Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

:



Nie

W prześwicie pomiędzy ołtarzem a amboną widać tylko kawałek twarzy i oko siedzącego gdzieś z tyłu księdza. To oko mnie odnajduje, a ja udaję, że go nie dostrzegam, lecz może to właśnie ja wpatruję się w ten kawałek twarzy i oko jest zaniepokojone? Lektor kończy czytanie, ksiądz wstaje, podchodzi do ambony, żeby przeczytać ewangelię.
Po mszy czeka na mnie w drzwiach i już wiem – ma sprawę.
Ksiądz jest tu nowy, będzie budował kościół. Parafia nowo utworzona, kaplica – stary barak, ołtarz zrobiono ze zwykłego stołu. Na głównej ścianie wisi krzyż i papierowy obraz Matki Boskiej. Ksiądz chyba przed czterdziestką. Miły. Kołnierzyk wystrzępiony, sutanna niezbyt świeża i buty w nienajlepszym stanie. Mieszka na razie w prowizorce, bez wody i kanalizacji – tak słyszałam.
Zaprasza mnie na rozmowę. Jesteśmy onieśmieleni. A więc od razu przystępujemy do sprawy. Czy się podejmę? – pyta. Wahając się mówię – Tak, tylko że nie maluję za darmo. On mówi, że zapłaci, ile będzie trzeba. I wręcza mi na wzór obrazek kupiony w sklepie z dewocjonaliami. Lecz to nie wszystko. Musi dostarczyć sklejkę, bo płótno – uznał – jest nietrwałe. Umawiamy się, że podrzuci. Wychodząc mówię
- Do widzenia.
Po kilku dniach przynosi sklejkę - metr na siedemdziesiąt. Wnosimy ją do pokoju, a on rozgląda się niepewnie, bo to, co stoi u mnie pod ścianami wcale nie przypomina świętych. Czuję zapaszek papierosów jakby zastarzały, jednak kołnierzyk ma porządny i sutannę czystą. Nie siada, ja również stoję i rozmawiamy z sobą jakoś tak nieskładnie. Zapraszam go na obiad, jednak nie dziś – w ogóle. Tłumaczę się. - Słyszałam -mówię – że parafianie wszyscy po kolei? A on przyjmuje zaproszenie i znowu jesteśmy spięci. (To nienormalne chyba, że widzę w nim mężczyznę). Teraz trzeba ustalić kwotę, którą mi zapłaci. Krygując się wyduszam z siebie – dwieście złotych.
Na umówiony obiad przychodzi ubrany w garnitur i koloratkę. Ten prawie cywilny strój sprawia, że czuję się swobodniej, chociaż mówię do niego z szacunkiem „proszę księdza”. Siada do stołu, ale podczas obiadu wydaje się zakłopotany. Nie lubi barszczu? A może zrazy twarde, kasza niedogotowana? Wkrótce rozmowa się rozkręca, zaczyna się robić miło, a po obiedzie paląc papierosa za papierosem opowiada o sobie, gdzie się urodził, gdzie mieszkał. Podaję kawę. Może koniak? Owszem. Pijemy obydwoje Pyta o męża i ja też się zwierzam. Ostrożnie. Jestem samotna. Nie, nigdy nie byłam zamężna. Malarstwa się nie uczyłam, maluję amatorsko. Ten dom zbudował tato. Umarł. Niedawno umarła matka. Bracia mieszkają we wsi, ale w innym domu. Czuję, że mam wypieki. Jestem podniecona, a w takim stanie (Boże) mogę palnąć głupstwo. Potem on chce obejrzeć obraz, a ja mu mówię, och! Że nie, nie teraz. Kiedy wstajemy od stołu dotykam jego kolana. Niechcący. Gwałtownie cofam rękę, czując jednak, że jest kościste i twarde. Nie przepraszam. On udaje, że tego nie zauważył. Zarumieniony. Zawstydzony?
Przez parę dni wspomnienie tego obiadu (dotyku) nie daje mi spokoju. Usiłuje zobaczyć księdza. Przekonać się, czy pamięta.
Kościół stoi na skraju wsi. Dalej tylko pola. Idąc tamtędy na spacer (droga prowadzi do nikąd) widzę z daleka czarną postać. Krząta się. Nie podchodzę, nie będę mu się narzucać. On mnie nie widzi, a może tylko udaje. Ja też udaję, że chodzę po polach w innym celu. Mam aparat kupiony na ruskim targu i robię zdjęcia widoków za kościołem. Nasza podmiejska wieś od dawna już nie jest wsią. Nikt tu niczego nie sieje. Pola zarosły zielskiem, gdzie niegdzie nagie drzewa. Odwracam się. Wciąż tam jest. Ruchliwy, czymś zajęty.
W niedzielę na mszy siadam pod ścianą z boku, ale wydaje mi się, że on na mnie zerka. Sprawia mi to przyjemność i chociaż treść homilii o niczym takim nie świadczy przypuszczam, że kazanie mówi tylko do mnie. Pewno tak jest, bo parafianie mają nieruchome twarze. Przysypiają. Ale komunię przyjmują wszyscy, Idą do ołtarza jedni w tą, drudzy w tamtą, jednak do przepychanek nie dochodzi.
Po mszy ponownie czeka na mnie w drzwiach i rozmawiamy o obrazie. Właściwie obraz jest gotowy, można go odebrać. Pytam – a gdyby trzeba było coś zmienić, coś poprawić? Mówi, że przyjdzie. Kiedy? Nie wie. I tak się rozstajemy obydwoje w uśmiechach i z tym błyskiem w oku, który o niczym nie świadczy jeszcze, ale sprawia, że nie jesteśmy już sobie obcy. A przecież nie wiem nawet, jak on ma na imię. I wcale nie muszę wiedzieć. Po co mi to? On do mnie zwraca się po nazwisku.
Przychodzi w poniedziałek. Jestem zaskoczona. Dopiero wróciłam z pracy, w sionce jest bałagan. Właśnie przebrałam się w coś starego, nie wyglądam dobrze, to mnie peszy. Prowadzę go do pokoju, pokazuję obraz. Nie wiem, czy jest zadowolony - mówi, że tak. Wyjmuje dwieście złotych, lecz ja się bronię, nie chcę.
- O nie – mówię – obraz namalowałam dla księdza.
Poprawia mnie
- Dla kościoła.
A potem zamiast wyjść rozsiada się na kanapie. Nie jestem zbyt swobodna, chyba powinnam się przebrać, bo mam na sobie rozciągnięty dres. Przepraszam go na chwilę, a kiedy wracam w dżinsach, spostrzegam – przygląda mi się. Chciałabym, żeby został, więc proponuję herbatę. Razem idziemy do kuchni. Krzątając się obok niego, muszę go w pewnej chwili dotknąć, oprzeć na jego ramieniu. On się nie wzbrania i wtedy… nie wiem czemu, czuję się jakoś dziwnie – jego łysawa głowa i sutanna budzi we mnie czułość. Nagle wydaje mi się, że jego obecność w kuchni, jak gdyby wypełnia przestrzeń. Jest blisko, bardzo blisko. Czuję się tak (czujemy obydwoje?), jakby to była przyjaźń. (Może miłość?)
W następnych dniach widzimy się z daleka, mówimy sobie „Szczęść Boże” i nie rozmawiamy. Obraz przestaje już być pretekstem. Wisi. Poświęcony. Wracając z pracy przejeżdżam obok kościoła, choć mi nie po drodze. Wiem – on też chciałby się ze mną spotkać i jestem pewna – przyjdzie.
Nie przychodzi.
Więc ja pójdę. W mieście kupiłam dla niego prezent. Specjalny. To znaczy taki, jaki wypada wręczyć tylko na plebanii. Mosiężna popielniczka. Znalazłam ją w sklepiku, w którym sprzedają rzeczy przywożone z Niemiec. Obok są ciuchy, sekond hendy. Wstąpiłam tam przy okazji, przejrzałam wieszak za wieszakiem i sobie kupiłam futro. W niezłym stanie.
Idę do księdza bez zapowiedzi w godzinach, w których przyjmuje zgłoszenia ślubów i pogrzebów, mając nadzieje jednak, że będziemy sami. Pukam. Otwiera. Jest zaskoczony w taki sposób, jakby mu nagle dech zaparło. Obydwoje na razie nie wiemy, co powiedzieć. Ja w tym futrze. Potem żartuję, że nie przychodzę w sprawie ślubu, a on jest zmieszany. Nie podsuwa mi krzesła. Trochę głupio. Wyjmuję z torby popielniczkę zawiniętą w papier. Ja nie palę – mówię – a coś takiego (kłamię) było w domu. Zerkam na stół, gdzie leży pokrywka od słoika pełna petów. Bierze ode mnie popielniczkę, trzyma w ręku, jakby nie wiedział, co zrobić. Niby dziękuje, ale wygląda tak, jakby się bał rozmowy. Co zrobić? Powinnam wyjść. Ociągam się, lecz w końcu odwracam się w stronę drzwi - wychodzę. Idąc do domu czuję pustkę, jakieś niespełnienie. A czego mogłam się spodziewać, przecież to ksiądz. Wyznań?
A jednak jestem pewna, że coś zaszło pomiędzy nami. Na nabożeństwie różańcowym siadam w pierwszej ławce, a ksiądz wpatrzony nabożnie w namalowany przeze mnie obraz robi wrażenie, jakby się rzeczywiście modlił. Nie jestem pewna – myśli o mnie? Litania kończy nabożeństwo, ale kobiety się nie spieszą. Zaczekam, aż zostaniemy sami. Powie mi, że mnie kocha. Spróbuje mu to ułatwić. Podchodzę do obrazu. Jest cicho. Wszyscy wyszli? Odwracam się z uśmiechem pewna, że stoi za mną. I rzeczywiście – jest. I pyta, czy wychodzę. Nie. Nie to chciał powiedzieć, wiem. Być może chciał zapytać, czy nie zostanę dłużej. Wydaje się roztargniony jakiś, razem idziemy do wyjścia. Mówi na pożegnanie.
- Pochwalony.
Przecież to kościół. Tu się rozmawiać nie da. Musimy być wreszcie sami. Do mnie niech nie przychodzi, nie wypada. Ale – tak sobie myślę – może gdzieś pojedziemy razem
moim samochodem? I wtedy szalona wyobraźnia zatrzymuje się na jakimś progu. Dalej jest ciemne wnętrze i on zniecierpliwiony, rozedrgany. Znam jego imię – Jan. Wiem, do mnie przychodzić nie może, on też to wie. Dlatego nie zachodzi.
Może wiadomość przekazać mu w kościele? Okazja, bo umarł sąsiad. Wszyscy się tutaj znają, będą na pogrzebie, ja też. (Nałożę swoje futro).
Idę. Nie mam się po co spieszyć i tak zostanę przy wyjściu. W ciasnym kościołku nie ma już miejsc siedzących. Tłoczno. Nie znałam tego sąsiada bliżej, nie mam nawet kwiatka. Msza się nieznośnie dłuży. Stojąc oparta o ścianę homilii o sąsiedzie słucham nieuważnie. Czekam na księdza. Wreszcie jest. Idąc pomiędzy krzesełkami podsuwa wiernym tu i tam koszyczek. Zbliża się do mnie, jest tuż przy mnie, ja udaję, że nie mam przy sobie pieniędzy. Nachylam się i szepczę.
- Przyniosę później, proszę księdza.
A on podnosi głowę, jakby dopiero mnie dostrzegł, (a przecież wiem na pewno, że zauważył mnie dużo wcześniej). W jednej ręce trzyma koszyczek na datki, a druga, ot tak, niechcący przesuwa z góry na dół (och!) po rękawie mojego płaszcza.
-Przyniosę później – szepczę.
Uśmiecha się.
-Nie trzeba.
Nie trzeba? – myślę. Jak to? Mogłabym przecież przyjść, kiedy nikogo nie będzie?
Staram się to zrozumieć. W kościele rekolekcje, na które przyjechał znajomy księdza Jana – franciszkanin. W pierwszym dniu rekolekcji przychodzę dużo wcześniej, parafian jeszcze nie ma i widzę, że obaj księża stoją przed obrazem. Uśmiecham się, podchodzę. Jednak ksiądz Jan wydaje się – jak gdyby – nieco skrępowany. Widocznie są zajęci, nie mają czasu na rozmowy. Krzątają się po kościele. A mnie jest nieprzyjemnie, bo czuję się pominięta, obca. Jutro nie przyjdę. On to dostrzeże. Na pewno. I będzie się zastanawiał – czemu?
A przecież wiem, że tęskni, ale nie okazuje tego przez dyskrecję. Co więc mogę dla niego zrobić, żeby go ośmielić. Może zaprosić go do siebie razem z tym drugim księdzem? Niemożliwe. W nocnych marzeniach widzę go w pościeli. Nie może zasnąć, myśli o mnie. Może przeczuwa, że ja też nie śpię. Że go dotykam, obejmuję? I czuję…zapach jego sutanny, tak jak tamtego dnia, w kuchni? Z nim jest to samo. Wiem na pewno, ale jest taki nieporadny..
Zaproszę go na świąteczny obiad
Ten pomysł mnie podnieca. Rodzinie powiem, że wyjeżdżam. Będziemy tylko we dwoje. Zaczynam się zastanawiać, jak mu to powiedzieć. Czekam na odpowiednią chwilę, ale w niedzielę nie mogę się nawet zbliżyć, widzę – rozmawia długo z dyrektorką szkoły. Jest katechetą w szkole, więc to nic dziwnego. Dyrektorka jest w moim wieku – ładna. Znam ją jedynie z widzenia – nie mam dzieci. Przyglądam się jej ukradkiem – może się podobać. Patrząc z ukosa dostrzegam, że mają sobie wiele do opowiedzenia. Z nią jest rozmowny i nieskrępowany! Dlaczego więc, do licha, nie rozmawia ze mną?
Patrząc na nich myślę z przykrością o tym, co ich łączy. Po lekcjach przesiaduje zapewne u niej w gabinecie. Wieczorna msza o szóstej, mają dużo czasu. W szkole już pusto. Cisza. Jedynie woźna łazi tu i tam, a oni słyszą, jak się zbliża. To jednak ich nie peszy, do gabinetu nie wejdzie. A jeśli nawet – siedzą od siebie z daleka. On patrzy na nią, widzi jej gładką twarz, piersi. Mężatka, on wie o tym, ale nie rozmawiają o mężu. Nie rozmawiają o niczym ważnym. Ważne są spojrzenia. Porozumienie? Wspólny język? Dobrze im ze sobą? Może coś więcej? A teraz wstają obydwoje, zbliżają się do siebie, dotykają. Nie!
Powoli wracam do rzeczywistości z głuchym uczuciem zawodu. Waham się. Zaprosić, czy nie zaprosić? Jak? Widzę jak bardzo są sobą zaabsorbowani. Ksiądz musi jednak odejść, zaraz będzie msza. Przechodząc nie spojrzał na mnie. Czemu? Czyżby nie zauważył? Nie chciał? To mnie boli.

Tuż przed wigilią, może przypadkiem, może nie, przechodzę obok kościoła i widzę – ksiądz wychodzi. Dostrzega mnie. Wtedy podbiegam, daję znak, że muszę mu coś powiedzieć, on zbliża się, a ja, żeby nie tracić czasu mówię bez zastanowienia.
- Zapraszam księdza do siebie na świąteczny obiad.
Patrzy na mnie przez chwilę i mam wrażenie, jakby się zwijał, kurczył.
Nie mogę – mówi – Nie mogę.
- Dlaczego? - pytam
- Już mnie zaproszono.
I nagle się ożywia, jakby coś sobie przypomniał. Uśmiecha się.
- Właśnie robimy z panią dyrektor szopkę. Pani nam pomoże?
A ja czuję ból w karku, nagły, nie wiadomo czemu.
- Nie – odpowiadam ostro – nie pomogę.
Odwracam się i mówię
- Żegnam.

Do domu wracam obolała. Czuje niepokój. I ten ból w plecach. Chyba jestem chora. Wieczorem mam gorączkę. Boli mnie całe ciało. Domyślam się, kto go zaprosił – ona. Widzę ten ich świąteczny obiad. Jest wesoło. A potem mąż zostaje przed telewizorem, a ona razem z księdzem idzie do kościoła. Leżę nie gasząc światła. Nie wiem, co się dzieje. Nie mogę się przewrócić na bok, ani ruszyć głową. Boję się zasnąć. Bo się nie obudzę? Zresztą i tak nie zasnę. Nie chce zapomnieć o bólu, wtedy znowu zjawi się on… i ona. Teraz wiem wszystko. Widzę potwora w ludzkim ciele. Śmierdzi. I ten uśmieszek niby to nieśmiały. Gardzi mną. Za co? Za prezent? Prawda, niezbyt drogi. A przecież nawet nie wie, że go kupiłam w sekond hendzie. Nie. On po prostu woli tamtą, bo tamta zawsze jest w pobliżu. A ja? Ja sie nie liczę. Niech go sobie bierze. Niech go domyje. Ja go nie chcę. Nie chcę. Co robić, gdzie iść? Gdzie się mam podziać. Boże?

I wtedy, leżąc bezsennie w łóżku nagle znajduję rozwiązanie. Pójdę do niego. Do kościoła. Uklęknę przed konfesjonałem. Przeżegnam się jak należy, nachylę się i powiem mu do ucha
- Nienawidzę.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • JAK ŚPIEWAĆ WAŚĆ MAĆ: 1. Część pierwsza: Klasyczny,punk / cold wave psychodeliczny Zwrotki o „Przygodzie” i „Przybłędzie” (aż Do słów „...a dla Uszatka, w tramwaju tłok”) Mają idealny, parzysty rytm. Jak śpiewASZ: Wokal powinien być monotonny, chłodny (jak mrok) 1. Część druga:   Nagłe tąpnięcie i destrukcja (Glitch / Noise) Moment, w którym wklejasz interfejs (sino voice) Cyfrowy („Strona główna Szukaj więcej...”), to muzyczny punkt zwro... 1. Część trzecia:   Melorecytacja / Teatr Dramatyczny. Końcówka od słów „W Zagłębieniach ulic...” traci piosenkowy (geriatr -Yczny) rytm i staje się wierszem w [SYSTEM ERROR: 0x0000001F] Proces "DOROSŁOŚĆ. EXE" napotkał nieoczekiwany błąd Pamięci. Bufor tożsamośc I został przepełniony (Stack Overflow). Lokalizacja błędu: między Naszym ratuszem a naszym kościołem, w zagłębieni A wszystkie, bez ciemnia ląku. Stan urządzenia: [X] Pysk sprany (Klamka_v2 [X] Gardło obmyłje (Denaturat_Premi Um) [X] Kształty zbadane (Prze Dszkolanka_Dżin) Próba odzy   Skania danych... Niepowod zenie.Resztę znam: Przemija, p RzemiNęŁoliśmyŁA! Naciśnij dowol Ny klawisz, aby odwrócić się i od Wrócić się znów. Naciśnij [RE SET], aby nałożyć ręce w go   Dzinie złej.......... [Dźwięk: Trza Sk bezpiecznika. Głośny, kró tki pisk cyfrowego sprzęż Enia.][Wizua Lizacja: Ekran miga na nie Biesko, po czym gaśnie ca łkowicie.][CISZ A.] ─── Teraz twoja kolej, daj się porwać Przygodzie Jacques'a Brela Bo całe jego życie było cudowną  Burzliwą przygodą. Przybłęda: Jego przygoda (zaczyna się...) MAM NA TO ŚWIT... Przygoda, przygoda Przygoda zaczyna się o poranku Przygoda wstaje skoro świt Ona zaczyna się w rannym słonku Przychodzi, by nam rączki myć Przybłęda, przybłęda, Przybłęda warczy na poranki Przybłęda w nocy idzie w karty grać Woli kolegów niż koleżanki, Przychodzi, z klamką , by nam pysk sprać " Pankracy to przybłęda, sam się przypętał Zaczyna pić już o poranku..." Przygoda zaczyna się o świcie A świt prowadzi nas przez drogę na szlak Przygoda naszym skarbem życia Który odkrywamy w ranka błask Przybłęda zaczyna chlać o świcie Bo w świt Przybłędę trafia szlag Przybłędzie wóda wchodzi znakomicie Bynajmniej ranka błask mu nie w smak (Właściwie: "łapką / klamkę tknąć", W zależności od wersji zwrotki obficie Najpopularniejsza to: "A Pankracy to równy gość.") Dla Martina to żelazo na kowadle Dla Cezara, wino, co go wprawia w śpiew Dla Yvona - morze, kto jego dal odgadnie? To ten, co właśnie wschodzi, dzień... Dla Pankracego to świeże mięso w imadle Dla Reksia, kość, co go pije w krok Dla Kolargola, biała Śmierć w spirali, na dnie A dla Uszatka, w tramwaju tłok... To pszenica, którą wspólnie młócimy Robota zaczyna wcześnie się O świcie każdym wciąż walczymy Wcześnie zaczyna się karat ten... Bo, kasa co ją młóci Pankracy Sama nie zarobi się W tym świecie o który walczymy Dniem Pracy Czy jak tam nazywa się bardak ten.. Niech światło obmyje nasze ręce Wszystko, czego szukamy, aby odkryć ją i dać Kwitnie każdego dnia w tydzień, czy odświętnie Wielka przygoda musi zostać, trwać Niech tylko denaturatęm obmyłję gardło spragnione Wszystko, czego nam trzeba, to kwestia Być czy Mać? Szybciej nalewaj bo ledwię widzę swój kóniec Wielka Bezbłędna wiecznie musi ma, mieć, trwać Między naszym ratuszem a naszym kościołem Między bramą dziadka Dey Strona główna Szukaj więcej Twoja biblioteka Premium Kopiuj Wklej Koperta dla mera, dwie dla wikariera Kwiatki dla babki, że Hey! Sterta główna Szukaj więc! Twoja biblioteka czeka Premium wóda gotuj klej Szukaj Zaznacz wszystko O świcie każdego poranka Wtedy zaczyna dorosłość się Niech nasze kształty zbada przedszkolanka... Nie szukej znasz wszystko O świcie! Giń! Wtedy zaczynia się taki Dżin.,. Niech kształt O! Tej Flaszy nie doczeka poranka Ci co nas naprawdę kochają nałożą na nas ręce w godzinie złej Ci kochają dać se w dłoń szable doń! W zagłębieniach ulic, w cieniach łąk Na końcu drogi, pośrodku pól Stojąc na wietrze, siejąc swąd Pochylając się ku ziemi, nie wychodząc z ról W zagłębienia wszystkie, bez ciemnia ląku Lej, w końcu drogi, choć pól Trwa... Jąc w wierze, czuję swąd dźwięków Ujchylam się ku ziem, wchodze w to, z góry na dół! Siedząc obok starców, tkając wiklinę Leżąc w słońcu, chłonąc światło-cień Resztę znam: Nie przeminie! Leżem se wtem korcu, żułjąc strychninę Leżąc w słońcu, chołnąc światło- w sień... Resztę znam: Przemija, przeminęłoliśmyŁA! Który świetło zgaś ... ─── KRAM SZRAM DLA DAM DAM WAM

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      W mieście Amsterdam jest taki port Jest czarci zaułek ten Są żeglarze, co idą w tan jak w sport I sny, co na zawsze kradną sen U wrót, gdzie Amsterdamu port. W porcie Amsterdam pociąg kończy bieg Jak żeglarze, którzy tu sen swój śnią O sztandarach, co wciąż jeszcze lśnią A za rogiem czeka już świtu brzeg. Tam, gdzie czai się portu Amsterdam cień Są żeglarze, pijani w sztok od absyntu i złych snów, Co stoją wciąż, lecz umierają dzień w dzień O świcie, tam u portu Amsterdam wrót. Lecz w porcie Amsterdam jest nie tylko mord: Są też żeglarze, co dzień w dzień rodzą się W ciężkim upale i nie lżejszej mgle Co pianą płoną, gdzie Amsterdam ma port. ─── W porcie Amsterdam zawsze jesteś sam, Jak żeglarze ci, co wciąż. chcą jeść Na obrusach białych jak ich życia treść Co ociekają od ryb – ten port nie dla dam! I pokazują ci zęby, zgniłe tak, Że życia ci odbierają chęć Chęć by wgryźć się w jablka Fortuny smak Aby księżyc żałował, że całuny chcą żreć, I pachnie dorszem ich żołądka treść... Po samo jądro frytki, którą chcą brać Jak kurwę w swą wielką dłoń, Potem, wstają, gotowi do bitki ... idą srać I wracają, z rozporkiem rozpiętym, niosąc moczu woń. W porcie Amsterdam zawsze tak już jest: Tańczą marynarze nim pójdą w rejs Pocierają brzuchy, jak w rui pies, O brzuchy kobiet co nawiną się Ich tępy ryk jestjak do księżyca wycie psa Wzrok jak przeżuty słońca blask Rozdarty akordeon ich życie wyplute gra Jak krew z żyły przekłutej wypływa czas. Grubych uszu nadstawiają, by słyszeć swój ciężki śmiech, Aż akordeon gaśnie, bo przyszedł świt Wtedy poważnie, dumnie, jak gdyby to był grzech Wyciągają swych bękartów znów w świata wir I piszą testament w synaptycznego atramentu szept. W mieście Amsterdam szyki plącze nam Ten port Amsterdam wiecznie ten sam I żeglarze, co w drogę weszli wam, I na zawsze skradli sen tysiącu dam U wybrzeży portu Amsterdam. W mieście Amsterdam Jest port wieczny tak, Jak żeglarze, co pół miastu pół-dam Całkiem obrzydzili pozycję na wznak Zastrzeżoną dla złych pań z portu Amsterdam. W mieście Amsterdam Jest port odwieczny tak, Jak ten zawód, co z półświatka dram Miastu Amsterdam tyle dam szram, Co o brzeg świtu rozbiły się tam. Uczyń Krzyża znak... ─── ŁÓDŹ K... ŚLISKA Jest ich chyba ze stu lecz Widzę tylko dwoje: ich Przykuł ich do siebie deszcz I jedno tylko w drugim jest Chyba więcej niż tysiąc was jest Lecz ja widzę tylko ich Wiem są tacy, co powierdzą, że Musi "Kocham cię" powiedzieć jej A ona odpowiedzieć: "Ja też" Myślę, że w chwili tej Nie obiecują sobie nic Są wychudzeni zbyt By z ich ust kłamstwo mogło wyjść Jest ich chyba z tysiące dwa Lecz ja widzę tylko ich I nagle on wpada w płacz Toczy jak złota grudki łzy A wokół widzowie, jak ja Pracujący po siódmy pot I pełni nadziei zjadający chleb Wskazuje na nich wasz nos Ale te połówki rozdarte na dwie Przepiękne, całe w żal Rzucone psom Weź osądź jego i ją [Powstrzymaj się] A teraz oboje w łzach To znaczy i ona i on Bo wcześniej to on łkal Tak powiedziałem, czy co? Wszyscy są w pułapce, że są Nie słyszą już nic Tylko drugiego szloch A potem to A potem to nieskończenie to Jak dwa ciała modlące się Nieskończenie powolny marsz To rozdzielenie dwóch ciał A poprzez oddzielenie to Te dwa rozrywają się na ciał strzęp I przysięgam, że krzyczą jak... A potem ogarniają się Zgarniają się w jedność ciał Przygarniają ognia żar A potem znów rozgarniają się w strzęp Za oczy trzymają się A potem cofają się wstecz Jak morza fal pływ On rozstanie połyka jak małż Wyślinia kilka słów W mdłym falowaniu rąk I wycofuje się jak zbieg Zacofuje się na pozycje bez... I znika w dali, choć Schody nim krztuszą się [Proszę powstrzymaj się] Życie to nie darmowy lunch Na Boga, to smutne tak: Wielki Piątek, na stacji Łódź Nawet, gdy gra Żak I znika w dali, choć Schody nim dławią się A ona, ona zostaje, gdzie był Serce na krzyż, głód ust Bez krzyku, bez słów Zna swoją śmierć Jest na skrzyżowaniu jej dróg Patrzcie, odwraca się I odwraca się znów Ramiona do ziemi ma To już, ma tysiąc lat Jej los zderzył się z drzwiami nos w nos To już, światła brak Zwraca się ku swemu ja I teraz już wie, że Zawsze będzie obracać się Odchodzili od niej przedtem już Lecz teraz odchodzi miłość, a Miłość powiedziała jej „Znowu jestes po nic” Będzie żyła z planów na Co będą czekać wciąż To już, jest "Ostrożnie, szkło!" Zanim będzie "Dobrą cenę dam" Jestem tu, jestem tu-i-tam Nic jej nie mogę dać Niech częstuje się tłum Jej brzoskwinią klasy B. Niech częstują się, jeśli chcą Jej dziewictwem en solde. Jej cnotą z wyprzedaży w budzie tej ZDESPEROWANE TEKSTY Za rękę trzymają się Lecz mają ciche dni W wymarłych miastach tych, Gdzie jak w kieleckim... dżdży Dzwonią tylko kroki ich, gdy Krok po kroczku nucą, lecz Ciszy trzymają się Zrozpaczeni po.... Ten deszcz... Skrzydła ogień strawił im Gałęzie wyrwał wiatr Tyle razy im statek rozbił się, Że śmierć ma odcień brudna biel Każdy z miłości bilet w jedną stronę ma Obudzili się tu, i tak.. Mają cichy rok Zrozpaczeni po.... Ten pusty krok... A ja ich drogę znam Bo też szedłem nią Już razy więcej niż sto Sto to więcej niż pół Tego, jak starzy, półmartwi są Przejdą ją, jak Pawłowa pies Mają cichości sto lat Zrozpaczeni po.... Miłości kres Powoli płynie spod tych przęsł Woda miękka i głęboka tak, Jak hostessa Aerofłot "Jaka piękna katastrofa znów"... Wypłakują imiona swe Jak nowo nowożeńcy, i Topnieją w ciszy tysiąca lat Zrozpaczeni po.... Psa cienia ślad Niech podniesie dłoń, Kto rzuca w nich głaz Niech wie o miłości to, Że na moście tym "kochać się" Waży mniej jeszcze niż nic Nawet ta kielecka mgła... Przechodzimy w ciszy nad losem tych Co nadzieję śmieli mieć. ŁACINA  (WERSJA KINDER KIRCHE KUCHE) To najstarsze świata tango, to ton, Który śpiewa główka w kolorze blond. Wciąż i w krąg, łaciny ucząc się. To tango naszych szkół, Co marzenia łapie w pół. Z tanga kwadratów i kół Wręcz wstyd bez szwanku wyjść. To tango ojców wprawia w szok, Gdy ich surowy wzrok Śledzi Stasia i Nel, którzy już za rok Kraju przejmą ster. Rosa rosa rosam rosae Rosae rosae rosarum rosis roSIS! Tango jest tego, co wszystkie rozumy zjadł, Co miał dokładnie zero pał. Który trądzik zżarł, lico przeorał jego ślad, Który otula swe zimne serce w gruby szal. To tango tego, co żaden mistrz, Który odmienia wciąż nic, I będzie jak życia widz, Bo życie Papa, to też nie był szał ciał... To czas, gdy byłem ostatni leń, W tym tangu podmieniałem smak Rosé I w cioci Rózi bujałem się... Rosa rosa rosam, Rosae Rosae Rosarum rosAE... To tango spacerów przez noc, W parku dwoje: zer razy sto, Pod okiem wron i mera, co Zabraniał pytać o „przed” i „po”. To tango to na boisku ciągle deszcz, Ta smętna kałuża, w której odbicie me Pewnego pięknego dnia mi wyznało, że Na Einsteina to raczej nie mam kart. Lecz to tango to też jutrzenki blask, Czas, gdy w czwartek zatrzymał się czas, Gdy na nieśmiały głask, Na polanie, gdzie kołysał nas las, Cioci Róży rumieńcem spłonął kark. Rosa rosa rosam Rosae rosae rosa Rosae rosae rosas Rosarum rosis rosAS... To tango czasów zer. Miałem ich tyle, co dziur ser, A nogi miały niespokojne, jak kler, Przed oczyma tańczyły jak Fred Astaire, Jak tiara ta, co ją na głowie Franciszek ma... To tango na awans szans dla tych, co wejdą w ten trans, Tych, co za małego nauczyli się nie robić ans, Tylko zasuwać jak w Le Mans, Choć przecież nie pójdą w lans, ten makabryczny danse... Ale to tango, którego mi żal, Gdy już mam z jedwabiu szal, Lecz czuję, że wszystko uleciało w dal, Że babcia Róża kolce ma, Że się już skończył bal... Ale to tango, którego wsio-taki żał, Gdy już nas stać na to, by kupić ostatni szał, Lecz nagle widzimy, że nieważne, ile zgromadziliśmy ciał, Że Różewicz rację miał... Rosa rosa rosam Rosae rosae rosa Rosae rosae rosas Rosarum rosis, Styks ciał...     ŁÓDŹ K... ŚLISKA Jest was chyba ze stu lecz Widzę tylko dwoje: ich Przykuł ich do siebie deszcz I jedno tylko w drugim jest Chyba więcej niż tysiąc was jest Lecz ja widzę tylko ich Wiem są tacy, co powierdzą, że Musi "Kocham cię" powiedzieć jej A ona odpowiedzieć: "Ja też" Myślę, że w chwili tej Nie obiecują sobie nic Są wychudzeni zbyt By z ich ust kłamstwo mogło wyjść Jest was chyba z tysiące dwa Lecz ja widzę tylko ich I nagle on wpada w płacz Toczy jak złota grudki łzy A wokół widzowie, jak ja Pracujący po siódmy pot I pełni nadziei zjadający chleb Wskazuje na nich wasz nos Ale te połówki rozdarte na dwie Przepiękne, całe w żal Rzucone psom Weź osądź jego i ją [Powstrzymaj się] A teraz oboje w łzach To znaczy i ona i on Bo wcześniej to on łkal Tak powiedziałem, czy co? Wszyscy są w pułapce, że są Nie słyszą już nic Tylko drugiego szloch A potem to A potem to nieskończenie to Jak dwa ciała modlące się Nieskończenie powolny marsz To rozdzielenie dwóch ciał A poprzez oddzielenie to Te dwa rozrywają się na ciał strzęp I przysięgam, że krzyczą jak... A potem ogarniają się Zgarniają się w jedność ciał Przygarniają ognia żar A potem znów rozgarniają się w strzęp Za oczy trzymają się A potem cofają się wstecz Jak morza fal pływ On rozstanie połyka jak małż Wyślinia kilka słów W mdłym falowaniu rąk I wycofuje się jak zbieg Zacofuje się na pozycje bez... I znika w dali, choć Schody nim krztuszą się [Proszę powstrzymaj się] Życie to nie darmowy lunch Na Boga, to smutne tak: Wielki Piątek, na stacji Łódź Nawet, gdy gra Żak I znika w dali, choć Schody nim dławią się A ona, ona zostaje, gdzie on był Serce na krzyż, głód ust Bez krzyku, bez słów Zna swoją śmierć Jest na skrzyżowaniu jej dróg Patrzcie, odwraca się I odwraca się znów Ramiona do ziemi ma To już, ma tysiąc lat Jej los zderzył się z drzwiami nos w nos To już, światła brak Zwraca się ku swemu ja I teraz już wie, że Zawsze będzie obracać się... Odchodzili od niej przedtem już Lecz teraz odchodzi miłość, a Miłość powiedziała jej „Znowu jestes po nic” Będzie żyła z planów na Co będą czekać wciąż.. To już, jest "Ostrożnie, szkło!" Zanim będzie "Dobrą cenę dam"... Jestem tu, jestem tu-i-tam Nic jej nie mogę dać Niech częstuje się tłum Jej brzoskwinią klasy B. Niech częstują się, jeśli chcą Jej dziewictwem en solde. Jej cnotą z wyprzedaży w budzie tej ZDESPEROWANE TEKSTY Za rękę trzymają się Lecz mają ciche dni W wymarłych miastach tych, Gdzie jak w kieleckim... dżdży Dzwonią tylko kroki ich, gdy Krok po kroczku nucą, lecz Ciszy trzymają się Zrozpaczeni po.... Ten deszcz Skrzydła ogień strawił im Gałęzie wyrwał wiatr Tyle razy im statek rozbił się, Że śmierć ma odcień brudna biel Każdy z miłości bilet w jedną stronę ma Obudzili się tu, i tak.. Mają cichy rok Zrozpaczeni po.... Ten pusty krok A ja ich drogę znam Bo też szedłem nią Już razy więcej niż sto Sto to więcej niż pół Tego, jak starzy, półmartwi są Przejdą ją, jak Pawłowa pies Mają cichości sto lat Zrozpaczeni po.... Miłości kres Powoli płynie spod tych przęsł Woda miękka i głęboka tak, Jak hostessa Aerofłot "Jaka piękna katastrofa znów" Wypłakują imiona swe Jak nowo nowożeńcy , i Topnieją w ciszy tysiąca lat Zrozpaczeni po.... Psa cienia ślad Niech podniesie dłoń, Kto rzuca w nich głaz Niech wie o miłości to, Że na moście tym "kochać się" Waży mniej jeszcze niż nic Nawet ta kielecka mgła.. Przechodzimy w ciszy nad losem tych Co nadzieję śmieli mieć ─── W BRUGGES JUŻ, GANDAW SŁAWĘ SŁAW... Ay Marieke Marieke Je t'aimais tant Entre les tours De Bruges et Gand Ay Marieke Marieke Il y a longtemps Entre les tours De Bruges et Gand Aj Marieke, Marieke, Kochałem cię tak Wśród wież, gdzie Gandawy szlak. [3, 4] Aj Marieke, dawno już, Złudnie tak wciąż, Wśród wież, co nikną co rusz W Brugii i Gandaw gąszcz. [2] Bez miłości cudnej twej, Wiatr Brugii niesie żal. Bez pełnej miłości tej, Łka morza dal... [4, 5] Gdy ciebie brak, smutek wrze Światło zmienia w cień, A piasek ziemię trze, Mą ziemię, mój flamandzki sen. Aj Marieke, Marieke, Farba flandryjskich nieb, Barw wież, co jak nikt Schodzą w Gandawy żleb. [3, 4] Aj Marieke, Marieke, Niebo powierzam ci. Wsłysz się w mój krzyk, Który z Gandawy przyniosłaś mi. [3] Bez cudnej miłości tej, Wciąż od morza wiatr. Bez miłości pięknej twej, Morze łka, kończy się świat. [4, 6] Ach, gdzie cudna miłość twa? Światło cierpieniem weszło w cień, A niebo rani ziemia ta... Co skryła mój o Flandrii sen. [4] Aj Marieke, tyś mój mit, Flamandzkie niebo nieb. Czy był twardy zbyt Gandawy chleb? Aj Marieke, Marieke, Czar twych dwudziestu lat Jak cień gdzieś znikł, Do Brugii wciąż drogi szmat. [3, 4] Gdy twej miłości cudnej brak, Czarny czort nam śmieje się w twarz. Bez tej miłości ginie życia smak I płonie serca związek nasz. Daj mi znów cudną miłość swą, Lato umiera, płacze czas. Piasek pożera ziemię mą, Płaską ziemię mą, Flandrię w nas. [1, 4, 6] Ach, daj mi znów tę miłość, co Wróci lata dni, zawróci czas I wiatr, co głaszcze ziemię mą, Flandrię mą, ten Brugii głaz. [1, 4] Aj Marieke, już w nas Wracać czas, Odwrócić czas, Gandawy czas wciąż żyje w nas. Aj Marieke, Marieke, Niech wróci czas, Gdy w czasu wierzyłaś szyk, Z Brugią wraz. [3] . Aj, Marieke, smutków chór W ten wieczór sam, Entre les tours De Bruges à Gand. [1, 7] Aj, Marieke, teraz nam Każda myśl, każda chęć Otwiera wrota nieba bram. Aj, Marieke, przeminął żal W poranek ten, Ijn het Dal Jouw Kloof tussen Brugge en Gent Aj, Marieke, teraz nam Każda myśl, każdy wtręt Otwiera wrota piekła bram. Van Brugge naar Gent Van Brugge naar Gent Zonder liefde warme liefde Waait de wind de stomme wind Zonder liefde warme liefde Weent de zee de grijze zee Want in de liefde, harde liefde, Waait de wind een woeste storm, Maar zonder liefde, tedere liefde, Huilt de zee haar grijze traan. Bo w miłości, twardej miłości Wiatru wieje szalony sztorm Lecz bez czułości, czułej miłości Morze wypłakuje swą szarą toń [SINGIEL NO.1] A. Śnić sen niewyobrażony B. Nosić żal po tym, który znikł  C. Płonąć wciąż żarem gorączkowym D. Odejść tam, gdzie nie odchodzi nikt 1. Kochać tak, by się stargać niepokojem  2. Kochać, nawet za bardzo, choćby źle  3. Starać się, choć sił brak i  zbroi 4. Sięgnąć niedosięgłej Gwiazdy tej ... Takie zadanie mam:  • Iść za Gwiazdą. • Nie liczyć ile szans mi dano.  • Nie mierzyć czasu ani rozpaczy. • Tylko bić się wciąż, i ciągle walczyć.  • Nie stawać, by wejść w pytań tłum. • Duszę postradać, by zobaczyć, • Usłyszeć choć ułomek z Twych słów... Czy będzien mi dane być herosem? Jeśli tak, me serce jest spokojne  A miasto te zrosi błękitu deszcz Bo nowy nieszczęśnik płonie Snem Choć wszystko już mój ogień strawił Choć nazbyt znów, nawet nie tak  Idę sięgnąć szczeliny w otchłani Dotrzeć do najbardziej niedostępnej z gwiazd 3. Kocham  tak, że się przeistoczę 2. Kocham nawet za bardzo, może źle 1. Staram się, choć sił brak mi, krwią broczę 0. Sięgnąć niedosiegłej gwiazdy Twej...        
    • "Pieluszkowy glob"   Jesteś jak groszek maleńki, namiastką życia zaledwie, w ogromie nieskończoności, gdzieś zagubioną bezwiednie.   Gdzieś – ale gdzie? Nie wiesz sama, nie posiadasz takiej mocy, by czarne przejrzeć zakątki kosmosu tej wiecznej nocy.   A wydaje ci się częstokroć, że wszechświata jesteś pępkiem, w bajkach o bogach w niebiosach, a nie ledwie jego strzępkiem.   Bo wciąż ty w pieluchach jeszcze, a już przyszłość swoją niszczysz i zamiast wpierw wydorośleć, narzekasz, klniesz oraz pyszczysz.   Masz jeszcze drogę daleką w nauce i zrozumieniu, by ruszyć w dobrym kierunku, a nie ku samozniszczeniu!   I pamiętaj, mały groszku, pośród gwiazd i ich bezmiaru, mądrość nie rodzi się z pychy, lecz z pokory i morałów.   Leszek Piotr Laskowski
    • znów się namiestnik rozpanoszył z bandą usłużnych sprzedawczyków to nic że ludzie połamani lecz po co komu tyle krzyku   jeżeli prawdę chcesz przekazać to tylko służysz Putinowi a faszystowska dziś zaraza swe dzieła już legalnie mnoży   nowe umowy przez usłużnych są utajnione przed narodem durnie działają nielegalnie więc nic nie ważne tyle powiem   czyżby wyczuli rychły koniec bo kradną wszystko co możliwe lecz dni już mają policzone i rozliczenie wkrótce przyjdzie
    • Mu i pomadka jak dam opium
    • Które z Was pokusi się o nagranie ... Pana Tadeusza (A. Mickiewicza). W mojej ocenie publikowanie na portalu dokonań obcych autorów, przeradza go w bibliotekę. Portal winien służyć jedynie jego użytkownikom, a nie reklamowaniu cudzych dokonań. Kiedy wreszcie to zrozumiecie?!!!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...