Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

  • Odpowiedzi 55
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




strasznie lubię tę piosenkę :))


*


Wiersz w kontekście tytułu, brzydki., ze względu na podwójne zznaczenie słowa "coś" - mam coś, to jak mam rzecz w zderzeniu z dalszym tekstowym "miałem cię"
bez tytułu ot po prostu jest,
szału ni mo, ale też i specjalnej rozpaczy nie. taki zrobiony a la maskowana potrzeba egotyka. to taki wiersz (odrzucam tu tytuł), który nie nabroi, ale i nie poruszy koła w tomiku, natomiast może się w nim znaleźć


zastanawiam się też, że chyba zupełnie inny rodzaj dowcipu do mnie trafia, bo jakoś zawsze mi się ten dowcip wydaje taki mocno gruby, a to może być spowodowane innymi przedziałami wrażliwości i ironii, tak sobie pomyślałam, może to dlatego lubię te liryczne, stare wiersze, a tych dowcipkujących jakoś nie czuję


ahahahaah i ja lubię być poważnie uroczysta, dlaczego nie, świat jest pełen różnorodności
;]


Pozdrawiam :)


dzie wuszko, ja także "strasznie" lubię tę piosenkę :))
Opublikowano

wiesz z gatunku: cóś pięknego - szepnął autor utworu tego.

nie podzielam opinii autora, czytałem lepsze pańskie wiersze, panie Jacku.

A, posyłanie kobiet po wino, to nowa rzeczywistość, którą należy doceniać i smakować, ale w której nie mogę się odnaleźć. Wiem, stary grzyb jestem.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Zapewniam szanownego poetę, że śmiać się umiemy, nawet z siebie, ale Tobie przychodzi to niezmiernie trudno. To nie jest śmieszny wiersz, a poeta, który ma problemy ze zrozumieniem tak oczywistej kwestii, że nie można rozśmieszyć mniemaniem o sobie i nieomylnością swojej twórczości, która zamiast ubawić, przypomina męki podczas tarcia chrzanu domowym sposobem, pierwszy powinien zasięgnąć konsultacji psychiatrycznej, i wreszcie zrozumieć, że na siłę nawet z orzełka nie da się wycisnąć...
Jeżeli to Cię zasmuciło, to nic nie poradzę - miało rozbawić, podobnie, jak Twój kabaretowy pochówek ironicznie błąkającego się uśmiechu... litości.
Pozdrawiam i życzę mniej zapalczywości a więcej dystansu do tego tekstu, bo jest marnością nad marnościami i jeszcze marniej. :)
Opublikowano

w piwnicy czuję się jak spiskowiec...coś mi się wydaje że mój śmiech obraża moich uroczystych czytelników, ale jakoś nie mogę się powstrzymać - cha!cha! yeah! oj! cha! cha! ludzie, dajcie spokój, nie mogę utrzymać szklanicy z winem...cha! cha! cha!
i kto by się spodziewał takiej okazji do śmiechu - dziękuję!
dziękuję!
- czy ktokolwiek ze sprawców mojego śmiechu sądzi, że z tego powodu, że trafiłem do piwnicy sam będzie lepiej pisał niż pisał? małe, prymitywne, żałosne odruchy zemsty - polaczkowie, rrrrrodacy....
zastanawiam się, czy nie zostać obywatelem Szyszkostanu, Świerkostanu....byle dalej, byle dalej....
J.S
Pa - najmilsi, obgryzajcie piórka, ko-ko-ko!
J.S

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




otóż i wyszło szydło z worka :)

to, czemuś sekundował Jacku (niby), czyli pokora i luz, wzięło w łeb,
:)

nikogo z tzw sprawców prawdopodobnie nie obchodzi pognębianie Ciebie w ramach poprawy własnego pisania - tu polecam przeczytane wytłuszczonego druku
a nie masz wrażenia, ze patrzysz na czytaczy dokładnie w taki sposób, jaki sam uprawiasz? :)

oj Sojanie, Sojanie, szczerze, otwarcie i możliwe, ze wrednie (bo otwarcie i szczerze) pisze Ci - brakuje Ci pokory , którą postulujesz
brakuje Ci otwartości, którą postulujesz
brakuje Ci zrozumienia, które postulujesz
moze po prostu Ci brakuje?

wrednie iale nie złośliwie
dziewek
Opublikowano

no nie !!

Jacku, gdy poczucie humoru w literaturze spada miejsce kpiarza jest w koszu.
czy jakoś tak, albo coś pokręciłam ;)

trzymaj się i czasem nie kasuj. to świadectwo braku poczytalności orga :))
(przy okazji, poczytalność - jakie ładne słowo :))

Pozdrawiam Serdecznie
/b

Opublikowano

dzie wuszka.;
to ja sobie sam wybieram temat z którego się mam ochotę śmiać i czas ku temu.;
normalnie - umoralniasz mnie;
gratuluję czujności i trafności diagnozy co do mojego stanu;
tak trzymaj!
:)
J.S

Bea 2u.;
- kto mnie zna wie, że kpiarza mam w naturze, a natury się nie wybiera;
licząc ilość komentarzy w stosunku do moich prowokacji, stan poczytalności orga wyszedł całkiem okazale, i to bez względu na niepoczytalność autora i jego komentatorów...

pozdr. Naj...!

:))
i całuję stópkę
:)
J.S

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Widzę pewne braki: nie ma pan pojęcia jak często występuje dupa i fiut

na każdym niemal polu sztuki - i na szczęście, bo jeśli mamy czytać wiersze oklepane,

powielane, naśladujące naśladowanie, to zaczynam na poważnie martwić się o stan

polskiej inteligencji... Skoro Pan obraża się na tak oczywisto-nieoczywiste słowa,

to tylko wypada współczuć: bodajże Dostojewski powiedział, że zły to znak, gdy przestaje

rozumieć się ironię i żart.

W ramach wyjaśnień, bo nie idzie o fiuta, który nosimy przy naszym sercu - rzecz idzie

o pisanie konwencjonalne, powielanie stereotypów, tych samych konwencji, bratanie

się z tandetą... Więc nie widzę powodów, by obrażać się o te nibykolokwializmy, a dupa,

no cóż, chyba nie czytał pan Dzienników Gombrowicza, albo przynajmniej Ferdydurki.

Pozdrawiam,
:::)

pańskie tłumaczenie się ze słów jest tak prymitywne, jak pańskie wierszyki;
od dziś wyrazy takie jak dupa i fiut zawsze będą się kojarzyć z pańskim nazwiskiem, na co pan zasłużył całą swoją postawą połety i czytelnika;
ma pan u mnie honorową odznakę buraka -
bywaj zdrów!
J.S

" bo nie idzie o fiuta, który nosimy przy sercu" - dobrze, że mnie pan poinformował, gdzie pan nosi fiuta, nawet bym nie podejrzewał że tam też można - uważaj pan zatem na serducho, może pan sobie niechcący obsikać;
o ile, sądząc bo pańskich "dziełach" - już się tak nie stało...
J.S

ps.;
a z pana taki Gombrowicz jak z buraka szmpan

J.S
  • 2 tygodnie później...
  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ban, bye.

a.

??

wybiórczo nasz angello patrzy na swoje baranki. jakby same czarne miał ochotę hodować.


bo widzisz, pan Rakoski albo Jolanta S poleciała ze skargą do angello i angello zareagował;
mógłbym zrobić w małym odwecie to samo i podesłać angellowi pierwszy komentarz Rakoskiego pod wierszem i miałby taki sam murowany ban - ale ja to nie Rakoski a z przedszkolem miałem coś wspólnego 10 lat temu odprowadzając do i zabierając córeczkę z przedszkola;
poza tym - mam litość i współczucie nad ubogimi pomiędzy uszami;
ta zasadnicza różnica powstrzymuje mnie od gówniarstwa w postaci skarżenia na swoje otoczenie - to jak widać niektórym nigdy nie przechodzi i jak trądzik już na zawsze szpeci obmierzłe małe duszyczki;
J.S
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



??

wybiórczo nasz angello patrzy na swoje baranki. jakby same czarne miał ochotę hodować.


bo widzisz, pan Rakoski albo Jolanta S poleciała ze skargą do angello i angello zareagował;
mógłbym zrobić w małym odwecie to samo i podesłać angellowi pierwszy komentarz Rakoskiego pod wierszem i miałby taki sam murowany ban - ale ja to nie Rakoski a z przedszkolem miałem coś wspólnego 10 lat temu odprowadzając do i zabierając córeczkę z przedszkola;
poza tym - mam litość i współczucie nad ubogimi pomiędzy uszami;
ta zasadnicza różnica powstrzymuje mnie od gówniarstwa w postaci skarżenia na swoje otoczenie - to jak widać niektórym nigdy nie przechodzi i jak trądzik już na zawsze szpeci obmierzłe małe duszyczki;
J.S

Jacku,

niektórym tylko ban pomaga. sama się brzydziłam donosami, dopóki jakiś łachmyta nie zaczął donosić na mnie, mimo, że nie miał powodu. to była niezła akcja, pluje mi w twarz i jeszcze się rzuca, że nie mam ochoty być opluwana :) efekt: zajrzyj w moją stópkę ;) ale coś się zaczyna zmieniać. albo się zmieni na lepsze, albo to koniec sławetnej Zetki. tak mi się.

Pozdrawiam :)

PS
nie podejrzewam Rakoskiego o takie zagrania.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




bo widzisz, pan Rakoski albo Jolanta S poleciała ze skargą do angello i angello zareagował;
mógłbym zrobić w małym odwecie to samo i podesłać angellowi pierwszy komentarz Rakoskiego pod wierszem i miałby taki sam murowany ban - ale ja to nie Rakoski a z przedszkolem miałem coś wspólnego 10 lat temu odprowadzając do i zabierając córeczkę z przedszkola;
poza tym - mam litość i współczucie nad ubogimi pomiędzy uszami;
ta zasadnicza różnica powstrzymuje mnie od gówniarstwa w postaci skarżenia na swoje otoczenie - to jak widać niektórym nigdy nie przechodzi i jak trądzik już na zawsze szpeci obmierzłe małe duszyczki;
J.S

Jacku,

niektórym tylko ban pomaga. sama się brzydziłam donosami, dopóki jakiś łachmyta nie zaczął donosić na mnie, mimo, że nie miał powodu. to była niezła akcja, pluje mi w twarz i jeszcze się rzuca, że nie mam ochoty być opluwana :) efekt: zajrzyj w moją stópkę ;) ale coś się zaczyna zmieniać. albo się zmieni na lepsze, albo to koniec sławetnej Zetki. tak mi się.

Pozdrawiam :)

PS
nie podejrzewam Rakoskiego o takie zagrania.
ode mnie odpier papier, nie mam tendencji do skarżenia głupoty!
Jacek napisz do anioła niech Ci wyjaśni, nie oskarżaj bez podstaw, bo czasem mogą Ciebie tak oskarżyć bez podstaw.
Przecholowałeś - należą mi się wyjaśnienia i przeprosiny.
  • 1 miesiąc temu...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



oj, nieładnie tak obrażać swoich bądź co bądź czytelników

skoro miał być żart to trzeba chyba z takim samym dystansem
podejść do jego konsekwencji, czyż nie ?


uroczysty dureń to właśnie istota boża pozbawiona dystansu;
po prostu rozpacz....
:)!
J.S

- jesteście cudownie uroczyści!

Brawo Panie Jacku, zgadzam sie z Panem w 100%-ach.
Napisalem kiedyś:
Myśl to zapewne niezbyt jest nowa
i przez stulecia słuszna w swej treści:
tego co geniusz zawrze w trzech słowach
partacz na kilku stronach nie zmieści


Dobry pomysł i świetne wykonanie pana humoreski świadczą o dużym poczuciu humoru i dystansie do tego co sie robi. Brawo !

A co do "uroczystych durniów" ?

Doświadczenie uczy, że w każdej dziedzinie najbardzie ortodoksyjni są świeżo upieczeni adepci, albo tacy, którzy poczucie własnego niedowartościowania chcą sobie powetować dołowaniem innych.
Do drugiej kategorii zaliczyłbym jakże licznych na tym forum "zawodników", którzy z prostackiego "dowalania" komu tylko się da uczynili sobie swoiste "hobby".
No i trzecia kategoria - zawodowi, nieuleczalni ponuracy.

Pozdrawiam serdecznie
AD

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




×
×
  • Dodaj nową pozycję...