Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



W każdej, dowolnej grupie osób, liczącej od trzech osób, zaczyna działać "chemia" relacji międzyludzkich, opierająca się na podstawowym, czarno-białym rozróżnieniu -tego lubię, a tamtego nie. TWA w całym swym bogactwie odcieni, wyrazistości i stopnia zorganizowania, jest tego naturalną, jak najbardziej ludzką konsekwencją. Człowiek, to zwierzę stadne i w stadzie szuka akceptacji i oparcia. Walka z tym, to walka z wiatrakami. Praktycznie nie ma osoby na orgu, która (mniej lub bardziej świadomie) nie "twawuje". Z dokładnością sięgającą 90%, jestem w stanie przewidzieć ton komentarza, dowolnej (zakotwiczonej już na orgu) pary autor -komentator, nawet bez czytania tekstu. Problemem nie jest sam fakt "twawowania" ale zwykłe, banalne poczucie przyzwoitości i smaku, to, czy dodamy do swojej skali wartościowania, jakiś mały punkcik "za pochodzenie", czy zajmujemy się cynicznym, ordynarnym robieniem "interesów". TWA, to nie problem społeczności ale każdego z nas, z osobna.

P.S.
Z niecierpliwością czekam na pierwszą osobę, która zadeklaruje twawowe dziewictwo, to będzie pierwszy krok ku świętości... ;)
  • Odpowiedzi 101
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Więc informuję że ja tym starym wykjadaczem jestem i pamiętam org 7 lat temu, pamiętam nawet sytuacje i zjawiska tzw. multinickowości. Niemniej głosowanie pod utworami sprzyja tworzeniu się TWA. Ludzie nie muszą się nawet umawiać. Wystarczy, że X pochwali dobry wiersz Y, co w naturalny sposób budzi być może podświadome pozytywne podejście Y przy komentowaniu wiersza X. O wiele gorszym zjawiskiem jest to, że niektórzy zamieszczają tu wiersze, pisząc de facto o sobie i traktują org jakp miejsce na terapię psychiczną licząc na współczucie komemtującyc, więc często pachnie to szantażem emocjonalnym (czyli X mówi: "drogi Y, pochwaliłem twój wiersz, więc teraz ty musisz mnie pochwalić"). Pod tymi niekoniecznie słabymi tekstami 90% komentarzy w ramach TWA to nawet nie są pochwały wierszy, a pochwały osób.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



W każdej, dowolnej grupie osób, liczącej od trzech osób, zaczyna działać "chemia" relacji międzyludzkich, opierająca się na podstawowym, czarno-białym rozróżnieniu -tego lubię, a tamtego nie. TWA w całym swym bogactwie odcieni, wyrazistości i stopnia zorganizowania, jest tego naturalną, jak najbardziej ludzką konsekwencją. Człowiek, to zwierzę stadne i w stadzie szuka akceptacji i oparcia. Walka z tym, to walka z wiatrakami. Praktycznie nie ma osoby na orgu, która (mniej lub bardziej świadomie) nie "twawuje". Z dokładnością sięgającą 90%, jestem w stanie przewidzieć ton komentarza, dowolnej (zakotwiczonej już na orgu) pary autor -komentator, nawet bez czytania tekstu. Problemem nie jest sam fakt "twawowania" ale zwykłe, banalne poczucie przyzwoitości i smaku, to, czy dodamy do swojej skali wartościowania, jakiś mały punkcik "za pochodzenie", czy zajmujemy się cynicznym, ordynarnym robieniem "interesów". TWA, to nie problem społeczności ale każdego z nas, z osobna.

P.S.
Z niecierpliwością czekam na pierwszą osobę, która zadeklaruje twawowe dziewictwo, to będzie pierwszy krok ku świętości... ;)

Tak, to jest prawda, ale z drugiej strony ciężko po jakimś czasie nie poznać tego, lub owego. Ja zauważyłem, że głównie przyciąga poziom tekstów (czyli coś w stylu - swój trafia na swego). Dla mnie to nie jest grzech. Ja osobiście mam też swoich ulubionych poetów, którzy wg mnie tworzą rewelacyjne rzeczy i tak to oceniam (a nawet nie wiem, czy to pan czy pani). I dla mnie to nie jest TWA, aczkolwiek tak to może być odbierane, bo ktoś pomyśli: "co ten matoł (czyli ja:) tak tydzień w tydzień wbija te plusy...".
To, że często walczy się o plusy (a nawet jakby plusów nie było to o opinie) to też nie jest TWA. Po prostu trzeba się podlizać temu lub owemu i można żyć jak w bajce. Normalnie wygląda to paskudnie, ale real niezbyt różni się od tego. Znam "poetów", którzy sami sobie wydają totalnie grafomańskie wierszyki, sami sobie płacą za sale, gdzie mają swoje różańcowe kółko adoratorów i też myślą, jacy to oni nie są wielcy. Bywa.
Nieuctwo, niedokształcenie to jest poważniejszy problem. Raz była akcja, że pod wierszem, gdzie było zdanie "szedłam gdzieś tam" były plusy, a autorka tłumaczyła się wolnością słowa. Zgroza!
Dla mnie TWA to zorganizowana grupa ludzi, którzy z góry mają upatrzone cele. Wysyłają sobie informacje kogo udupić, kogo wychwalać, komu uprzykrzyć życie i takie tam. Taka totalna dziecinada i wątpię, żeby ktokolwiek się przyznał do tego procederu. Oczywiście przy spotkaniach rozmawia się o tym lub o owym, jednak to jest przypadkowe - TWA to organizacja.

A jak już jesteśmy przy przykładach - ja osobiście staram się nie oceniać w Zetce (bo o zetce teraz rozmawiamy) osób, które osobiście znam. A na dobrą sprawę u nas materiał na TWA jest :) Zatem strzeżcie się (to żart oczywiście!!!)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Też trafne uwagi - aczkolwiek plusy nie tworzą TWA - dokładnie w ten sam sposób walczy się o opinie. A minusy pomogły już pozbyć się kilku "arcydzieł". Zresztą odniosłem się do tego w odpowiedzi Lecterowi.

7 lat - piękny kawałek czasu. Ale ja też początki tutaj wspominam różnie i też nie było kolorowo i przyjaźnie.
Opublikowano

Jeżeli o mnie chodzi (a pewnie chodzi, nieprawdaż Cream Dream), to żeby nie było wątpliwości, jestem zwolennikiem i uczestnikiem, tyle wzajemnej, co właściwej, potrzebnej, a nawet koniecznej, czy wręcz niezbędnej adoracji, tyle właśnie osób, co dobrej na dziś, czy na juto (gdy dobrze się zapowiadającej) twórczości. Oczywiście według moich przypuszczeń, i mojej wartości skali ocen. A tym bardziej hołubionymi przeze mnie, jeżeli przez niektórych ta twórczość jest negatywnie (w podwójnym znaczeniu tego słowa) komentowana. Bo jak to jest, że ktoś może się o czyjeś twórczości wypowiadać w samych negatywach, a nie można by było już wypowiadać się pozytywnie, a więc w obronie tejże twórczości. I dlatego tylko, że ktoś (jedna, druga, czy góra trzecia osoba z kilku dziesiątek, o których twórczości pozytywnie się wyrażam) zarazem, chociaż tylko od czasu do czasu dojrzy pozytywnie moją twórczość (a więc też postawi, ale zaznaczam, że sporadyczne plusa mojej twórczości), no to ma mi być już nie wolno o tej (jak mówiłem, jednej, drugiej, czy góra trzeciej) osobie wyrazić się pozytywnie, potwierdzając plusem jej twórczość. Kiedy (oczywiście według mnie, nawet jeżeli też i kilku innych), ta właśnie osoba za swoją twórczość, również zasługuje na docenienie, i to tym bardziej w świetle tego, że jej twórczość jest niedoceniana, a nawet lekceważona negatywnymi ocenami. I to dopiero jest TWA, kiedy jedna po drugiej osobie, zasadniczo bezmyślnie, bo niejako automatycznie negują (oczywiście nie zapominając o minusach, jeżeli tylko takie są w czyjejś gestii) twórczość, która według pewnej szkoły (zresztą z pokolenia na pokolenie), i również według mnie, wcale na minusa nie zasługuje, nawet jeżeli na plusa też nie. Ale też wiem, że nie ma nic łatwiejszego niż tylko postawić minusa, no i jaka to wygoda, żeby nie powiedzieć wygodnictwo, negować wszystko, co nie jest w swoim, czy wręcz swojackim guście. Pozdrawiam wszystkich, zwłaszcza skarżących się na TWA. Bywajcie (ludźmi otwartymi vel wielowymiarowymi, a nie zapatrzonymi tylko w siebie, czyli zasadniczo w to, co się samemu lepiej lub gorzej potrafi).

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




"Bo na świecie mało jest rzeczy jednostronnych, a kto więc ma wyrozumiałość do innych wartości i stanowisk, tak samo do niego inni będą mieć szacunek i wyrozumiałość, tym bardziej w biedzie (nie zostawią człowieka samego sobie i ze sobą)"
--------------------------------------------------------------------------------

Dnia: 2010-08-16 12:45:39, napisał(a): WiJa


To jest TWA samodefiniujące... ;)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




"Bo na świecie mało jest rzeczy jednostronnych, a kto więc ma wyrozumiałość do innych wartości i stanowisk, tak samo do niego inni będą mieć szacunek i wyrozumiałość, tym bardziej w biedzie (nie zostawią człowieka samego sobie i ze sobą)"
--------------------------------------------------------------------------------

Dnia: 2010-08-16 12:45:39, napisał(a): WiJa


To jest TWA samodefiniujące... ;)
Zgadza się, co do joty, nawet jeżeli to jest bardziej moje życzenie, niż rzeczywistość. Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




"Bo na świecie mało jest rzeczy jednostronnych, a kto więc ma wyrozumiałość do innych wartości i stanowisk, tak samo do niego inni będą mieć szacunek i wyrozumiałość, tym bardziej w biedzie (nie zostawią człowieka samego sobie i ze sobą)"
--------------------------------------------------------------------------------

Dnia: 2010-08-16 12:45:39, napisał(a): WiJa


To jest TWA samodefiniujące... ;)
Zgadza się, co do joty, nawet jeżeli to jest bardziej moje życzenie, niż rzeczywistość. Pozdrawiam




"WiJa:A niech Ci będzie na zdrowie.

Pozdrawiam.

J.S"
--------------------------------------------------------------------------------

Dnia: 2010-08-16 11:23:43, napisał(a): Super-Tango


To jednak rzeczywistość (ta "skrzecząca")... ;)
"Nie zostawią człowieka samego sobie i ze sobą"... ;)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Zgadza się, co do joty, nawet jeżeli to jest bardziej moje życzenie, niż rzeczywistość. Pozdrawiam




"WiJa:A niech Ci będzie na zdrowie.

Pozdrawiam.

J.S"
--------------------------------------------------------------------------------

Dnia: 2010-08-16 11:23:43, napisał(a): Super-Tango


To jednak rzeczywistość (ta "skrzecząca")... ;)
"Nie zostawią człowieka samego sobie i ze sobą"... ;)
O, H. Lecter...
Opublikowano

przeczytałem dokładnie ten wątek i mam takie myśli:
RODZAJE TWA
1) jak M.Krzywak powiedział, TWA jako organizacja, zmowa: ja dam plusa Tobie a Ty dasz mi.
2)Jest jeszcze TWA jako środek poety do celu tzn daję plusy tym samym osobą i liczę na to, że oni mi tez dadzą.
i te dwa zjawiska są złe! jednak nikomu nie można nic udowodnić, jak Michał powiedział trzeba by ludzi szpiegować. Ostatnio ktoś oskarżył mnie o TWA tylko dlatego, że ktoś dał mi plusa, a jego zdaniem- i kilku innych osób- wiersz był słaby. Większość stwierdziła, że wiersz jest słaby ale nic nie mogę na to poradzić, że ktoś dał mi plusa!!!
Bardzo dotknęło mnie to oskarżenie, bo sam brzydzę się TWA i jestem wielkim przeciwnikiem takich zjawisk! Takie właśnie było pytanie w wątku tzn czy oskarżanie o TWA to nie są strzały na ślepo, więc moim zdaniem często tak.
TWA chyba nie jest tak ogromnym problem( tak naprawdę to nikt tego nie wie) , ale warto coś zrobić, żeby oskarżanie o TWA nie stało się popularnym argumentem w dyskusji gdy ktoś albo wiersz nam się nie spodoba.

Jak walczyć z TWA?sposoby są bardzo ograniczone. ostatnio zauważyłem, że 5 wierszy w" Z" jest zdobyć b łatwo: czasem zdarza się, że jakiś słabiutki wiersz przejdzie przez forum niezauważony(nie dostanie 7 minusów). Wystarczy próbować i w końcu się uda tak 5 razy.a może warunkiem powinien być dodatni bilans tzn "plus 5", w sytuacji gdy za każdy zostawiony wiersz dawać plus a za przesunięty minus.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



A warto zauważyć analogiczną sytuacje, kiedy wiersz spada, też uważa się, że to robota TWA. I tak w kółko Macieju.
Dlatego pozostanę jednak przy swoim pojmowaniu tego zjawiska - TWA to typy, które świadomie umawiają się na takie a nie inne działanie.
Kwestia inna - bardzo rzadko zdarza się, żeby ktoś, kto takie TWA publicznie zarzuca, podał kogo ma na myśli i przedstawił jakiekolwiek argumenty.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Nieprawda. Towarzystwo Wzajemnej Adoracji - już w samej nazwie określona jest ta ścisła współpraca. Mówimy o konkretnym zjawisku, a nie o "wydaje mi się że tak jest".

Nieprawda że nieprawda. Słowo 'wzajemnej' nie oznacza że ścisłej lub zorganizowanej. Na orgu mamy do czynienia ze zwyczajowym
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Nieprawda. Towarzystwo Wzajemnej Adoracji - już w samej nazwie określona jest ta ścisła współpraca. Mówimy o konkretnym zjawisku, a nie o "wydaje mi się że tak jest".

Nieprawda że nieprawda. Słowo 'wzajemnej' nie oznacza że ścisłej lub zorganizowanej. Na orgu mamy do czynienia ze zwyczajowym

Wg mnie dany osobnik chyba wie, kto mu plusuje i komu on plusuje - to na pewno jest świadomość, a nie instynkt. TWA to pełna premedytacja, a żeby się dokonała, muszą być konkrety. Czyli - pokażcie je - kto z kim i jak to działa.
To, że są osoby, które plusują jak leci, z góry na dół (i to samo odnosi się do opinii, jakby tych plusów nie było), to raczej świadczy o ich beztrosce, a nie o TWA.
Mam wrażenie, że nieuważnie czytasz. TWA to jest łamanie regulaminu, i na to potrzeba dowodów. To, że te wiersze w Z są jakie są, to już zupełnie inna historia.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...