Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

odkładam dni w miejsce pozorów
linia horyzontu wyostrza rysy
własne ścieżki odkrywa ktoś inny

kłaniam się w milczeniu
by oprowadzać znajomy chód
jak przeświadczenie zdobywcy
który wciska w kąt mędrca

czekam na uderzenia w menażkę

kakofonia potrafi
strącać bóstwa

Opublikowano

Pogadam sobie: odchodzisz skądś. Jesteś coraz dalej, a stąd czasem widać i słychać ostrzej. Ale, gdy się okazuje, że te widoki czy dźwięki są zbyt jednak dosadne czy bolesne - wracasz parę kroków, aby się przyjrzeć. Może jednak nie było tam tak źle? Nowe bóstwa tracą na świętości. Tak sobie Twoje słowa ułożyłam w moim małym gospodarstwie umysłowym. I z tym zostanę, a Pojazdy, głównie Białe - ściskam. E.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Akurat ten gigant nie jest ucieczką, a 'oprowadzać znajomy chód' jest towarzyszeniem komuś kto podobnie chodzi i wydaje mu się, że wszystko wie. Dziękuję za wizytę i komentarz:)
Pozdrawiam
Dziękuję, miło mi, że wyjaśniłaś, z czasem człowiek nie nadąża, a ja staram się zawsze
czytać wiersze ze zrozumieniem.
Serdeczności
- baba
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Akurat ten gigant nie jest ucieczką, a 'oprowadzać znajomy chód' jest towarzyszeniem komuś kto podobnie chodzi i wydaje mu się, że wszystko wie. Dziękuję za wizytę i komentarz:)
Pozdrawiam
Dziękuję, miło mi, że wyjaśniłaś, z czasem człowiek nie nadąża, a ja staram się zawsze
czytać wiersze ze zrozumieniem.
Serdeczności
- baba

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        To tak jakby ciało wyjąć z trumny  i porzucić u samych stóp  zimnego, spękanego grobowca. Ale chyba tak musi być. Umieramy tam gdzie upadamy. Nagle, cicho, bez bólu. Po prostu tracimy czucie,  nieznośnie depresyjnej istoty istnienia. Tracimy z oczu ten świat. Pełen niezamkniętych drzwi i furtek. Pełen luster złożonych z dusz. Twarzy naszych wspomnień. Ludzi spotkanych po drodze.     Nie potrafiłem być głuchym na ich słowa. Przebili nimi bak  mojego dopamicznego paliwa. Gdy się nim wykrwawiałem, oni wybijali szyby, gięli karoserię,  wykręcali skrzynię biegów i silnik. Do bagażnika włożyli ciężar  każdego gestu i rozmowy. Kazali go wlec przed siebie na przebitych, zszarganych oponach nerwów. Było mi obojętne kto usiądzie za kółkiem. Zawsze ktoś inny kręcił kierownicą. Było mi wstyd, że jako tak piękny klasyk, muszę iść na złom. Potną mnie żyletki, ścisną prasy, rozbiją młoty. Zostanę kostką metalicznego odpadu. Wrzuconą na szczyt piramidy  niedawnych królów.     Wyprowadziłem się z domu. Jak wzgardzone dziecko alkoholików, wyszedłem w piżamie,  zarzucając plecak na ramiona. Na podjeździe czekał wrak  mojego dawnego auta. Wrósł w ziemię zarośnięta chwastem  i kaleczącą dłonie i stopy, wysoką trawą. Trupy powinny trzymać się razem. I spoczywać obok siebie.     Byłem śmiertelnie blady. Z głodu, wycieńczenia i upływu krwi. Jej ślad ciągnął się za mną od progu domu. Nóż został na kuchennym stole. Samochód był zielony, lecz odrapany, brudny i wypłowiały od słońca. Zżarty przez rdzę. Postępowała jak gangrena. Zaraza. Zostawiała blizny ludzkich słów.     Usadowiłem się z trudem na fotelu kierowcy. Spojrzałem na zawalony strop garażu z wyrwanymi skrzydłami, metalowych drzwi. Na nich miał spoczywać napis nagrobny. Lecz ten cmentarz był opuszczony od dawna. Nie będzie tu nigdy żadnych gości. Zapaliłem ostatniego papierosa. Smakował porażką. Zablokowałem zapalniczkę. I cisnąłem ją przez wybitą szybę na próg. W ślady krwi. Zajęły się niczym benzyna a strumień ognia momentalnie powędrował w moim kierunku. Gdy doszedł do mojej rany i trzewi. Eksplozja rozsadziła nas na krwawe strzępy. A garaż zajął się ogniem zaraz potem. I tylko proch umykał przez szczeliny powykręcanej od temperatury karoserii, Rozmył się w półmroku pasiastych pól, i ukwieconych, lipcowych łąk.      
    • @Waldemar_Talar_Talar   Pięknie napisałeś o Mamie - "ta żywa fotografia" zarobiła na mnie wrażenie. Pozdrawiam. :)
    • @Jacek_Suchowicz Jacku, bardzo dziękuję, jesteś Super Gość. 

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Ogólnie, na tak.
    • @andrew   Wiersz o dwojgu ludzi, którzy są razem, choć każde w swoim świecie - i właśnie w tym jest ich bliskość.  A koniec, to zawieszone "czy to... to już to" -  to pytanie, które zawiera w sobie ogromny ładunek emocjonalny.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...