosny i lata
ten sam je społem drąży rozwierca toń obłęd

czas nie jest jednorodny
ruch i błysk istnienia poćwiartował jego pełnię jakoby przez wieki
świat dzielił między wschody ciała męczenników

i piszę więc nieskładnie
bo świat jest nieskładny
lecz chcę ja czołgający prądami przemyśleń
utonąć w wyważonym spojrzeniu na wszystko

3

widziałem dość nie wiele
nie będę rozprawiał o rozmaitości
kolorów i obszarów w jakich się udusi wzrok albo utopi
chcę mówić czym jest dla mnie prawdziwe widzenie

mogę śmiało powiedzieć że mało widziałem
dla czasu dla wieczności odczuwam jak ślepiec
świat przeminie a wtedy stać będę przed gromem
wieczności bez widzenia bo to co ujrzałem
przez życie było barwą najwyżej przestrzenią

wciąż żyję
to co można określić widzeniem
ocknięciem ze ślepoty to człowiek tuż obok
nadzieja oprawiona w ramiona miłości
i wiara co porusza ramiona wciąż dalej

4

narodziny
chcę mówić o tym słowie

gdy dziecko się rodzi jest także przez życie
lustrem weneckim pomiędzy dwoma otchłaniami

pierwszy wszechświat przeminął
sens bytu się składa z podwójnych narodzin
odeszły galaktyki włożone w macicach
i Droga Mleczna pępowiny
by spłodzić kolejną z pokarmem matki

pierwsze sny nowo-narodzonych przychodzą ostrożnie
to tylko są wspomnienia po pierwszych ciemnościach

śmierć można porównać do światła
odcina od wody
od pępowiny dróg przestrzeni
śmierć nie jest jednak światłem

5

umarło światło
powietrze już nie jest kanibalem
barwy się stały jednorodne

skojarzenia ożyją wraz z pierwszym kontaktem
z tym co można określić czym byłby wiatr dla jabłka
jeśli nie dla drzew

prawdziwe filozofie pełzają na palcach
ukryte są w powietrzu
i żyją bez światła

mrok karmi ciepło ulic
ostatnie dni wieczorem wciąż palą się wstydem
kuleją na podłogach na szybach i ścieżkach
prostują się gdy w słońcu można wszystko ukryć

rozpusta prostytucja
ciemno-brązowo-zielone obozy pisane z orgazmów
pochówki człowieczeństwa ścielone z barw gwałtów

nie można uznać prostytucji za nie-gwałt i spokój
nie topią pod tkankami kształty fizjologi
lecz gwałci tylko pieniądz przepala i znika

6

Europa
kurze jajko w kurniku planety
pod kwoką codzienności i w blaskach wyroków

Europa
śliska ryba na liniach akwenów
zrywana przez pejzaże sztormowe zegarów
pakować się w kalendarz i wyładowywać
z karteczek kształt bagażu: szczegóły i drogi

na placach białych stolic dopala się światło
na targach wstydem świecą brzęczące ogniska

Europa - pył lub drogi
Europa - wiatr - człowiek


7

najprostsza sekwencja dla ludzkością
świat - dłoń - człowiek
inaczej:
dłoń - świat - człowiek
krew sączy się pod niebem i pije powietrze
pustynie uśmiechają się żądzą ziarenek
gdzie wszystkie chcą opętać dla siebie po duszy

zaklętym korytarzem skąd pisze wiatr w drzewach
kołysze się jak gałąź najprostsza konstrukcja
czas - człowiek - czas - dłoń - czas - świat

odejmuj się od czasu a pokonasz czas

8

muzyka
te pojęcie nie można rozciągać na pięcioliniach dróg i wrażeń
słowa wpadając w jej studnię ścinają swe skrzydła
a trzepot się z dnem zrasta i w pluskach małżowin

muzyka
czekający szum rzeki na hymn o słońcu
lub pieśń słońca z powiewem przybitym do alej

które zwracają owalem i nocą

9

mówiłem o muzyce lecz nawet nie rzekłem
że śmierć głodowa będzie gatunkiem muzyki

głód
równania języków
powietrze w perspektywie prywatnego głodowania
jest księciem który zbierze swój oddział do życia
odzieje tylko ulubieńców we zbroje drachm Zygmuntów rubli
ulubieńcy upiją się ich światłem niczym wątroba spirytusem

przybyli aby okupować przestrzenie w źrenicach
nie zrzucać swoich zbroi by światło kąsało
nie będą je przetapiać we stoczniach krwiobiegu
gdy poprzez te akweny dobiją do portów
nadziei afrykańskiej do portów podniebień

głód
równania języków
języków serc
tkanek


Pieśń pierwsza

oto pieśń jak rozdzielać swą cielesność w liryzm równin
śpiewam chleb językiem wiatr dobiera się do krwi
głód zaprawą jest rozpusty wsiąka jako fuga drzwi
głód unosi luksus wschodów ścian na karkach równych

oto żal rozjątrza krtanie i przenika niebo
wzburza wiatr zacumowany na portach języków
skąd wypływa chory okręt bijąc się z ulewą
oto pieśń światowych ulic i martwych chodników

nad nimi drży powietrze puchnące od kroków
i wlewa w okna twarze jak krople do zlewów
z cieknących zimnych kranów co trzeba dla włosów
naprawić to pieśń głośna od dziennych powiewów


Część II - Imaginacje

1

jestem człowiekiem a może tak siebie nazywam
jakie to przygnębiające że człowiek nazywa
przedmioty i zjawiska co siebie nie nazwą
lecz wszystkie one milcząc określą człowieka

na morzach na pustyniach na stepach i w miastach
napisać swój poemat potrafi zjednane
odbicie wędrownych opadów z oddechem błyskawic
karykatur chmur
istnienie można zrównać do ziemi na której
koczownik południowy Nomad spłodzi oddech
godziny dni garbują jak skóry wielbłądzie
po śmierci dromaderów wskrzeszone przez ciepło

piszę o tym gdyż każdy ma inne widzenie
dlatego stąd wywodzić się może myśl trafna
że Bóg na pewno czeka miłuje i czuwa
bo jak rozważyć jedność wszechświata i ludzi
że duch jest tylko jakąś pogodą lub ciuchem
i trwa pod miastem tkanek w jedynej przestrzeni
gdy każda z gwiazd zachowa się zawsze tak samo
i zgaśnie jak i inne to wspólna ich droga
naczelne homo sapiens: obiera osobnik
co każdy drzewo mniemań i wiesza się na nim
formuje jego pędy gałęzie - w umyśle
te drzewa są samotne co każde to inne

jestem człowiekiem a może tak siebie nazywam

2

jestem chłopakiem mam 18 lat
nie poznałem powietrza i ziemi antycznych
lecz mogę śmiało twierdzić że nie ma przeszłości
a przyszłość jest wymysłem dziurawych języków
gnieżdżących się po kątach w wysokich budynkach

wszystko to teraźniejszość co w sobie się rusza
to nazywamy czasem a zegar to tylko
jest bełkot tego tworu lub jakichś poemat
tak więc wyprawy zimne palących Wikingów
wzdłuż barczystych odbić tarcz
zostaną dopisane do pewnej przeszłości
gdy fiordy wpadną w obłęd czasowy a wtedy
po trylionach napiwków dla słońca w tawernie
planety gdy ponownie podany wschód szczupły
na tacy horyzontu dzień danie z promieni
tak będzie dla wód syty że pękną i zasną
a fiordy będą spijać ich resztki w pijaństwie

wszytko co było i będzie nad Chinami
w mongolskich jurtach w zmarszczkach uśpionych wulkanów
we składzie białych serów w odbycie pod kołdrą
to tylko teraź-niejszość ------
------ bo przyszłość to wieczność

3

w pierwotnych kręgach ognia i smukłych plam myśli
duch ludzki gdy wyrusza w ideę Odysa
przenika przez rośliny byt dzieląc ze światłem
rozdziela swą substancję i skrapla nią gleby
rozziewa blady oddech w źrenice żywiołów

codziennie sen zabijam skazując posłanie
na śmierć głodową ślący znęcone powiewy
ażeby jak padlinę wyżarły obecność
poprzednich dróg i włóczęg promieni po niebie
obdartych z ciepłej skóry w odkrytym posłaniu

nauczyłem rozpamiętywać inaczej nie umiem
mogę stać się okrutnikiem duchowym na trawie
w ogrodach i poprzednie włóczęgi promieni
stulone do falowań pik trawy we słońcu
obdzierać z ciepłej skóry na wszystkich zegarach

śmierć będzie uspokojeniem bo wszystko powróci
południa w południu a wschody we wschodzie
wieczorne hordy wiatrów w jedynym powiewu
wszystkie dni skupione w ginącym przebłysku
śmierć może być lekarstwem tęsknocie za dawnym

4

w samopoczuciu słońca
migrującego narkomana za rdzenną ciemnością
przedzielam strumienie tożsamości drgającymi pęknięciami spłodzonych wieczorów

wysycham pod wilgocią piętrzących przechadzek
godziny są jak struny i wstawią do duszy
krajobraz somalijski wzdłuż ognisk języków

jestem jak galeria obłoków w historii wsączona w płoche niebo
lipcowej środy czwartej siedzącej na tronie
gałęzi dynastycznej śród tego miesiąca

---------------------------------------------------------------------

5

obrazy jakie mogę przerzucać wspomnieniem we wzroku
dziś wzywam na batalię ze słońcem i światłem
rozkażę im by mogły ustawić się wspak
co do kolejności ustania na tarczach
dopiero pośród kolumn barwnego pałacu
rozpocznę szukać siebie skłębiony umysłem
kroki preparowały mą ziemską obecność
rozbłyski dni chowały kształt przeszły w otchłanie
chcę stanąć twarz przy twarzy z historią nie klęcząc
przed cierniem ujarzmionym myślących traktatów
kamieni pism przed cierniem trzymanym przez piaski
niech zaćmi się w obrazach mojego istnienia
globalne gospodarstwo z siewnikiem - ze słońcem
niech zaćmi się bo nie chcę spaść w ramię wpół-miękkie
w objęcia na wpół-twarde w jaskinię gospodarstwa
ja jako czarna grudka chcę błysnąć raz w słońcu

6

świat
miłość jest klejnotem
lecz jak to jest możliwe że wciąż jest szlifowany

jaki kamień szlachetny mógł dotknąć jej serca
opętać własnym szlifem historią i zasnąć
w jej wnętrzu tym błękitnym pragnieniem dla ptaków

to ten kamień szlachetny co wprawił kolejnym
dotknięciem jej błyszczenia z nad-jasnych w wszech-jasność


Pieśń druga

kim ja jestem odpowiedzcie wody literami koryt
jak się zmieniać rzeknij światło wyschnięte we włosach
jak przeze mnie czas się tłoczy i zegarem rosa
jaki pająk poluje na godziny w tłumach stolic

on zasiada na zegarze południe to odwłok
wschód zbiega się ze wskazówkami sześciorga kosmatych
gdzieś mucha - białe narodziny ulecą - tuż obok
a potem się w kokonie uduszą wśród braci

kokonem jest nasz umysł korzenie spraw w słońcu
to pieśń jest jak upadać by upaść najgłębiej
a gdy już otchłań siądzie i falą przybędzie
z wygnanym w krew wśród równin krwią ożyj wraz z sercem


Część III Milczenie

*

istoty wyposażone ze skrzydeł są najlepszymi aktorami
nie piszą sztuk we skromnych skrzydlatych teatrach
reżyser też jest nieobrany wyjawia się samoistnie
jak aktor który zacznie swój spektakl na niebie
i wtedy gra dwóch ludzi bez przodków i podań

***

opowiem o sobie o wzorcach obsesjach odurzeniach
kapiących przez szyjki butelek - dwóch źrenic i powiek
są pełne tylko w nocy a płytkie wieczorem
codziennie inna banderola przyciska do ziemi
codziennie banderola wędrowna powieka
otwiera się inaczej --------
-------- nie ma nikogo kto przyjdzie wypije z butelek
a światło nie jest w stanie roztrzaskać widzenia
te klei się do kształtu smukłego udaje
skupioną sieć kryształków myślącego szkła

a może oddać siebie na skup milionów wspomnień
historii myśli i doświadczeń podbiegających do gwiazd
(tu łamią nogę)
zakrętką tej butelki jest skóra błyszczące ułomne moje serce
i tkanki we których przykurczam się jak szczątki antyczne nad złotem

nie umiem opowiadać o wzorcach tu zmilczę

*

akt seksualny jest stanem gdy ciało wmawia spętanemu
że miękki owal sypie powłokę z głąb duszy
przełyka przez swe warstwy mistyczne języki
wchłaniając je w chwilową niepamięć i chaos
to migracja wieczności po płaszczyznach zmysłów
gdy tkanki wyrywają i łapią w głąb ducha
spitego co wymienia pajęczym się trunkiem

***

przyjdź wieczność do wieczności
historie do dziejów
istnienia do istnień
odejścia do odejść

milczenie w żyłach puchnie zabrane na język

o świcie się spotkacie doznając podobnie
gdy mały człowiek przejdźcie i weźmie was w dłonie
rozkoszy nie wypluje ze śliną
śmierć będzie się czołgała na jego języku
i mały człowiek pójdzie nie legnie do światła

*

ilekroć patrzę w lustro nie widzę przyszłości
odbity promień jest dopełnieniem niedokończonych zegarów
nikczemnie udających dniem panów światłości
po zmierzchu wdziewających insygnia ślepoty

codziennie myśli oddychają z bliźniaczą godziną na piaskach istnienia
i tylko w lesie zając zna przyszłość swej skóry
gdy wschodzi wilk - ostatni poranek i słońce
codziennie swoje drogi prowadzić na ścięcie
na stosach unosiła się dusza wraz z dymem
na stryczkach grawitacją
w komorach przez komin
to filozofie o śmierci

na co dzień ćwiartujemy na chlebie wzruszenia
padamy pod chorągwią spóźnionej dzwonnicy
gdy tyle słów i znaków w głąb biło przez żebra
jak deszcz po kamiennej kobiecej sylwetce
przez którą płynie otwór i dzwony z mosiądzu
na co dzień rozcinamy promienie i ciszę

------------------------------------------------------------------------------

Pieśń trzecia (powtórzona)


oto pieśń jak rozdzielać swą cielesność w liryzm równin
śpiewam chleb językiem wiatr dobiera się do krwi
głód zaprawą jest rozpusty wsiąka jako fuga drzwi
głód unosi luksus wschodów ścian na karkach równych

oto żal rozjątrza krtanie i przenika niebo
wzburza wiatr zacumowany na portach języków
skąd wypływa chory okręt bijąc się z ulewą
oto pieśń światowych ulic i martwych chodników

nad nimi drży powietrze puchnące od kroków
i wlewa w okna twarze jak krople do zlewów
z cieknących zimnych kranów co trzeba dla włosów
naprawić to pieśń głośna od dziennych powiewów


24 - 30 VII 2011r.

Opublikowano

Moje odczucia, to wzmagające się niedowierzanie w to co czytam i ogromny podziw. Z każdym wersem rosły emocje i chyba o to chodzi. Pięknie to napisałeś, naprawdę jestem pod ogromnym wrażeniem co w Twojej głowie siedzi, jak potrafisz zaskakiwać. Czytałam jednym tchem. Jeszcze nie mogę się otrząsnąć, a do tego dochodzi fakt, że masz o 20 lat mniej niż ja...Gratuluję.

W części II, 3 strofa, 3 wers od dołu, ostatni wyraz: nie powinno być "powiewie" ?

  • 3 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Waldemar_Talar_Talar Dziękuję za szczery komentarz, bo to wszystko prawda. Cóź mogę powiedzieć.. Trzeba nieustannie dbać o to, żeby w merytoryczny i przystępny sposób przekazywać wiedzę kolejnym pokoleniom, żeby wiedziały więcej.. żeby np. rozumiały PRAKTYCZNĄ część zastosowania "nudnej" historii, a mianowicie, iż historia to dziennik zdarzeń, który wykorzystany w odpowiedni sposób pozwoli oszacować przyszłość. Najciekawsze w tym jest to, że pisze to człowiek, który raczej ukochał przedmioty ścisłe: matematykę, fizykę, chemię, biologię, etc. ;) Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński   @Poet Ka Jest mi bardzo miło, że mój skromny wierszyk się Tobie spodobał Poet Ko :) Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński   @Berenika97 Mam dokładnie to samo zdanie. Uważam, że jako Polacy posiadamy na tyle intelektu i sprytu, że powinniśmy to wykorzystać. Nie na darmo słowo wywiad i kontrwywiad po angielsku to odpowiednio: inteligence i counterinteligence. ;) Dziekuję za przepiękny, rymowany komentarz, który mógłby być doskonałym uzupełnieniem tegoż wiersza. Bardzo to doceniam Bereniko. Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński      
    • porwane w ry- trzepot lekkich skrzydeł w wietrze nawzajem przycią- wpadają w quasi-śnieżny puch w impecie zaginają sobie skrzydła skra, rzucona w ogień zapalniczka słońce najcieplejszego dnia w tym roku smugi jak opatrzność bo- stęk połyka jej sapiący oddech pot to rosa miłości skraplana z trudnej do wdechu, ach, pa- pary, pary.. w powietrzu... smuga jego cienia ledwo widoczna z zniknęła jacy oni muszą być czer- jej skrzydło muska jego skrzydło tracą na chwilkę swe impety on ucieka, od tego, że goni ona goni, za tym by uciekać gorący wiatr po- porywa ziarnka piasku na rzęskach osiada więcej puchu za słabe skrzydła by je złamać trzeba by je zmiąć, czy podrzeć wir..zakręcił        ...nie nie widzę nie widzę cię a wiszę, wiszę kiedy ćmy wskakują w ognie wskaż mi dro- gi, drogę, drogi, drogi zderzenie samymi paliczkami odrywa z obu część energii aż padną oboje na ziemię   ============ dla najlepszego efektu sugeruje się, aby osoba recytująca wykonywała w międzyczasie deskę.
    • Zamknięty na pustej łące. Uwierzył. Ma przy sobie śniadanie, lecz usłyszał, że odczuwa głód. Uwierzył i opada z sił. Cisną go buty, chociaż idzie na bosaka. Też uwierzył. Pada deszcz, lecz nie może zwilżyć ust. Kolejny raz uwierzył. Ma dziesięć centymetrów wysoka, a trawa cholernie wysoka. Tak rzekł Głos.   –– A on uwierzył? –– Skąd wiedziałeś? Prorokiem jesteś? –– Jestem mówiącą małpą. Wierzysz? –– Wierzę. –– Akurat… zwierciadłem. Wierzysz? –– Wierzę. –– Cholera jasna. Czy jest coś, w co nie wierzysz? –– Tak. –– Co? –– Nie wierzę, że mógłbym w coś nie uwierzyć. –– To jest sprzeczność. –– Wierzę, że nie jest. –– Hmm… a zatem nic dziwnego, że jesteś... kim jestem.   ***   –– A kim jesteś? –– Tym, w co wierzysz. –– A w co wierzę? –– Skąd mi wiedzieć, konkretnie w co? Jestem wszystkim. –– Jak to wszystkim? –– Skoro wierzysz we wszystko, a ja jestem tym w co wierzysz, to jestem wszystkim.   –– Nie chce wierzysz we wszystko. Chce mieć wybór. –– Trudna sprawa. Szczególnie dla ciebie. Kolejna sprzeczność. –– A wiesz, że zawsze kłamię? –– Skoro powiedziałeś prawdę, że zawsze kłamiesz, to nie zawsze, bo przed chwilą nie skłamałeś. A jeżeli skłamałeś, że zawsze kłamiesz, to też nie zawsze kłamiesz. –– Ale wierzę, że kłamię. –– Czyli nie we wszystko wierzysz, bo w niektórych kwestiach mogłeś mnie okłamać? To ja już nie wiem, kim jestem. –– Wierzę, ale to nie zmienia faktu, że przez to zmienię realny świat. Pozostanie takim jakim jest faktycznie. Moje wierzenie lub nie, tego nie zmieni. –– Zatem dla każdego innym, w zależności od kontekstu, związanego z jego pojmowaniem świata. Czyli każdy ma swoje małe światki, z którymi się boryka w jednym dużym, takim samym dla wszystkich, w sensie niezmiennych zasad. –– Niezmiennych? Czy aby na pewno? Wierzę, że nie.   –– Skoro wierzysz, że potrafisz kłamać, to nie wiem, czy mogę ci zaufać? –– Nie możesz. A wiesz dlaczego? –– Wiem. Bo ty sam sobie nie ufasz? –– A ty? –– Nie można do końca ufać teatrowi, w którym gra się główną rolę. Kurtyna może być podniesiona za wcześnie. –– Lub za późno zasłonić nasze przedstawienie, przed publicznością. –– Chyba, że jej nie będzie. –– Ważne, by mieć dystans do samego siebie i wciąż ten dystans pokonywać, czasami na bieżni autoironii, co daje zupełnie inna perspektywę, spojrzenia na bliźniego swego i świat wokół. –– Jest jeszcze sufler. –– A co ma sufler do tego? Wierzysz, że jest i zawsze słusznie podpowie? –– Wierzę, że trzeba nam skończyć przynudzać, bo żaden rozumny tego nie przeczyta, ze zrozumieniem.   –– Rozumny w jakim zrozumieniu? W porównaniu, do jakich umysłów? Racjonalnych, zwariowanych, roztropnych, praktycznych, szalonych, abstrakcyjnych, stąpających twardo po ziemi lub kompilacji tego wszystkiego, co wymieniłem i nieskończonej reszty możliwości –– Wierzę, że umysł nie może stąpać twardo po ziemi. –– Ale jego transporter szarych fałd, już tak. –– Chyba, że się poślizgnę na własnej pewności, bo za gładko. –– Pewności czego? –– Wszystkiego w co wierzę, że uznaję za pewne. –– Na przykład życia po tym, jak zwalisz… –– Kupę? –– Nie. Kopnę nogą w kalendarz, a kołek w ścianie, za bardzo przerdzewiały? –– To akurat nie jest pewne, to całe: po tym, aczkolwiek możliwe. Na to nie mamy żadnego wpływu. Pozostaje jedynie cierpliwie czekać i tu akurat jest pewność, że każdy doczeka swój rozkład jazdy. –– Dokąd?   –– A skąd mam to wiedzieć? Nie byłem, nie wróciłem, a jak będę, to nie wrócę. Można jedynie domniemać, że jeżeli nic tam nie ma i znikniemy zupełnie absolutnie, razem z tym wszystkim, cośmy dokonali jako rasa ludzka, to można takie założenie, bardzo skrótowo przyrównać do sytuacji, kiedy człowiek przeżywa wiele wspaniałych przygód i nagle doznaje totalnej amnezji i nic nie pamięta, z tego co przeżył. To równie dobrze, mógłby tego wszystkiego nie zaznać i wyszło by na to samo. Szczęście nie pamiętane w nas umiera. Przestaje być szczęściem. –– Zło nie pamiętane, też przestaje nas męczyć jak diabli. Bo ta cała rasa, taka święta nie jest. I my razem z nią. Tfu! –– Ale jest czasami potrzebne w sensie porównawczym, by wiedzieć, co nas dobrego spotkało i co nam się udało uniknąć, gdyż czasami o tym zapominamy. Niezapominajki mają lepiej. Rosną i wszystko pamiętają. –– Nie wiem czy lepiej, skoro tak. No dobra. Kończmy, bo zgłodniałem. –– Chcesz mnie zjeść? A może wszystkie rozumy? –– Zgadnij w jakim zrozumieniu, jestem rozumny? –– Tak głupkowato skończymy naszą wspaniałą, jakże nowotarską dysputę? Jak tak można? Czterema razami o rozumach?   –– No przecież jesteśmy aż i tylko ludźmi. Potrafimy równie mocno miłować lub przeciwnie. Taki kogel mogel, cały czas przez los, lub nas samych mieszany. Mamy rozum, ale nie całą wiedzę, by pojąć chociażby własny umysł i nie podcinać gałęzi, na której siedzimy, od strony pnia. Już nie wspomnę o tym, co poza naszym pojmowaniem.   –– A o czym nie wspomnisz? –– Co? Długo tak będziemy siedzieć i wspólnie milczeć. Nawiążmy wreszcie jakąś sensowną rozmowę. –– A o czym nie wspomnisz? –– Co? Długo tak będziemy siedzieć i wspólnie milczeć. Nawiążmy wreszcie jakąś sensowną rozmowę. –– A o czym nie wspomnisz?...        
    • @Na liniach czasu   lato z miodem   niebo z konstelacjami gwiazd   łąka złocista od kwiatów    lgną i tak przenikają się   jak miód na tej kromce chleba     dając smak ciepłych miesięcy   i kwiatów w słońcu stopionych
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...