Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Przed dziewiątą wstałem na krótko, żeby zadzwonić do szefa. Poprosiłem o dwa dni urlopu, tłumacząc się złym stanem zdrowia mamy. W innych okolicznościach, pewnie kazałby mi za kwadrans być w pracy, ale ponieważ koniunktura nam ostatnio sprzyjała, przyjął wiadomość z niespotykanym spokojem. - Pozdrów mamusię i wracaj do nas - mruknął i rozłączył się. Wróciłem do łóżka. Coś mnie podkusiło, żeby odkryć Martę. Delikatnie obsunąłem kołdrę i podziwiałem jej zmysłową wiotkość. Potem trafiłem wzrokiem na jej stopy. Faktycznie były duże. Szybko przykryłem ją i padłem w kamienną otchłań snu. Nie wiem, czy mi się to śniło, czy działo naprawdę, ale około dwunastej w południe poczułem gwałtowne podniecenie i doczepiłem się do niej z boku. Przez cały czas towarzyszyła mi scena z Almodovara, kiedy to stary matador, guru głównego bohatera każe z rana udawać dziewczynie, że jest nieżywa. Ja tylko chciałem, żeby się nie ruszała.
Po południu miarowe stukanie w parapet zakomunikowało nam, że klimat uległ raptownej odmianie. Przez nieszczelne futryny sączył się nieprzyjemny chłód. Otworzyłem oczy i zrozumiałem, że z zaplanowanego wieczoru nic nie wyjdzie. Chciałem zabrać ją do kina albo chociaż na spacer, ale w tej sytuacji wcale nie miałem ochoty wychodzić z łóżka. Przypatrywałem się uważnie Marcie, oczekując, że zareaguje tak, jak ja, że będzie wściekła, zrezygnowana, mdła. Ale nic z tego. Uśmiechała się tak samo, a w głębi jej oczu nie czaiła się żadna zła myśl. Moje myśli za to wznosiły się i opadały, niczym mgła w górach.
Wzięliśmy kolejno prysznic, po czym Marta wróciła do łóżka, a ja poszedłem do kuchni z mocnym postanowieniem, że zrobię leczo. Zapytana, czy nie musi być w pracy, wzruszyła tylko ramionami.
- Przecież jesteś kimś ważnym - stwierdziłem na pół ironicznie - Dałaś mi wizytówkę.
- To tylko kawałek tekturki - uśmiechnęła się sennie - Ty też możesz sobie taką sprawić.
- I co bym na niej napisał? Dawid M. Ginekolog Amator. Albo Dawid M. Outsider.
- To drugie bardziej mi się podoba - wyciągnęła do mnie ręce - Czym ty się właściwie zajmujesz?
W tej chwili uświadomiła mi, że przez cały ten czas byłem dla niej anonimowy. Oczywiście pod względem społecznie rozumianej tożsamości, którą wyznaczają kryteria typu: praca, dom, rodzina. Bo w rzeczywistości, zupełnie bezwiednie pokazałem jej oblicze, którego nie znali inni.
- Trwonię zdolności - odparłem krótko.
Skrzywiła się nieładnie, myśląc zapewne, że popadam w egzaltację. Po raz kolejny zabrnąłbym w banał, przyznając się, że mam na wizytówce napisane: „Specjalista ds. reklamy”.
- Nie należy niczego tłumaczyć – skwitowałem - Dla ciebie może jestem kimś szczególnym, ale dla gościa z domu naprzeciwko jestem bezimiennym składnikiem masy. Za dużo nas jest, by jakakolwiek indywidualność miała jeszcze szansę.
Machnęła ręką. Z ulgą wróciłem do mojego leczo. Obsmażyłem kiełbasę z cebulą i odpowiednio doprawiłem. Reszta była dziecinnie prosta. Zmieliłem w Termomiksie kabaczka, pomidory i paprykę, a potem wrzuciłem pozostałe składniki, nastawiając odpowiednią temperaturę i obroty. Po dwóch kwadransach danie było gotowe. Marta dostała swoją porcję do łóżka, ja zjadłem przy stole. Nie chciało nam się ruszać z domu. Z przyjemnością podzieliłem się z nią moimi ulubionymi filmami. Przez długie godziny oglądaliśmy „Grę pozorów”, „Kiedy Harry poznał Sally” i „Przełamując fale”.
- To wszystko są filmy o miłości - stwierdziła kwaśno Marta, kiedy wróciłem z łazienki, a na ekranie Jan urządzał pogrzeb Bess.
- O pragnieniu miłości - zastrzegłem - I niemożności jej osiągnięcia albo realizacji. Prosta odpowiedź nie istnieje.
- A Meg Ryan i Billy Crystal?
- Przyjemnie się marzy, patrząc na nich. Tak, jak na Meg i Toma Hanksa, czy Meg i Kevina Kline’a. Cudowni prości ludzie, cudowna, prosta miłość, cudowne, proste życie...
- Uparłeś się cierpieć?
- Dość - poprosiłem stanowczo - Nigdy się nie upieramy, żeby cierpieć. Czy ty chcesz być nieszczęśliwa?
- Oczywiście, że chcę być szczęśliwa.
- Ja też. A że inaczej niż wszyscy, trudno... Idę spać. Popatrz sobie jeszcze na Antonioniego. Nie mam, niestety, „Nocy”. Jest tam taka piękna scena. Mastroianni i Jeanne Moreau siedzą na łące. Są starym małżeństwem. W pewnej chwili ona wyciąga list i zaczyna czytać. Jest wyjątkowy. Od razu słychać, że napisał go ktoś młody i bardzo zakochany. On powoli unosi głowę i wsłuchuje się w dźwięk słów. W końcu pyta zaskoczony: Kto go napisał ? A ona na to: Ty... Dobrej nocy...



Nazajutrz padało nadal. Kłęby ponurej waty zadławiły niebo i było prawie pewne, że kolejny dzień możemy spisać na straty. Wiatr miotał kropelkami wody na wszystkie strony, tworząc migotliwe girlandy. Spostrzegłem, że nikt z całego osiedla nie śmiał ruszyć się z domu. Blokowisko sprawiało wrażenie totalnie wymarłego. Nie trwało długo, zanim zacząłem wyobrażać sobie świat z jakiegoś powodu porzucony przez ludzi. Może przeszła tajemnicza epidemia, może nieopodal spadła bomba biologiczna, może jakiś gigantyczny, kosmiczny twór wessał wszystko, co składało się z białka i wody. W wyobraźni wybiegłem z domu i ruszyłem mokrym chodnikiem. Drzwi samochodów, domów i instytucji były pootwierane. Mogłem wszędzie zajrzeć, zrobić sobie drinka albo jajecznicę, poczytać czyjś pamiętnik, przejrzeć album z fotografiami, posłuchać muzyki. Mogłem zrobić, co tylko zechcę. Nie wiedzieć czemu wszedłem do jednego z bloków i wspiąłem się na siódme piętro. Na wizytówce widniały cztery imiona lokatorów oraz imię psa, kota albo kanarka. Było to sympatyczny gest ze strony głowy rodziny wobec reszty, czyniący wszystkich mieszkańców równymi sobie. Od progu rzuciła mi się w oczy ogromna liczba etażerek, zapełnionych po brzegi książkami bardzo mądrych ludzi. Powiało wiedzą i wysoką kulturą. Musiał mieszkać tam ktoś światły. Ale co z tego? Czy ogromna wiedza ocaliła go przed nieznanym? Czy uczyniła spotkanie z nim łatwiejszym?
Im dłużej oglądałem książki, tym bardziej mój podziw wzrastał. Wróciłem na chwilę do moich pierwszych spotkań z prawdziwą wiedzą, kiedy jeszcze wierzyłem, że można nią odczytać świat i poczuć się chociaż przez moment bezpiecznym. A potem zaczęły się schody prowadzące donikąd. Wpadłem w sidła, przy których paradoks kreteńczyka był dziecinną łamigłówką. Przybywało idei, koncepcji, wątpliwości, ubywało pewności. W końcu porzuciłem akademizm myślenia na rzecz odczuwania. Czuć było łatwiej, niż tłumaczyć, a miejsca niedookreślone wcale nie domagały się wypełnienia.
Wybiegłem z powrotem na ulicę. Wszedłem do supermarketu i zacząłem jeździć wózkiem po jego bezkresnym - zdawać by się mogło - terytorium. Kolorowa różnorodność nie była w stanie zatrzeć bezdusznej unifikacji opakowań i marek. Loga i kształty coraz bardziej przypominały siebie nawzajem, wykluczając jakąkolwiek identyfikację. Jednakowe regały dodatkowo pogłębiały to wrażenie. Interesowała mnie tylko przestrzeń między nimi, którą mogłem przecinać niby labirynt. Rozpędziłem się najlepiej, jak umiałem, wskoczyłem do wózka i pomknąłem ku przeciwległej ścianie. Miałem nadzieję, że zderzę się z nią, lecz znajdowała się tak daleko, że wózek zdołał wytracić prędkość, jaką mu nadałem. Spróbowałem raz jeszcze. Z tym samym skutkiem. Znudzony, porzuciłem wózek i wybiegłem na ulicę. Deszcz wściekle łomotał o ziemię. Miliony kropel pragnęły tylko jednego - rozbić się o nią i przestać istnieć w bezimiennej masie wody. Rozłożyłem ramiona i krzyknąłem potężnie. Nikt nie odpowiedział. Nawet echo. Zrozumiałem, że świat umarł, pozostawiając po sobie jedynie puste dekoracje.
- O czym myślisz? - zapytała Marta wyrywając mnie z zadumy.
Spojrzałem na nią nieobecnym wzrokiem, zdziwiony że ktoś obok mnie jest. Siedziała na łóżku i przyglądała mi się uważnie.
- O pustce - wzruszyłem ramionami.
Uśmiechnęła się przekornie.
- Pustki nie ma.
- Skąd wiesz?
- Po prostu czuję to.
- A ja nie.
Teraz dostrzegłem w jej spojrzeniu cień urazy. Nie zmartwiło mnie to. Mało. Czułem się dumny, że udało mi się zrobić jej przykrość. Odwróciłem się z powrotem do okna, uważając temat za zamknięty, lecz na nią podziałało to pobudzająco.
- Być może nigdy się nie porozumiemy - rzekła ze smutkiem.
- Wcale o to nie zabiegam.
- Dlaczego taki jesteś?
- Jaki???
- Zawzięty. Podły. Zły. Czuć cię trupem.
Odwróciłem się gwałtownie, przygotowany do ataku, ale widząc jej kruchą, bezbronną postać, równie szybko wyhamowałem. Miała przecież rację. Chodziłem po świecie, udawałem, że wyznaję uniwersalne reguły gry, lecz tak naprawdę niczego nie wyznawałem Podszedłem do sofy i powoli usiadłem. Nie zamierzałem jej ranić. Sama wpraszała się do mojego życia, a ja nie potrafiłem sobie poradzić z emocjami z tym związanymi. Nie zależało mi. Nie chciało mi się od nowa uczyć na pamięć przestrzeni zorganizowanej dla dwojga ani brać za to drugie odpowiedzialności. W końcu nie byłem w stanie zaręczyć, czy następnego dnia nie zachleję się na śmierć albo nie wyskoczę z okna.
- Posłuchaj - westchnąłem ciężko, przygotowując ją do przyjęcia prawdy -To nie jest hollywoodzki film. Nie będzie happy endu. Nie zaprzeczę nagle ciężko wypracowanej filozofii życia, nie zapomnę urazów, nie odkreślę krechą bezsennych nocy, bezsilnych łez i wychylonych piw. Nie obejmę cię i nie powiem: od teraz będziemy razem na wieki, pozwalając, by napisy końcowe ukryły fałsz.
Wsłuchiwała się w moje słowa, jak gdyby od tego zależały losy świata.
- Nie rozumiem - zmarszczyła smukłe brwi.
- To nic - uniosłem ręce w obronnym geście - Zapędziłem się. Wybacz.
Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, nadal nic nie rozumiejąc. Nie byłem w stanie jej niczego wytłumaczyć, więc panicznie poszukiwałem wyjścia z tego zaułka. Nic sensownego nie przyszło mi do głowy. Machnąłem ręką i poszedłem do lodówki po piwo. Piwa nie było, więc nalałem sobie kranówy. Kiedy wróciłem, Marta wciąż pozostawała w tej samej pozycji.
- Czasami zachowujesz się dziwnie - powiedziała z pretensją w głosie.
Wzruszyłem ramionami. Coraz bardziej mi przeszkadzała. Lubiłem jej towarzystwo, lecz jednocześnie czułem, że jej obecność burzy nietrwały porządek, jaki w sobie zaprowadziłem. Była tu od paru dni. Bałem się, że zostanie albo będzie przychodziła codziennie z tym samym promiennym uśmiechem, opierała się o parapet i przyglądała mi się z czymś, co dawniej bez wahania nazwałbym czułością. Po raz pierwszy straciłem cierpliwość. Nie planowałem tego. Tak wyszło.
- Przykro mi - mruknąłem.
Pokiwała głową i zebrała się do wyjścia. Dopiero wtedy poczułem wyrzuty sumienia. Przepłukałem je wodą, ale jeszcze przez jakiś czas nie opuszczał mnie wredny nastrój. Pogoda ducha, to jest coś, na co mogą pozwolić sobie tylko głupcy - powiedziałem sobie i ruszyłem w miasto.



Na ulicy od razu poczułem się lepiej. Pod stacją benzynową machnąłem szybkie piwo, zgniotłem bezużyteczną puszkę i cisnąłem do kosza. W centrum rozpoczynało się życie. Grupki kolesi, pary dżinsowo-dresowe, trzpiotowate panienki po solarium - całe towarzystwo zmierzało do jednej z nieskończonej liczby knajpek zlokalizowanych wokół Rynku. Kiedyś powziąłem szalony zamiar, że w jedną noc obejdę je wszystkie i w każdej czegoś się napiję. Skończyłem na siedemnastej czy osiemnastej, przyjmując pozycję szachisty, czyli człowieka śpiącego z głową na stole. Nigdy więcej tego nie próbowałem.
Mateusz miał „dyżur” w Oldsmobilu. Przywitał mnie raczej chłodno, lecz bardzo szybko wywiązała się między nami pewna zażyłość. Zaproponował, abyśmy o drugiej w nocy urządzili sobie grilla na Plantach. Przystałem na to ochoczo, choć wcale nie byłem przekonany czy tak długo wytrzymam.
Około dziesiątej opadł na siedzenie obok mnie ledwo żywy Bartek. Uścisnąłem go serdecznie. Wyglądał dużo gorzej niż ostatnim razem. Nie było mowy o zabawie w słowa. Nie ogolił się, nosił wymięte ubranie i rozczłapane buty. Podczas studiów też w takich chodził - nawet w deszcz - tłumacząc, że w ten sposób mocniej odczuwa swoje istnienie.
- Co jest, brachu? - zaniepokoiłem się.
- Suszy mnie jak diabli - stęknął.
Zamówiłem po piwie. Napił się i posłał mi porozumiewawczy uśmiech.
- Wyrzuciła mnie z domu. Moja własna żona - zakrztusił się, z nosa wyskoczył mu śpik - Ten facet od początku mi się nie podobał. Ich spojrzenia, gesty, słowa... Przeczuwałem, że się skurwi. Nie wiedziałem, że tak szybko.
Objąłem go i mocno ścisnąłem, by poczuł przyjacielskie ramię. Musiał poczuć, bo rozpłakał się gwałtownie. Nikt nie wie, co to znaczy czułość, dopóki nie poczuje szlochu przyjaciela na ramieniu. Żadna kobieta – mimo całej swojej wrażliwości - nie jest w stanie dokonać takiej emocjonalnej eksploracji. Mateusz przyglądał nam się niespokojnie, ale gdy szepnąłem mu, o co chodzi, pokiwał ze zrozumieniem głową. Nie miał zbyt wielu klientów. Inaczej zabrałbym Bartka gdzie indziej.
- Nic nie rozumiem - bąknął Bartek - Było dobrze.
- Po prostu księżna okazała się wredną suką - skwitowałem - Może była za młoda...
Na studiach obaj marzyliśmy, że każdy z nas znajdzie się na utrzymaniu jakiejś podstarzałej matrony. Jak Goya. Będziemy co noc wprawiać ją w ekstazę, a ona w zamian będzie nas utrzymywać i dawać czas wolny na tworzenie. Bartek dał nawet ogłoszenie w pismach erotycznych i zostawił anons na jakimś internetowym portalu. Śmialiśmy się, jak wariaci, kiedy któregoś dnia odpisała sześćdziesięcioletnia wdowa po producencie parapetów. Annę poznał jednak w bardziej ludzki sposób. Lubił się włóczyć po knajpach dla homoseksualistów, uważając, że tam zarywa się najlepsze panienki. Przyprowadziła ją tam biseksualna koleżanka, zachwycona klimatem knajpki i zachodzącymi tam ludźmi. Spłukany Bartek właśnie przymilał się do jakiejś małolaty, by postawiła mu piwo, kiedy ich oczy spotkały się w tłumie. Nie spadł z nieba. Wiedział, że to może być to. Dosiadł się do nowo przybyłych i wkrótce zasłużył na piwo. Zabrały go do siebie i porządnie sobie poużywały.
- A ja wtedy wyłem za Olą - pokręciłem posępnie głową - Czemu mnie tam nie było?
- Nigdy nie lubiłeś gejowskich knajp - Bartek odchylił się do tyłu, ciężko wypuszczając powietrze.
- Nie czułem się tam dobrze - przyznałem.
Anna z księżny posiadała tylko imię i pokaźne konto w banku, lecz tyle mu wystarczało. Zamieszkał u niej, zachowując pełną niezależność. Czasem nie wracał przez tydzień, innym razem zostawał na kilka dni. Trwało to prawie rok. Aż któregoś dnia oświadczyła, że chce za niego wyjść. Roześmiał się i zniknął na miesiąc. Miał już wtedy pracę w telewizji. Mozolnie przebijał się w tłumie aspirujących do wysokich stanowisk młodzianów, zaczynając od gromadzenia dokumentacji do reportaży. Później został asystentem reżysera i jego kariera nabrała kolorów. Pieniędzy jednak ciągle brakowało. Spokorniał i wrócił do Anny, której uczucia wcale nie ostygły. Przystałby na wszystko, byle tylko nie zaprzątać sobie głowy zarabianiem na chleb powszedni. I w końcu zakochał się.
- Wkurzyłem się ostatnio, kiedy mi powiedziałeś, że musisz wracać do żony - powiedziałem przepraszającym tonem - Potem zrozumiałem, że postąpiłeś właściwie. Każdy musi kiedyś ulec pokusie świętego spokoju. A kto nie chce, niech spada.
- Nie smuć - skrzywił się i cicho roześmiał – Po naszym spotkaniu ruszyłem na poszukiwanie straconego czasu. Przez to to wszystko... Nie chciałem już wracać punktualnie na obiad, stronić od piwa, jeździć na imieniny cioci.
- I co teraz? - zapytałem, bo nic innego nie przychodziło mi do głowy.
Roześmiał się radośnie.
- Życie trwa! Bawmy się!
- Gdzie mieszkasz?
- Och, nie nudź. Znam większość pokręconych kobiet w tym mieście - spojrzał na mnie i widząc, że nadal oczekuje na odpowiedź, dodał - U takiej jednej Hanki...



Kiedy po północy dotarłem pod swoje drzwi, czekał przy nich jakiś osiłek. Miał kwadratową, ostro rzeźbioną twarz i pochylone groźnie ramiona. Próbowałem go wyminąć, ale zastawił mi drogę.
- Co jest? - mruknąłem, starając się utrzymać wzrok na wysokości jego oczu.
Odwrócił się i znikł w studni klatki schodowej. Patrzyłem za nim przez jakiś czas, zastanawiając się, czy nie wykrzyczeć pod jego adresem kilku dosadnych słów. Ostatecznie prychnąłem lekceważąco i odwróciłem się w stronę drzwi. Z wielkim trudem włożyłem klucz do zamka. Przekręcenie go zajęło mi kilka chwil.
Wewnątrz powitał mnie straszny zaduch, jak gdyby przez ostatnie kilka godzin trwała tam orgia brudasów. Mimo stanu, w jakim się znajdowałem, dopadłem szybko okna i otwarłem je na oścież. Niebo na wschodzie dojrzewało do powitania kolejnego dnia. Powiew świeżego powietrza wywołał we mnie nieco zapomniane uczucie nostalgii. Usłyszałem śpiew ptaków. Wydało mi się to niesamowicie nowe. Ptaki śpiewały co rano, a ja usłyszałem je dopiero teraz.
- Ptaki!!! - krzyknąłem, a echo poniosło mój głos w głąb ulicy - Bądźcie sobą! Nie traćcie nadziei! To wasz święty obowiązek! Stójcie na straży prawdy! Niech was nie trwoży ludzkość! Niech nic nie mąci waszej twórczości, kompozytorzy niebiescy!
Jakiś ruch za moimi plecami nakazał mi spojrzeć za siebie. Na moment wróciła mi przytomność umysłu. Uzmysłowiłem sobie, że duchy wcale nie muszą być abstrakcją. Na szczęście to była Marta. Stała na progu i przypatrywała mi się z krzywym uśmieszkiem.
- Wygłaszasz mowy do ptaków? - zapytała cicho.
Wzruszyłem ramionami. Zrobiła dwa kroki do przodu i zobaczyłem, że też jest zalana. Przez głowę przemknęła mi myśl, że czasem tylko pijaństwo jest w stanie uratować ludzi przez nimi samymi.
- Ostatnio gadałem z kornikiem - usiadłem ciężko i łyknąłem z butelki, którą jakimś cudem wciąż trzymałem w dłoni - Siedzi gdzieś tutaj i postukuje w drewno. Gadam do tych, którzy słuchają albo chociaż udają, że to robią...
- Ja cię słucham - powiedziała Marta z pretensją w głosie.
- Dzięki - pokiwałem głową, choć było mi zupełnie obojętne, co ona mówi.
Podeszła bliżej. Poczułem na twarzy jej delikatny oddech. Pomyślałem, że Bóg musiał mieć coś szczególnego na myśli, tworząc kobiety. Na pewno nie chciał, abyśmy byli sami i pragnął dostarczyć nam uciech, jakich sam zaznać nie mógł. Musiał być przygnębiająco samotny, tam, pośród gwiazd, w zimnym namiocie chmur, pełen trosk, planów, marzeń. Tylko niepoprawny marzyciel był w stanie stworzyć coś takiego, jak nasz świat. Coś tak nieprawdopodobnie bezsensownego i pięknego zarazem. Był i jest nieudanym artystą. I dlatego to właśnie nieudani artyści odczuwają najbliższe z Nim pokrewieństwo. Ci spełnieni odsuwają się od niego, szydzą z jego dzieła, łudzą się, że zdołali dać światu dzieło skończone, pełne, ostateczne. I zapewne srodze się mylą.
- Co z ciebie za facet? - jęknęła Marta irytującym tonem - Zmontuj coś do picia.
- O co ci, kurwa chodzi?! - zgromiłem ją bez zastanowienia - Przypałętałaś się do mnie i jeszcze chcesz, żebym dbał o twoje samopoczucie. Wyhamuj trochę.
Spojrzała na mnie lodowatym wzrokiem, ale nic nie powiedziała. Wyjęła telefon komórkowy i poprosiła, żeby taksówkarz przywiózł piwo i wódkę.
- Dziś nie pracujesz? - spytałem, wsuwając język w miejsce plomby, która mi ostatnio wypadła.
- Pracuję dla siebie - sarknęła - Kiedy chcę i ile chcę.
- Gratuluję - wzruszyłem ramionami, ale nie zdołałem ukryć, że mnie to zabolało - Taka jesteś dzielna, co? Chcesz mi coś udowodnić? Nie musisz. Nie jestem normalny i nigdy tak nie twierdziłem. Jeżeli chcesz mnie pomierzyć miarą męskości, to już teraz ci mogę powiedzieć, że mężczyzna ze mnie żaden.
- Niczego nie chcę ci udowadniać - potrząsnęła ramionami i wbiła kolano w moje krocze - Chcę się z tobą napić.
- Dobra. Czuj się u siebie...
Rozebrałem się i padłem na łóżko. Marta odebrała torbę, którą przywiózł taksówkarz i pieczołowicie zamknęła drzwi.
- Rafał przysiągł, że zabije każdego, kto się do mnie zbliży - powiedziała z satysfakcją, stając u stóp łóżka - Nie wspominał nic o tych, do których ja sama się zbliżę...
Wpatrywałem się w sufit. Wszystko wirowało mi przed oczami.
- Na psychopatów mam jeden sposób - odpowiedziałem spokojnie - Psychopatów trzeba zabijać, bo wszelkie pertraktacje nie mają sensu. Chcesz, żebym został mordercą?
Spojrzała na mnie z czułością.
- Zabiłbyś dla mnie?
- Zabiłbym gnoja dla siebie. Wy się dogadacie nad moim grobem, a ja wyjdę na skończonego frajera. Zapomnij o romantycznych wzlotach. Zabiłbym skurwysyna, żeby móc bezpiecznie wracać do domu. A tak poważnie, to co ja bym mu zrobił? Nie dałem rady twojemu koleżce pod „38”, a ten Rafał to przecież chłopak z Legii.
Marta dotknęła lekko mojej twarzy. Odczułem to jako bardzo miły gest.
- Nie oczekuję od ciebie żadnych heroicznych czynów – stwierdziła pojednawczo. – Po prostu lubię z tobą rozmawiać, powierzać ci swoje kłopoty. Wolisz piwo?
- Przecież wiesz.
Otworzyła butelkę o butelkę i wręczyła mi napitek. Sama otworzyła flaszkę wódki. Byłem zbyt pijany, by protestować. Bawiła mnie. Zwlokłem się z wyra i włączyłem ostrą muzykę. Okazało się, że zna Sepulturę. Musiała słuchać „Chaos A.D” i „Arise”, bo kiedyś chodziła z fanem Maxa Cavalery. Ucieszyła ją wiadomość, że kapela rozpadła się i Max musiał próbować swoich sił w nowej formacji o nazwie "Soulfly". Mimo tych rewelacji, nie wyłączyłem muzyki.
- Co mi chcesz udowodnić? - zapytałem znowu, nie mogąc znieść, że ćwierć butelki wódki jakimś cudem znikło w jej żołądku.
Leżeliśmy zupełnie nadzy na łóżku. Zamiast odpowiedzieć postanowiła mnie podniecać. Sepultura rżnęła swoją tandetę aż do samych trzewi.
- Nie mam ochoty - ostrzegłem, choć sytuacja przeczyła moim słowom - Bliskość kobiety mnie rajcuje. Ale to wszystko.
Dopięła swego. Kochaliśmy się. Bez potrzeby, bez namiętności, bez sensu.
Zerwałem się zlany potem. Zegar pokazywał 8.45. Dyszałem ciężko, a moje ciało dygotało, jak u operatora młota pneumatycznego. Wstałem powoli i na giętkich nogach poszedłem do łazienki. Wracając, potrąciłem krzesło. Marta poruszyła się w pościeli.
- Co się dzieje? - wyszeptała przestraszona.
Mogłem nic nie mówić, ale nie byłem w stanie jasno myśleć i wcale na to nie wpadłem. Nagła słabość nakazała mi szukać u niej uspokojenia. Przytuliłem się do niej tak mocno, że z trudem mogła oddychać.
- Śniło mi się, że kogoś zabiłem. Nie wiem jak i nie wiem gdzie. Wiem, że to się stało. Przyszła jego matka. Stała i patrzyła na mnie - długo i straszliwie. Nic nie mówiła. Za nią przyszli przodkowie rodu – tacy wyblakli, widmowi. Machali do mnie ze zjadliwą życzliwością, jakby chcieli powiedzieć: czekamy na twoje przybycie...
Marta tuliła mnie z całych sił. Rezonans przenosił się na jej ciało, jakbyśmy nagle zostali podłączeni do prądu. Nie mogłem się uspokoić. W końcu zrobiłem jedyną słuszną rzecz - łyknąłem wódki. Otrzepało mnie porządnie, lecz przyniosło zbawienne efekty.
- Teraz jestem gotów na wszystko - powiedziałem niepewnie i łyknąłem raz jeszcze - Zaczynam znowu śnić. Bardzo mnie to cieszy. Tylko, po co od razu koszmary???
Przyciągnęła mnie do siebie. Była ciepła i miękka. Nigdy dotąd nie potrzebowałem jej bardziej.
- Są takie chwile w życiu, że można kogoś zabić - mówiła zduszonym, niskim głosem - Mnie też się to zdarza.
- To tylko kwestia odpowiednio mocnej prowokacji - zgodziłem się.
- Parę dni temu zabiłabym Rafała bez mrugnięcia powieką.
- Po co mi to mówisz?
- Nie wiem - przeciągnęła się, jak kotka - Gadaliśmy w nocy o zabijaniu. Pewnie nam się udzieliło.
Wzruszyłem ramionami. To, o czym mówiliśmy przedtem nie miało dla mnie większego znaczenia. Zerknąłem na nią z boku. Wyglądała strasznie. Podkrążone oczy pokryte były czerwonymi plamami, zaś rozmazany makijaż sprawiał, iż mogła wprost z łóżka trafić na deski jakiegoś teatru oferującego popularne sztuki rozrywkowe. Odwróciłem się ze wstrętem. Czas i alkohol są dla kobiet wyjątkowo okrutne. Być może dlatego, że zbyt mocno ingerują w piękno, nie rozumiejąc swojej niszczącej mocy.
- Nie pytasz czemu się już nie gniewam? - mruknęła mi do ucha Marta.
- To twoja sprawa.
- Wplątałam się w niezłą kabałę.
Westchnąłem, nie próbując ukryć znudzenia.
- Spotkali się po raz któryś z rzędu śpiąca królewna ze ślepym królem Jest coś rozpaczliwego w ludziach na siłę poszukujących miłości - poczułem, jak narasta we mnie niepotrzebny gniew - A może to nie tak? Może to zwykła słabość, skłonność do podporządkowania się? Przecież nie trzeba ulegać każdemu, kto okaże nam zainteresowanie. Powiedz, ile razy w ostatnim czasie komuś odmówiłaś?
- Raz, może dwa.
- Przemyśl to raz jeszcze. Jesteś atrakcyjna. W każdym miejscu na świecie znajdzie się ktoś, kto okaże ci zainteresowanie. Ale to wcale nie oznacza, że musisz ulegać pokusie. Biegnę do biura. I tak już jestem spóźniony.
Wyskoczyłem z łóżka i zacząłem się pospiesznie ubierać. Na krótki prysznic już nie mogłem sobie pozwolić. Zapasowy sprzęt do golenia i mycia zębów miałem w pracy.
- Mogę cię tam odwiedzić? - usłyszałem w drzwiach. Zamknąłem je, pozostawiając pytanie bez odpowiedzi.

Opublikowano

Asher,

po pierwsze zastanawiam się dlaczego przez ponad dobę nikt nie skomentował dalszych losów Podstawionego. Kołacze mi po głowie, że być może ludzie są nieco znudzeni, ale nie wiem czy to dobre wytłumaczenie: przeczytałem z nie mniejszą przyjemnością niż poprzednie części. Coś polubiłeś śliskie tematy - wcześniej wątek wypędzonych po '68, teraz gejowskie knajpy, w których bohater nie czuł się dobrze: gejowska knajpa wprowadzona na tyle subtelnie, że nie budzi (chyba?) takich wątpliwości jak tam, nić nie jest zbyt gruba.
Nowa formacja Maxa Cavalery zowie się Soulfly, a nie Soufly.
Nie wiem jak to jest, że z ust Twoich bohaterów padają potencjalne banały, a nie drażnią. Gdyby te zdania padły w innym teksćie, powiedzmy - w katowanym ostatnio wątku miłości z przełomu ogólniaka - drażniłyby niemiłosiernie. Ale to składam znów na karb wieku, jeśli się nie pogniewasz ;-)
Jeszcze jedno: chodnik chyba nie może być podmokły. Moze być łąką, ale nie chodnik.

Czy Podstawiony to już gotowy tekst, czy dopisujesz kolejne części na bieżąco? interesuje mnie po prostu czy zamysł jest zamknięty, czy też będzie to (jest to) tak delikatnie zarysowana fabuła jak dotychczas?

Serdeczności i niewątpliwy rispekt ;-)

Opublikowano

Bo to, Freney, długie i pewnie następuje zmęczenie materiału. Dzięki za Soulfly - to literówa:) upaparupa... Jesteś moim najwierniejszym czytelnikiem i bardzo mi pomagasz. Mam nadzieję, że rozwiązanie sprawy Cię nie rozczaruje. To całość. 10 rozdziałów, więc jesteśmy w połowie. Jeśli się nikomu nie będzie chciało czytać, to przestanę wrzucać i poproszę Ciebie o wsparcie poza forum. To w końcu jeszcze jakieś 60 stron :) Muszę zdążyć ze składem do końca listopada, bo potem różne zawieruchy życiowe mnie czekają. Dzięki wielkie za poświęcony czas i trudy podróży!

Opublikowano

Wiesz co, chyba w ogóle jakiś kryzyowy moment na prozatorskim forum... Marcholta wywiało do szkoły na praktyki, więc raczej dzieci katuje niż współziomków w mowie niewiązanej. Z komentarzy pod wcześniejszymi tekstami można wnosić, że recepcja Podstawionego raczej ciepła, niemniej możesz na mnie liczyć. Na pewno też inaczej będzie wyglądała lektura całości.

Opublikowano

"Było to sympatyczny gest..." => był

"..udawałem, że wyznaję uniwersalne reguły gry, lecz tak naprawdę wcale nie miałem żadnych reguł." niepotrzebne powtórzenie "reguł" wystarczyłoby "udawałem, że wyznaję uniwersalne reguły, lecz tak naprawdę wcale ich nie miałem"

"panicznie oszukiwałem wyjścia" = "p"

"Mam dość kłopotów ze samym sobą" = i to mówi pijany facet? troszkę urealnij to zdanie... np. "z sobą" lub "z samym sobą"
.............

świetnie się czytało :) nie miałam wcześniej czasu, więc dlatego tak późno komentuję
zaraz idę do kolejnej części, zaczynam być fanką Podstawionego :)

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

Bardzo dobry fragment. W Podstawionym najbardziej podoba mi się takie oto rozdzielanie chwili na czworo, świetnie zaobserwowane napięcia w relacjach międzyludzkich, pozornie płonne dywagacje bohatera, nie ozdobione wątkami 'z pomysłem'. Smakowita i przekonywująca introspekcja. Nie zgłaszam żadnych 'ale'.
Gratulacje zwłaszcza za "Nie chciało mi się od nowa uczyć na pamięć przestrzeni zorganizowanej dla dwojga ani brać za to drugie odpowiedzialności."

Opublikowano

Zgadzam się z wnioskiem kolegi, że erudycja koleżanki bynajmniej zwyczajna nie jest. Cieszę się, asher, że moje gadanie okazało się jałowe - jak widać, popyt jest, podaży też nie zamierzasz raczej zaniedbać. To jest naprawdę dobry tekst (mowa o całości).

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 uszanowanie dla supermocy kobiety ;)
    • Każdego jednego roku,  ten sam rozkaz z dowództwa. Głupi, niedorzeczny  i zupełnie pozbawiony sensu. Celu również. Bo od zarania  ta droga jest zamkniętym szlakiem. A dla miejscowych  jest drogą do samego piekła. Nie wychynie na nią nikt z pobliskich wsi. Choćby ją wybrukować studolarówkami a żwir zamienić na bryłki złota. Konie płoszą się  gdy tylko poczują jej dotyk pod kopytem. Samochody psują się  lub zachłystują nagłym odcięciem paliwa. Nie ma śmiałka  co przemierzył Lincoln Road na stopach. A jeśli nawet kto kiedy próbował, to jego szkielet pewno nadal bieleje  pośród dzikiej kniei  lub w nurcie potoku Manson. Droga oficjalnie figuruję  na mapach i przewodnikach. Mało tego,  byłaby świetną, miejscową atrakcją. Lecz nikt nie chce igrać z siłami, których w pełni nie potrafi wyjaśnić. Z żywą legendą o starych czasach.     Dziś jest ten szczególny dzień w kalendarzu. Dwudziesty siódmy grudnia. A kto tego dnia utknie na Lincoln Road, szczególnie niedaleko mogiły  i starego mostku na Manson. Ten jest stracony dla świata. Jest to tak niedorzeczna  acz wryta  w świadomość miejscowych legenda, że od przeszło dwudziestu lat, wojskowi z pobliskiej bazy  trzymają wartę na całej jej długości w tym jednym dniu. Od kilku lat panuje spokój,  choć różnie bywało. Wiele patroli przepadło bez wieści. Odnajdywano po nich broń, mundury, czasem zbłąkane i przerażone konie. Inni odnajdywali się  po wielu tygodniach  lub nawet miesiącach. Odarci nie tylko z ubioru ale i zmysłów. Lądowali w szpitalach dla obłąkanych. Bredzili w kółko o Lincoln Road. O mostku na Manson. O postaci, która pojawia się  na jego spróchniałych deskach, dwudziestego siódmego grudnia. O masakrze z czasów secesji. O dziejach przeklętej kompanii konfederatów. Może to tylko głupia legenda. A może fakty w postaci  zaginionych i pomylonych żołnierzy, są dostatecznym dowodem ku temu, że w te końcowe dni roku, patrolowanie Lincoln Road jest koniecznością. Dla spokoju duszy i sumienia żyjących.   Był to ich ostatni nawrót,  niedaleko rogatek Pinehead w stronę mostku. a dalej za nim  Lincoln wpadała i kończyła się  na międzystanowej ku Chesterfield. Tam klątwa i legenda już nie sięgały. Wieczór przechodził powoli we wczesną noc. Śnieg znaczył drogę szeroką, białą wstęgą. Nie było go wiele. W tym roku zima  nie przyszła jeszcze w całej swej pełni. Światła ich ciężarówki wrzynały się jak noże, daleko w pustą przestrzeń. Las wydawał się wtedy jeszcze mroczniejszy  i pełen złych przeczuć i istot, którym zupełnie nie w smak  była obecność ludzi.     W szoferce jechało ich dwóch  a pięciu pod bronią  jechało na pace pod płachtą z brezentu. Na figlarzy, głupców i rozbójników wystarczy, lecz czy takie środki  będą skuteczne na przeciwdziałanie klątwie. Żaden z nich wolał tego nie sprawdzać. Pokonali ostrożnie, wyboisty łuk  i wyjechali naprzeciw zjawisku,  które całkowicie ich zaskoczyło. I nie, nie było to nic nadprzyrodzonego. Wręcz przeciwnie,  były to rażące ich  światła osobowego wozu zaparkowanego na poboczu. Obok otwartych drzwi od strony kierowcy, dostrzegli ludzką postać, gdy oświetlił ją błysk reflektorów, żołnierze rozpoznali w niej nie potwora a niewiastę o bardzo przerażonej lecz naznaczonej ulgą ratunku minie. Zatrzymali się praktycznie u jej stóp.   Wysiedli dopiero po dłuższej chwili. Nie byli pewni  w środek czego tak naprawdę trafili.  Jadąc tym odcinkiem pół godziny wcześniej  natrafili tylko na pustkę. Czy kobieta była tu zupełnym przypadkiem? A może słyszała o tym  co dzieje się tutaj w tym dniu  i szukała mocnych wrażeń. Jedno było pewne. Nie znali jej,  więc nie mogła pochodzić z Pinehead. A do tego jej samochód  był wyssany z paliwa do cna. Gdyby wjechała tutaj godzinę później, musiałaby wracać na własną rękę przez las i uważać na postać jeźdźca zza plecami. Mogła to być też podpucha albo pułapka. Nie mogli tego wykluczyć.     Kapral wysiadł pierwszy i uderzył kilka razy otwartą dłonią w karoserię  dając znak tym z tyłu by ich osłaniali. Nie minęła nawet minuta  a już muszki pięciu garandów były wycelowane w przerażoną kobietę. Nie wyglądała jakby zamierzała walczyć  a raczej uciekać gdzie pieprz rośnie. Nie przejmując się  wycelowanymi w siebie karabinami,  rzuciła się z płaczem ku kapralowi. Nieważne dokąd prowadzi ta przeklęta droga ale chcę jak najszybciej znaleźć się  jak najdalej stąd. Zabierzcie mnie stąd błagam. Kapral dał jasny sygnał by opuścić broń. Wykonali rozkaz. Lecz nadal byli w niemałym szoku, że w tym dniu natrafili tu na żywą osobę.     Niech Pani wsiada czym prędzej do szoferki, droga jest zamknięta …  szczególnie dzisiejszej nocy… po drodze wszystko Pani nam opowie. Niestety na wstępie zaznaczę,  że jesteśmy zmuszeni  dokończyć wykonanie patrolu. Przejedzie z nami Pani jeszcze kilka kilometrów do drogi stanowej a potem zawrócimy do Pinehead  gdzie zostanie Pani u nas w bazie. O samochód proszę się nie martwić. Odholujemy go jutro za dnia do Pinehead.     Kobieta wpadła w histerię już po kilku pierwszych słowach kaprala. Wracać do drogi stanowej!? Przez ten stary most, który mijałam jadąc tu!? Więc proszę mnie zastrzelić tu i teraz, bo nie wrócę na ten most choćby i z uzbrojoną po zęby dywizją wojska. Zresztą na nic Wam te śmieszne karabiny. Tam mieszka coś, czego kule się nie imają. Zastrzelcie mnie albo zostawcie tutaj. Wolę czekać na śmierć tutaj, niż jechać prosto w jej objęcia. Jeśli wjedziecie na most, nie wrócicie już tutaj. Macie moje słowo.     Byliśmy na nim tylko tego dnia  co najmniej dziesięciokrotnie  i jak widać żyjemy. Boi się Pani w nagłym szoku,  własnego cienia. A cieni nie należy się bać. Cienie to cienie. A jeśli to cienie przeklętych dusz!? Widziałam ich jak teraz widzę Was. Kompanię pod bronią, lecz bez głów. Nie wrócę na most. Nie ma Pani wyjścia. Mam rozkaz odstawiać  wszelkich cywili do bazy  tak by nikt nie włóczył się po tej drodze. Nic dziwnego to przeklęta droga! Niebezpieczna i stara,  ze skruszałym mostem,  który grozi zawaleniem. Pilnujemy porządku a nie śledzimy duchy droga Pani. Dał znak dwóm podkomendnym a Ci bez zbędnych wyjaśnień i ceregieli,  siłą wrzucili wręcz kobietę do szoferki. Poza wzrokiem kaprala ale jeden z nich wracając na pakę dyskretnie się przeżegnał i ucałował krzyżyk zawisły na szyi...            
    • @Gosława uszanowanie dla miłej Pani! :)
    • @APM Bardzo dziękuję! Pozdrawiam, 
    • @KOBIETA niebezpieczna jesteś w swoich decyzjach:)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...