Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

bezimienny horyzont
wyznaczony granicą wszechświata
chciał go nazwać
imieniem ciepłego lata

nie widział go dobrze
solą łez zamglone miał oczy
nie znał drogi
którą ślepe serce kroczy

wiedział tylko
że musi nadać mu imię
że to jego cel
że bez tego zginie

chciał złapać marzenia
przytulić do piersi
napełnić duszę
pisaniem swych wierszy

szedł ufny pieszcząc nadzieję
w namaszczeniu istnienia
kroczył drogą bosy
stąpał po ostrych kamieniach

wierzył, że odnajdzie sny
malowane kolorową tęczą
że dotknie horyzontu
że dzwony zadźwięczą

walczył z przeciwnościami losu
w ciszy, z mozołem, bez hałasu
nie nadał mu nazwy
zabrakło mu czasu

odszedł tak jak żył
samotny rodzynek
nie dotknał horyzontu
znalazł odpoczynek

Opublikowano

Myśl - na tak. :-)
Ogólne wrażenie - pozytywne. :-)
Forma moim zdaniem jeszcze do dopracowania.
Uwaga dot. przedostatniej zwrotki, wers pierwszy
- "przeciwnościami losu" (w tym kontekście używamy "przeciwności" w liczbie mnogiej)
Pozdr.
Libra

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Arsis    piękno, smutek, symbol,   forma graficzna - która mi się podoba    i tak zwane lśnienie (promyk - idąc za L.M.Montgomery)  
    • @Gra-Budzi-ka Oj,

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      jakie fajne! 
    • @Poezja to życie   oby perfekcyjnie zabijał ! I bezboleśnie

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      pozdrawiam !
    • Przechodzą cicho, mając przeszklone spojrzenia. W przedpokoju. W pokoju. W noc ciemną i tkliwą. W noc majową. W pełną szumiących liści, pełną drzew, gałęzi, podziemnych korzeni.   I w tę noc podążają moje złudy, widma… Te moje odwieczne i wciąż milczące od lat pięćdziesięciu chore iluminacje.   Przepoczwarzają się. To znów nieruchomieją. Ale są. I płyną naprzeciw obłokom bez-szepnie. Albo szepczą jak wiatr na przekór milczenia. Albo się stwarzają od początku. I znowu. I wiecznie…   Dręczy mnie ta struna. Zaciska się coraz ciaśniej.   W bolesnym skowycie powolnego rozpadu.   W progu uchylonych drzwi leży zakurzone truchło jakiegoś ptaka. Szkielet obsypany piórami. I ten szkielet podobny raczej do szkieletu człowieka, lecz z białą podłużną czaszką i z otwartym w jakimś zastygłym grymasie dziobem.   I z czarnymi oczodołami niewidzącej śmierci. Tej samej, która naznaczyła spojrzenia mojej matki i ojca, kiedy ich oczy wyrastały z czarnej, błotnistej, mokrej od deszczu ziemi. Wyrastały jak kiełkujące pąki jakiejś melancholii spomiędzy kwiatów białych chryzantem.   A więc rozbił się przed wiekami ten ptak, nie-ptak.   Roztrzaskał w koszącym locie. W gazetach pisano wtedy: to było samobójstwo.   (Włodzimierz Zastawniak, 2026-05-05)      
    • @.KOBIETA.     dziękuję wszystkim

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      tak …spokój wewnętrzny bez czynników zewnętrznych ! Buziaczki
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...