Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W piątek po pracy wybrałem się z kumplami na małą balangę. Najpierw zjedliśmy obfitą kolację, a potem lało się już tylko piwo. Kelnerki donosiły nam kolejne szklanki i wymieniały popielniczki, a my spędzaliśmy czas na dyskusjach przerywanych salwami śmiechu. Ani się obejrzałem, kiedy minęła północ. Każdy z nas mieszkał w innej części miasta, więc rozeszliśmy się pośrodku Rynku. Busikiem podjechałem najbliżej jak się dało. Dalej pozostało przejść przez park, wyjechać windą i - w ubraniu lub bez - zaryć nosem w poduszkę.
Lubiłem nasz park, chociaż swego czasu bywał niemiły. Przez lata nauczyłem się obchodzić go biegnącą górnym brzegiem alejką, gdzie bardzo rzadko można było spotkać kogoś nieprzyjemnego. Chłopcy z osiedla pili i rozrabiali raczej pośrodku parku, w zorganizowanym dla dzieci domku zabaw, niedaleko zjeżdżalni i piaskownicy.
Było, niestety, trochę pod górę. Mniej więcej w połowie poczułem wielkie zmęczenie i musiałem przysiąść na jednej z ukrytych pomiędzy gałęziami drzew ławeczek. Ćmiąc papierosa, wpatrywałem się głupio w wychyloną przez kogoś butelczynę, która leżała pośrodku alejki. Wtedy kątem oka zauważyłem jakąś postać, zmierzającą przez trawnik w moją stronę. Szybko sprawdziłem zasób papierosów w paczce oraz drobnych w portfelu i odetchnąłem z ulgą. Wydawało mi się, że jestem przygotowany na każdą ewentualność, ale szybko okazało się, że wcale nie.
W pewnym momencie stwierdziłem, że coś jest nie tak. Postać nie szła ku mnie, lecz płynęła. Wcale nie stawiała kroków, bujając się z prawa na lewo lub odwrotnie, tylko sunęła ponad źdźbłami traw. To niemożliwe – pomyślałem i obleciał mnie lodowaty strach. W duchu przeprosiłem Opatrzność za przesadę w używaniu piwa. Obiecałem natychmiastową poprawę oraz wizytę w kościele, ale zwidy towarzyszyły mi dalej. Nie pomagało potrząsanie głową ani zaciskanie powiek. Postać sunęła i była coraz bliżej. Momentalnie wytrzeźwiałem. Wytrzeszczonymi oczami wpatrywałem się w czarną pelerynę, próbując odczytać rysy ukrytej pod kapturem twarzy. Kiedy w końcu dotarło do mnie, że powinienem rzucić się do ucieczki, nogi odmówiły mi posłuszeństwa i po prostu siedziałem bez ruchu, pełen najgorszych myśli.
Postać zbliżyła się bez słowa. Twarzy nadal nie widziałem, nawet wtedy, kiedy ten ktoś usiadł koło mnie. Siedziałem nieruchomo, udając że go nie ma i to wszystko mi się po prostu przywidziało. Sekundy mijały wolno, minuty wcale. Wpadłem w dziwną czarną dziurę, gdzie czas i fizyka nie miały żadnej władzy. W końcu nieśmiało obróciłem głowę. Ten ktoś nadal tam był. Drwił sobie z mojego strachu i nic nie robił. Już zamierzałem wstać i sobie pójść, kiedy usłyszałem kojący głos:
- Niech pan tego nie robi.
- Czego? – jęknąłem.
- Za stary jestem. Pan siedzi spokojnie.
Uczciwa rozmowa to już było coś. Facet, choć dziwaczny, gadał całkiem rozsądnie. Potulnie usiadłem z powrotem. Wyjąłem papierosy. Kiedy wyciągnąłem ku niemu paczkę, kaptur lekko zaprzeczył. Zapaliłem sam, licząc że jak w filmach pt. współpracujesz-żyjesz, mnie się też poszczęści.
- Niech pan stanie na jednej nodze – powiedział po chwili
- Co proszę?
- Na jednej nodze. Za trudne?
- Skąd. Tylko głupie.
- No już.
Zerwałem się z ławki i zrobiłem co kazał. Może to tajny agent Izby Wytrzeźwień – przemknęło mi przez myśl.
- A teraz ręce na bok.
Rozłożyłem ramiona, nad którymi słabo panowałem, ale przerażenie pomogło mi stworzyć idealną pozę łabędzia. Tak, na pewno Izba dostała kasę na nowe etaty.
- Dziękuję.
Zasapany usiadłem na ławce. Już bardziej wolałem, żeby mi ktoś nakopał, zabrał portfel i sobie poszedł. Czułem się upokorzony jak nigdy. Chciałem gniewnie skomentować sytuację, kiedy on nagle dopadł mojej szyi i delikatne się w nią wgryzł. Krzyknąłem – a może mi się wydawało, bo już nie panowałem nad niczym. Wtedy odsunął się i splunął z odrazą na chodnik.
- Ojej, pan też pił – rzekł zmartwiony – 1,8 promila...
Blady i przerażony zachichotałem mimowolnie. To musiała być delira najczystszej próby.
- Skąd Pan wie, że akurat tyle? – spytałem rozbawiony.
Zamknął oczy i długo smakował. Potem mlasnął, niby koneser dobrych win.
- Jadł pan coś z grilla. Chyba stek z masłem czosnkowym. Zgadza się? Do tego fryteczki, surówka i bułka z pieca. O morzu piwa już nie wspomnę.
- Ale jak?! Pan jest niesamowity!
Mroczny gość uśmiechnął się ponuro.
- Kiedyś lubiłem badać skład krwi. Była czysta jak górski potok. Smakowała znakomicie. Ta dziś nie nadaje się do niczego. Chemia, konserwanty, jakieś nieznane związki. Strach brać do ust. Dwa razy omal nie przypłaciłem tego życiem. Pewien człowiek spał na ławce i kiwał się w przód i w tył, jakby siedział na huśtawce. Byłem okropnie głodny, nie bawiłem się w próbowanie, tylko łyknąłem dobrą szklankę. Złapałem taki haj, że przez resztę nocy bujałem się razem z nim. Uratował mnie patrol policji, który zainteresował się idiotami kiwającymi się na ławce jak małpy na trapezie. Drugim razem facet wcale nie wyglądał na pijanego, choć wypił chyba wiadro wódki. Zanim się zorientowałem, sam miałem chyba promil, a że jestem nienawykły, od razu padłem pod ławkę. Ledwo zdążyłem ukryć się nim nastał świt.
- Więc pan naprawdę jest...
- Nic panu nie grozi. Jak wspomniałem, stronię od alkoholu. Pogadamy jeszcze chwilkę?
- Skoro pan sobie życzy.
Miły w sumie był z niego gość. Miał w sobie coś niesłychanie szlachetnego, a ujmującym sposobem bycia łagodził skutki niecodziennego wyglądu. I tak siedzieliśmy sobie na ławeczce, niczym dwaj starsi panowie, rozprawiając o tym, jak paskudnie zmienił się świat.
- Wie pan – zagaiłem – Mam podobne odczucia. Nic mi ostatnio nie smakuje. Jedzenie zrobiło się sztuczne, powiedziałbym: identyczne z naturalnym, ale nijakie. Z dzieciństwa pamiętam parówki śląskie, pasztet mazowiecki, zwyczajną. To było niebo w gębie. Dziś już tylko nazwy zostały. Parówki rozgotowują się po minucie, pęcznieją i pękają, pasztet dziwnie śmierdzi, a zwyczajna upodobniła się do innych kiełbas, których nie rozróżniam. A mortadela, ser Gouda, mleko, nawet woda w kranie. Nie smakują jak kiedyś. Ech, czasami myślę, że oni nas specjalnie czymś podtruwają.
- Jacy oni? – spytał uprzejmie.
- No producenci, koncerny, sklepy. Może cały czas zachodzi w nas jakaś mutacja, a my o tym nie wiemy.
- Może. Jak mówiłem, krew też smakuje inaczej.
- Albo piwo. Te wszystkie „Mocne” są podobno robione z proszku. Strach brać do ust.
- Pamiętam, jak mi się odbijało aluminium, kiedy spróbowałem krwi pewnego pijaka. Obrzydzenie bierze.
Lampy parkowe zaczynały przygasać, a my siedzieliśmy w milczeniu. On nad czymś głęboko dumał, ja rozmyślałem jak dać nogę. Wreszcie rzekł zmęczonym głosem:
- Nigdy nie sądziłem, że dotrwam do końca świata.
- Jakiego końca?
- Każdy ma taki koniec świata jaki odczuwa.
- Chyba ma pan rację – westchnąłem nieszczerze i postanowiłem zaryzykować – Pozwoli pan, że się pożegnam.
- Ależ bardzo proszę - uniósł majestatycznie rękę, niczym władca odprawiający posłańca – Żegnam i zachęcam do zdrowszego trybu życia.
Odchodziłem, nie wierząc we własne szczęście. Kiedy zniknąłem za krzakami, rzuciłem się biegiem. Nie czekałem na windę. Biorąc po trzy schody naraz, dotarłem na ósme i dokładnie zamknąłem za sobą drzwi.
Śniły mi się rzeczy straszne. Krzyczałem i uciekałem przez sen, a potem światło dnia przegoniło złe duchy. Idąc po bułki i mleko, zostałem zaczepiony przez gospodarza bloku, który zmiatał ze schodów wczorajsze pety.
- Słyszał pan o pożarze nad ranem?
Pokręciłem głową.
- Słup ognia podobno. Piromanów na naszym osiedlu jeszcze nie było.
Szybko pobiegłem parkową alejką. Zaczęły mi się przypominać rzeczy, o których pamiętać nie chciałem. Strach po piwie i strach na trzeźwo to zupełnie odmienne uczucia. Z wahaniem podszedłem do tamtej ławki. Spłonęła doszczętnie. Zostały po niej jedynie betonowe nogi i spopielone kawałki drewna. Płomienie musiały sięgać wysoko, bo zauważyłem osmolone gałęzie rosnącego tuż obok drzewa. Czym prędzej odszedłem. Wiedziałem, że świat już nigdy nie będzie dla mnie taki sam, jak przedtem.

Opublikowano

Znasz recytację Piwnicy pod Baranami pt. "Piotr"? (nie mogę znaleźć tekstu nigdzie w internecie). Nie wiem czemu, nie mogę się wyzbyć skojarzenia - bynajmniej nie w sensie ujemnym, po prostu pokrewieństwo klimatu, niebywałe wydarzenie w parku, narracja o czymś niezwykłym.
Padło tu już kiedyś zdanie o adekwatności formy (i rozmiaru) do treści. Jak dla mnie przyswaja się znacznie lepiej od emeryta. Szacuneczek i kilka plusów.

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @hollow manbracie!  Spokojnej nocy!

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • budziłem się w nocy jakże znana ciemność wyraźnie pulsowała oślepiając czernią   aż wykipiały słowa o zapachu fermentu
    • Uwaga! Uwaga! Ewakuacja! - Chrapliwy głos zanika to znowu moduluje dziwnie w trzeszczących megafonach… Na słupach drewnianych, betonowych… Przekrzywionych od wiatru, obłoconych… Wiesz, idę przez wysokie trawy. Ja. Albo może moje dawne wcielenie. Moje dawne Ja. Moje… Przez trawy wilgotne. Przez jakieś krzaki. Zapętlone. Spętlone. Poplątane… Pełznie po mokrej ziemi, gliniastej, nagie ciało. Wije się w sobie… Ja? Czy ono?   Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Spójrz. Pognieciona kartka na stole. Rozlana plama. Atramentu…   Wiatr zagłusza bicie serca. A za oknem… Za oknem noc okropna kłębi się i pulsuje mnogością świateł. Dalekich. Zimnych drżących rubieży…   Jestem tutaj? Czy tam? Ja? Czy ono? Wchodzę po spirali schodów. Gdzieś wysoko. W jakimś miejscu. W jakiejś nieznanej mi egzystencji przeszłego czasu...   Uwaga! Uwaga! - Wciąż ten sam głos. Wciąż to nieustanne trzeszczenie w moim mózgu…   Piskliwy szum rozsadza nabrzmiewające żyły. Pulsujące boleśnie skronie... Wielomilimetrowe struktury tuż przed moimi oczami. Ziarniste. Powiększone w zimnym oku mikroskopu. Spuchnięte jak w chłoniaku twarde węzły. Zaciskam je powiekami.   Lecz, kiedy otwieram…   Wysypują się zdradliwie, jak lśniące koraliki. Ze szmerem: na blacie stołu. Łzawe perły. Błyszczące.   Na drewnianej podłodze ułożonej w jodłę. Wytartej. Przetartej obcasami przechadzającej się w tę i z powrotem pradawnej, zamyślonej śmierci.   Mnożą się jak w kalejdoskopie. Te zwidy nowotworowe Płyną. Donikąd płyną. W szumie i pisku gorączki.   Wiesz, umierałem tu wiele razy. I jakoś dziwnie umieram raz jeszcze...   To mnie prześwietla. Spójrz! Moja twarz okrojona półcieniem. Straszliwy blask i straszliwa ciemność. Idą we dwoje, trzymając się w objęciach. Kontrast: chiaroscuro. Twarz spalona słońcem.   Ida przez wiry w strumieniach powietrza przecinających niebo. I nikną. W milczeniu nikną.   I płoną w straszliwej pożodze ciszy. Nie słychać ich. Nie słychać tej rozpędzonej menażerii. Tej skondensowanej siły, ostrej niczym brzytwa.   Dlaczego odwracasz głowę? Twoje milczenie. .. Albowiem twoje milczenie…   Więc w tym milczeniu przedzieram się. Przez krzaki. Gałęzie kolczaste. Przez korzenie…   Sam. I sam jeden. Bez ciebie.   Wiesz, tutaj jest tego najwięcej. Cząsteczek mżących w oddali. I na każdym liściu, gałązce, łodydze…   Widzę je. I widzę coraz przejrzyściej. Dłonie zanurzam w tych srebrzystych błyskach nieuniknionej, bolesnej śmierci.   Kiedy wnikam. Kiedy… Idę… Spójrz! Twarze. Twarze. Zrakowaciałe oblicza.   I te twarze uczniów, nauczycieli.   Te twarze niczyje… Prześwietlone. Napromieniowane. Spalone słońcem…   Szkolne ławki. Klasa. Bo to jest klasa. Chyba… Na ścianach portrety poetów, malarzy… Na ścianach towarzysze. Spoglądają ze zdjęć te obojętne oblicza.   W drewnianych ramach. W metalowych. Słońce lśni na wypolerowanych szybach,   Te twarze na wprost. Te twarze w kolorze sepii.   Szare. Ziemiste. Te twarze… Całe archiwum twarzy. Umarłych. Wtedy szły zimne obłoki.   Pomiędzy nimi słońce. Teraz jest wiatr.   Ten wiatr, który wieje z przeszłości. I idzie całą nawałą. Szumią. Szemrzą czułe membrany liczników Geigera…   Gdzie ty jesteś?   Rury ciągną się kilometrami. Donikąd. Idą stąd, dotąd, aż do tamtąd. I dalej. W przestwór nicości. W cienistość przemijania.   Skorodowane naczynia. Przedmioty. Stoły. Kuchenne blaty pokryte kurzem.   Weź mnie za rękę. Ja biorę, lecz kiedy zaciskam palce, wyczuwam jedynie próżnię. Jesteś tu jeszcze?\   Nie?   Więc do kogo to mówię? Do samego siebie.   Błotnista droga. Gliniasta. Liście. Łodygi krzaków zakrzepłe w błocie. Spowite blado w całunie niemrawego słońca, które spoza chmur, z mlecznej powłoki ciężkiego nieba...   … spogląda, gdzieś w niedosycie czyichś wspomnień.   Znowu tu jestem. Po raz wtóry.   Przybyłem znikąd. I na powrót idę. Donikąd, I dalej. I jeszcze...   W bezruch zagadkowych miraży. Na skraj ciszy…   (Włodzimierz Zastawniak, 2026-06-08)    
    • @Starzec klasyk pisał: nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą!  
    • @Berenika97 piękny cytat - dziękuję! Niezwykle ciekawie poprowadziło Cię te kilka słów... od słowa do Słowa :) Mam taką może nawet nie ambicję, ale pomysł-marzenie, aby wygenerować jakiś podgatunek literacki, liryczny, ostatnie 4 moje wiersze mogłyby być jego przykładami. Na razie obmyślam ramy i definicję, może coś z tego będzie? ;) a jak nie, to też dobrze hahaha zamarzyło się być lirycznym influencerem ;)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...