Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

SIC TRANSIT

Dramatis personae

Kenneth O’Connor – komisarz policji
sierżant Ester – komendant posterunku policji w New Dublin
doktor Warwick – kierownik Zakładu Entomologii Stosowanej
mjr Stone – dowódca jednostki wojskowej
Richard Baxton – aktor
Liz Sailor – aktorka, żona Baxtona
Pamela – córka Baxtonów (lat 12)
Prof. Paine – Dyrektor Instytutu Zoologii
porucznik Stewart – II oficer Santa Marii
Peter Locke – zbiegły z więzienia zabójca
Anna Callaghan – była narzeczona Petera
Bill O’Hara – szwagier Anny
Samson – policjant udający hippisa
mr Herrer – Wielki Mistrz Bractwa Szatana
Fred – Członek Bractwa
mr. Clark – właściciel psa imieniem Huckleberry
kapitan Santa Marii
Sulejman – pośrednik agencji zatrudniającej marynarzy
oraz żołnierze, oficerowie, policjanci, terroryści, dzieci i one


1

W sunącym autostradą, prowadzonym przez starszego, łysawego faceta Mercedesie S-klasy siedziało, oprócz kierowcy jeszcze czterech młodych, ubranych w mocno wypłowiałe dżinsowe komplety mężczyzn. Nieopodal, szosy połyskiwała tafla, wyjątkowo tego dnia spokojnego oceanu. Samochód skierował się na „ślimaka” i opuścił autostradę, by po chwili znaleźć się w podmiejskiej dzielnicy dużej aglomeracji, której wieżowce, niczym zęby szczerbatego grzebienia kłującego jasnobłękitne niebo ukazały się przed przednią szybą samochodu. Po chwili znalazł się w rzece pojazdów płynącej przez centrum portowego miasta, skręcił w boczną, nieco spokojniejszą uliczkę, po czym zatrzymał się przed niewielkim hotelem. Młodzi pasażerowie opuścili chłodne wnętrze auta, i po wyjęciu z bagażnika marynarskich worków znikli w drzwiach budynku. Samochód ruszył, a po chwili stanął przed wejściem imponującego gmachu Hiltona. Przyobleczony w pełną mundurową galę, usłużny portier otworzył drzwi samochodu, a boy, po wyjęciu walizek z bagażnika, podążył w ślad za ich właścicielem.
Kiedy, po załatwieniu formalności w recepcji, dotarli do apartamentu, mężczyzna wręczył boyowi napiwek, po jego zaś wyjściu podniósł słuchawkę i wybrał numer.
– Hello! Witam pana, majorze. A więc dziś wieczorem. Zechce pan może określić miejsce spotkania.
– ...
– Tak, znam ten lokal. Będę o dziesiątej. Do zobaczenia.
W tym samym czasie płynący pod liberyjską banderą drobnicowiec „Santa Maria” zbliżał się do lądu. W oddali widać już było światła miasta i portu. W końcu silniki umilkły, a statek rzucił kotwicę i stanął na redzie.

2

Tuż nad brzegiem zatoki, po drugiej stronie której widać było połyskujące w oddali światła miasta, u stóp wysokiej sterczącej z oceanu skały posadowiła się niewielka knajpka. Na przylegający do niej parking podjechało czerwone BMW. Wysiadł zeń wysoki, szczupły mężczyzna w średnim wieku, ubrany w nienagannie skrojony popielaty garnitur i śnieżnobiałą koszulę, oraz ciemnowiśniowy krawat. Wszedł do restauracji, jednym rzutem oka zlustrował zadymione wnętrze i zdecydowanym krokiem podszedł do stojącego w kącie stolika, przy którym, nad szklanką piwa siedział mężczyzna z Mercedesa. Przysiadł się bez słowa i u przechodzącego obok kelnera zamówił kawę. Gdy kelner postawił parującą filiżankę na stole obaj mężczyźni nachylając się nieco ku sobie rozpoczęli cichą rozmowę, bacząc, by nikt nie mógł poznać jej treści. Po chwili człowiek z Mercedesa wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki żółtą kopertę, której grubość zdaje się wskazywać na bogatą zawartość i wręczył ją swemu interlokutorowi, po czym opuścił lokal, płacąc w barze za piwo. Drugi zaś dopił swoją kawę i podszedł do baru.
– Proszę whisky.
Barman sięgnął po szklaneczkę.
– Butelkę.
– Jaką?
– Najlepszą.
– Zapakować?
– Proszę.
Barman włożył butelkę do kolorowego kartonu i wręczył pakunek klientowi, który podał mu banknot.
– Reszty nie trzeba.
– Dziękuję bardzo., zrobiłem świetny interes – uśmiechnął się barman.
– Ja również – mruknął pod nosem nabywca trunku, po czym wyszedł z lokalu.

3

W kabinie kapitana „Santa Marii” obok siedzącego za biurkiem gospodarza przebywał drugi oficer statku – porucznik Stewart .
– ...tak więc, proszę się nie denerwować, poruczniku, ale takie jest życzenie kontrahenta i musimy się do niego dostosować, choć obaj doskonale wiemy, że nikt nie zrobi tego lepiej od pana.
– W porządku, kapitanie. Jest mi to zupełnie obojętne. Czy mogę już odejść?

4

Znany nam już ze spotkania w restauracji mężczyzna siedział za biurkiem. Na ścianie za jego plecami widniała flaga i godło państwowe. Do biura wszedł policjant z dystynkcjami sierżanta na rękawie bluzy.
– Panie majorze, sierżant Pratt melduje się na rozkaz!
– Siadajcie sierżancie i słuchajcie uważnie. Jutro wchodzi do portu liberyjski drobnicowiec „Santa Maria”. Macie zdjąć z pokładu czterech ludzi.
– Rozkaz, panie majorze. Proszę o nazwiska.
– Nic nie zrozumieliście, sierżancie. Chodzi o czterech dowolnych ludzi. Cztery sztuki – zaakcentował słowo „sztuki”. – Rozumiecie?
– Jak to – dowolnych? Rzeczywiście nie bardzo rozumiem...
– Nie sprawiajcie mi zawodu, sierżancie. Miałem was za bardziej bystrego. Takie otrzymałem polecenie... – wymownym gestem kciuka wskazuje ku górze – ...i sam nie wiem, o co chodzi.
– W porządku. Rozkaz, to rozkaz.
– Tylko uważajcie. Nie ma to wyglądać jak losowanie stron na boisku piłkarskim, lecz macie stworzyć pozory zatrzymania konkretnych osób. Aha, jeszcze jedno: w tej czwórce powinno znaleźć się dwóch maszynistów.
– Rozumiem, panie majorze. Może pan na mnie polegać.
– Nie muszę chyba dodawać, że sprawa jest poufna? Nawet wasi ludzie nie mogą się niczego domyślać.
– Oczywiście, panie majorze.

5

Do burty „Santa Marii” przybiła motorówka i na pokład, po zrzuconej ze statku drabince sznurowej wspiął się pilot. Stając na pokładzie przywitał się z oczekującym nań kapitanem, po czym obaj udali się na mostek. Rozległ się donośny zgrzyt łańcucha kotwicznego. Po chwili śruby statku zaczęły burzyć wodę i „Santa Maria” powoli ruszyła, minęła główki falochronu i majestatycznie przybiła do jednego z nabrzeży. Marynarze rzucili cumy. Maszyny zostały zatrzymane. Pilot, odprowadzony przez kapitana aż do trapu pożegnał się z nim i zeszedł na ląd.

6

Przy jednej z wiodących do portu ulic znajdował się niewielki kantor pośrednictwa pracy dla marynarzy i dokerów. Stanowił go przedzielony barierką pokój. Po jednej stronie, obok zaopatrzonych w brzęczyk drzwi stało kilka krzeseł, po drugiej – chwiejące się biurko i dwa krzesła oraz szafa na dokumenty. Obok szafy znajdowały się drzwi prowadzące do mieszkalnej części domu. Przy biurku siedział niemłody, bardzo otyły mężczyzna, z obliczem przyozdobionym długimi, czarnymi wąsami. Czerwony fez na siwiejącej głowie i nargile obok biurka nie pozostawiały żadnych wątpliwości, co do kraju pochodzenia jego właściciela. Mimo stojącego na biurku, skierowanego w jego stronę wentylatora, co chwila z czoła i karku ocierał pot trzymaną w dłoni wielką, kraciastą chustką.
Rozległ się dźwięk brzęczyka i do kantoru wkroczyli czterej młodzi pasażerowie Mercedesa. Mężczyzna przy biurku uniósł się lekko z krzesła, przywołując na twarz zawodowy uśmiech – pomiędzy mięsistymi wargami błysnął przy tym złoty ząb.
– Witam szanownych panów. Czym mogę służyć?
– Chcemy zamustrować – oświadcza jeden z nich – ale chcemy pływać na jednej łajbie. Oto nasze książeczki żeglarskie.
– Aj, aj! To będzie bardzo trudna sprawa. Więcej mam chętnych do pracy, niżeli zapotrzebowań. Trudno upchnąć jednego człowieka, a co dopiero czterech... No, cóż... Zostawcie mi swoje adresy. Jak coś się znajdzie, to was zawiadomię. Ale nie spodziewajcie się, by udało mi się załatwić to wcześniej, niż za jakiś miesiąc, lub dwa.
– Jesteśmy dobrej myśli i sądzimy, że znajdzie się coś znacznie wcześniej. Zaczekamy w tawernie naprzeciwko.
– Proszę bardzo. Ale tam o drugiej w nocy zamykają – uśmiechnął się ironicznie.
– Dobrze, dobrze. Nie bądź taki dowcipny. Na pewno znajdziesz coś dla nas jeszcze dzisiaj.
Mówiąc to czterej kandydaci na wilków morskich opuścili kantor. Zdumiony ich pewnością siebie pośrednik spoglądał w ślad za wychodzącymi, z powątpiewaniem kręcąc głową.

7

Załadunek „Santa Marii” dobiegł końca. Porucznik Stewart, stojąc oparty o reling ze złością wyrzucił za burtę wypalonego zaledwie do połowy papierosa i spogląda w stronę luku drugiej ładowni, gdzie, pośród uwijających się, obnażonych do pasa – przeważnie czarnych dokerów stał niewysoki facet, o wyraźnie azjatyckich rysach twarzy, ubrany mimo upału w czarny garnitur i, zapiętą pod samą szyję białą koszulę.
Stewart sięgnął po następnego papierosa.
Cóż taki szczur lądowy może wiedzieć o sztauerce? – rozmyślał. Niby do niczego się nie wtrąca, ale wszędzie wpycha nos, każdemu patrzy na ręce. Wygląda raczej na szpicla, niż przedstawiciela firmy handlowej.
Ostatnia porcja ładunku znika w głębi ładowni.
Ciekawe, co też może być w tych skrzyniach... Tylko dziecko dałoby się nabrać na te ich listy przewozowe. Mógłbym postawić całą swoją roczną pensję przeciw garści orzechów, że nie zawierają one żadnych części maszyn. To coś znacznie ważniejszego. Zresztą stary zdaje się być tym ładunkiem bardzo przejęty. No i ten Koreańczyk... Ale co mnie to w końcu może obchodzić...
Marynarze i dokerzy opuścili ładownię. Jeden z członków załogi podszedł do Stewarta.
– Skończone, panie poruczniku. Sprawdzi pan?
– Już idę. Albo nie... w końcu był ten facet. Możecie zamykać.
Tymczasem człowiek, o którym mowa udał się w kierunku kabiny kapitana. Zapukał energicznie i – nie czekając na zaproszenie – wszedł do środka.
Rozgniewany niespodziewanym najściem kapitan zerwał się z fotela, ale rozpoznawszy przybyłego rozpogadza się.
– No i jak tam leci panie Kim?
– Juś skońcione. Właśnie zamykają luk. Niedługo moziecie odbijać. Psipominam jednak pana, zie uran to nie piłki tenisowe i nalezi się obchodzić z nim ostroźnie, jak z jajkiem. Ziaden wybuch, co prawda nie zagrazia, ale zawsie jest to niebezpiećna zieć.
– Proszę się nie obawiać. Różne rzeczy już w życiu woziłem – i to w znacznie mniej bezpiecznych czasach. Mógłbym godzinami opowiadać o operacji „Pustynna Burza”. Co prawda, wtedy nie byłem jeszcze kapitanem, ale...
– ...to niech pan napisie o tym ksionśke – przerwał mu Kim – ale na razie prosie myśleć o tym ładunku, nie o psieśłości. A jeśli zawinie pan w terminie cieka na pana dodatkowa gratyfikacja. Psida się na studia dla dzieci.
– W porządku, panie Kim. Może pan być śpo... tfu... spokojny. To dobry statek, choć liberyjski.

8

Kończyło się zabezpieczanie luku ładowni, gdy w porcie rozległ się – cichy zrazu, lecz szybko narastający – ostry dźwięk syren samochodów policyjnych. Po chwili obok „Santa Marii” zatrzymały się dwa radiowozy. Wysiadło z nich sześciu rosłych, dowodzonych przez sierżanta Pratta policjantów. Dwóch zajęło natychmiast posterunek przy wejściu na trap pozostali weszli na pokład. Porucznik Stewart podszedł do Pratta.
– O co chodzi, sierżancie? Jestem drugim oficerem „Santa Marii”.
– Jeśli pan pozwoli, poruczniku, chciałbym rozmawiać z kapitanem.
– Wątpię, by był zachwycony pańską wizytą, ale jeśli pan musi...
Pratt z policjantami podążyli w ślad za Stewartem. Kiedy doszli do kabiny kapitana, Stewart zapukał i wszedł do środka, pozostawiając uchylone drzwi.
– No, co tam, poruczniku?
– Mamy gości, kapitanie. Policja.
Pratt i jego ludzie weszli do kabiny.
– Słucham pana.
– Przepraszam, kapitanie, ale muszę zapoznać się z listą załogi.
Kapitan wyjął z sejfu skoroszyt i wręczył go sierżantowi.
– Może pan wyjaśnić, w czym rzecz?
– Przykro mi, kapitanie...
Pratt studiował zawartość dokumentów, zerkając co chwilę do wyjętego z kieszeni notesu. Zapisał w nim coś i zwrócił kapitanowi skoroszyt.
– Proszę się nie gniewać, ale chciałbym zobaczyć następujących członków pańskiej załogi: Wiliams, Thomas, Bojanovič, Donnovan, oraz Mustafa.
– Proszę bardzo. Proszę się czuć, jak u siebie w domu.
Kapitan sięgnął po słuchawkę intercomu.
– Halo, bosmanie. Przyślijcie mi Thomasa, Wiliamsa, Mustafę, Bojanoviča i...
– Donnovana – podpowiedział Pratt.
– ...Donnovana.
– ...
– Tak, do mojej kabiny.
Zapadło kłopotliwe milczenie, przerwane po chwili pukaniem do drzwi.
– Wejść!
Drzwi otworzyły się i stanęło w nich dwóch marynarzy. W głębi korytarza widać było zbliżających się trzech kolejnych. Zatrzymali się niepewnie, tuż za progiem.
– Proszę dalej i zamknijcie drzwi – zaprosił ich kapitan.
Marynarze ustawili się rzędem pod ścianą kabiny. Pratt ponownie wyjął swój notatnik.
– Thomas!
Jeden za marynarzy, słysząc swoje nazwisko wysunął się pół kroku przed kolegów. Sierżant Pratt przyjrzał mu się uważnie, po czym sprawdził coś w notesie.
– Dziękuję panu. Wiliams!
Thomas cofnął się, a przed szereg wysunął się Wiliams. Ponownie nastąpiła uważna obserwacja twarzy i całej sylwetki marynarza, oraz kartkowanie notatnika. Procedura powtórzyła się jeszcze trzykrotnie.
– Dziękuję za pomoc, kapitanie. Marynarz Donnovan może powrócić do zajęć. Pozostałych będę niestety musiał zatrzymać.
– Ależ, sierżancie! – kapitan nie krył gniewu. Co macie tym ludziom do zarzucenia? Czy pan zdaje sobie sprawę, jakie konsekwencje pociągnąć może za sobą tak znaczne uszczuplenie stanu osobowego załogi? Skazuje pan statek na postój w porcie. Kto pokryje wynikłe stąd straty? Zaraz po zabunkrowaniu mieliśmy odbijać.
– Przykro mi, panie kapitanie, ale wykonuję jedynie rozkazy przełożonych. I mam nadzieję, że nie będzie mi pan utrudniał wykonywanie czynności służbowych. Aha, jeszcze jedno. Proszę o wyznaczenie któregoś z oficerów na świadka rewizji.
– Proszę się tym zająć, poruczniku. – z kapitana „uszło powietrze” – Albo nie. Niech pan wyda odpowiednie polecenie chiefowi i wraca do mnie.
Policjanci zakuli zatrzymanych członków załogi w kajdanki i wyprowadzili ich z kabiny. Wyszli również Stewart i Pratt. Kapitan, oczekiwał powrotu porucznika bębniąc niecierpliwie palcami w blat biurka.
Porucznik Stewart wrócił do kapitańskiej kajuty.
– No i co teraz, poruczniku? Nie wiem w czym rzecz, ale nie mamy teraz czasu na wyjaśnienia. A zresztą po tych obwiesiach można się spodziewać wszystkiego najgorszego. Na co mi przyszło na stare lata? Pływać z taką załogą... Ale trudno. Będzie pan musiał się wybrać do miasta i znaleźć przynajmniej dwóch ludzi. Ja tymczasem zajmę się bunkrem, a gdy tylko policja dokończy rewizję, wychodzę na redę.
– Tak jest, kapitanie. Już idę.
– Chwileczkę, poruczniku. – otworzył kasę pancerną i wyjął z niej kilka banknotów, ale po krótkim wahaniu dołożył jeszcze dwa, lub trzy podobne. – Daję panu trochę więcej, ale mamy diablo mało czasu. Nie wykluczone, że trzeba będzie przepłacić agenta.
– Sądzę, że ma pan rację, kapitanie.


9

Przebrany w wyjściowy tropik Stewart zszedł na nabrzeże, mija stojący obok statku policyjny radiowóz, a potem stojącego nieco dalej mercedesa, za kierownicą którego siedział znany z pierwszej sceny jegomość. Wiedziony jakimś instynktem opuścił port i po bardzo krótkim spacerze dotarł do kantor pośrednika. Widząc wchodzącego oficer tłusty Turek zerwał się z miejsca i wyszedł przed barierkę.
– Czym mogę służyć, panie poruczniku?
– Potrzebuję od zaraz czterech ludzi, w tym dwóch do maszyny.
Przez nalaną twarz pośrednika przemknął radosny uśmiech, lecz niemal natychmiast przyjął zatroskaną minę.
– Aj, aj, panie poruczniku! Skąd ja panu wezmę czterech ludzi naraz i to na poczekaniu? Zgłasza się do mnie wielu kapitanów, chcących skompletować załogi, ale chętnych do służby na morzu jest, jak na lekarstwo. Nie ma już prawdziwych mężczyzn chcących wypłynąć na morze w poszukiwaniu przygody...Panie...Sulejman. Panie Sulejman. Zdaję sobie sprawę, że to może nie być takie proste, ale może choć dwóch. Chociaż motorzystów...
– Na pokład może by się i coś znalazło, ale do maszyny...
– Właśnie maszyna jest najważniejsza.
– Tak, rozumiem, ale to jednak kłopotliwa i kosztowna sprawa.
– Panie Sulejman. Stawiam sprawę jasno. Kapitanowi bardzo zależy na tym, by Santa Maria” jeszcze dziś wyszła w morze.
– No, jeśli tak bardzo zależy... Myślę, że jak się da, to się zrobi.
– Na pewno się da...
– W porządku. Proszę przyjść wieczorem, powiedzmy, o ósmej. Mam nadzieję, że będę dla pana coś miał.
– Dobrze. Do zobaczenia o ósmej.
Stewart opuścił kantor, a Sulejman po odczekaniu kilkunastu sekund zawołał:
– Ali!
Zasłaniająca drzwi kotara rozsunęła się i w kantorze stanął smagły dziesięcio-, lub jedenastoletni chłopiec.
– Słucham, ojcze.
– Idź do tawerny starego Gonzalesa. Zastaniesz tam czterech facetów ubranych w dżinsowe komplety. Jeden z nich nazywa się Jones. Powiesz im, żeby zaraz tu przyszli.
– Dobrze, tato. Już pędzę.

Opublikowano

Ja Ci dam dinozaury :P:P:P pisz za siebie ;)

Witam z powrotem zaraz czytnę i napiszę :) Akurat w Twoim przypadku nie muszę szykować notatnika, w celu kopiowania tam zdań do korekty ewentualnej ;)

"Samson – policjant udający hippisa
mr Herrer – Wielki Mistrz Bractwa Szatana"

"żołnierze, oficerowie, policjanci, terroryści, dzieci i inni"

Ciekawie się zapowiada ;)



P.S.

Twoja bajka gracka i zgrabna jest.

Opublikowano

Jak dla mnie opisy są zbyt długie i często nużące, szczególnie te w tym typie: "Nieopodal, szosy połyskiwała tafla, wyjątkowo tego dnia spokojnego oceanu. Samochód skierował się na „ślimaka” i opuścił autostradę, by po chwili znaleźć się w podmiejskiej dzielnicy dużej aglomeracji, której wieżowce, niczym zęby szczerbatego grzebienia kłującego jasnobłękitne niebo ukazały się przed przednią szybą samochodu." - właściwie to człowiek nie wie już o czym to jest.

Z dialogami jest o wiele lepiej, są bardziej naturalne i przejrzyste.

Ogólnie tekst ciekawy i intrygujacy.

Opublikowano

Może mam sklerozę, a może jednak coś w mojej głowie się zaczepiło o zwoje. Twój tekst już tu był kiedyś? Przecież znam ten tytuł!

Powrót dinozaurów? Leszek wraca na swój sposób. Z niego to taki trochę żartowniś. Nie wierzą? Chyba limeryków Leszka/bieszczadnika nigdy nie czytali.

Opublikowano

Był ten tekst. Dobrze pamiętam, ale to pewnie wariacja-innowacja. Lecę szperać w archiwach Dentmana... Już wtedy mnie zastanawiało, po cholerę gość wstawia do prozy didaskalia.:)

  • 3 tygodnie później...
  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Bułat OkPAPIERY POETY... NA PAPIEŻE
      Bułat Okudżawa

      Styx, AD 1965

      Płyniesz jak rzeki bieg i tak dziwne imię masz!
      Asfalt twój w słońcu lśni, jak rzeki toń we mgle
      Ach, Arbat, mój Arbat
                                           Tyś mój przeznaczenia szlak
      Ty i radość co dnia i nieszczęście me

      Przechodzący tu biegną tak od lat
      Wciąż obcasów stuk, za sprawami bieg
      Ach, Arbat, mój Arbat,
      Tyś mą religią jest
      Pode mną rozwijasz się w miraż mostów przęsł

      .. na twą miłość mi wciąż leku, antidotum brak,
      Choć tysiąca bym innych mostów kochał trakt
      Ach, Arbat, mój Arbat
                                                      Tyś ojczyzna ma
      Nigdy nie,
      Po sam kres...
      Nie przemierzę cię..

      1959
      Ostatnie tango na Newskim

      Kiedy ze starą biedą nie rady nie daję już,
      Gdy ogarnia mnie chandra, wtedy z biegu
      Wsiadam w akurat jadący trolejbus, siny niby śnieg,
      Ostatni,
      Chociaż pierwszy z brzegu.
      – I uciekam przed biedą nową wciąż jak z zimna siny zbieg;
      Wsiadam w podjeżdżający trolejbus, ten najzwyczajniejszy
      Trolejbus ostatni,
      Chociaż z brzegu pierwszy

      Nocny trolejbusie, w pustkę ulic gnaj wciąż
      I po bulwarach, skrzyżowaniach krąż,
      I daj schronienie tym, co w tę ciemną noc
      Przeżyli kraksę,
      Tragiczny zbieg szos

      Północny trolejbusie, w pustkę ulic pędź
      I wśród życia skrzyżowań sanktuarium schroń
      Dla tych, którzy w ten czarny dzień
      Przeżyli kraksę,
      Katastrofę strof.

      Twoich pasażerów rozpoznaję w mig -
      Tych żeglarzy słodkich wód, ich półgwiezdny szlak.
      Lecz gdyby nie nosił ich mój ciasny świat,
      Nie po drodze by było mi nie współczuć im.
      I gdyby nie byli tu od miliona lat,
      To czuć ich ból tak łatwo bym mógł

      Trolejbus jedzie wciąż, ostry cień tnąc mgły
      I wspomnienie wraca tak, jak w starym kinie film...

      O, Moskwo ma, jesteś jak równina fal,
      W ja w nim na dobre i na złe tkwię jak w oknie łza
      O, Moskwo moja, tyś ocean mój, a ja -
      Jestem kroplą w otchłaniach twych, plamką rdzy
      – a we mnie zawsze ty.
      |---|---|Na czarnym ekranie białych nocy...

      | Виноградную косточку в теплую землю зарою, |
      Winogrona pestkę w ciepłej ziemi zasadzę,
      | и лозу поцелую, и спелые гроздья сорву, |
      i ziemię ucałuję, i grona ich zerwę, jak życia nić.|
      | и друзей созову, на любовь свое сердце настрою... |
      i przyjaciół zwołam, i miłość na serca tronie osadzę... |
      | А иначе зачем на земле этой вечной живу? | (Jeśli nie, po co mi na tej wiecznej ziemi żyć? ) |
      | | |
      | Собирайтесь-ка, гости мои, на мое угощенье, |
      Zbierajcie się, goście, na uczty mej uciechy |
      | говорите мне прямо в лицо кем пред вами грешен,
      | mówcie mi, w czym zgrzeszyłem, nie kryjąc nic|
      | Царь небесный пошлет мне прощение за прегрешенья... |
      Bóg przecież i tak wybaczy mi grzechy... |
      | А иначе зачем на земле этой вечной живу? | (Bo inaczej po co mi na tej ziemi żyć? ) |
      | | |
      | В темно-красном своем будет петь для меня моя Дали, |
      W sukni ciemnokrwistej zaśpiewa mi Dali, |
      | в черно-белом своем преклоню перед нею главу, |
      A ja, na czarno-biało przed nią skłonię się, skromny widz|
      | и заслушаюсь я, и умру от любви и печали... | I w jej pieśń wsłucham się i umrę ze miłości tej, co pali... |
      | А иначе зачем на земле этой вечной живу? | (Bo jak tak, po co mi na ziemi żyć!) |
      | | |
      | И когда заклубится закат, по углам залетая, | A gdy mgiełką zajdzie słońce, i zaprosi do świateł psoty, |
      | пусть опять и опять предо мною плывут наяву: |
      Niech znów i na nowo płyną, bo móc, to być: |
      | синий буйвол, и белый орел, и форель золотая... |
      Siny bawół, biały orzeł, i ten pstrąg złoty... |
      | А иначе зачем на земле этой вечной живу? | (Bo inaczej nie umiem już żyć... )

      Песенка о Павке Морозове
      (Dosłowne tłumaczenie)

      За что ж вы Ваньку-то Морозова?
      No i cóż chcecie od Morozowa, Vasslyia?
      Ведь он ни в чем не виноват.
      Przecież niczemu nie winien on....
      Она сама его морочила,
      Ona sama go (bynajmniej) zauroczyła,
      а он ни в чем не виноват.
      Przecież niczemu nie winien on....
      Она сама по проволоке ходила,
      Ona sama za cienki drut go wodziła
      махала белым рукавом,
      Białym rękawem go zawodziła to tam, to tu.
      а то, что Ваньку погубила,
      I koniec z końcem Waśkę całkiem zamuliło
      так это было уж потом.
      A potem drut zmiękł mu aż miło
      А он, кулак к щеке прижавши,
      A on, zacisnąwszy przy policzku pięść,
      на ту на проволоку глядел,
      Wciąż ciągnął swego życia cienki drut
      и все глядел, и все вздыхал он,
      i patrzył w siną dal i łza mu się do rzęs kleiła,
      и все сидел и все бледнел.
      i ciągle siedział, ciągle bladł, i ciągle chudł

      А в цирке музыка гремела,
      A do szpagatu na drucie muzyka przygrywała,
      гремел литавр, труба звала,
      Grzmiał bęben, trąbka wzywała do..
      а в цирке публика шалела,
      A publiczność jak drut się wystroiła,
      кричала: «Браво!» и ума...
      Krzyczała: „Brawo!” i odchodziła zmysłów od!

      А он пошел в ресторан «Савой»,
      A on poszedł do kasyna „Royale”,
      где пьют вино, едят медуз,
      Gdzie wina w bród, i meduz huk,
      и там, качая головой,
      i tam, prosty jak drut ( mal mince, mais fatale )
      свой изливал тяжелый груз.
      Podlewał i rwał swój gorzki żal

      За что ж вы Ваньку-то Морозова?
      Co chcecie (by najmniej) od Vasslyia?
      Ведь он ни в чем не виноват.
      Przecież niczemu nie winien on....
      Она сама его морочила,
      Ona go (by naj mniej) zauroczyła
      а он ни в чем не виноват.
      A jego życia drut już jest kaput
      I nie ciągnie wsiom...
      Wsie paszli won!


      Duszny zaduch róż 33 BC

      Już od podwórza widać nasz dom
      Obskurny więcej, jak Szymborskiej tom
      Tylko że tam, gdzie stał płot,
      Stoi Czarny Kot.

      On łapą sobie szarpie wąs i już,
      Podwórze patroluje... niczym w święto stróż
      Tylko że tam, gdzie stoi z azbestu płot
      Stać będzie Czarny Kot.

      Mówią, że to pech,
      Gdy kot ów w drogę wejdzie ci (nie daj Boże trzy)
      Ale na razie jest tak (niech weźmę dech) -
      Że kot czarny jak grzech ma niezły pech

      A kot przy w winklu siedzi, tu
      I czeka, aż rybka z akwarium zbiegnie mu
      Albo mysz (tam gdzie płot)
      Prosto w paszczę trafi jak w lot

      Złapie czy nie - to mu wsio rawno:
      Mir to czy hyr nieważne, bo –
      Dla niego świat to po pierogach z pyr
      W ten deseń na deser serwowany syr.

      Wielkie nam pustki poczynił kot bez cnot j
      Jest teraz ciszej, jak słyszę (a Bóg drży w ciszy)
      Teraz pomieszkują tam (a bo wim) tylko myszy
      I tylko tam, gdzie łatwopalny płot
      Czuwa płomieniem czarnym Czarny Kot.

      ───

      Ad acta

      Żołnierz ten kiedyś na świecie żył
      Piękny i mężny, aż dziw bierze
      Lecz zabawką wojsk rodzajów był -
      Tylko z papieru żołnierzem.

      Chciał, byśmy byli szczęśliwi,
      I świat naprawić jak, miał zmysł,
      Lecz od papierów żołnierz to był na niby,
      I sam na cienkiej nitce zwisł...

      Gotów był za wszech w ogień i dym
      Pójść nie raz, lecz dwa i trzy razy
      A nas czułością ujął i tym,
      Że za świat umrzeć chciał, licho pal rozkazy!

      No, jak i gdzie sam idziesz w bój?
      Ach, widzowie aż siedzą niemi, ...
      „I dokąd lecisz tak, ach Boże mój?
      Przecież pod tobą nie ma ziemi!”

      Lecz on rzucił się w płomieni cień
      Jak zwierz, co jeńców nie bierze,
      Ale bohater będzie marny zeń:
      Papiery na żołnierza miał... na papierze
      !

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Bułat OkPAPIERY POETY... NA PAPIEŻE Bułat Okudżawa Styx, AD 1965 Płyniesz jak rzeki bieg i tak dziwne imię masz! Asfalt twój w słońcu lśni, jak rzeki toń we mgle Ach, Arbat, mój Arbat                                      Tyś mój przeznaczenia szlak Ty i radość co dnia i nieszczęście me Przechodzący tu biegną tak od lat Wciąż obcasów stuk, za sprawami bieg Ach, Arbat, mój Arbat, Tyś mą religią jest Pode mną rozwijasz się w miraż mostów przęsł .. na twą miłość mi wciąż leku, antidotum brak, Choć tysiąca bym innych mostów kochał trakt Ach, Arbat, mój Arbat                                                 Tyś ojczyzna ma Nigdy nie, Po sam kres... Nie przemierzę cię.. 1959 Ostatnie tango na Newskim Kiedy ze starą biedą nie rady nie daję już, Gdy ogarnia mnie chandra, wtedy z biegu Wsiadam w akurat jadący trolejbus, siny niby śnieg, Ostatni, Chociaż pierwszy z brzegu. – I uciekam przed biedą nową wciąż jak z zimna siny zbieg; Wsiadam w podjeżdżający trolejbus, ten najzwyczajniejszy Trolejbus ostatni, Chociaż z brzegu pierwszy Nocny trolejbusie, w pustkę ulic gnaj wciąż I po bulwarach, skrzyżowaniach krąż, I daj schronienie tym, co w tę ciemną noc Przeżyli kraksę, Tragiczny zbieg szos Północny trolejbusie, w pustkę ulic pędź I wśród życia skrzyżowań sanktuarium schroń Dla tych, którzy w ten czarny dzień Przeżyli kraksę, Katastrofę strof. Twoich pasażerów rozpoznaję w mig - Tych żeglarzy słodkich wód, ich półgwiezdny szlak. Lecz gdyby nie nosił ich mój ciasny świat, Nie po drodze by było mi nie współczuć im. I gdyby nie byli tu od miliona lat, To czuć ich ból tak łatwo bym mógł Trolejbus jedzie wciąż, ostry cień tnąc mgły I wspomnienie wraca tak, jak w starym kinie film... O, Moskwo ma, jesteś jak równina fal, W ja w nim na dobre i na złe tkwię jak w oknie łza O, Moskwo moja, tyś ocean mój, a ja - Jestem kroplą w otchłaniach twych, plamką rdzy – a we mnie zawsze ty. |---|---|Na czarnym ekranie białych nocy... | Виноградную косточку в теплую землю зарою, | Winogrona pestkę w ciepłej ziemi zasadzę, | и лозу поцелую, и спелые гроздья сорву, | i ziemię ucałuję, i grona ich zerwę, jak życia nić.| | и друзей созову, на любовь свое сердце настрою... | i przyjaciół zwołam, i miłość na serca tronie osadzę... | | А иначе зачем на земле этой вечной живу? | (Jeśli nie, po co mi na tej wiecznej ziemi żyć? ) | | | | | Собирайтесь-ка, гости мои, на мое угощенье, | Zbierajcie się, goście, na uczty mej uciechy | | говорите мне прямо в лицо кем пред вами грешен, | mówcie mi, w czym zgrzeszyłem, nie kryjąc nic| | Царь небесный пошлет мне прощение за прегрешенья... | Bóg przecież i tak wybaczy mi grzechy... | | А иначе зачем на земле этой вечной живу? | (Bo inaczej po co mi na tej ziemi żyć? ) | | | | | В темно-красном своем будет петь для меня моя Дали, | W sukni ciemnokrwistej zaśpiewa mi Dali, | | в черно-белом своем преклоню перед нею главу, | A ja, na czarno-biało przed nią skłonię się, skromny widz| | и заслушаюсь я, и умру от любви и печали... | I w jej pieśń wsłucham się i umrę ze miłości tej, co pali... | | А иначе зачем на земле этой вечной живу? | (Bo jak tak, po co mi na ziemi żyć!) | | | | | И когда заклубится закат, по углам залетая, | A gdy mgiełką zajdzie słońce, i zaprosi do świateł psoty, | | пусть опять и опять предо мною плывут наяву: | Niech znów i na nowo płyną, bo móc, to być: | | синий буйвол, и белый орел, и форель золотая... | Siny bawół, biały orzeł, i ten pstrąg złoty... | | А иначе зачем на земле этой вечной живу? | (Bo inaczej nie umiem już żyć... ) Песенка о Павке Морозове (Dosłowne tłumaczenie) За что ж вы Ваньку-то Морозова? No i cóż chcecie od Morozowa, Vasslyia? Ведь он ни в чем не виноват. Przecież niczemu nie winien on.... Она сама его морочила, Ona sama go (bynajmniej) zauroczyła, а он ни в чем не виноват. Przecież niczemu nie winien on.... Она сама по проволоке ходила, Ona sama za cienki drut go wodziła махала белым рукавом, Białym rękawem go zawodziła to tam, to tu. а то, что Ваньку погубила, I koniec z końcem Waśkę całkiem zamuliło так это было уж потом. A potem drut zmiękł mu aż miło А он, кулак к щеке прижавши, A on, zacisnąwszy przy policzku pięść, на ту на проволоку глядел, Wciąż ciągnął swego życia cienki drut и все глядел, и все вздыхал он, i patrzył w siną dal i łza mu się do rzęs kleiła, и все сидел и все бледнел. i ciągle siedział, ciągle bladł, i ciągle chudł А в цирке музыка гремела, A do szpagatu na drucie muzyka przygrywała, гремел литавр, труба звала, Grzmiał bęben, trąbka wzywała do.. а в цирке публика шалела, A publiczność jak drut się wystroiła, кричала: «Браво!» и ума... Krzyczała: „Brawo!” i odchodziła zmysłów od! А он пошел в ресторан «Савой», A on poszedł do kasyna „Royale”, где пьют вино, едят медуз, Gdzie wina w bród, i meduz huk, и там, качая головой, i tam, prosty jak drut ( mal mince, mais fatale ) свой изливал тяжелый груз. Podlewał i rwał swój gorzki żal За что ж вы Ваньку-то Морозова? Co chcecie (by najmniej) od Vasslyia? Ведь он ни в чем не виноват. Przecież niczemu nie winien on.... Она сама его морочила, Ona go (by naj mniej) zauroczyła а он ни в чем не виноват. A jego życia drut już jest kaput I nie ciągnie wsiom... Wsie paszli won! Duszny zaduch róż 33 BC Już od podwórza widać nasz dom Obskurny więcej, jak Szymborskiej tom Tylko że tam, gdzie stał płot, Stoi Czarny Kot. On łapą sobie szarpie wąs i już, Podwórze patroluje... niczym w święto stróż Tylko że tam, gdzie stoi z azbestu płot Stać będzie Czarny Kot. Mówią, że to pech, Gdy kot ów w drogę wejdzie ci (nie daj Boże trzy) Ale na razie jest tak (niech weźmę dech) - Że kot czarny jak grzech ma niezły pech A kot przy w winklu siedzi, tu I czeka, aż rybka z akwarium zbiegnie mu Albo mysz (tam gdzie płot) Prosto w paszczę trafi jak w lot Złapie czy nie - to mu wsio rawno: Mir to czy hyr nieważne, bo – Dla niego świat to po pierogach z pyr W ten deseń na deser serwowany syr. Wielkie nam pustki poczynił kot bez cnot j Jest teraz ciszej, jak słyszę (a Bóg drży w ciszy) Teraz pomieszkują tam (a bo wim) tylko myszy I tylko tam, gdzie łatwopalny płot Czuwa płomieniem czarnym Czarny Kot. ─── Ad acta Żołnierz ten kiedyś na świecie żył Piękny i mężny, aż dziw bierze Lecz zabawką wojsk rodzajów był - Tylko z papieru żołnierzem. Chciał, byśmy byli szczęśliwi, I świat naprawić jak, miał zmysł, Lecz od papierów żołnierz to był na niby, I sam na cienkiej nitce zwisł... Gotów był za wszech w ogień i dym Pójść nie raz, lecz dwa i trzy razy A nas czułością ujął i tym, Że za świat umrzeć chciał, licho pal rozkazy! No, jak i gdzie sam idziesz w bój? Ach, widzowie aż siedzą niemi, ... „I dokąd lecisz tak, ach Boże mój? Przecież pod tobą nie ma ziemi!” Lecz on rzucił się w płomieni cień Jak zwierz, co jeńców nie bierze, Ale bohater będzie marny zeń: Papiery na żołnierza miał... na papierze !
    • A czytam tak:   Chciałabym uciec od problemów świata, odlecieć od ludzi: co nie mówią mi jak wysoko, beztrosko i wolno orzeł lata...   I tak podobnie i tak dalej
    • @wiedźma Sugestywny obraz przemijania i upadku. Pozdrawiam Cię.
    • @.KOBIETA. Po to jesteśmy, żeby się pragnąć odnaleźć. Spotykać wielu, żeby spotkać Tego/ Tą. Piękny wiersz, dziękuję.
    • @Leszek Piotr Laskowski bardzo dziękuję

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...