Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Cóż, zmyśliłem tę historię, ale przyznacie, że mogła wydarzyć się naprawdę. A jako, ze od lat wielu nie zrobiłem kroku naprzód, pomyślałem, iz takie coś mogło zdarzyć się i mi. Się to dzieje gdzieś tak w okolicy 2000r. Nie każdy miał jeszcze takswobodny dostęp do internetu.






Tak wiem, wiem! Miałaś rację, nigdy niczego nie napiszę! Nie stworzę baśni, historii prawdziwej, ani wyciskacza łez. Ta jedna rzecz wyszła Ci idealnie, wpędzenie mnie w bezmiar niewiary i podporządkowanie się losowi, który jest zbyt okrutny, bym mógł go pojąć. Nawet nie tyle pojąć, co odnaleźć w nim sens. Zrozumieć po co komu słowa, kiedy nie potrafi odpowiednio ich użyć.
Patrzysz teraz ze zdjęcia tymi swoimi oczami żmii. Syk wyciska ci się z ust tak obrazowo, że wręcz słyszę go nawet teraz, mimo upływu lat. Niewiele się zmieniłaś, wciąż kretyńsko wyginasz się do zdjęć, wykrzywiasz usta jakby cię coś od środka bolało i udajesz boginię seksu. Jak ten Facebook pozwala odnaleźć ludzi i przypomina o porażkach.
Nie no, seksik spoko, nie mam zastrzeżeń. To jest akurat twoja życiowa rola. Od przodu, od tyłu, z boku, na stojaka, w samochodzie, w lesie, w windzie, kamasutra na całego. Do buzi brałaś jak ta lala, nawet w tyłek dałaś sobie wcisnąć. Ale po jaką cholerę bredziłaś mi te bzdety o rodzinie? Że to niby Antoś miałby być spełnieniem ciebie, jako kobiety. Kurwa, jaki ja byłem durny! Przez rok łykałaś w tajemnicy tabletki i ściemniałaś, że nie możesz zajść! A ja, jak ten palant zapieprzałem Pks – em 40 kilometrów po dwunastu godzinach pracy, by cię wziąć od tyłu w drzwiach sypialni i czekać aż urodzisz mi syna. Jakiż ja zakochany byłem, Wokulski może się schować przy moich fantazjach. Tyle, że to inni mieli rację. „Zostaw tę dziwkę, ona cię roluję!” - mówili kumple przy browarku. Ale gdzie tam, można było mówić. Obłęd w oczach, łaskotanie w rozporku i bełkot.
- Chłopaki, wy jej w ogóle nie znacie. To fantastyczna kobieta!
- Mam cię wypunktować, żebyś sie ocknął? - Karol był zawsze szczery, obrzydliwie. Dlatego jego straciłem jako pierwszego – Rzygać mi się jak patrzę co się z tobą dzieje.
- Wiesz co Karolku? Pierdol się! Może czas dorosnąć, wstać spod tego parasola, wypić ostatnie piwo i się ustatkować. Nie sądzisz? Będziesz tak nosił te zeszyty i bazgrolił w nich do końca życia? Myślisz, że coś stworzysz?
- O patrzcie go! Pan dorosły się znalazł! Panna mu loda elegancko zrobiła i już się z nią żenić będzie! To co? Już nie chcesz próbować? Całe Technikum o tym rozmawialiśmy, te wszystkie teksty wysłane do „Cogito” nic dla ciebie już nie znaczą? Rzucisz to dla jakiejś pustej dupy?
- Karol, ta dupa ma imię i dostała od chrzestnego komputer. Teraz tam piszę, a ona to ocenia. Trzeba iść na przód.
- Widzę, że już nie ma z kim gadać. Bigos masz z mózgu chłopie.
Pamiętam jak wstał, leniwym ruchem podniósł kufel z piwem, dokończył i odszedł. Jedyny facet jakiego znałem, który naprawdę był w stanie coś napisać. Dzisiaj, magister filozofii składający plastikowe elementy na taśmie produkcyjnej, w Manchesterze.
A ty? Owszem, czytałaś moje opowiadania, ale komentarze były tak szczere, jak twoje intencje wobec mnie. Pławiłem się w twych pochwałach, tak samo rozkosznie, jak w twoich sokach, gdy nocami otwierałaś dla mnie swe wrota. Ginąłem, a zdawało mi się, że oto jestem na początku drogi do chwały. Książka, syn, żona parterowy domek na skraju lasu. Nic nie docierało do zmąconego umysłu, nawet twój pseudofeministyczny bełkot. O tak, wiem. Tatuś pił, a poprzedni chłopak był wstrętny, bo ograniczał twoją wolność. Tak, w Indiach mężczyźni palą na stosach niewierne żony, a w Afganistanie rzucają kamieniami i w ogóle facet to świnia i powinien siatki z zakupami za kobietą nosić. To wszystko w pełni usprawiedliwiało twój jazgot, dawało prawo do nienawidzenia męskiej rasy i bluzgania. W twoim mniemaniu oczywiście, bo o feminiźmie bladego pojęcia nie miałaś.
Tylko co ja miałem do tego? Do tych wszystkich Arabów, muzułmanów, afrykańskich dzikusów, którzy kobietom wycinają łechtaczki, aby te nie mogły mieć orgazmu? Ani to moja wina, ani moja moc, żeby to zmienić. Nosiłem, więc te siatki za tobą, i gary myłem w twoim domu, po twoim obiedzie, w twojej kuchni kiedy twoja matka leżała w szpitalu. I puszczałem cię wieczorem z kumplem na basen i z twoim starym nie piłem wódki i obgadywałem wszystkich facetów z twoich ulubionych seriali. Miałem być inny, wspaniały, męski, wyrozumiały, tymczasem przyzwalałem na twoje bzykanie się z kumplem i jeszcze udawałem, że tego nie widzę!
Biedna matka, dogorywała w szpitalu, a ty jej nawet nie odwiedziłaś.
- Po co mam udawać, że jest mi przykro. Ci wszyscy hipokryci krzywią się i kłamią. Matka umiera, bo ma raka, ja jestem szczera, nie muszę być jak te wszystkie palanty co na siłę płaczą, a w duchu myślą tylko jak do domu pójść na mecz. Faceci! Udaje taki jeden z drugim pitu, pitu wspaniałego tatusia i męża. Na pokaz! A jak tylko nikt nie patrzy od razu idzie się nachlać – strzelałaś jadem po mistrzowsku.
- Ale powinniśmy do niej pójść, ona chce cię zobaczyć.
- Ty musisz też udawać? Jest nieprzytomna, nawet nie będzie wiedziała, że tam byłam.
Zmarła pół roku później, z pogrzebu urządziłaś sobie rewię mody. Trzy dni przerzucania ubrań, butów, kolczyków, perfum w kilkunastu sklepach. Przecież nie pokażesz się w byle czym!
Mogę ci śmiało powiedzieć, swojej matce nie dorosłaś do pięt. Do dzisiaj pamiętam jak siedziała w kuchni, wiecznie skulona, smutna. Ogrzewała dłonie kubkiem z gorącą herbatą, bo stary przepił kasę na opał. Kupował jej babskie gazety z plotkami, a jej wcale nie obchodził los gwiazd. Ona chyba nawet nie znała pojęcia „gwiazdy”, to byli po prostu jacyś tam ludzie. Pamiętam jak pochylała się na gazetą i smutnym wzrokiem błądziła po literach.
- Co tam piszą, pani Grażynko? - spytałem
- Mój Boże, zrobili zdjęcie jakiejś kobiecie i napisali, że mąż ją zostawił, a teraz chce zabrać dziecko. I to do gazety dali? Jezu, jak jej musi być przykro.
I kołysała się tak kilka minut, z głową nad brukowcem, z nieobecnym wzrokiem i w nieludzkiej ciszy. Czułem sie dziwnie, z jednej strony przerażał mnie jej smutek, z drugiej zaś czułem, że jest on jej wybawieniem, jej wewnętrznym światem, w którym może się schować i tam jest nie do ruszenia. Cisza, która pochłaniała ją w tej kuchni, była tak niewyobrażalnie plastyczna, gruba i gęsta, że nie przepuszczała świata. Pochłaniała wszystkie wyzwiska rzucane przez męża, była jej tarczą, chroniła od ciosów. Wychodziła z niej tylko na godzinę, raz w tygodniu, gdy szła do kościoła. Po drodze czytała klepsydry, dowiadywała się z nich kto zmarł i pochylała głowę pod tablicą ogłoszeń.
W kościele zawsze siadała gdzieś z boku, w tylnych rzędach. Nie chciała nikomu przeszkadzać i nikogo aferować swoją obecnością. Składała ręce, pochylała się i szeptała coś co mogło być modlitwą, choć wyglądało raczej jak przepędzanie złych duchów, odszeptywanie złych mocy. Po kościele wracała do swojej kuchenki, parzyła herbatę i zanurzała się w nicość
Była tak cicha i tak bardzo nie chciała zawracać światu głowy, że nie zauważyła nawet jak bardzo zżera ją choroba. Musiała coś zauważyć, ubywało jej, skóra bledła, ciało robiło się zimne, a z miejsca, które wydało cię na świat sączyła się ropa. Wnętrze musiało boleć, palić niczym polane kwasem. Umysł jednak wyćwiczony do niedopuszczania bólu, wygrał. Musieli mocno się namęczyć, żeby odczepić jej palce wbite w kościelną ławę, gdy na niedzielnej mszy wygięła się z bólu i straciła świadomość.
Ojciec w tym czasie próbował wytłumaczyć się policji dlaczego w takim stanie porusza się pojazdem mechanicznym, jednośladowym marki „Komar”, w dodatku bez ubezpieczenia i ważnych dokumentów.
Rzeczywistość boli, a jeszcze bardziej boli przebudzenie. Nie z pijaństwa, a z długiego, chemicznego snu, w którym potwory wydają się być księżniczkami, a prawdziwe księżniczki płaczą w samotności, odepchnięte przez swych, chwilowo niepoczytalnych chłopców.
Czy wiesz, że powiedziałem Magdalence, że jesteś w ciąży? Płakała. A ja chciałem, by dała mi wreszcie spokój, by nie przeszkadzała i zrozumiała, że to ty jesteś najważniejsza. Kiedy się obudziłem, Magdalenka miała już ułożone życie i nie chciała o mnie słyszeć.

- Nie będę cię utrzymywać! Wybij to sobie z głowy! - to były twoje pierwsze słowa, kiedy ci oznajmiłem, że straciłem pracę.
- Ale jakie utrzymywać! Kochanie, jutro jadę do pośredniaka, a później coś znajdę. Na bilet do ciebie też skądś pożyczę, nie musisz mnie utrzymywać.
- Zobaczymy. Wszyscy tak mówicie, a później na fartuszku mamusi, albo żony. Oszczane kalesony i te gadki, że nie ma pracy, to po co z domu wychodzić!
To był początek końca, malałem każdego dnia, kurczyłem się, zwijałem w kłębek. Nie mogłem spać, gdy nie odbierałaś telefonu, nie wierzyłem, gdy mówili, że masz już innego. Kumpel zaczął przynosić zielsko, uspokajało mnie. Uspokajało tak bardzo, że godzinami wpatrywałem się w lustro i śmiałem z własnej twarzy. Twarzy starca, który się pomylił. Który opowiedział złą historię i teraz został ukarany banicją we własnej łazience.
Kiedy się obudziłem, poczułem nienawiść. I dzisiaj, po latach znalazłem cię na Facebooku. Jesteś podobna, ale nie jesteś miękka, a taką cię wtedy widziałem. Masz ostry nos, ostre krawędzie twarzy ostre linie między policzkami, i wąskie czoło. Jesteś kanciasta, linie twojego ciała są wyraźne zaznaczone, jak linie stołu, szafy, nie są to linie człowieka. Twoja skóra jest napięta, naciągnięta jakby było jej za mało, na ostrych krawędziach kości załamuje się gwałtownie i każe uważać. Człowiek czuje, że mógłby się o ciebie skaleczyć. Dłonie masz kościste, długie palce zakończyłaś długimi, czerwonymi tipsami. To ostrzeżenie. Przypominasz kaktus, z każdej komórki twojego ciała wystaje kolec, długi i cienki. Mogłem ich nie zauważyć, są przezroczyste, ale bardzo ostre. Dzisiaj nie zbliżyłbym sie do ciebie, wtedy przedarłem się przez gąszcz kolców, bo adrenalina znieczuliła ból. Poraniłem się. Ale blizny wyrzuciłem do śmieci. Prócz tej jednej, największej i najdotkliwszej rany, którą zadałaś mi jednym zdaniem:
- Nigdy, niczego nie napiszesz!
Rozdrapuję ją każdego dnia. Dbam, by się nie zabliźniła. Kultywuję jej obecność, dotykam jej, pilnuję, by zawsze sączyła się z niej krew. Gdy czuję jej smak, wiem, że jeszcze po coś żyję.

Opublikowano

No brawo!
Zazdroszczę potoczystej rozprawy, ale przede wszystkim emocji, które ją sprowokowały.

U mnie od dawna lekki chłód, czasem mało wyrazista letniość.

Jedź na tym koniu, bo warto!

Puenta, palce lizać!

Opublikowano

A no dzięki.
Ania, Ty wiesz dlaczego tak mnie mało w wirtualnym swiecie ostatnio ;)
Asher, takiego komentu od Ciebie jeszcze nie dostałem! Tymbardziej Wasze słowa cieszą, że tekst pisałem "na kolanie", w pracy, między obowiązkami, a poprawiałem też szybko. Presja, to najlepsza matka ;)

Poczytam resztę tekstów jutro, bo mi już powieka leci, a dzidzia o szóstej rano pobudkę zrobi.

Pozdrawiam.

Opublikowano

Ale zaraz czemu Ania ??? To ta ździra miałaby mieć na imię Ania ?? To chyba jakiś oksymoron nie znałem Ani, która miałaby zły charakter zwykle tak zepsute są kobiety z wymyślnymi imionami, nie wiem skąd to się bierze, ale jednak jakoś tam imię się wiąże z charakterem czy upodobaniami, nie zawsze ale częstokroć. Złej, okrutnej Ani, czy Kasi chyba nie spotkałem :)

No chyba, że to przenośnia tylko ??

Opublikowano

Dzięki za Kasię, bo tak ma na imię moja żona :) Ale co do imienia, nie ma znaczenia. Mozesz spotkać uroczą Hermelegildę i koszmarną Anię. Ja już spotkałem się z ludźmi o różnych charakterach i z tym samym imieniem. Zdanie, które zauważyłeś, to z rzyganiem, faktycznie, trochę nieeleganckie. Może cuś w nim zmienię. "Się" tam za dużo.

Aha, pierwsza wersja tytułu brzmiała; "Ostre pikowanie w dół", ale zastanawiałem się, czy można pikować w górę, więc ostatecznie tamten pomysł odpadł.

Opublikowano

Jako, że bardzo Cię lubię, parafrazując zdanie z Ani z Betonowego Wzgórza – powiem – Drogi Marcepanie, moje uwagi będą tak szczere, jak moje intencje wobec Ciebie. (Czy mi się zdaje, czy wyszło mi zdanie z gejowskim wydźwiękiem?)

Uwagi:
1) Zrozumieć po co komu słowa, kiedy nie potrafi odpowiednio ich użyć.”
– Nie rozumiem, co to zdanie znaczy w kontekście wcześniejszych zdań i o jaki rodzaj używania słów tutaj chodzi? Może jestem głupi, ale spędziłem 5 minut myśląc o tym zdaniu i niczego nie wymyśliłem.
2)” Syk wyciska ci się z ust tak obrazowo, że wręcz słyszę go nawet teraz, mimo upływu lat.” – Syk wyciska się z ust obrazowo? Nie dość, że nie widzę tego, to nawet czyta mi się źle.
Ja bym napisał coś w tym stylu: Patrzysz teraz ze zdjęcia swoimi oczami żmii i mimo upływu lat, wciąż słyszę ten syk z twoich ust.
3) „wykrzywiasz usta jakby cię coś od środka bolało i udajesz boginię seksu”
- Wyobraź sobie, że z kimś rozmawiasz a ten ktoś nagle dziwnie krzywi usta. Czy zapytasz go wtedy:
a) boli cię coś od środka?
b) boli cię coś w środku?
Pytam, bo ja wybrałbym b), wydaje mi się bardziej naturalne.
4)” Jak ten Facebook pozwala odnaleźć ludzi i przypomina o porażkach.”
- Facebook pozwala: odnaleźć, przypomina?
- Facebook pozwala: odnaleźć, przypomnieć – lepiej chyba, więc może z tej konstrukcji należałoby wyjść aby utworzyć zdanie?
Ja napisałbym zdanie zupełnie inaczej, ale zachowując Twój styl myślę, że można byłoby napisać: Jak ten Facebook pozwala odnaleźć ludzi, tym samym przypomnieć o porażkach.
5) „Od przodu, od tyłu, z boku, na stojaka, w samochodzie, w lesie, w windzie, kamasutra na całego.”
- Po „w windzie” dałbym myślnik, żeby było – kamasutra na całego.
6) „Że to niby Antoś miałby być spełnieniem ciebie, jako kobiety”.
Nie podoba mi się ten skrót myślowy. Moim zdaniem, już trochę lepiej byłoby: Że to niby Antoś pozwoliłby się tobie spełnić (jako kobiecie).
7) „Zostaw tę dziwkę, ona cię roluję!” – roluje.
8) „Rzygać mi się jak patrzę co się z tobą dzieje.” – Rzygać mi się chce
9) „Trzeba iść na przód” – naprzód
10) „Ginąłem, a zdawało mi się, że oto jestem na początku drogi do chwały. Książka, syn, żona parterowy domek na skraju lasu.”
- Aby skomunikować ze sobą oba zdania, to po „chwały” dałbym dwukropek. Po „żona” przecinek.
11)” Nic nie docierało do zmąconego umysłu, nawet twój pseudofeministyczny bełkot.”
- Przecież bełkot docierał do zmąconego umysłu? Napisałbym coś w tym stylu:
Nic mi nie dało do myślenia bym mógł się otrząsnąć, nawet twój pseudofeministyczny bełkot.
12)” Tak, w Indiach mężczyźni palą na stosach niewierne żony, a w Afganistanie rzucają kamieniami” – chyba: obrzucają.
13) „Tylko co ja miałem do tego? Do tych wszystkich Arabów, muzułmanów, afrykańskich dzikusów, którzy kobietom wycinają łechtaczki, aby te nie mogły mieć orgazmu?”
- Skoro chcesz Marcepanie zapytać ” Tylko, co ja miałem wspólnego z tymi wszystkimi arabami, muzułmanami, afrykańskimi dzikusami, którzy kobietom wycinają łechtaczki, aby te nie mogły mieć orgazmu?” – to dlaczego Marcepanie, tego tak nie napiszesz?

No, a później tekst mnie poniósł i zapomniałem o wyszukiwaniu błędów. Może jutro dokończę ich wypisywanie. Dużo fajnych fragmentów, które bronią całe opowiadanie. Dla mnie to jedna z lepszych Twoich rzeczy.

Pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

Muszę się zgodzić z Twoimi punktami, tym razem polemizował z Tobą nie będę, bo faktycznie wszystkie uwagi są trafne. Jak człowiek ochłonął już trochę to i własny tekst inaczej widzi. Nie wiem co mam dalej z nim (tekstem) robić, moze wykorzystam za sto lat i rozwinę go, a może poprostu utknie na orgu na wieki wieków...

Najważniejsze, ze Ci się podobało :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • powiedz mi kim jesteś w zapełnianiu jakiej wyrwy w nadawaniu jakiego sensu trafiłaś tutaj grać w zielone
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...