Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

.




Mama płacze, bo popsuł się telewizor. Przed chwilą poruszały się na ekranie paski, a teraz nie ma nic. Mama domyśla się, że On, mój mąż, wyjął wtyczkę z gniazdka i jest rozgoryczona. Mogłaby pooglądać paski. A ja domyślam się, że On wyłączył telewizor, bo wiedział, że sprawi tym mamie przykrość. On twierdzi, że gdyby telewizor był włączony psułby się jeszcze bardziej. Mama usiłuje zaprotestować, ale potrafi powiedzieć tylko: kooot… Czasami udaje jej się powiedzieć coś innego, lecz żadne wypowiadane przez nią słowa nie pasują do sytuacji.
Przyjdzie ktoś i naprawi, lecz kiedy, nie wiadomo.
Jest wczesne popołudnie, ja i mama idziemy na spacer z dzieckiem. Chłodno, listopad, a więc mama w wytartym płaszczu, w którym chodziłam przez dziesięć lat. Ja nie wyglądam lepiej. Z pewnym mozołem pchając wózek po piasku wychodzimy z bramy. W którą stronę byśmy nie poszły, w tą, czy w tamtą, zawsze mijamy sąsiadów kręcących się po podwórkach. Przyglądają się nam z daleka. Wiedzą, że mama była nauczycielką, a mimo to czują się nieswojo i gdyby nie przypadek starucha, który leży w komórce po drugiej stronie drogi i też bełkocze, (a przecież był normalny), nie wiedzieliby, czy jest chora, czy pomylona. Mama kuleje, właściwie pociąga nóżką i jedną rękę ma bezwładną. Sąsiadki patrzą podejrzliwie, choć z pewna dozą współczucia, ale nie decydują się odezwać.
Mieszkamy w jednym pokoju i to jest krępujące w nocy, choć mnie się wydaje, że mama wtedy śpi, a jeśli nie śpi…
Wkrótce dobudujemy drugi pokój, kuchnię i łazienkę. Pieniądze są, wystarczy na pustaki i papę na dach, resztę się skombinuje. On wszystko zrobi sam. On potrafi. Zrobi nawet centralne ogrzewanie i zainstaluje hydrofor. Grzejniki do centralnego pozbiera na złomowisku, pospawa, jeśli będzie trzeba, a ja je pomaluję na biało. Piec, podwójny, z wężownicą do grzania wody zrobi u siebie w pracy. Razem będziemy wiercić studnię – ja będę wtedy w ciąży. Na jesieni przyszłego roku będziemy mieli dwa pokoje.
Lecz zanim to się stało, musiała minąć mroźna zima. W marcu kry utworzyły zator i wylała rzeka. Niegroźnie, ale olbrzymie kry leżały długo na brzegach, jak monstrualne cielska. Z czteromiesięcznym brzuchem wyszłam oglądać płynącą tuż za naszym ogrodem rzekę i byłam podekscytowana. To musiał być wyjątkowy rok, bo nic takiego nie zdarzyło się nigdy więcej.

To prawda, że On zarabia marnie, ale dajemy sobie jakoś radę. Odżywiamy się dość oszczędnie. Mama dostaje emeryturę. Odbieram ją od listonosza i dołączam do pieniędzy, za które musimy przeżyć cały miesiąc. Dla mamy zostaje końcówka, kilka zaledwie złotych – na cukierki. Kupuje je sobie sama w jedynym sklepie we wsi. Chodzi do sklepu ze mną. Stoimy w kolejce, trwa to długo, czasami kilkadziesiąt minut i kobiety się przyzwyczajają. Gadają, albo milczą w zależności od humoru i temperamentu, nie zwracając na nas uwagi. Być może, współczują w głębi duszy, że taka grzeczna, miła pani, a nie mówi. Dochodzimy wreszcie do lady, mama pokazuje, co chce kupić i płaci sama. Myślę, że sprawia jej to przyjemność.
W maju stoją już mury dobudówki, nie otynkowane, ale pokryte dachem, jest korytarz i nowe drzwi, a mnie się wydaje, że mamy już dwa pokoje. Na początku lipca zaczęłam przesuwać meble i wtedy to się stało. Miało stać się za dwa tygodnie, ale stało się tego dnia. Kto i jak zawiózł mnie do szpitala, tego nie pamiętam. Jego na pewno nie było przy tym, bo pracował. Mama i chłopiec zostali z jego matką – mieszkaliśmy przez ścianę i jakoś to chyba znieśli, choć mama musiała być niespokojna. Kiedy wróciłam z nowego, jasnego szpitala, w którym na podłodze było linoleum, a w łazience i ubikacji kafle, dom wydał mi się ciemny, ciasny i przygnębiający. Córka mała i pomarszczona. Bardzo podobna do ojca.

Dopóki miałam jedno dziecko, lubiłam sobie wyskoczyć do pobliskiego miasta, ale po narodzinach drugiego, było to bardzo trudne, czasami jednak konieczne. W mieście, czekając cierpliwie na dostawę można kupić kiełbasę, albo jakieś mięso, a w pawilonie handlowym pośrodku miasta mogły pojawić się nieoczekiwanie pudła z rajstopami. Nawet wtedy, gdy je wnoszono i rozpakowywano, a sprzedaż jeszcze się nie zaczęła, w sklepie już kłębił się zbity tłum i trzeba było czekać w nieskończoność, przepuszczać ciężarne i tak dalej.
Wybrałam się do Warszawy. Z dziećmi została mama, no i jego matka. Musiałam jechać, bo tylko tam, w Warszawie, w spółdzielni dentystycznej robiono szybko koronki za pieniądze, a mnie wypadł ząb. To była pierwsza wizyta, na razie wyrwano mi tylko korzeń i kiedy tak szłam ulicą, zbolała, z policzkiem wypchanym gazą, nagle jakaś kobieta, mniej więcej w moim wieku, ucieszyła się na mój widok. To dziwne, znała moje imię, a ja nie wiedziałam, kim jest. Oczywiście. Koleżanka z pierwszego roku studiów. Ale ja jej nie pamiętałam. Okazała się przyjacielska, mieszkała niedaleko i zapytała, czy wstąpię. Czemu nie? W tym czasie rzadko widywałam prawdziwe mieszkania w bloku. A jej chodziło chyba o to, żebym zobaczyła męża, bo zaprosiła mnie na obiad. Prawda, że wyglądałam fatalnie, no i nie przewidziałam, kim będzie mąż, ale się zgodziłam. Od razu jej powiedziałam, że mieszkam na wsi. Byłam głodna, a powrót do domu na wieś, to dwie godziny z okładem. Zastałyśmy męża w domu. Naukowiec. I na dodatek przystojny. Przywitał mnie bardzo grzecznie. Podobało im się, że mieszkam na wsi. Potem był obiad, a na obiad coś twardego, czego nie mogłam zjeść, mając te dziurę w dziąśle. Usiłowałam jakoś sobie z tym poradzić – mój kłopot był chyba widoczny, ale oni zbyt dobrze wychowani, nie dawali niczego po sobie poznać. Nie pamiętam, co mówiłam podczas obiadu o swoim mężu. Nie wiem, czy powiedziałam, kim on jest. Zawsze mówiłam o nim, że jest bardzo zdolny, wręcz utalentowany, opowiadałam, jak zrobił dziecku sanki w stylu holenderskim, wiec pewno i tym razem opowiadałam o tym, co potrafi, o domu i o tym, jak razem wierciliśmy na podwórku studnię. I stało się coś dziwnego – nowi znajomi byli zachwyceni, koniecznie chcieli to zobaczyć, więc ich zaprosiłam. Opowiedziałam im o mamie, żeby nie byli zaskoczeni. Wiedziałam, że zachowają się taktownie. Do tej pory nie miewaliśmy często gości, czasem pojawiał się ktoś z rodziny i ten ktoś zwykle przyjeżdżał do mamy.
Byłam pewna, że nie przyjadą. Na ogół ludzie obiecują, a potem nikomu się jednak nie chce. Ale im się chciało. Ani oni, ani oczywiście my, nie mieliśmy telefonu. Widoczne jakoś żeśmy się porozumieli, (może listownie?), bo byłam przygotowana. Posprzątałam dom ze szczególną starannością, ale i tak czułam zażenowanie. Co prawda, w tym ich bloku, łazienka też tylko otynkowana, żadnych kafelków, ani płytek, a u nas, w nowej łazience było nawet okno, ale wszystko to wyglądało jednak zbyt po amatorsku. Za to On, mój mąż, ubrany porządnie, prezentował się całkiem nieźle. Goście byli dla mamy ujmująco grzeczni i ona to doceniła, ożywiona i uśmiechnięta. Podałam obiad, a do obiadu On nieśmiało wyciągnął wódkę. Nie wiadomo; wypiją, czy się obrażą. Nie obrazili się. Wręcz przeciwnie. Trzeba było wyciągnąć druga, potem trzecią – więcej już nie było.
Tak się zaczęła ta znajomość. Trwała kilkanaście lat. Poznaliśmy się pod każdym względem i zaczęliśmy się nienawidzić, ale spotykaliśmy się dość często i zawsze te spotkania były ekscytujące, pijane do nieprzytomności i w rezultacie kłopotliwe, chyba dla obu stron. Potem tamten umarł, a właściwie zginął w wypadku. Kto mógł przewidzieć, kiedy jeszcze żył, że ona pod koniec lat osiemdziesiątych okaże się antysemitką, a potem, na starość słuchaczką Radia Maryja? Za jego życia nic na to nie wskazywało. Chociaż… kto wie? To u nich odbyło się zebranie Klubu Inteligencji Katolickiej. Kiedy w dziewięćdziesiątym roku przywiozła te pisemka, (dla mojego męża), powiedziałam, że nie chce jej więcej znać i to był naprawdę koniec. Ale wtedy, po tej pierwszej wizycie, dla nas zaczęło się nowe życie.

Mama chce pomóc, dlatego szyje ubranka dla moich dzieci. Na okrętkę, ściegiem „wilk przez pole”. Nakładam koszulkę córce. Tak mało mam dla nich ubrań, że przyda się każde, nawet tak niezdarne. Mama sprząta po sobie, pierze i nigdy niczego się nie domaga.. Dla Niego jest surowa. Chyba go nie lubi. Czasami mu przypominam, że korzystamy z jej pieniędzy i wtedy On robi mi awanturę. Właściwie, to awantura poprzedza moje przypomnienie. On chce być panem sytuacji, trzymać wszystko w garści. Nie mogę się od niego uniezależnić i prawdę powiedziawszy, wcale tego nie chcę, a On jest przekonany, że sama nie dałabym sobie rady. No i dobrze. Pamiętam przecież, że we dwie z mamą balansowałyśmy na krawędzi nędzy.
On jest zaradny i pracowity. A jakże. W kuchence, która jest bardzo mała, pod oknem zrobił szafkę z szerokim blatem pełniącą rolę stołu.Za oknem rośnie jabłoń, na której w zimie powiesiłam karmnik. Przez cały, krótki zimowy dzień mama i ja czekamy na ptaki i cieszymy się, kiedy przyleci dzięcioł, grubodziób, albo jakiś inny. Na szerokim blacie szafki można rozłożyć gazetę. Dobrze się czyta, bo jest widno. Czytuje na stojąco gotując jednocześnie obiad Kulturę, Politykę, Życie literackie.
W tym miejscu, przy tej szafce, stało się coś, czego nie sposób zapomnieć.

Może to nie przypadek, że u mnie jedna i druga ciąża zaczynały się w listopadzie. Przyczyniał się do tego widać, taki jakiś dziwny jesienny nastrój. W grudniu tamtego roku, też coś się zaczęło dziać. Były objawy, ale przed świętami Bożego Narodzenia wiedziałam, że to fałszywy alarm, bo zaczęłam krwawić. Tuż po świętach, stałam któregoś dnia pochylona nad blatem w kuchni i czytałam felieton na ostatniej stronie. Był śmieszny, wiec zaczęłam się głośno śmiać. A wtedy poczułam nagle, że to wypada ze mnie, nie wiem co, bezkształtny pęcherzyk jakiś i bardzo krwawię i tego nie można powstrzymać, podłoga cała we krwi, a potem we krwi łóżko i ja nie bardzo wiem, co się dokoła dzieje. Położyłam się, bo było mi trochę słabo. Ale nie czułam ulgi, ani… żalu. On się upił. Ze strachu. Dopiero następnego dnia pojechaliśmy do szpitala. A w szpitalu miny, aluzje pielęgniarek, że pewno usiłowałam to sobie usunąć drutem. Dla nich wszystko zawsze jest oczywiste. Chciałam im powiedzieć, że stało się tak, bo się śmiałam. Czytałam felieton Hamiltona. Nie wiedziały, kto to. A ja – że śmiech spowodował skurcz mięśni, a płód był martwy i tak dalej. Tak, tak. Nikt nie wierzył. Pobyt w szpitalu był krótki i przyjemny. Leżałam odurzona czymś, o czym mówili „głupi Jaś”. Potem bardzo chciałam doświadczyć tego jeszcze raz.
Dla pielęgniarek byłam kobietą z marginesu, a ja nie jestem przecież byle kim, jestem wykształcona. Naczytałam się tylu książek, że mogę uchodzić za inteligenta. Jesteśmy kulturalni. Co prawda, On na pewno nie jest inteligentem. Jest robolem. Ale utalentowanym. A mama? Mama niegdyś uwielbiała kino i była specem od krzyżówek. Mówię to w czasie przeszłym, bo teraz nic już nie potrafi, filmów zapewne nie rozumie, a o czytaniu książek, mowy nie ma. Co czuje, co myśli? Nie wiem. Boi się śmierci? Nie wiem. Popłakuje.

Powinnam nadać imiona koleżance i jej mężowi, żeby znów mogli się tu pojawić. Bo stali się dla nas bardzo ważni. Ich sposób życia był dla nas nieosiągalny, ale stanowił jakiś wzorzec.
Nazwę ją więc Agatą, a jego Władysławem.
Przyjeżdżali, co jakiś czas, brnąc piechotą od stacji kolejowej, ale to też sprawiało im przyjemność. Latem atrakcją była dla nich rzeka i białe plaże, przejrzysta woda, tylko trochę zanieczyszczona. Wiosną i wczesnym latem przyjeżdżali często – w lipcu już nie, bo wyjeżdżali na wakacje. Wszyscy czworo mieliśmy wtedy, tak plus minus, po trzydzieści lat. Nasze wzajemne stosunki zaczęły się plątać, wikłać, nabierały podtekstów nieco erotycznych. Agacie podobał się On. Nie tyle podobał się, co podniecał swoją innością i nieśmiałością w stosunku do obcych, którą ona uważała za bardzo intrygującą. Ja chciałam podobać się Władysławowi. Nie wiedziałam, że to daremny trud. Władysław też wolał jego i chyba, dlatego tu przyjeżdżał. Być może miał nadzieję, że zdarzy się okazja, która pozwoli mu nabrać przekonania, że się nie pomylił.
Wkrótce okazało się, że Władysław jest alkoholikiem i to takim, który nie może spędzić wieczoru w samotności. Może gdyby miał telewizor… Ale nie miał. Dla niego, no… może nie intelektualisty, inteligenta raczej, telewizor był złodziejem czasu. Dlatego wieczorami szukał towarzystwa. Co to było za towarzystwo , nie mam pojęcia, wiem tylko, że któregoś wiosennego dnia, o świcie, znaleźliśmy go pod jabłonką. Spał. A właściwie już się obudził. Nie wiedział, jak się tu znalazł. Zdawało mu się, że szedł piechotą. Bardzo możliwe. Jeśli wyruszył wieczorem, to mógł dojść do rana. A może ktoś go podwiózł? On sobie nie przypominał, a dla nas, tym bardziej było to niejasne. Wydaje mi się, że ta pijana wędrówka była swojego rodzaju wyznaniem. Ale to nie chodziło o mnie.
Musieli tam, w Warszawie, często rozmawiać o nas między sobą. Obydwoje mieli tu swoje, osobiste sprawy. Lecz każda sprawa była inna, a więc mówiąc o nas, oszukiwali się nawzajem. Podejrzewam, że nade mną się litowali. Większość ludzi, tych, którzy mnie mało znają, lituje się, nie wiem, czemu.
Mama była życzliwym świadkiem naszych spotkań, usiłowała nie przeszkadzać i nie narzucać swojego towarzystwa. Siedziała z nami przy stole, cichutko, starając się jeść tak, żeby nie widać było częściowego paraliżu twarzy. Czasami się zastanawiałam, jak to jest, być tak całkowicie na marginesie, być człowiekiem, któremu obcy poświęcają zdawkowa uwagę z uprzejmości i kiedy się jest… osobno? Niepokoiłam się o mamę, bo okazało się, że zachorowała na padaczkę. Pogotowie przyjechała, gdy było już po ataku i dali kropelki nasercowe. Potem przyjechał lekarz z Ośrodka Zdrowia i też zapisał kropelki. Nic nie powiedział o padaczce i nie dał na to żadnych leków. No tak. Mamę spisano na straty.
Krąg znajomych poszerzył się o pewną doktorantkę historii, znajomą Władysława. Jest samotna, dlatego łatwo ja było tutaj zwabić. Ją też fascynuje życie na wsi, choć nie pozbyłaby się swojej kawalerki w centrum. Trochę to nas kosztuje – życie towarzyskie. Na jedno z przyjęć poszło pół wypłaty. Ale było wesoło. Chociaż… Bo ja wiem? To krępujące, że wciąż chodzę w starym płaszczu, a Agata koniecznie musi mieć modny kożuch, rozkloszowany, obszyty kosmatym futrem. Takie kożuchy szyją w Garwolinie. Należy pojechać i zamówić, a potem pojechać jeszcze raz po odbiór. Mam jej towarzyszyć. Mnie nigdy nie będzie stać na kożuch, ale pojechać mogę. Do Garwolina jedzie się pekaesem. Jest wczesna jesień, na szosie lubelskiej długo czekamy na autobus. Dzieci zostały z mamą. Niepokoję się, bo wrócę późno. A przecież towarzystwo znajomych, (o których nie mówimy jednak - przyjaciele), jest tym, z czego nie potrafiłabym zrezygnować.
Jesteśmy do nich zaproszeni. Do Agaty i Władysława. To rewanż. A może i coś więcej. On będzie tam po raz pierwszy. Kogo oprócz nas zaproszą, nie wiemy. Oczywiście będzie ta doktorantka i jeszcze inni, ale na ogół będą pary. Znajomi z uniwersytetu, Władysław jest wykładowcą. Jest sobota. Październik. A może to imieniny? Chyba nie, bo nie wieziemy prezentu, ani kwiatów, tylko półlitrówkę. Ubrani jesteśmy jako tako. Ściemnia się. Kiedy i jak wrócimy do domu – nie wiem. I nawet nie myślę o tym. Być może rozmawialiśmy o czymś podczas tej podróży, ale ja tego nie pamiętam. Pamiętam gesty, spojrzenia, wygląd nas obojga, pośpiech i niepokój. Widocznie ludzie rzadko mówią do siebie coś, co warte było by zapamiętania. Znaleźliśmy szary blok stojący ukosem do ulicy, piąte piętro, korytarz jak w hotelu, (nigdy nie byłam w hotelu), drzwi. Dzwonek. Witają nas gospodarze, a półlitrówka zmienia właściciela. Chyba jesteśmy pierwsi. To dlatego, że tak długo musieliśmy tutaj jechać, prawie dwie godziny i wyjechaliśmy zawczasu. Ja znam to mieszkanie, ale On nie, dlatego rozgląda się ciekawie. Pod oknem, szerokim na całą ścianę stoi stół, a na nim misy z brukselką, szklanki i kieliszki. Podobno nic innego nie będzie, tylko ta brukselka.
- Świetny pomysł – mówię – bardzo elegancki.
Zauważyłam, że on dygoce lekko. To z emocji. Knajpa dworcowa, wesele, albo święta w rodzinnym gronie, tak… to zna. Ale na takim przyjęciu jeszcze nie był i nie domyśla się, że to on będzie tu atrakcją. Ja jestem kimś, jak oni, ja się nie wyróżniam. Miejsc do siedzenia jest niewiele, tapczan i parę krzeseł, a więc siadamy na tapczanie. Zbyt nisko.. Korzystamy z okazji, że wchodzą następni goście, witamy się przedstawieni przez gospodarzy i szybko zajmujemy krzesła. To, tak na razie, potem wszyscy będą pili wódkę i jedli brukselkę na stojąco. Pokój się zapełnia. Przyjemny, intymny półmrok. Po pierwszych kieliszkach czujemy się rozluźnieni, nawiązujemy kontakt. Ja z mężczyznami, a jego zagarnia ta doktorantka historii. Nie jest ładna, ale On wydaje się zadowolony, a mnie jest wszystko jedno. Na takich prywatkach na ogół nic się nie wydarza godnego zapamiętania. Ktoś bardziej pijany od innych robi z siebie błazna. W półmroku przemieszczamy się z kata w kąt. Ktoś pyta mnie, kim jestem, bo widzi mnie pierwszy raz. Kim jestem? Nie umiem odpowiedzieć, a może nie chcę się przyznać.. Tu każdy jest kimś, nawet błazen. O Nim, o moim mężu wszyscy już wszystko wiedzą. Władysław się pochwalił. Bo On, mój maż, nie jest żadnym tam konserwatorem, ani palaczem na uniwersytecie, których widują co dzień, ale prawdziwym chłoporobotnikiem. Ze wsi. Widzę, że jest pijany, cały rozedrgany, zbytnio ożywiony i boje się kompromitacji, chociaż sama też jestem pijana. Tańczę z kimś obcym, potykamy się i padamy na tapczan. To tylko nieszczęśliwy wypadek, nic nie znaczy, podnosimy się i tańczymy dalej. Powietrze gęstnieje, staje się nieprzejrzyste od alkoholu bardziej, niż od dymu, jest coraz ciemniej i ciaśniej, mam jakby ograniczony krąg widzenia, co dzieje się pod oknem, albo w pobliżu drzwi, nie wiem, a jednak mam świadomość, że ktoś mi się przygląda. Krytycznie. Kobieta. To pewno z powodu stroju. A może nie? A może z powodu męża? Co tam. Czuje się, jak u siebie. Gospodyni jest przecież moja przyjaciółką. Chciałabym zbliżyć się do Władysława. Mam nieodpartą ochotę poczuć jego bliskość. Po chwili tańczymy przytuleni, a ja nie bardzo wiem, jak do tego doszło. Widzę jego, mojego męża. Siedzi na tapczanie oparty o ścianę, patrzy na nas, ale nas nie widzi. Znam ten wyraz twarzy, tępy, nieobecny. Wiem, od tego momentu nic już nie będzie pamiętał. Powinien się przespać. Co ze mną? Ja nie tańczę. Też siedzę na tapczanie. Siedzimy osobno, jedno od drugiego w pewnej odległości. Goście wychodzą nie żegnając się. A może mówią „do widzenia”, tylko ja nie zwracam na to uwagi? Zaczynam się niepokoić. Trzeba iść na dworzec. Piechotą. Kawał drogi. To już nieaktualne, bo On zasypia, zsuwa się na tapczan. Agata i Władysław naradzają się, mówią, że wszyscy czworo będziemy spali na tapczanie. Na razie Agata zbiera kieliszki ze stołu, a Władysław krąży niespokojnie. Potem leżymy obok siebie w takiej dziwnej konfiguracji, ja i On w środku, a Agata i Władysław po bokach, z tym, że Władysław z jego strony. Zasnęłam. I chyba nie stało się nic takiego, co musiałabym zapamiętać. Do domu dotarliśmy przed południem następnego dnia. Mama zdenerwowana, roztrzęsiona, usiłowała robić mi wyrzuty. A mnie było tak niedobrze.
Po tym wydarzeniu życie towarzyskie zamarło na jakiś czas, to znaczy do następnego lata. Moje. Bo On jakoś sobie radził. Miał kumpli, którzy wsiadali i wysiadali na tej samej stacji. Mógł się nagadać w pociągu.

Lubię jesień dopóki nie jest bardzo zimno. Chodzimy z dziećmi na spacery. Mama mi towarzyszy. Chodzimy do sosnowego lasu, w którym jest zacisznie. Las jest niewielki, ale można się w nim zanurzyć i wdychać ten przedziwny, nieuchwytny zapach. Znów trzeba będzie palić w piecu i przygotować karmnik dla ptaków. Ataki padaczki u mamy stawały się coraz częstsze. Raz upadła w ogrodzie, innym razem w domu. Nie umiałam jej pomóc. Nikt nie umiał, szczególnie lekarz. To był mężczyzna. Przyjeżdżał z Ośrodka Zdrowia zwykle następnego dnia i poprzestawał na badaniu. Nie musiał nic mówić, sama widziałam, że jest bardzo źle. Mama umarła w maju. Umarła w nocy, kiedy wszyscy spali. Cierpiała bojąc się śmierci, sama śmierć przyszła nagle. Była piękna pogoda i wszystko kwitło. Na biało kwitła czeremcha, tu na wsi zwana puciszką. A ta puciszka bardzo dziwnie i intensywnie pachnie.
To nie mija. To wraca stale.
Ten zapach pozostanie zapachem śmierci

Opublikowano

Zapach śmierci...
Przeczytałem zaciekawiony od pierwszych do ostatnich zdań. Raz pojawiło się to "żeśmy" i ono specjalnie mi nie pasowało. Zauważyłem też, że często zmieniasz czas narracji, lecz nie utrudniło mi to w żaden sposób zrozumienia opowiadanej historii, więc nie będę się czepiał.
Moje zainteresowanie było szczere. Pojawiły się także uczucia. Miło mi się czytało, a teraz myślę o tym, co przeczytałem. To też dobrze...
Pozdrawiam!

  • 2 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Dobro

       

      Pół żartem, a pół serio można powiedzieć, że prawdziwe Dobro to tylko Bóg i nikt poza Nim. Gdyby wgłębić się w to proste zdanie, to widać, że żartu w nim niewiele. Jeśli Miłość, Prawda i Piękno są dobrem, to dobro stanowi atrybut Boga, znany nam z Objawienia. Jeśli życie jest dobrem to stanowi ono atrybut Absolutu. Dobro jest przedmiotem nienawiści na tym świecie, a zarazem stanowi przedmiot pożądania. Ponieważ tego dobra jest na ziemi niewiele nieustannie toczą się o nie spory, kłótnie, walki i wojny. Doskonałość jest dobrem ale stanowi atrybut Absolutu. Doskonałe zło nie istnieje, podobnie jak doskonałe cokolwiek na tym świecie. Doskonałość rozumiana jako ideał. Dobrem jest harmonia różnych działań i funkcji wynikających z imperatywu formy człowieczej egzystencji. Wszelkie dysfunkcje, zakłócenia stanowią asumpt, bodziec do kaskady zła. Dobrem jest harmonia Łaski Bożej, zdrowego rozsądku, inteligencji, serca i duszy. Dobro tak rozumiane pomnaża dobro, sprawia, że na tym świecie i w tej cywilizacji zwiększa się rachunek dobra. Człowiek stresu, złej woli, człowiek chory sprawia, że pożądane dobro traci swoje atuty i zostaje zredukowane, zubożone. Staje się atrapą dobra, która nie przynosi prawdziwej radości, tylko nowe pożądania. W dzisiejszym świecie harmonia tak rozumiana jest dostępna tylko niewielu ludziom. Silne bodźce przymusu ekonomicznego czy fizycznego zmuszają wielu ludzi z pauperyzujących się, pauperyzowanych i spauperyzowanych grup społecznych do nieustannej pogoni za jakimkolwiek zyskiem. Niczym starożytni niewolnicy mogą powiedzieć, że dobro to brak jakichkolwiek uczuć i odczuć. Ich zamęczenie harówką nie ma nic wspólnego ze zdrowym zmęczeniem po całodziennym wysiłku, uczciwej pracy. Jak każdy ideał, ideał harmonii jest dobrem równie nieosiągalnym, jak inne na tym świecie. Niektórzy ludzie mówią, że Boga nie ma. Że ludzie modlą się do powietrza całymi godzinami… . A przecież i samo powietrze jest dobrem. Być dobrym dla wszystkich jak powietrze…? Każdy nim oddycha, wchłania chciwie niczym jakiś skarb. Gdy go gdzieś brakuje, opuszcza to miejsce i chciwie, łapczywie wtłacza w płuca tam gdzie ono jest, czując jak wraca mu życie, jasność umysłu. Gdy go zupełnie braknie człowiek umiera. Może modlitwa do tegoż powietrza to nie takie niemądre postępowanie, może wtedy zachodzi fluidyczny związek człowieka z odnowieniem, odświeżeniem się cząstek materii powietrza. Może powietrzu aby się odnowiło potrzeba tej minimalnej dawki bioprądów i fluidów, wydzielanych przez organizm ludzki…? Dobrze jest, kiedy ludzie nawzajem wybaczają sobie to, co uważają za złe, kiedy podają sobie ciepłe, serdeczne uściski dłoni. W naszych sercach budzi się jakaś radość z poczucia wspólnego dążenia ku jakiemuś Dobru, chociaż nie wypowiadamy jej głośno. Jest jakimś dobrem wspólne pomaganie sobie w kłopotach, w pokonywaniu jakiś przeszkód, w wypełnianiu obowiązków. Człowiek zatraca poczucie osamotnienia, wyobcowania we wrogim świecie, ma wrażenie, że ciało nie stanowi granicy jego jaźni i że żyje pomiędzy ciałami innych ludzi, że wypełnia się przestrzeń pomiędzy ludźmi jakąś energią… . Ma poczucie wspólnego losu w czasie i przestrzeni w jakich przyszło mu egzystować. Dobrem jest poszukiwanie swego indywidualnego głosu, głosu często zatracanego w społeczności wielkich molochów miejskich, swego odczucia świata, swego spojrzenia na siebie i innych ludzi. Społeczność w swej masie zniewala każdego człowieka, przymusza do porzucenia indywidualnej percepcji, rozumienia rzeczy, narzuca to co się samo narzuca lub co niesie „bagno behawioralne”. Dobrze jest, kiedy ktoś kocha zwierzęta, we właściwy sposób, sposób który podpowiada sama natura i potrzeba. Zwierzęta ze swej natury nieufne i płochliwe, właściwie traktowane, oswajają się i tracą lęk, nawiązują więź z człowiekiem. Często dokonują przy człowieku rzeczy, których w naturze nigdy by nie uczyniły: łaszą się, skaczą z radości, beczą, szczekają, kiwają łbami i są posłuszne dźwiękom ludzkiego głosu, którego artykulacji nie rozumieją. Jest dobrem zwrócenie uwagi komuś, że źle czyni, wyjaśniając dlaczego uważa się, że to coś jest złe, a to co się proponuje jest dobre. Człowiek osamotniony może właściwie nie pojmować i łatwiej zarazić się dobrem, niż złem, może zatracić siebie w walce o przetrwanie. Można powiedzieć, że dobrem jest kolekcja dzieł sztuki, która swym oddziaływaniem przenika ludzki umysł, ubogaca jego wyobraźnię, wzrusza, bawi, uczy. Dzieło sztuki jest dobrem związanym z sensem doczesnej egzystencji, z poczuciem piękna. Piękna muzyka potrafi przenieść człowieka w pozór jakiegoś innego świata, potrafi wrócić mu siły, ukoić bolesne rany, rozładować zły nastrój, a nawet uratować od zbrodni. Mówią o tym niektóre filmy fabularne, oparte o autentyczne wydarzenia (np. „Fitzcarraldo” W. Herzoga, „Misja” R. Joffe), publikacje książkowe, etc. Kunsztownie wykonaną kolię czy naszyjnik z pereł lub diamentów można uznać za jakieś dobro, ale… czy przynosi to więcej dobra czy zła? Jak dobry jest wynalazek penicyliny, ilu ludziom uratował życie doczesne? Ilu ludzi leżało w gorączce bez żadnej nadziei na wyzdrowienie i umierało? A jak spowszedniał ten wynalazek, to dobro, że każdy traktuje je niczym gruszki na drzewie, które można zerwać i zjeść w razie potrzeby? Któż pamięta dziś nazwisko tego dobroczyńcy, który wynalazł penicylinę? Można powiedzieć, że dobrem powszechnym stają się wynalazki współczesnej mikroelektroniki, wykorzystywane do rozmaitych urządzeń, mających za zadanie ułatwienia w egzystencji każdego człowieka, takie aby maszyny mogły zastąpić wysiłek ludzki i dać więcej wolności od wysiłku, od pracy. Dobrem są z pewnością radioodbiorniki, odtwarzacze laserowe, komputery osobiste, internet, telewizja. Dobre wynalazki to takie jak wynalazek żarówki T. Edisona, mogą służyć ludziom, ubogacać ich, wzmacniać, pomagać zapełnić nadmiar wolnego czasu. Ale powszechnie wiadomo, że dobre wynalazki mogą być wykorzystywane w złym celu przez ludzi o złej woli, mogą służyć złu. Dobrze jest, można powiedzieć, kiedy ludzie nie wynoszą się ponad siebie, kiedy są skromni, znają swoje możliwości, otrzymane dary, talenty i nie udają słońca, że są tak dobrzy, jak słońce i świecą na firmamencie dla wszystkich. 

      Dobrze jest żyć w kraju skromnych ludzi, pełnych rozsądnej pokory, szacunku dla dóbr rzeczywistych, dla wartościowych rzeczy, dla rzeczywistych dokonań, a nie iluzorycznych bufonad i fantastycznych wizji powszechnego dobrobytu. Można powiedzieć, że dobrze jest, gdy człowiek czuwa nad dobrem, nad tym aby posiadanego dobra nie utracić, a powiększyć jego zasoby. Można powiedzieć, że czuwanie nad dobrem jest podobne do czuwania nad własnym ogrodem. Dobrze jest pielęgnować roślinkę dobra, gdy nadciąga wicher podeprzeć listwą, usztywnić, gdy zbliża się powódź stosownie przekopać… . Dobrze byłoby pokusić się o dokonanie rozrachunku z samym sobą. Na czym to mogłoby polegać? Wystarczy obrać sobie z otoczenia dowolną rzecz, dowolny przedmiot i wyszukać w nim tylko i wyłącznie dobro, to co dobrego w nim widzę, a następnie wyszukać negatywy danej rzeczy. Później policzyć ile widziało się dobra, a ile zła… . Uczciwy rozrachunek może wiele powiedzieć o rachmistrzu. Ktoś wtedy powie: „widzę więcej zła w tym przedmiocie, niż dobra”. Czy to dobrze, czy źle?

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Charismafilos Czasem to właśnie ta najmniejsza wystarczy, by rozproszyć nawet najgłębszy mrok ;)   @Berenika97 Nawet samotna latarnia wie, po co świeci <3 
    • żart, sobie na 40. urodziny, a'la The Curse of Millhaven dosyć wcześnie przylgnęła do niego ta, jakże adekwatna, ksywka. już we wczesnej podstawówce dostrzeżono, że jest pośród rówieśników niczym pojazd ze Zwickau na tle współczesnych aut. zaiste jest takim pociesznym i wyłupiastookim wyrobem z tworzywa sztucznego, ospałym i budzącym współczucie, uśmiech politowania, niedopieczonym, średnio dogotowanym ludkiem o bladej skórze, czole wiecznie zroszonym potem, o krzywych zębach. bije od niego umysłowa nieporadność i skrajne niewydarzenie, choć, co może dziwić, bo nie jest on typem geeka, uczył się najlepiej w klasie. typowy beciak, safanduła, przegryw, który, gdyby urodził się w Stanach Zjednoczonych, pewnie, nie wytrzymując szykan, dałby upust przez lata tłamszonym uczuciom i odwiedził szkołę z bronią, stał się jednym z naśladowców Erica Harrisa i Dylana Klebolda. ale tu jest Polska, tutaj mógłby co najwyżej wparować z wiatrówką, albo, co bardziej prawdopodobne, strzelić  – ale samobója w ciemnym kącie pokoju, lesie, czy brudnej piwnicy. frustracja rosła, balon incelstwa pęczniał, podobnie, jak sam Trabanciuch. aż wreszcie trzasnęła żyłka pod kopułą i poszedł nasz bohater na dyskotekę. bez koszulki, świecić skórą koloru przejrzałej margaryny, półtuszami litego sadła i broczyć krwią. bo pociął się na środku densfloru okrutnie, przemyconym w nogawce nożem myśliwskim, pokroił z wprawą godną rzeźnika, z sadystyczną zapamiętałością. pisk dziewczyn, krople, strugi, wulgaryzmy, koniec tańca. obezwładnienie, karetka, szwy. i szpital, gdzie przebywa do dziś nasz bohater, którego bagienny ognik zapełgał raz, na chwilę (wystarczyło!). tabletki ponoć pomagają, olej miesza się z benzyną we właściwych proporcjach, prawie nie widać pęknięć duroplastu. tylko te myśli jak papier ścierny, w których Ferrari zderza się czołowo z Porsche, nie chcą minąć.  
    • są tacy którzy chwalą świat ale i tacy którzy przeklinają mówią to jedno zakłamanie że nic że tęcze i kwiaty one tylko prawdę zamazują którą każdy inaczej widzi zwłaszcza ci którzy na górze którym zawsze jest dobrze mówią Bóg świat stworzył nie wolno nań się obrażać tylko z nim się pogodzić że tylko w tym jest sens
    • Ciszę się , ze mój wiersz był inspiracją:):) serdecznosci:)
    • Śliczny wiersz:):) listy na dnie szuflady przechowują pamięć dni minionych:):)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...