Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

- To śmieszne – pomyślała niechętnie, wyginając usta w niby-uśmiechu, ni to sarkastycznym, ni to żałosnym. – Jakie tam, ekstremalne? Jesteś beznadziejna, po prostu beznadziejna. Zrozum to wreszcie.
Stała na wąskim poboczu drogi krajowej numer 2 dygocąc na zimnie. Od przeraźliwie pustej przestrzeni wysprzątanych pól odgradzał ją jedynie głęboki rów zarośnięty pokrzywami i łopianem. Przenikliwy wiatr wciskał się między niedopięte guziki krótkiego, letniego płaszcza, całkiem nieadekwatnego do niespodziewanej zmiany aury, wściekle szarpał rozsupłanym końcem jedwabnej apaszki, już, już gotowej ulecieć w dal, smagał zgrabne nogi obute w wytworne pantofle z beżowego zamszu. Spęczniałe deszczem chmury wisiały nisko, napierały zewsząd. W szybko zapadającym zmierzchu, jaskrawe światła kolumny mknących aut zlewały się w jeden reflektor, jak na scenie, wydobywający z tła postaci dramatu. Bilety za darmo, widzów nie brakowało. Nie było kierowcy, który mijając w dwójnasób migocące lampki awaryjne, nie odwróciłby na chwilę głowy, obojętnie ciekaw cudzego nieszczęścia.
- No i co z tą policją? Przyjadą wreszcie, czy nie? – zwróciła się do milczącej sylwetki skrytej za masywną bryłą grafitowego BMW. W ciągu minionej godziny, wypełnionej najpierw gorączkowymi telefonami, a potem już tylko odrętwiałym oczekiwaniem, wymieniły może z dziesięć zdań.
- Nic się pani nie stało? – to było pierwsze, co usłyszała, kiedy udało jej się odkleszczyć z uścisku poszarpanych błotników i wolniutko, - o ironio! – teraz wolniutko i bardzo ostrożnie, zjechała do krawędzi jezdni. Zareagowała nerwowym, głupkowatym śmiechem.
– Nic się nie stało? Niech pani zobaczy mój samochód!
Tamta niecierpliwie machnęła ręką.
- Samochód! Tak, jasne, ja się pytam, czy pani nic się nie stało?
Zawstydziła się.
- Nie, nic.
Nie zapytała w rewanżu: „A pani? Czy z panią wszystko OK.?” Zupełnie straciła głowę. I mowę. Wpatrywała się bezradnie w śliczną twarz młodej, zgrabnej szatynki, która wcale nie wyglądała na zagniewaną ani rozzłoszczoną, tylko od razu powiedziała rzeczowo sięgając po komórkę: „Musimy wezwać policję bo to samochód w leasingu”.
– Dobrze – odparła potulnie i w tej samej chwili uświadomiła sobie, jak to idiotycznie zabrzmiało. Stała i patrzyła, jak dziewczyna spokojnym, opanowanym głosem relacjonuje komuś wypadek, a przez głowę przelatywały jej obrazy z niedawnej przeszłości. Zaspała tamtego ranka, śpieszyła się do pracy, a szary Ford Ka przed nią, jak na złość, niemiłosiernie wlókł się pięćdziesiątką. Zerknęła w lusterko - pusto, autobus leniwie ruszał z przystanku, więc jednocześnie wrzuciła kierunkowskaz i ostro dodała gazu. Właściwie nie poczuła niczego, dopiero przeraźliwie długie trąbienie zmusiło ją do spojrzenia za siebie. Wrzaski wściekłego kierowcy Forda słychać było chyba w promieniu kilometra. Draśnięty lakier na zderzaku, lekko, ledwo co, a awantura! Jakby była winna Bóg wie czego! Była winna, fakt. Teraz też była, ewidentnie, tylko, że tym razem nie skończyło się na paru rysach. Dobrze, że nie stało się jeszcze gorzej… Automatycznie rejestrowała rany na zmasakrowanym boku jej ukochanego, wypieszczonego Soula, wciąż miała w uszach zgrzyt miażdżonej blachy…
- Przestań! Nie myśl już o tym! – nakazała sobie surowo.
Z trudem poruszyła zziębniętymi palcami stóp. Potarła zgrabiałe ręce.
- Właściwie, dlaczego nie wsiądziemy do środka i nie włączymy ogrzewania? – oczywiste pytanie kolejny raz zamarło jej na ustach. – Może pomyśli, że zechcę uciec? Zaproponowałaby sama, gdyby się tego nie bała. Szkoda jej, przecież widzę, że też marznie bez szalika i z gołą głową. Zapalenie płuc mamy murowane. No nic, w końcu, kiedyś chyba przyjadą?
W miarę upływu czasu szok mijał. Dziwnie zobojętniała. Odwróciła się plecami do spojrzeń strzelających z nieprzerwanego strumienia pojazdów. Było jej wszystko jedno. Marzyła o kubku gorącej herbaty, wannie z bąbelkami i solidnym drinku przed snem. I żadnych pytań, proszę, żadnych wyrzutów, żadnych pocieszeń, że to nic takiego, że przecież niejednemu, bardziej doświadczonemu, kierowcy się zdarza. Zostawcie mnie w spokoju. Odczepcie się. Tak, jestem do niczego. Wiem, masz rację, zawsze to powtarzałeś, że kiedyś się doigram. No to się doigrałam.
Policja przyjechała po trzech godzinach. Dziarscy panowie w granatowych mundurach skrupulatnie dopełnili wymogów obowiązujących procedur. Ubezpieczyciel spisał się bez zarzutu. Po tygodniu, na obydwu samochodach nie było już najmniejszego śladu niefortunnego spotkania. Czego nie można powiedzieć o reszcie.

Opublikowano

Aniu, czytałam Twoje opowiadanie - miałaś stłuczkę??????

opowiadanie ładnie poprowadzone, wciąga :) wiesz, ja bym w pierwszej części wywaliła trochę przymiotników, to ozdabia, ale zabiera ciut wiarygodność realności :))
np. "rozsupłanym" i "jedwabnej" - nie dodaje dramatyzmu, a jest zbędnym (dla mnie) ozdobnikiem - nie w tym opowiadaniu, w innym tekście tak. napisałabym: "deszczowe chmury" :))
zerknij na pierwszą cześć i troszkę wyczyść.
poza tym - ok.

sugestywnie, dramatycznie i z goryczą.
podoba się.
buziak

Opublikowano

Aniu. Dobrze. Historia bez kropy nad "i".

Podoba się. Proponuję poprawki:

"leniwie ruszał z przystanku, więc "- brakuje przecinka


"smagał smukłe nogi obute..." - niepotrzebne podobieństwo brzmieniowe, proponuję: smagał zgrabne nogi.


"Jakby była winna, Bóg wie czego" - tu bez przecinka.

Poza tym - bardzo ok. Cieplutko, Para:)

  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Arsis ponura, poruszająca wizja  niecodzienna rozbudowana metafora...
    • @Stukacz a dlaczego źle? inaczej:)
    • @Bożena De-Tre Wszystko możesz, Poetko - na przykład w jednym wersie uśmiercić i Boga i Nietzschego (obu po raz drugi).
    • Czekają. Stłoczone ciasno w zastygłej procesji, w urojonych widmach bezmiernej nocy. W pokoju. W tym pokoju stłoczone aż po brzegi. Wchodzą na ściany, na to drzewo wyrastające z podłogi. Stojąca w kącie plątanina martwych rur. Poskręcane gałęzie, odrosty. Żeliwne. Milczące artefakty...   Pełzną wysoko w swojej nieruchomej kreacji. Te zwidy rozczapierzone. Złapane w krótkim ujęciu. W milisekundowym błysku wypalającym oczy.   Są jedne na drugich. Obok siebie. Tuż obok. Bądź wyrastają z siebie bez jakiejkolwiek koncepcji, jakiegokolwiek sensu.   Ciasno. Bardzo ciasno…   Jak niezliczone polipy w jelicie. Zrakowaciałe. Całkowicie obce, nawet dla siebie samych. Całkowicie obce ciała rosnące w swojej i tak obcej egzystencji.   Mnożą się bez ustanku, wyrastając z siebie w nieskończonych powtórzeniach. W szmerze nieskończonego wzrostu...   Zasuszone widma. Kreatury pajęcze… Których odnóża… - Boże, jakże ich wiele!   Sięgają nimi, poprzez grzybnię pleśni, sufitu, jak nieba… Wspinają się. Wspinają, ku wielkiej mistyfikacji, ku tajemnicy największej.   Albowiem rozpościera się z wysoka coś, co jest niepodobne do niczego.   Co to takiego? Jakaś iluzja, deliryczna ekstaza…   Stając u stóp tego gigantycznego konstruktu podobnego do krzyża... - z kamienia, ze stali. z drewna…   Z żelbetonu poznaczonego brunatnymi plamami nuklearnej reakcji. Zmartwychwstania?   Być może samego Boga...   Słychać jeszcze echo. Pogłos pędzącego wiatru. Wtedy, co pędził w ogromnym huku totalnej anihilacji.   Tuż przede mną mur nieskończonego wzniosu. Rozpostarte ramiona (odnóża?) Rozwarte szeroko. Szeroko… - czegoś, co już dawno skonało, mimo że jest wieczne. mimo że żyje, pomimo ewidentnej śmierci.   Jakieś truchło. Zasuszone. W szacie pajęczej.   W powiewających płachtach. W czarnych od kurzu. Od pyłu. Od brudu zionących ciszą zatęchłych katakumb…   W przeciągu, w powiewie.   W półmroku…   Spogląda z wysoka wielookie oblicze. Czarne oczodoły w zdeformowanej czaszce.   I coś jeszcze.   Coś, co przeczy fizycznemu istnieniu.   Spod sufitu spada na mnie absolutna martwota, kiedy klęczę, kiedy leżę, kiedy pełzam jak wąż, jak dżdżownica, jak wielonoga skolopendra…   Co tu jest mną, a co kim innym? Albo czym?   Kto tu jest?   Mnoży się coraz więcej tej całej bezgranicznej iluzji, która we mnie. Która wszędzie…   Odchylam głowę do tyłu. Odchylam. Odchylam… … aż trzeszczą kręgi w szyi...   Wykrzywiając twarz w morderczym grymasie, w potęgującym się orgazmie trupiego rozkładu...   … moje oczy...   Te czarne otwory. Te czarne. Bezkreśnie czarne…   … jak noc lodowata…. jak noc…   (Włodzimierz Zastawniak, 2026-06-07)      
    • @hollow man

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...