Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dzień zapowiadał się pracowicie. Zamiast siedzieć bezczynnie i gapić się w ekran komputera, musiałem pomóc zaprzyjaźnionemu z firmą gabinetowi stomatologicznemu zredagować artykuł sponsorowany do piątkowych wydań gazet lokalnych. W sobotę miały się odbyć targi poświęcone tej właśnie dziedzinie medycyny i AllDent zamierzał zaskoczyć konkurencję. Pani Danuta przyniosła przefaksowany z Gdańska niby wywiad z jakimś specjalistą od szwedzkich koron całoceramicznych, który z mojego punktu widzenia nie nadawał się do niczego. Zaczynało się to dziwo od retorycznego pytania, czym korony Procera różnią się od pozostałych, potem następował idiotyczny tekst : z tym pytaniem zwracamy się do doktora... Nie wiadomo było kto się zwraca, bo wywiad nie był podpisany. Później owi tajemniczy ludzie znów zwracali się z pytaniem, tylko do innych lekarzy, zaś całość raziła nieporadnością stylu do tego stopnia, że musiałem całość przepisać na nowo. Zajęło mi to około dwóch godzin, ale rezultat bardzo ucieszył panią Danutę. Dołożyliśmy do tekstu dwa zdjęcia aparatury odwzorowującej od 20 do 40 tysięcy punktów powierzchni zęba i dodaliśmy podpis fikcyjnego autora. W takim kształcie artykuł mógł trafić do składu.
Kiedy żegnałem się z panią Danutą zadzwonił mój telefon komórkowy. To był Sven, dawno nie widziany i nie słyszany kumpel ze studiów. Nie mogłem podjąć rozmowy, więc obiecałem oddzwonić. Trzymaliśmy się razem we trójkę z Luisem, ale żaden z nich nie dotrzymał końca studiów. Luis zmienił kulturoznawstwo na politologię, a Sven na trzecim roku podjął się robienia interesów i zabrakło mu czasu na edukację. Najpierw handlował meblami sprowadzanymi z Niemiec, potem założył z grupką znajomych spółkę, wydającą gazetę poświęconą relacji Polska – Unia Europejska.
Pewnego dnia, będąc jeszcze na pierwszym roku, wyszliśmy z sali projekcyjnej z głowami nafaszerowanymi teoriami Eisensteina i usiedliśmy na ławce przed Colegium Novum. Gadaliśmy, biegaliśmy na Wiślną po piwo i znów gadaliśmy, aż nadszedł wieczór. Sven bronił Bergmana, którego nie znosiliśmy, Luis lubował się w Bunuelu, którego kochaliśmy, a ja forowałem Antonioniego, którego szanowaliśmy. I ksywy dla chłopaków znalazły się same. I połączyła nas przyjaźń na całe życie. Svena ochrzciliśmy na cześć Svena Nykvista, operatora Bergmana, Luisa zaś na część Bunuela. Tylko ja zostałem Dawidem, bo Antonioni miał na imię Micheleangelo...
Obiecałem oddzwonić, lecz nie zrobiłem tego. W ferworze pracy zwyczajnie zapomniałem. Zaraz po wizycie pani Danuty rozdzwoniły się telefony, jak gdyby klienci uparli się, by załatwić u mnie interes w tej właśnie chwili. Obsłużyłem może ze sześciu i uciekłem na obiad. Szef tego nie tolerował, ale mój żołądek był nieubłagany. Przychodziła pewna godzina i zaczynało mi burczeć w brzuchu. W jadłodajni przypomniał o sobie Sven.
- Wybacz. Mam cholernie ciężki dzień. Zapomniałem oddzwonić.
- Nie szkodzi – w jego głosie dominowała pewność siebie człowieka, który dużo osiągnął i zdążył poznać swoją wartość. – Co u ciebie?
- Nic. Ani kroku w przód.
- A ja kupiłem dom – oświadczył i zawiesił głos, czekając na moją reakcję.
- Gratuluję – odparłem po prostu.
- Chcemy z Sylwią urządzić w sobotę „parapet”. Przyjdziesz?
To dlatego dzwonił. Poczułem nutę żalu, że po tak długim okresie milczenia, nie odnowił kontaktu bezinteresownie. Machnąłem ręką. Uznałem, że się czepiam, bo mu zazdroszczę nosa do interesów, pozycji w życiu, nowego domu.
- Wpadnę – mruknąłem – Oczywiście. Kto jeszcze będzie?
- Mój wspólnik z żoną, siostry Sylwii, kilku znajomych. Zaproś Luisa i Bartka, jeżeli masz z nimi kontakt.
-Z Bartkiem nie ma problemu, ale Luis jest na platformie wiertniczej gdzieś w Zatoce Meksykańskiej.
- Fiu. – jęknął z zazdrością – Pewnie w miesiąc zarobi tyle, co ja przez pół roku.
Rozmowa nie kleiła się. Po chwili było po wszystkim. Wypytałem tylko o godzinę przybycia i adres. Okazało się, że nowy dom Romana i Sylwii stanął w najbardziej ekskluzywnej dzielnicy Krakowa – Woli Justowskiej. Przez całe popołudnie próbowałem wyobrazić sobie jego rozmiary, kształt i wyposażenie.



Wieczorem zostałem zaproszony do współpracy przy redagowaniu nowego studenckiego magazynu kulturalnego. W bardzo uroczysty sposób oświadczył mi to w pubie Michał Zub, który - odkąd pamiętam - był niespokojnym duchem twórczym i wiecznym organizatorem.
- Dlaczego ja? – zdumiałem się – Nie studiuję od dobrych kilku lat.
- Masz doświadczenie – usłyszałem.
Nie da się ukryć. Doświadczenie miałem. Zakładałem wszelkie na pół podziemne pisma, artziny i funziny, lokalne gazety i studenckie magazyny. Istniałem wszędzie tam, gdzie słowo miało wagę, sens i znaczenie. Udzielałem się wierszem, prozą, esejem, felietonem. Parę razy nawet byłem redaktorem, do którego musiało się mizdrzyć iluśtam głodnych chwały rycerzy pióra. Drukowałem też w wielu przygodnych antologiach dla młodych, amatorów i innych jeszcze nieznanych. Raz nawet zaryzykowaliśmy z Luisem wspólne wydanie tomu prozy, ale przepadło bez echa; kilka pudeł leżało gdzieś na strychu domu moich rodziców. Nie mogłem zatrzeć w mojej obolałej duszy wrażenia, że ta klęska to głównie moja zasługa. Nigdy tak naprawdę nie ukończyłem żadnego utworu. Większość z nich urywała się w momencie, kiedy traciłem pomysł na ciąg dalszy i musiałem tuszować blizny po amputacji. Zlepek tak okaleczonych, rozpękniętych i niespójnych tekstów trafił do składu wraz z równymi, dokładnie zredagowanymi opowiadaniami Luisa. To nie mogło się powieść, ale zignorowałem ten fakt, wiedziony skrajnie absurdalnym optymizmem, z jakim w fazie początkowej podchodzę do każdej niemal rzeczy. Luis posiadał tę szczególną cechę, że pisał wprost co mu leży na wątrobie, oprócz osadu po tysiącach piw i kaw wychylonych wcześniej. Jeśli szukał formy, to do jasno określonej treści. Ja, niestety odwrotnie. Ciekawe jak mu tam na platformie?
- Dzięki, Michał, ale nie – odezwałem się po chwili – Ja już tego nie czuję.
Wyglądał na niepocieszonego. Długo mi się przypatrywał, aż wreszcie dojrzał w moich oczach determinację. Skrzywił się lekko i pokiwał głową.
- Szkoda. Masz coś, co pozwala ci ufać, że gazeta będzie wyglądała jak trzeba. Znajdę kogoś, ale wolałbym ciebie.
- Przykro mi. Napijmy się.
Skoczyłem do baru zanim zdążył odmówić. Obserwowałem jego przygarbioną sylwetkę, gdy coś notował w podręcznym zeszycie. Biła z niej niezwykła siła, choć do postawnie zbudowanych raczej nie należał. Siła ta musiała pochodzić z ducha, który utrzymywał go w formie przez te wszystkie lata wzlotów i upadków. Wciąż nosił długie włosy, pokręcone w drobne loki i upięte gumką z tyłu. Kiedy je rozpuścił i upiął od nowa, wyglądał jak kobieta poprawiająca swój wizerunek po trudach całego dnia.
- A słyszałeś, że po Nocy Poetów ma się odbyć Festiwal Prozy? – zagadnął, zaczerpnąwszy łyk zimnego piwa.
Wzruszyłem ramionami, choć zapiekło mnie gdzieś w środku. Wśród poetów nie byłem, bo nie umiałem się dopasować do kolegów i ich kolegów; zresztą i tak nie wierzyłem w swój talent do klecenia wierszy. Teraz zapaleńcy wzięli się za promocję prozy i wcale nie zamierzali mnie zapraszać do swego grona. Michał także próbował dopasować się do wymagań określonych gremiów, aż w końcu wybrał banicję. Mimo to widziałem, że zachowuje pogodę ducha i odpowiedni dystans. Obaj nominalnie wciąż należeliśmy do stowarzyszenia Przyszłość Kultury, lecz nie zapraszano nas nawet na walne zgromadzenia co dwa lata. Mój scenariusz Festiwalu Grozy leżał na dnie szuflady, zaś projekt Michała dotyczący integracji młodzieży europejskiej utknął gdzieś pomiędzy fundacjami. Pomijając czas poświęcony pracy nad tworzeniem biznes-planów i różnych śmołów-wołów marketingowych, wyszliśmy na zero. Michał odszedł pierwszy. Już podczas zgromadzenia statutowego klika dała mu po łapach, gdy starał się zostać skarbnikiem stowarzyszenia, a potem przegłosowano go przy obsadzaniu stanowiska sekretarza. Ja wytrzymałem kilka godzin dłużej. Poszliśmy całą grupą uczcić sukces i trochę się opiliśmy. Prezes Mikołaj Szpak, pogryzając odmrożoną w mikrofalówce zapiekankę, zaczął roztaczać przed nami niesamowite wizje. Mnie obiecał, że na festiwalu w Cannes, zasiądę między Zygmuntem Kałużyńskim i Tadeuszem Sobolewskim. Pieniądze miały się znaleźć z dotacji rektora dziekana, Samorządu Studenckiego i NZS-u. Już nie potrafiłem traktować go poważnie, choć żądna kariery klika ochoczo mu nadskakiwała.
- Widziałeś tomiki wydane po Nocy Poetów? – spytał Michał bez oznak złośliwości – Same znajome nazwiska.
- Niech zgadnę – roześmiałem się – Jeden drugiemu napisał recenzję?
- Pewnie. To jedyne takie zjawisko na świecie.
- Ech życie – westchnąłem.



Wychyliłem z Michałem kilka piw i wpadłem na idiotyczny pomysł. Ktoś obliczył, że po Krakowie porusza się ze 60 000 poetów. Zastanowiło mnie gdzie też się podziewają. Popytałem ludzi w pubie, lecz nikt się nie przyznał, że pichci wierszydła wieczorową porą. Wybrałem się więc na jedno z krakowskich osiedli. Plan był prosty. Z puszką piwa w ręce chodziłem od bloku do bloku i dzwoniąc domofonem, pytałem, czy mieszka tam ktoś, kto pisze wiersze. Wyglądało to mniej więcej tak:
- Dobry wieczór szanownej pani, Rafał Respondek z Krajowego Biura Statystyk. Czy w państwa domu ktoś pisze wiersze?
Co trzeci raz słyszałem: spadaj, czubku!, raz ktoś pytał, czym handluję (przeklęci akwizytorzy), raz kobieta stwierdziła, że nie wie, ale poprosi męża, często nikt się nie odzywał (witaj praco). Jedna miła staruszka zaprosiła mnie na górę.
Zaskoczony wyjechałem windą na ósme piętro. W drzwiach czekała wiekowa pani z siatką na płowych włosach. Choćbym chciał, nie umiałbym opisać jej twarzy. Ludzie w pewnym wieku zatracają rysy i stają się podobni do innych ludzi w pewnym wieku. Najbardziej zapadły mi w pamięć jej, rozwodnione jakby, błękitne oczy, patrzące na świat z naiwnością dziecka.
Wszedłem do maleńkiego mieszkania i przycupnąłem na niewielkim taborecie przy kuchennym stole.
- Napije się pan herbaty? – zapytała gospodyni.
- Chętnie – odparłem, choć wcale nie miałem na herbatę ochoty.
Wtedy starsza pani odwróciła się do mnie z szerokim uśmiechem.
- Ach, nie. Młodzi ludzie nie pijają herbaty. Mam pyszną porzeczkową nalewkę na spirytusie.
- To może nalewkę poproszę...
Maleńki kieliszek, maleńka butelka, niewielkich rozmiarów gospodyni – wszystko kojarzyło mi się ze światem małych dziewczynek, które bawią się lalkami. Mieszkanko starszej pani wyglądało właśnie jak dom dla lalek.
- Urodziłam się w roku, kiedy zatonął Titanic – oświadczyła gospodyni, zasiadając naprzeciw mnie – Wie pan który to rok?
- 1912 – rzekłem bez zastanowienia.
- Tak. Tylko ja przyszłam na świat we wrześniu. Pytał pan czy piszę wiersze. Param się poezją od prawie siedemdziesięciu lat. Pierwszy wiersz napisałam w liceum. Niestety, zaginął podczas wojny razem ze setkami innych, które wówczas powstały. Ale jego mi szkoda najbardziej. Był o wiośnie. O tym, jak rodzi się życie, niczym niepohamowane, bujne, radosne. Ja byłam tą wiosną. Mój pierwszy tomik wydany przy pomocy Związku Pielęgniarek nosił tytuł „Życie jak majowy poranek”.
Słuchałem jak zaczarowany. Ktoś, kogo otoczyła jesień życia, rozprawiał wciąż o wiośnie. Burzliwe lata wojen, przemian politycznych i własnych doświadczeń nic nie zmieniły w sposobie postrzegania świata tej kobiety.
Spędziłem u niej ponad dwie godziny. Przez ten czas tylko słuchałem i wcale nie miałem ochoty jej przerywać. Wyciągnęła skądś stosik wyblakłych, poplamionych kartek, wystrzępionych kajetów oraz wydanych niewielkim sumptem tomików. Co parę chwil wybierała jeden z wierszy i deklamowała z przejęciem – o swoim sercu, które jest jak dziki zwierz, o rozwijających się z biegiem lat dywanach mądrości, o wiośnie na grzbiecie skowronka. Była lepsza niż większość tych, których zdarzało mi się słuchać w krakowskich ośrodkach kultury.
Zupełnie wytrzeźwiałem. Wracając przez osiedle, cały czas szlochałem. Nie był to szloch pijacki, histeryczny – nazwałbym go raczej emocjonalnym pęknięciem na skutek głębokiego przeżycia.
Nazajutrz jednak szybko o tym zapomniałem, bo w ciągu nocy wydarzyły się inne rewelacje.
- We śnie spotkałem anioła - oświadczyłem rano Marcie .
Leżałem na pościeli i ćmiłem kolejnego papierosa. Zupełnie nie chciało mi się ruszyć. Impreza u Svena miała zacząć się wczesnym wieczorem, więc nie miałem po co się spieszyć.
Marta omiotła wzrokiem bałagan, jaki po sobie zostawiłem i położyła się obok. Zeszłej nocy nie pojawiła się u mnie, co przyjąłem z prawdziwą ulgą. Nic do niej szczególnego nie miałem. Po prostu zrobiło się jej za dużo w moim życiu. Dusiłem się. Nikt nie powinien od drugiego człowieka oczekiwać całkowitego oddania ani nieustannego zainteresowania jego osobą i problemami. Marta była męcząca jedynie wtedy, kiedy jej obsesje powracały. Gdyby teraz zaczęła tę starą, natrętną melodię, zatarg pomiędzy nami rozogniłby się na nowo.
- I co? - zapytała po chwili.
- Sam nie wiem...
Była zdziwiona. Przekręciła się na bok i podparła ręką brodę.
- Jak wyglądał?
- Nietypowo - mruknąłem, zastanawiając się, czy potrafię go opisać - Właściwie był karłem. Brzydkim jak cholera i złośliwym. Dogadywał mi, a klął przy tym jak szewc. Drażnił mnie. Ale później zaczął mówić tak mądre rzeczy, że sam nigdy bym takich nie wymyślił. Wywrócił mój światopogląd do góry nogami i sobie poszedł.
Marta długo milczała. Potem zaśmiała się radośnie.
- Muszę przyznać, że kłóci się to z moimi dziecięcymi wyobrażeniami - skwitowała, uznając widocznie, że to kolejne z moich bredzeń.
- Z moimi też.
Więcej do tego nie wróciliśmy. Po raz pierwszy spojrzałem na nią po upływie kwadransa. Wyglądała, jak gdyby po drodze przyczepił się do niej jakiś cień i nie chciał odejść.
- Co jest? – spytałem, czując, że natrętna melodia jednak powraca.
- Dostałam list.
Chryste! Przypomniałem sobie wszystkie swoje pijackie bełkoty, jakimi zamęczałem ludzi po tym, jak odeszła Ola. Gadałem w kółko o tym samym tylko innymi słowami. Było to fantastycznie twórcze, ćwiczyło frazę i wzbogacało retorykę, ale ostatecznie wsiąkło w ściany knajp i mózgi słuchaczy. Nie nosiłem wówczas dyktafonu. Tak się przejąłem wspomnieniami, że nawet nie przyszło mi do głowy, by się na Martę wściec. Ten gość przechodził to samo, ale nie widział innych form terapii, jak tylko walka o powrót do status quo.
- I co?
- Była w nim łuska...
Przekręciłem się na bok, chcąc spojrzeć jej w oczy. Obraz mi zafalował, jak gdyby kula ziemska gwałtownie przyspieszyła. Potrząsnąłem głową. Poprawiło się. Zupełnie niepotrzebnie porównywałem swoje wzniosłe cierpienie i wszelkie z nim związane działania do działań człowieka, który najwyraźniej był psychopatą.
- Facet po prostu nie potrafi sobie poradzić z faktami – mruknąłem bez przekonania - Jutro przebierze się za hydraulika i przyjdzie sprawdzić rury.
- Koniec żartów - jęknęła Marta - Zastanawiam się, czy nie pójść na policję.
Nie bardzo wiedziałem, co jej powiedzieć. Nie interesowało mnie to, moje emocje miały temperaturę przydrożnego kamienia. Przymus konwenansu okazał się jednak silniejszy.
- To nic nie da – stwierdziłem sucho – Nie ma przestępstwa, a jedynie
jego dalekie prawdopodobieństwo. Żadna władza w tym kraju nie zapewni ci na tę okoliczność ochrony.
Zamilkliśmy. Po chwili ze zdumieniem przyjąłem do wiadomości, że oboje nie mamy w tej sprawie nic więcej do powiedzenia.
- Masz ochotę na imprezę? – zapytałem, mając nadzieję, że sprawię jej w ten sposób przyjemność.
Rzeczywiście. Podskoczyła z radości i natychmiast zasypała mnie pytaniami, co to za impreza, gdzie się ma odbyć i tak dalej. Kiedy usłyszała, że mój znajomy ma zamiar uczcić zakup nowego domu, od razu posmutniała. Od razu zrozumiałem dlaczego. Przypomniałem sobie jej gadaninę o chęci nieistnienia i uśmiechnąłem się z życzliwym politowaniem. Globalne doświadczenie jasno wykazywało, iż są dwie drogi – ucieczka lub stabilizacja. Oczyma wyobraźni ujrzałem Martę z mężem i gromadką dzieciaków w małym domku z ogródkiem. Wszyscy zmierzają różnymi drogami do tego samego celu, a przynajmniej o tym marzą. Ja już nie zmierzałem, bo mi się wszystko pomieszało.
- Oni są ze sobą sześć lat – powiedziałem, jakbym chciał usprawiedliwić to, że jest jej przykro – Ciężko pracują. Zasłużyli na własny dom.
Marta uśmiechnęła się blado. To był jedyny komentarz do moich słów. Po chwili ukradkiem zdjęła ubranie i w samej bieliźnie wsunęła się pod kołdrę. Zamiast jej kuszących krągłości, zainteresowała mnie jednak sprawa jej bielizny. Czarna bielizna. A dlaczego nie biała czernizna? Nasz język bywa strasznie zabawny. Zamyśliłem się na temat jego semantycznego kolorytu, przemierzając meandry znaczeniowe zieleniny, szarości i żółci, po czym popukałem się w czoło i zapomniałem o sprawie. Takie napady bezsensownych zabaw myślowych prześladowały mnie przez całe życie, ale nigdy nie wynikło z nich nic sensownego.
- Chodź do mnie – szepnęła mi do ucha Marta.
- Wciąż jestem pijany – skłamałem spokojnie – Już Szekspir pisał, że alkohol podwyższa chęci, ale obniża poziom wykonania. To Barańczak. A ty czyje przekłady wolisz? Słomczyńskiego, Paszkowskiego?
- Nie chcę Szekspira. Chcę się kochać.
- Eeee, lepiej pogadajmy.
- To mnie chociaż przytul.
Wziąłem ją w ramiona i tak leżeliśmy bez ruchu. Fizyczna obecność jej ciała dziwnie mi przeszkadzała, jej włosy łaskotały mnie po twarzy, a dotykająca mnie, zazwyczaj miła dłoń – łechtała do granic wytrzymałości. Gdybym znalazł ćwierć dżula ochoty, zwiałbym do najbliższego pubu, ale postanowiłem, że jakoś to zniosę. Wiercąc się niemiłosiernie, opowiedziałem jej o mojej włóczędze po osiedlu i starszej pani, której serce było jak dziki zwierz, o postępach, jakie robiło pod moją nieobecność stowarzyszenie. O tym, że poeci i prozaicy z mojego pokolenia szli przebojem w świat, a ja zmierzałem w przeciwną stronę. Nie omieszkałem przekazać jej tego w maksymalnie ponurym tonie
- Wiesz co, zauważyłam, że w tym swoim skłóceniu z życiem, jesteś bardzo szczęśliwy – zamruczała Marta.
Poruszyłem się niespokojnie, jakby podrażniła mnie w jakimś wrażliwym miejscu.
- Przeraża mnie to, co mówisz.
- Ty siebie nie widzisz. Nie możesz zobaczyć tego łobuzerskiego błysku w oku, kiedy wymyślasz kolejną złośliwość. Potrafisz myśleć tylko o tym, jak światu dokuczyć i nieźle ci to wychodzi. Znalazłeś receptę na szczęście. To mnie w tobie najbardziej fascynuje
Nie odpowiedziałem od razu. Nad tak poważnymi argumentami należało się porządnie zastanowić. Marta połechtała moją próżność. Nigdy dotąd nic we mnie nie fascynowało żadnej kobiety, a przynajmniej takich sygnałów nie odbierałem. To zawsze ja poczuwałem się do fascynacji drugą osobą.
- Nie jestem w stanie zawrócić biegu rzeczy, ale mogę się buntować – powiedziałem wreszcie, choć nie byłem do końca przekonany do sensu swoich słów.
- Po co?
- Bunt jest ciekawszy.
- Bunt jest cechą młodości. Z czasem spokorniejesz.
- Mam nadzieję tego nie dożyć.
Przypatrywała mi się z ironią. Wiedziała, że mnie to drażni, ale najwyraźniej cieszyło ją to.
- Czasami cię nie rozumiem – powiedziała na koniec



Po tej wymianie zdań milczeliśmy przez pół godziny. Zegar upiornie odmierzał sekundy, wypełniając cały pokój nieznośnym tykaniem. Marta zapadła w płytką drzemkę, a ja zastanawiałem się nad tym, co mi powiedziała. Może faktycznie problem tkwił we mnie, w mojej psychice, w mojej postawie, w mojej przytłaczającej samotności. Przez całe życie wydawało mi się, że mam porządek przestrzeni ustalony, ale może dlatego, że wcale się na tym nie zastanawiałem. W rzeczywistości żaden porządek chyba nie istniał, a jeśli już to tylko taki, jaki chciałem widzieć, a nie jaki mógłby czy też powinien być. Kiedy fakty zaczęły mu gwałtownie zaprzeczać, zostałem zmuszony zaprzestać zamydlania sobie oczu i otwarła się przede mną przerażająca pustka. Najtrudniej w życiu przyznać, że się jest przeciętnym człowiekiem. Lepiej być po jakiejś stronie barykady, czymś się charakteryzować, mieć wizerunek. Na czysto osobistych manowcach żadnej barykady zbudować nie sposób, bo po pierwsze nie ma z czego, a po drugie nie ma z kim wojować. Jeśli w czymś wzbijałem się ponad przeciętność, to jedynie w destrukcji. Potrafiłem znijaczyć największe talenty, zaprzepaścić największe szanse, zepsuć coś, co zepsuć było bardzo trudno.
- Nie, ja na pewno jestem nieszczęśliwy – mruknąłem niby do siebie –To nie moje miejsce, nie mój czas.
- Nie tu, nie teraz, więc gdzie i kiedy? – zapytała słusznie Marta.
- Nie wiem – wzruszyłem ramionami – Od jakiegoś czasu nie otwieram już uśmiechów niby puszek z piwem. Powaga przyszła do mnie nagle, jak telegram o czyjejś śmierci.
- Brednie. Bawisz się słowami. To wszystko – syknęła, a ja w duchu przyznałem jej rację. Nie zmieniało to jednak mojego stanowiska w tej sprawie.
- Zawsze jest tak, że na początku wydaje nam się, że wiemy kim jesteśmy. Potem ulegamy złudzeniu, że wiemy kim są inni. Na koniec ktoś stawia kropkę zamiast nas. Błędne koło.
- Nie dość, że gadasz do mnie białym wierszem, to jeszcze mam wrażenie, że niepotrzebnie wszystko komplikujesz – powiedziała Marta i poszła do łazienki.
W tej chwili zrozumiałem, że wybrałem partnera do takiej dyskusji bardzo niefortunnie. Wykrzyczałem w pustkę swojej duszy sto tysięcy najbardziej ordynarnych przekleństw, skląłem Martę za to że nie wiedząc, jak się rozprawić z moimi argumentami, kwitowała je krótko i dosadnie, obnażając własną bezradność. Za pierwszym razem mi to zaimponowało, za drugim odkryło nędzną prawdę, za trzecim poważnie zaczęło działać na nerwy. Opadłem na poduszkę i nieruchomo gapiłem się w sufit.

Opublikowano

Asher!
Najlepszy z odcinków, w moim odczuciu.
Garść krytycznych uwag: miałem kłopoty z rozgraniczeniem co się wydarzyło, a co nie wydarzyło - rytuał barowy nieco zmącił tok narracji, w rezultacie nie wiedziałem przez kawałek lektury czy starszą panią zestawić z otwarciem stołówki dla bezdomnych, czy potraktować jako pijackie wyobrażenie.
Część ostatnia - zgaduję, ze jedna z wazniejszych dla całości, bo po raz pierwszy jasno pada diagnoza stanu ducha Twojego bohatera - ryzykowna... znasz moje antypatie co do cienkiego lodu, po prostu można się skąpać w banale. Straszliwie nie lubię wypowiadania tego rodzaju sądów przez "my". Wszystko ratuje dialog - gdyby to był dyskurs, nie dałbym złamanego grosza.
Niemniej, wielu spraw nie jestem w stanie zweryfikować - znowu powołam się na wiek ;-)

Wiesz co, zapomniałem poprzednio napisać o bardzo istotnej sprawie - bajecznie opisujesz te kumplowskie historie, wspólne marzenia z Luisem, a tym razem także ze Svenem absorbują mnie bez reszty, za co - oklaski. Platforma wiertnicza w Zatoce Meksykańskiej to naprawdę jest to ;-)

No i "dżul ochoty" - szacunek.

PS. W "Podstawionym" nie ujawniasz bynajmniej swojej dziwnolubności :>

Opublikowano

Dzięki. Nastęnym razem będzie impreza u Svena. Z całej tej historii to chyba tylko ci kumple są prawdziwi, choć też nie do końca. Ale chyba przesadziłeś z tym - najlepszy. Dziwnolubny jestem w odbiorze. Sam raczej wolę pisać po Bożemu... :) stołówka, poeci i pare innych rzeczy to debilizmy wymyślane przez niego w celu bliżej nieznanym nawet narratorowi...

Opublikowano

"więc nie musiałem się po co spieszyć" = nie miałem po co, albo nie musiałem, tak jak jest teraz gryzie mnie jakoś...

"Marta połechtała mnie wrodzona próżność" mą wrodzoną próżność, mą wrodzoną próżnością? bo w takim układzie gubię sens

....................

znów rewelacja, jestem bardzo szczęśliwa, że nie spuszczasz z tonu, a nawet idziesz w górę, chciałabym żeby te opowiadania nie miały końca, ostatniego rozdziału, żeby się ciągnęły dopóki się da.
Urzekła mnie wizyta u tej starszej pani z roku Titanica.

Uwielbiam czytać Cię dlatego, że się w tym czytaniu nie nudzę, nie omijam zdań, bo nie ma tu takich "do omijania".

Czekam na kolejne części:)

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

Zgadzam się z tendencją zwyżkową, sekunduję – rewelacja.
Cienki lód, moim zdaniem, jest walorem tekstu, w początkowych fragmentach trochę drażniący, potem doskonale różnicuje portret bohatera (cynik – idealista – realista na manowcach relatywizmu :D

Zastanawia mnie jeden fragment:

„Trzymaliśmy się razem we trójkę z Luisem, ale żaden z nich nie dotrzymał końca studiów. /.../ Od jakiegoś czasu w ogóle zatraciliśmy kontakt, bo chadzaliśmy zupełnie innymi ścieżkami. Wieści o nim jednak miałem od naszych wspólnych znajomych.
Pewnego dnia, będąc jeszcze na pierwszym roku, wyszliśmy z sali projekcyjnej...”

Nie do końca przekonuje mnie takie przetasowanie czasowe retrospekcji (studia -> po studiach -> pierwszy rok studiów). Zarysowujesz ogólnie historię znajomości, wydaje się, że wątek jest zamknięty, aż tu nagle dorzucasz szczegółowe wspomnienie o etymologii ksywek. Podoba mi się, kiedy zwodzisz oczekiwania czytelnika, ale tu jakoś mi to trochę wyskakuje.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Dziś, dzięki Natalii wyszło, że wcale nie poprawiam, oprócz literówek właściwie nic, toteż kornie stosuję sie do poprawek. Zaczynam tutaj. Ale wierzcie mi, poprawiłem wszystko zgodnie z sugestiami, tylko u siebie w Wordzie, a nie na wizji...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...