Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

(skoro Marcholt może to ja też mogę; kilka uwag wstępnych: wyrwałem te trzy - jakże niezobowiązujące - fragmenty z dłuższej próby prozatorskiej. Dlaczego wyrwałem? bo reszta tekstu bardzo błądząca i nie bardzo da się czytać. Żeby jednak ostatni fragmencik nie był zbytnio wydarty z kontekstu, poprzedzam go dwoma wyimkami genealogicznymi. Proszę zatem przypomnieć sobie dwóch uparciuchów z poniższego epizodu IV - pana Dawida Czesławowicza i Jakuba Andrzeja - i rzucić okiem na taką oto uwagę co do ich dalszych losów: )

* * *

Hej! zszedł Jakub Andrzej , nie zszedł i – gdzieś tam – od śmierci ocalon w dolinach .
Odśpiewali znajomi alumnowie gregoriańskie Salve Regina; przemówił ktoś nad symboliczną deską grobową;
Cuda rozpowiadano o tym commendatio na niesławnym zboczu, na szczycie, w lodospadzie.
Pierzchł motłoch .
Odnaleziono pisma – wśród licznych apopleksji nie wydano ni tomu – bo i starczy już nędznych wspomnień z pionowych światów, bo i rzekli już wielcy, co rzec chciał on, bo i zsypano już w rzekę gruz...!
Tylko listy złożono do druku – a wstęp i przypisy miał zrobić poeta –
Pan Dawid Mikołaj.

Onże jednak padł pogrzebany w lawinie.
Odetchnął Episkopat, srodze uciemiężony jego zjadliwą – by tak rzec – paszkwilistyką. Konsystorz zdjął anatemę i przebaczył…
Płakali ojce.
(szczupła, ruda kobieta o czarnych oczach i wysmukłych przedramionach, rozejrzawszy się dobrze kilka razy, zostawiła wszystkie pisma na progu pewnej podziemnej redakcji).

Redaktor – był człek krępy z zakolami. Znany chłop. Odbierał zagadkową korespondencję i udzielał niejasnych odpowiedzi. Pijał…
Pił.
Odchylił czaszkę z zakolami – przełknął na wydechu, ciemno się zrobiło – ciemność zaległa… -
Nie przebudziwszy się, po płukaniu żołądka – badaniu toksykologicznym etc. –


W sześćdziesiąt trzy godziny pospieszył za Redaktorem znany w odpowiednich kręgach filmowiec… spożywali razem.
Ministerstwo w trybie pilnym przyznało odznaczenie.

(teraz poprosiłbym jeszcze o sekudnkę cierpliwości i spojrzenie na taką oto fotografię - tak właśnie, proszę na to spoglądać jak na zdjęcie, gdzie nasi wyżej wymienieni znajomi odradzają się wzorem bohaterów romantycznych: von Gorski, Ignatz a także Marchołt (redaktor) i Zwietblum (reżyser) zstępują do piekła: )

* * *

(Milczenie).
Stoją – od lewej – Marchołt, Asaph, Zwietblum, jakiś zakochany, mała dziewczynka, kilku przeciętnych wierszopisów. Siedzą – od lewej – kilku niewybitnych prozaików, Ignatz. Leży – von Gorski.
Von Gorski – lucyferyczny bard-junkier:
- Światło! podajcie światło!

(pomarańczowe światło; show rozpoczyna się bez pioruna; zza przestrzeni słychać gospel)

Cicho. Znikają kiepscy literaci, zakochany i mała dziewczynka. Asaph stoi z rękami w kieszeniach. Marchołt, Zwietblum, Ignatz i junkier zbijają się w grupę i szepczą.
Nagle – nie ma Asapha!
Wokół zaciska się krąg – dusze cierpiące: duże oczy, cera blada. Mruczą pod nosem.

Marchołt powoli sięga między dobre chęci; ręka napięta, żyły drgają, czoło spocone… wydobytą na palcach sadzą we względnym spokoju kreśli na twarzy wojenne barwy.

(następnie cała czwórka po ciągu mętnych przygód związanych z poszukiwaniem zaginionego poematu [najpewniej skradzionego przez Asapha] trafia na pole pod miejscowością Pornice: )

Zwietblum obudził się o brzasku – rozjaśniało się z wolna, choć pogodnie. Tuż nad nim stało trzech budrysów – umorusanych i zmachanych – tylko zęby szczerzyli w uśmiechu, choć Marchołt – nieco niepewnym. Podniósłszy się, zaspany jeszcze, przeciągnął gnaty i powiódł niepewnym wzrokiem, wysnuwając z siebie wahliwe:
- Co?
- A nic… - i ruszyli na azymut, choć raczej na skuśkę – linią wytyczoną latarniami, ku jako-takim zabudowaniom.
Za podrdzewiałą siatką, na szaroburej trawie od czasu do czasu rozpieklił się jakiś pies. Na niesławnej tablicy rudziało znikome – "Pornice".
- Zimno mi… - sarknął Zwietblum w sposób złowieszczy.
- Przespałeś się na kamieniu, to i zmarzłeś – sylogizował Ignatz.
- Wilka dostałeś – przybrał chytrą minę von Gorski.
- Swoją drogą to ja też bym we wątpiach zagrzał – archaizował Marchołt.
- Methinks I see – zakrzyknął bard-junkier.
- Co?
- Lokal – wyjaśnił ze spokojem.
Bo i faktycznie: w nieodległym punkcie czasoprzestrzeni ujrzeli panowie – spelunkę. Zbliżali się – a w miarę dochodzenia do peryhelium – poznawali: do megaronu daleko, fasada kiepska, styl socrealistyczny, okna drewniane – rozkręcane, nieczyste… Ławy kominiarskie na przystającym budynku – wymarzone, dachówki – już nie. Okiennice fioletowe. Elewacja – szara etc.
Wreszcie, w okolicach drzwi – dawno zgasłych, właściwie nawet zagasłych, neon z powykrzywianymi literami.
- Wchodzimy? – powiódł nieprzekonującym wzrokiem po kompanach Marchołt.
- Nie wiem jak wy – ja wchodzę – zdecydował w desperacji Zwietblum.
- Z zewnątrz: mocna rzecz – skomentował von Gorski rzucając jeszcze jedno pełne drwiny spojrzenie na fronton.
- Idziesz? – przekroczył próg Ignatz – Bo Zwietblum już pije herbatę.
- Ja się jeszcze przewietrzę – odparł junkier.
A wietrzyć się chciał nie bez przyczyny – odczuł bowiem zew żyłki detektywistycznej; odbrązowniczej. Toczył więc wzrokiem. Primo: komin. Kominy nie świecą. A na tym kominie coś świeci. Szaro jest przecież. Słońca nie ma (boha nie ma, hoc hoc!) – a to świeci.
Ruszył więc w kierunku przyległej ciepłowni.
W kilka chwil później – po paru gimnastycznych ruchach rodem z nowoczesnych dziedzin wspinaczki technicznej – wydobywał ze swego znakomicie spakowanego plecaka – stosowne akcesoria. Obwiązawszy się zaś taśmą rurową zjechał na linie dynamicznej zamocowanej na ławie kominiarskiej na dach przyległego budynku. Z dachu lokalu przedostał się – pełnym dramatyzmu susem – na dach kotłowni, w bezpośrednie sąsiedztwo komina.
Wniosek empiryczny był niezbity – guano. W pobliżu złowieszczo krążyły gołębie.
Von Gorski rozejrzał się. (a w takich – interpretacyjnie znaczących – momentach bohaterowie nie mają zwyczaju rozglądać się nadaremnie). – Po czym zmarszczył brew i ruszył pędem ku jednemu z okien. (po drodze sprzątnął na dachu).
Zoczył bowiem w oknie – matkeboske.

Wnętrze lokalu było – można rzec – nader dworcowe: para znacznych głośników, kilkanaście stołów, okleina na ścianach, zblakłe pejzaże w gustownych ramkach; za kontuarem – nikogo. W rogu – typ ciemny, przy stołach niezbyt śmiała konsumpcja.
Z rogu – dym i sprzeciw społeczny.
- Krokiety proszę! – ryknął zblazowany głos z zaplecza.
Drobne niewieścię odebrało posiłek u kontuaru i odeszło z powrotem na miejsce z obficie parującym talerzem.
Panowie tymczasem wkroczyli do izby. Marchołt – na tyle senny, iż sięgał do stóp, by zdjąć ostrogi. Zwietblum – dość rześki, tyle że zmarznięty. Ignatz – przechrzta – taki tam sobie: kapeć w ustach, w żołądku – wzdęcie.
- Panowie, ta spelunka jakaś niepewna… - rozejrzał się nieco trwożnie Marchołt. Zwietblum – będąc już przy kontuarze, nalegał:
- Herbatę… čaj… tea… tee… arbata… γerbata…
(nieuzasadniona funkcjonalnie nadwyżka komunikacyjna).
Już po chwili – sprawne działanie czwartego sektora gospodarki – przed ostrym nosem Zwietbluma stała szklanka penitencjarnej, mocnej herbaty.
Marchołt finiszował pumpernikiel z mielonką.
- A gdzie nasz długowłosy bard? – spytał.
- Eksploruje – odparł Ignatz, siedzący z widokiem na okno (a w szybie, o dziwo, niezłowieszczo, zwieszała się lina).
Oto jednak rozległy się kroki i z drzwi wmaszerował łobuzersko uśmiechnięty – sam F. von Gorski.
- Panowie, lokal jest niepewny. – usiadł ciężko przy stole.
- Późny Gomułka – rozejrzał się Zwietblum.
- Po czym wnosisz? – pytał Ignatz.
- Trudno powiedzieć… - przypiął junkier – blask z komina, matkaboska…
Marchołt zafrasował się nieco.
Zwietblum zaś od dłuższej chwili zwracał baczną uwagę na kąt, w którym zaszył się – typ ciemny.

Nagle, po którymś z ostatnich łyków trącącej blachą aresztanckiej herbaty – gwałtownie wstał, szpetnie zaklął – i krzyknął celując szponiastym palcem:
- Asaph…!

Opublikowano

Freney, kurna, ty se jaja żywcem robisz, co by się Marchołtowi przypodobać - ja myślę. Von Gorsky to jakby Ty, tylko dawno nie obaczon, co? Widzę kształty, rozmywają się one i na Natalię czekają. Hermetycznie widzę kolory oddłubane z posągów prozy Twej. I jako niezabyły tutaj, nie bardzo wiem, co też Peel sobie myśłał, układając strofy powyższe, które prowokacya tchną z dala i mruczenia wymagając, ślą podarki ku uciesze. Tylem rzekł, nie przemyślawszy wiele...

Opublikowano

Nietrafione niestety :)
Jest tak: Marcholt i von Gorski (obecny tu z rzadka) to moi kumple. Tekst powstał na długo zanim się Marcholt do poezji dobrał i zanim mnie tu przyciągnął, nie spodziewającego się nic, biednego zagubionego ;) oskarżenie o lizusostwo zabolało - już raczej na Twój apel odpowiadałem wklejając te zbitki, żeby wreszcie czymś zapełnić forum ze swojej działki.

A Marcholt pewnie i tak się będzie rzucał. Tylko najpierw ze szkoły przyjśc musi i tonę konspektów napisać, dlatego go nie ma.

Opublikowano

Nie powiedziałbym tak do końca, że dla kumpli / do kumpli... Fakt, że lubię stroić rzeczywiste postaci w literackie piórka i robić z igły widły, tzn. rozdmuchiwać jakieś tam wspólne wydarzenie do rozmiarów czegoś niezwykłego. Co do powyższego poligonu - Umyśliłem po prostu kiedyś spisać w formie trylogii pewną zawiłą historię z własnego podwórka, bo nijak nie mogłem się wyzbyć tego tematu (takie małe opętanie). A przy okazji spróbować przeobrazić własne próby pisarskie w swojego rodzaju system: podejmować ten opętańczy temat na najróżniejsze sposoby i w najróżniejszych jego aspektach, np. zawiłości prób lirycznych tłumaczyć w prozie i na odwrót. Ale to chyba skończyło się parę miesięcy temu, a trylogię wciąż jeszcze muszę zredagować, bo leży odłogiem prawie skończona. I chyba nie do końca już warta czytania (a może po prostu zafałszowany dystans do własnego płodu?).
Jakieś konkretne pytania co do tekstu, asher? Albo ktokolwiek? ;)

Opublikowano

Tekst dla mnie zbyt hermetyczny, by tak łatwo zestaw pytań dodatkowych ułożyć. Podumam. Problem mamy tu taki, że nawet jeśli ktoś nas czyta, to komentarzy co kot napłakał (nie myslić z Onakotem, który produkuje nad wyraz dużo :) )

Opublikowano

Ja się na toposach, ani prowokacjach nie wyznaję, tekst świetny, z czasem nabiera ciała i rozpędu, didaskalia cacy...ogólne fikołki (miarkuj zwykła bo się rymniesz)...socrealistyczny późny Gomułka to być nie może;)
methinks creme de la creme

ps. „aresztancka herbata” – powtórzenie niepotrzebne, za bardzo narzucające...

Opublikowano

Ech... jak ja się muszę przespać z tą hermetycznością... słyszałem to już tyle razy, że za każdym razem mam serce w przełyku, kiedy wklejam tu jakiś tekst. Ale na razie tylko debiut w lirylandii był świeży, reszta już odstała - co najmniej kilka miesięcy. Zobaczymy co tam umysł i wena przyniesie w kolejnych dniach. Nie wiem tylko czy mam sobie na siłę wybijać z głowy tzw. hermetyczność, czy też uczynić z niej jakiś atut? próbowałem już robić przypisy do tekstu - oczywiście hermetyczne, byle literackie - ale potraktowałem to raczej jako beletrystyczny żart.
Naprawdę nie wiem...

Opublikowano

Coś odbiór strony mi się knoci, komentarze do mnie docierają nie po kolei; widzę, że tow. Zwykła także dziwnolubna :) dziękuję za wytrwałe kibicowanie! niemniej coś musi być na rzeczy z tą hermetycznością, skoro ludziska z różnych krańców Polszy dostrzegają i ujmują nawet w tym samym słowie ;)
Zawsze lubiłem literaturę, która wymaga spacerów po odniesieniach, ale zrozumiałe też że nie chciałbym przeginać - poza tym nigdy nie miałem realistycznych ambicji ni pretensji, i tak już pewnie zostanie, chyba że na starość wpadnę w nurt franciszkański, jak na dziwnolubnych przystało ;)

Opublikowano

znacie hermetyczny garaż jerrego corneliusa? autorski komiks serialowy robiony przez arcymistrza moebiusa (jean giraud). podobne to (tak teraz mi sie skojarzyło, ale tekst znam nie od dziś). HERMETYCZNE. Na boga nie bójmy się tego słowa. Poetyckie też liyczne miejscami. Cholera stronniczy jestem, innych bym rugał za to, freneya chwalę. Ten tekst mi po prostu wygląda na sztukę. więc co mi do niego?
Powiedział skromnie rzemieślnik.

Opublikowano

Ty się tu za rzemieślnika nie podawaj, bo Twoja produkcja przekracza moją kilkakrotnie jeśli idzie o względy ilościowe, a jeśli o względy warsztatowe idzie - tym bardziej. Bo komunikatywna jest. Ale - jak już wiele razy się kłóciliśmy do krwi i siniaków - inne założenia warsztatowe... ale nie bój, piszę coś polszczyzną a nie staropolszczyzną ;-)
jak mnie tchórz nie obleci to zamieszczę. Jak napiszę.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @violetta "Wszystko się może zdarzyć"...  czuję, że będzie ciekawie w najbliższych latach. Będzie twórczo, co nie oznacza nowego związku, a tym bardziej prokreacji (przepowiednia mówi inaczej, a kysz, gusła), zrobiłem swoje. Nikt z nas się nie obroni przed "wolą Bożą". A ty od razu ślub?! Nienowoczesna jesteś :-)  
    • 91. Granice, które nosimy w sobie (narrator: grecki najemnik w służbie Dariusza)   1.   Uciekamy w ciszy. Cóż powiedzieć, gdy świat nie słucha?   2.   Dwór się kruszy — tak działa natura: słabe łamie się pierwsze.   3.   Gdy wiara w wodza gaśnie, każdy szuka światła, gdziekolwiek jest.   4.   Jedni wybierają nowych panów. Inni nowych bogów.   5.   To, co się rozpada, rozpadało się już dawno — my tylko patrzymy.   6.   Najemnik zna granice. Najpierw rozpoznaje je w sobie, potem na mapie.   7.   Lojalność jest drogą. Idę nią, póki nie przecina jej przepaść.   8.   Nie zdradzam, ale i nie zginę za to, co już umarło.   cdn.
    • ".   "  في هاوية التعاسةسقطت" هاوية التعاسةسقط تفي"   Nad Aleksandrią niebo życiem pijane jak marcowe zające Niebo tak łaskawe jak znów nów miesiąca A o zachodzie, morza hymn śpiewają Słońcom - W perspektywę bezkresną hymn pieją "Alleluja”! Szukaj Yasalam, gdzie przedstawić sobie można Iż ta jesień jest Julią, Ofelią, czy Laurą A te niebo jest z prawego łoża - Zaślubieńcem Aleksandrii! Masz tu port na zachodzie - dla życia rozbitków Na wschodzie - przystań (dla trudnych przypadków) Na północy lotnisko - pełne wraków Na południu - latarnię, po wypadku... Ale niebo czyste (jak forma Magritte'a), W Aleksandrii ma ono tę samą znakomitość, Co morze, co bije wciąż w nabrzeże Kite; Wszędzie tu znajdziez Yasalam, mówi ci miłość Just tu port na zachodzie - dla żeglarzy z wszech portów Na wschodzie - przystań dla strudzonych troską Na północy lotnisko, gdzie wiosną zlatują Concord'y Na południu - latarnię  (starożytną) morską Tak, niebo tu czyste jest jak forma u Magritte'a, Lecz w Aleksandrii nietrwałe twoje wszystko; Tak mówi ci fala co rozbija się o nabrzeże Kite: Nigdy nie znajdziesz Yasalam, tak pisze samo pismo.. Yasalam powie, ci że nic się nigdy nie zmieni, Więc wybacz demonom swoim klasy Muhammada Bo wszystkie twe namiętności i żywy tlen ziemi, Wszystko, co w sakwę  zebrałeś - na nic się nie nada, Lecz Yasalam odpowie Aleksandria, coś w takie klimaty; Powie ci, że jeszcze tylko moment, Żebyś jeszcze nie wybaczał swoim demonom bez klasy, Że twoja szewska pasja i w płucach tlen - są jeszcze niezginione... Masz tu port na zachodzie (dla rozbitków), Na wschodzie - przystań (dla... przypadków) Na północy lotnisko (dla wraków) Na południu - latarnię (w spadku) I, niebo to, czyste jak forma u Magritte'a, W Aleksandrii jest tak półtrwałe, Jak te fale, co się rozbijają pod brzegiem Kite... Wszędzie znajdziesz niby miłość, jakieś tam Yasalam - Tak jęczy fala co (po nocy) rozbija się o brzeg Kite, Nigdy nie znajdziesz Yasalam, mówi pismo. Yasalam powie, że nic się nie zmieni, Bo twoje chęci i cały tlen ziemi, Wszystko, co niesiesz - niewarte kieszeni, A Yasalam? odpowie Aleksandria.. I to ona rację ma, nie Kasandra: Więc wciąż szukaj Yasalam, gdzie będziesz mógł Uwierzyć, że jesień ta to nie Kasandra, Lecz tobie odwiecznie zaślubiona Aleksandra, A te niebo to - to ślubny dar, co go Bóg.. Choć nad Aleksandrią niebo rani jak topór Niebo twarde jest jak  z popiołu diament, A o zachodzie, morza popiół Szepcze: „Yasalam” w pustki zamęt... A Yasalam ci powie: Wasaalam, A Aleksandria odpowie: Inshallah! Γιασαλάμ θα πει τόσα χώρεσα Που το δαίμονά μου συγχώρεσα Για όλα του τα πάθη τα άγρια Γιασαλάμ θα πει Αλεξάνδρεια Sur Αλεξανδρεία, l'éclat du ciel brille tel un lapin d'hiver, Le ciel est aussi généreux que les lignes du « Лебединое озеро »,  Et dans le soir, la mer louange le soleil. Vers l'horizon infini, ils chantent un « הללויה ! », mon hymne! Cherchez مرحبًا, où vous pourriez en faire un intime, De cet automne, de Laura, Juliette, d'Ophelia, Et où ce ciel serait du lit légitime - Le fiancé éternel της Αλεξάνδρειας! Ici on trouve un port à l'ouest - pour ceux qui étaient trop braves.  À l'est, un havre de paix (pour les cas urgents). Au nord, un aéroport, rempli d'épaves. Au sud, un phare, victime d'un accident... Mais le ciel est si épuré (tel un fresque de Bosch). À Αλεξανδρεία, il respire la même splendeur, Que la mer, qui se brise sans cesse sur le quai de Χαρταετός. Vous trouverez مرحبًا ici, te dit l'Amor insoucieux. Oui, ici, il y a un port à l'ouest, pour les marins de bas âge, À l'est, un havre pour ceux qui en ont assez des soucis. Au nord, un aéroport qui attire des Concorde dans un virage. Au sud, un phare [insérer l'image ici]. Oui, ici le ciel est aussi pur qu'un Magritte. Mais à Alexandrie, rien est sans problèmes. Ainsi te dit la vague qui s'écrase sur le quai du surf de Kite. Tu ne trouveras jamais مرحبًا, comme l'écrit Η Βίβλος lui-même. مرحبًا  te dira que rien ne changera jamais. Alors pardonne au démon des mille pas de Fred Astaire, Car toutes tes passions et l'oxygène,vital sur terre, Tout ce que tu as amassé dans ton sac point ne te servira. Mais مرحبًا répondra à της Αλεξάνδρειας (en substance): Elle te dira qu'il ne reste qu'un instant. Alors, ne pardonne pas à tes démons sans cette croyance : Que ta passion (du Christ) et l'oxygène (dans ton poumon) soient encore vivants. Ici, à l'ouest, nous voyons un port (pour les noyé.e.s). À l'est, un anse (pour les broyés).  Au nord, un aéroport (occupé). Et au sud, un phare (hérité). Et ici, le ciel est aussi clair que les conceptualisme de Magritte. (Στην Αλεξάνδρεια), il est tellement semi-- Et il le restera), Comme ces vagues vagues de Kite. Partout, vous trouverez, pour ainsi dire, de l'amour, et un mini مرحبًا. Ainsi gémit la vague qui se pend sur le pays plat qui est Kite. Vous ne trouverez jamais مرحبًا, dit. مرحبًا dira que rien ne changera. Car vos désirs et tout l'oxygène de la terre… Tout ce que vous portez,  rien ne va;  So sprach مرحبًا ?  Mais Αλεξάνδρεια réponda: Et elle a raison, pas Cassandre : Alors continue de chercher le مرحبًا, où tu pourras Croire que cet automne ne vient pas d'un papillon sans scaphandre, Mais της Αλεξάνδρειας  (éternellement promise à toi). Et ce ciel est un cadeau de noces, la graciositē d'un Dieu… Rien que της Αλεξάνδρειας Le ciel ne tranche comme une hache, Le ciel n'est pas dur comme un diamant, Et au coucher du soleil, la mer se cache, Murmurant : « مرحبًا » dans le chaos du néant! Et مرحبًا te dira : الإسكندرية, Et  الإسكندرية répondra : إن شاء الله ! Γιασαλάμ θα πει τόσα χώρεσα Που το δαίμονά μου συγχώρεσα Για όλα του τα πάθη τα άγρια Γιασαλάμ θα πει Αλεξάνδρεια ".     " في هاوية التعاسةسقطت" هاوية التعاسةسقط تفي"

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Over Aleanderia,  the sky is drunk on life like a  rabbit in March, The sky recites le libretto  di "Aïda", And in the evening, the sea praises the sun, parched dry, And toward the infinite horizon, they sing from a golden perch "הללויה!", my hymn. Seek out, where you might find an intimate, This autumn, with Laura, Juliette, or Ophelia, ah! And where this sky shall be the lawful bed — The eternal fiancé της Αλεξάνδρειας!  To the west lies a port — for the brave sailors of the Holy See, To the east, a perfectly good haven  (for emergency use!). To the north, an airport, filled with wrecks of the sea, To the south, a lighthouse, the victim of one too many reviews... But the sky is so pure (like a fresco al fresco), In Alexandria, it inspires the same πάθος As the sea, which puts breaks ceaselessly on the wavelength of Chartaetos. You will find welcome here, says the carefree Έρως. Yes, here, there is a port to the west, for sailors on the mend, To the east, a haven for those weary of their Angst, To the north, an airport that attracts Concordes around a bend, To the south, a lighthouse [here I stand] . Yes, here the sky is as sublime as a macrame by Klee, But Alexandria is, shall I say, an acquired taste; So says the wave that crashes on the Kite Surfing Quay. You will never find مرحبًا, as H Η Βίβλοق itself states.  مرحبًا will tell you that nothing  will ever change in مرحبًا So forgive the demons of the Tower (nur für Jude), For none of the passions that you've packed, All that oxygen in your overnight bag, will be off use. But مرحبًا will answer της Αλεξάνδρειας, It will tell you that: Brother, there's still time,. So, do not grant your demons an indulgence, or  the benefit of doubt: Don't give up on your inclinations and -  breathe in, breathe out... Here, to the west, we see Our Lady (of the harbour). To the east, a cove (for the crushed). To the north, an airport (out of ardour). And to the south, a lighthouse (newly brushed). And yes, here, the sky is as clear as the prose by Graves. But as with all things (Στην Αλεξάνδρεια), it is so demi-—and it will remain so, if ever so much), Like these radioactive waves. Everywhere, you will find, in a manner of..., love, and even a wee bit of مرحبًا. So sprach the wave over the land as high as Kite: You will never find مرحبًا, says.مرحبًا مرحبًا will say that nothing will change. And Because all your desires and all  that you call life… And everything you cum tuum ante portas will be deranged; So sprach مرحبًا? But Aleanderia replied: And she is right, her, not Cassandra: So keep looking, Aleanderia, if you don't mind, And keep on believing that this autumn, this Τσάντρα Is just a tourista, Aleanderias is still your promised land, And this sky is a wedding gift, the grace of a God… (Nothing but an Alemannic sod). And that the sky is not  Occam's axe, That it is not as hard as nails on a diamond, And that at sunset, the sea plays (your) hide, Murmuring: "مرحبًا" in the chaos of le Monde! And the sea will say to you: "ça va?," And the Insidious will reply: "Insha'Allah!" Γιασαλάμ θα πει τόσα χώρεσα Που το δαίμονά μου συγχώρεσα Για όλα του τα πάθη τα άγρια Γιασαλάμ θα πει Αλεξάνδρεια Nad Aleksandrią niebo życiem pijane jak marcowe zające Niebo l tak łaskawe jak znów nów miesiąca A o zachodzie, morza hymn śpiewają Słońcom W perspektywę bezkresną hymn pieją Alleluja” ! Szukaj Yasalam, gdzie przedstawić sobie można Iż ta jesień jest Julią, Ofelią, czy Laurą A te niebo jest z prawego łoża - Zaślubieńcem Aleksandrii! Masz tu port na zachodzie - dla życia rozbitków Na wschodzie - przystań (dla trudnych przypadków) Na północy lotnisko - pełne wraków Na południu - latarnię, po wypadku Ale niebo czyste (jak forma Magritte'a) W Aleksandrii ma ono tę samą znakomitość, Co morze, co bije wciąż w nabrzeże Kite Wszędzie tu znajdziez Yasalam, mówi ci miłość Just tu port na zachodzie - dla żeglarzy z wszech portów Na wschodzie - przystań dla strudzonych troską Na północy lotnisko, gdzie wiosną zlatują Concord'y Na południu - latarnię  (starożytną) morską Tak, niebo tu czyste jest jak forma u Magritte'a Lecz w Aleksandrii nietrwałe twoje wszystko Tak mówi ci fala co rozbija się po nabrzeże Kite Nigdy nie znajdziesz Yasalam, tak pisze samo pismo Yasalam powie, ci że nic się nigdy nie zmieni Więc wybacz demonom swoim klasy Muhammada Bo wszystkie twe namiętności i żywy tlen ziemi Wszystko, co w sakwę  zebrałeś - na nic ci się nada, Lecz Yasalam odpowie Aleksandria, coś w takie klimaty; Powie ci, że jeszcze tylko moment Żebyś jeszcze nie wybaczał swoim demonom bez klasy Że twoja szewska pasja i w płucach tlen - są jeszcze niezginione Masz tu port na zachodzie (dla rozbitków) Na wschodzie - przystań (dla... przypadków) Na północy lotnisko (dla wraków) Na południu - latarnię (w spadku) I, niebo tu czyste jak forma u Magritte'a W Aleksandrii jest tak półtrwałe Jak te fale, co się rozbijają pod brzegiem Kite Wszędzie znajdziesz niby miłość, jakieś tam Yasalam Tak jęczy fala co (po nocy) rozbija się o brzeg Kite Nigdy nie znajdziesz Yasalam, mówi pismo Yasalam powie, że nic się nie zmieni Bo twoje chęci i cały tlen ziemi Wszystko, co niesiesz - niewarte kieszeni, A Yasalam? odpowie Aleksandria I to ona rację ma, nie Kasandra: Więc wciąż szukaj Yasalam, gdzie będziesz mógł Uwierzyć, że jesień ta to nie Kasandra Lecz tobie odwiecznie zaślubiona Aleksandra A te niebo to - to ślubny dar, co go Bóg.. Choć nad Aleksandrią niebo rani jak topór Niebo twarde jest jak diament, A o zachodzie, morza popiół Szepcze: „Yasalam” w pustki zamęt A Yasalam ci powie: Wasaalam, A Aleksandria odpowie: Inshallah! Γιασαλάμ θα πει τόσα χώρεσα Που το δαίμονά μου συγχώρεσα Για όλα του τα πάθη τα άγρια Γιασαλάμ θα πει Αλεξάνδρεια    
    • @Mel666 To jak w każdym związku - ci, których kochamy mogą nas najmocniej zranić. Cudownie jest czytać Twoje wiersze. Masz naturalna poetykę prozy poetyckiej - to skarb. Jeśli zaczniesz pisać prozę, ta poetyckość pozostanie i doda prozie kolejny wymiar... Mel, ładnie piszesz wiersze, ale... Pisałaś juz opowiadania? Nie pomyślała o powieści? "Yes, you can". Serdecznie pozdrawiam i liczę na Twoją odwagę, zuchwałość (także) w prozie.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • dlaczego tak rzadkie? lub wcale ich nie widać?   bo są chciwi którzy wszystkie zagarnęliby dla siebie    bo są biedni którzy nie wierzą że są ich warci    ale ty przecież widzisz kiedy patrzysz     na stokrotkę     
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...