Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ależ wiem, wiem doskonale, że największą wadą tego wiersza jest to, że go nie napisałeś Ty, czy któryś z Twoich pupilków i popleczników. Oczywiście więc, że to musi być nuda i banał, bo przecież nie może być czymś innym dla kogoś, kogo obłuda i ośmieszanie się (w tym wypadku) sięga zenitu. I taka właśnie jest jedyna prawda, i mogę Ci powiedzieć, że nawet święta prawda. Pozdrawiam.
Opublikowano

No banał jak nic, aż można powiedzieć, że w ogóle nic; chociaż mimo wszystko myśl jest - jeszcze tego Panu odebrać nie można - to już coś. Ja się z Pańskimi przemyśleniami zgadzam, to jest konkretne stanowisko, filozofia czy tam światopogląd na zasadnicze sprawy i odpowiedzi na ambitne pytania. Pan tu kreśli konsekwentnie jakąś afirmację duchowości i metafizyki gdyby zebrać te mizerne dziełka do kupy i się im przyjrzeć; wtedy można by powiedzieć, że wszystkie te wytwory są takie same, dosłowne i toporne poetycko aż żal. No cóż, przynajmniej jest Pan systematyczny w powielaniu gniotów; ciężko się dziwić że ta maniera się utrwala. Powodzenia. Pozdrowienia.

Opublikowano

A ja tobie WiJo powiem tak: najważniejsza jest świadomość własnej wartości i możliwości,a komentarze kogokolwiek z Zetki nie będą mieć jakiegokolwiek poważania i pełnej poprawności, jeśli takowe nie będą poparte krytyką zawodową. Zbliżając się do wad w utworze autor powinien trochę bardziej popracować nad składnią i interpunkcją. Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wystarczy, że Twój komentarz i Twoje wiersze są daniami najwyższej klasy, pewnie z kuchni francuskiej, albo chińskiej. Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Mówisz tak, bo musisz tak mówić, bo nie może Ci się podobać to, co pewnym opiniotwórcom się nie podoba, a właściwie nie pasuje, do tego co im przyświeca. Ale zapewniam Cię, że przyświeca im światło pokątne, ale widać, że Tobie w to graj, czyli odpowiada Ci. Zobaczy się więc (nie ma pośpiechu) do czego (gdzie) Cię to światło doprowadzi. Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Mówisz tak, bo musisz tak mówić, bo nie może Ci się podobać to, co pewnym opiniotwórcom się nie podoba, a właściwie nie pasuje, do tego co im przyświeca. Ale zapewniam Cię, że przyświeca im światło pokątne, ale widać, że Tobie w to graj, czyli odpowiada Ci. Zobaczy się więc (nie ma pośpiechu) do czego (gdzie) Cię to światło doprowadzi. Pozdrawiam.

No wiesz co, nie wiem z czego wróżysz, ale chyba z zatęchłych fusów. Bardzo mnie uradował zarzut o polityczną poprawność, bo jeszcze takiego nie mam w indeksie ;) Ja wiem jedynie, że twoja odrębność pismakowa bywa smaczna w tekstach ciągłych, ale w poezji cię nie widzę. Wiem też że nie ma się co wzdrygać, bo co prawda większość z tutejszych możnych to zacietrzewione towarzystwo wzajemnej konspiracji, ale gdyby się wysilić na odrobinę obiektywizmu, należałoby stwierdzić, że nawet oni jakowyś smak poetycki posiadają. Mnie tam nie zaszkodzi jeśli uznasz mnie za "jednego z nich", choć powiem ci że to bardzo karkołomne stwierdzenie ;) W każdym razie zdanie swoje podtrzymuję; a jest to zdanie indywidualne, a twoje analizy psychologiczne nie są żadnym argumentem, no chyba, że masz inne zdanie, uargumentowane kolejną wizjonerską analizą psychologiczną. Sedno jest jednak takie, że nie każdy jest bezproduktywnie i niekonstruktywnie zgryźliwy dla samej tylko hecy i radości z dawania tobie razów raz za razem aż zdechniesz; tylko że jak się podnoszą podobne stanowiska, z różnych galaktyk w podejściu i spojrzeniu na pisanie, z różnych epok i pokoleń, a zastrzeżenia w gruncie rzeczy są zbieżne, to uchyl trochę furtkę uporu, i wpuść do zagrody odrobinę dystansu i zdrowego rozsądku. Pozdro
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ale też, to co jest moją największą wadą, najkrócej mówiąc – moja składnia, jest moją największą zaletą. I najczęściej celowo tak się wyrażam, bez względu na to czy inaczej potrafię czy nie potrafię. Chociaż z wielkim bólem mógłbym, chociaż trochę wyrażać się inaczej (a więc poprawnie dla wszystkich). Ale, tyle nie dbam o to, co dbam o siebie, bez względu na to jaki jestem (ze swoimi wadami i zaletami). No i mam ten komfort, że nie muszę się nikomu podkładać, żeby się podobać. Nie muszę się więc podobać, a wszystkim i tak nie mogę. Pozdrawiam.
Opublikowano

Jeszcze moment, to o światle, które ma prowadzić. Przecież nie tu jest światło, sam to dobrze wiesz: tu jest miraż, ułuda, blichtr i usilne inicjatywy, które są bardzo twórcze. Ja sam sobie, bezsprzecznie. Ku chwale Ojczyzny!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Mówisz tak, bo musisz tak mówić, bo nie może Ci się podobać to, co pewnym opiniotwórcom się nie podoba, a właściwie nie pasuje, do tego co im przyświeca. Ale zapewniam Cię, że przyświeca im światło pokątne, ale widać, że Tobie w to graj, czyli odpowiada Ci. Zobaczy się więc (nie ma pośpiechu) do czego (gdzie) Cię to światło doprowadzi. Pozdrawiam.

No wiesz co, nie wiem z czego wróżysz, ale chyba z zatęchłych fusów. Bardzo mnie uradował zarzut o polityczną poprawność, bo jeszcze takiego nie mam w indeksie ;) Ja wiem jedynie, że twoja odrębność pismakowa bywa smaczna w tekstach ciągłych, ale w poezji cię nie widzę. Wiem też że nie ma się co wzdrygać, bo co prawda większość z tutejszych możnych to zacietrzewione towarzystwo wzajemnej konspiracji, ale gdyby się wysilić na odrobinę obiektywizmu, należałoby stwierdzić, że nawet oni jakowyś smak poetycki posiadają. Mnie tam nie zaszkodzi jeśli uznasz mnie za "jednego z nich", choć powiem ci że to bardzo karkołomne stwierdzenie ;) W każdym razie zdanie swoje podtrzymuję; a jest to zdanie indywidualne, a twoje analizy psychologiczne nie są żadnym argumentem, no chyba, że masz inne zdanie, uargumentowane kolejną wizjonerską analizą psychologiczną. Sedno jest jednak takie, że nie każdy jest bezproduktywnie i niekonstruktywnie zgryźliwy dla samej tylko hecy i radości z dawania tobie razów raz za razem aż zdechniesz; tylko że jak się podnoszą podobne stanowiska, z różnych galaktyk w podejściu i spojrzeniu na pisanie, z różnych epok i pokoleń, a zastrzeżenia w gruncie rzeczy są zbieżne, to uchyl trochę furtkę uporu, i wpuść do zagrody odrobinę dystansu i zdrowego rozsądku. Pozdro
Nie powiem, że mi źle radzisz, ale nie powiem też, że Ci dawałem polityczne rady (czy prztyczki). No i nie wiem skąd, ale wiem, że masz dużo więcej do stracenia (zresztą w każdej dziedzinie) niż ja, a to już jest sytuacja nie bardzo komfortowa, a może nawet i krępująca. Chociaż nie mniej krępująca jest moja sytuacja, ale ja nie mam teraz czego żałować, co by mnie martwiło (choć co by nie mówić), jednak poza niektórymi nieodżałowanymi głupotami i głupstwami, które popełniłem, a które chociaż wpłynęły na ukształtowanie mnie – widać, niezbyt dobrze (przynajmniej dla niektórych). Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



No wiesz co, nie wiem z czego wróżysz, ale chyba z zatęchłych fusów. Bardzo mnie uradował zarzut o polityczną poprawność, bo jeszcze takiego nie mam w indeksie ;) Ja wiem jedynie, że twoja odrębność pismakowa bywa smaczna w tekstach ciągłych, ale w poezji cię nie widzę. Wiem też że nie ma się co wzdrygać, bo co prawda większość z tutejszych możnych to zacietrzewione towarzystwo wzajemnej konspiracji, ale gdyby się wysilić na odrobinę obiektywizmu, należałoby stwierdzić, że nawet oni jakowyś smak poetycki posiadają. Mnie tam nie zaszkodzi jeśli uznasz mnie za "jednego z nich", choć powiem ci że to bardzo karkołomne stwierdzenie ;) W każdym razie zdanie swoje podtrzymuję; a jest to zdanie indywidualne, a twoje analizy psychologiczne nie są żadnym argumentem, no chyba, że masz inne zdanie, uargumentowane kolejną wizjonerską analizą psychologiczną. Sedno jest jednak takie, że nie każdy jest bezproduktywnie i niekonstruktywnie zgryźliwy dla samej tylko hecy i radości z dawania tobie razów raz za razem aż zdechniesz; tylko że jak się podnoszą podobne stanowiska, z różnych galaktyk w podejściu i spojrzeniu na pisanie, z różnych epok i pokoleń, a zastrzeżenia w gruncie rzeczy są zbieżne, to uchyl trochę furtkę uporu, i wpuść do zagrody odrobinę dystansu i zdrowego rozsądku. Pozdro
Nie powiem, że mi źle radzisz, ale nie powiem też, że Ci dawałem polityczne rady (czy prztyczki). No i nie wiem skąd, ale wiem, że masz dużo więcej do stracenia (zresztą w każdej dziedzinie) niż ja, a to już jest sytuacja nie bardzo komfortowa, a może nawet i krępująca. Chociaż nie mniej krępująca jest moja sytuacja, ale ja nie mam teraz czego żałować, co by mnie martwiło (choć co by nie mówić), jednak poza niektórymi nieodżałowanymi głupotami i głupstwami, które popełniłem, a które chociaż wpłynęły na ukształtowanie mnie – widać, niezbyt dobrze (przynajmniej dla niektórych). Pozdrawiam

Wiesz co, nie wiem czy cię rozczaruję, ale ja także naprawdę nie mam nic do stracenia; a przynajmniej na myśl mi się coś takiego nie przywodzi. Może i ja jestem niedoświadczony gryzipiórek, lat zaledwie: rocznik koniuszek PRLu, ale dużo już zdążyłem stracić; niemal wszystko. Także nie mam wymagań ;) Jestem sobie i cierpliwie czekam na koniec, bo sam sobie końca za nic w świecie nie zrobię - jestem słaby i ułomny, ale nie aż tak beznadziejnie. Pozdro
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ależ wiem, wiem doskonale, że największą wadą tego wiersza jest to, że go nie napisałeś Ty, czy któryś z Twoich pupilków i popleczników. Oczywiście więc, że to musi być nuda i banał, bo przecież nie może być czymś innym dla kogoś, kogo obłuda i ośmieszanie się (w tym wypadku) sięga zenitu. I taka właśnie jest jedyna prawda, i mogę Ci powiedzieć, że nawet święta prawda. Pozdrawiam.
Proszę pana - są Walentynki, nie namawiam do miłości - ale mógłby pan przynajmniej się odprężyć w temacie swojej sztuki.
I proszę zapamiętać - cokolwiek by pan napisał w celu wieszania psów - mnie to nie dotyka - po mam looz (o! jaki mi ładny wierszyk z rymem wyszedł był przypadkiem, znaczy: każdy potrafi!)
Serdecznie pozdrawiam
Opublikowano

ta dyskusja jest czcza i jałowa,nic nie wnosząca do sprawy nieistniejącego wiersza,a tym bardziej poezji-nic i nikt tego nie zmieni,gdyż upór WiJa do bycia poetą jest zbyt duży,powiedziałbym ośli,nie chcąc obrazić osła,bo niewinny i ma dużo większe wyczucie,a przede wszystkim swój honor,którego niektórym bardzo brakuje - zamiast dyskutować nad nieistniejącym,póki co należy go wyrzucać z Zki tylko gdzie?-początkujący mogą czuć się urażeni
potrzeba chyba interwencji Admina

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Jeżeli coś jest napisane słabo,
to niestety ale szukanie treści nie ma żadnych podstaw.
Myślę, że wiersz jest albo propagowaniem "jak nie należy pisać poezji" albo swoistą odskocznią od "wymogów" współczesnej poezji by ukazać kaleki indywidualizm autora. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć - "...cały dorobek, całego życia..."
Pozdrawiam Walentynkowo i liczę na lepsze teksty :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


'cały dorobek całego życia'
&
'życie po życiu'
&
'dobre albo złe fatum'
- ???!

kiszki się wiją a rence opadują
na takie sirotki wyrazu,

ajmsory Wija
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ależ wiem, wiem doskonale, że największą wadą tego wiersza jest to, że go nie napisałeś Ty, czy któryś z Twoich pupilków i popleczników. Oczywiście więc, że to musi być nuda i banał, bo przecież nie może być czymś innym dla kogoś, kogo obłuda i ośmieszanie się (w tym wypadku) sięga zenitu. I taka właśnie jest jedyna prawda, i mogę Ci powiedzieć, że nawet święta prawda. Pozdrawiam.
Proszę pana - są Walentynki, nie namawiam do miłości - ale mógłby pan przynajmniej się odprężyć w temacie swojej sztuki.
I proszę zapamiętać - cokolwiek by pan napisał w celu wieszania psów - mnie to nie dotyka - po mam looz (o! jaki mi ładny wierszyk z rymem wyszedł był przypadkiem, znaczy: każdy potrafi!)
Serdecznie pozdrawiam
Żeby namawiać do odprężenia, trzeba samemu być odprężonym, a nie mówić, że się jest odprężony. Bo przynajmniej ja nie uwierzę w to, w co ślepo wierzą pupilkowie i poplecznicy; no i nie uwierzę w to, co sobie człowiek sam wmawia dla odprężenia się. Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...